sobota, 22 września 2012

Dla Czytelników

Wschód Słońca był dzisiaj przecudowny. Jeszcze spod chatki, gdzie miałem szansę cofnąć się momentalnie i wziąć aparat, wyglądało to w miarę zwyczajnie – ot, złoto-błękitny pasek horyzontu na wschodnim nieboskłonie i trochę różowości powżyej. W miarę jednak jak szedłem przez Wielki Padok w poszukiwaniu koniowatych, które od wczoraj popołudnia przyssały się wszystkimi szesnastoma kopytami i czterema paszczami do soczystej trawy Dzikiego Zachodu – Eos Rododaktylos zapalała iście burdelowym różem kolejne obłoczki, tworząc całe łuny różnych odcieni, od purpury po rozwodniony amarant, a całe niebiosa stały się wielkim pastwiskiem, po którym ganiał kierdel różowych owieczek. Brakowało tylko napisu „I love you“ przez środek – i można by to sprzedać do Holywood!

Idąc tak, walczyłem ze sobą, żeby nie zawrócić i nie pobiec jednak po aparat – słuszny przytaczając argument, że bez szerokokątnego obiektywu i tak nie uda mi się tego zdjąć w sensownej perspektywie. No i pewnie i tak nie zdążę. Co było oczywiście oczywistą prawdą, bo nim zdążyłem dojść na drugi koniec i odnaleźć czterokopytne – obrót naszej Umęczonej Planety sprawił, że obłoki na wschodnim nieboskłonie stały się zwyczajnie żółte, a miejscami nawet brzydko brunatne – i trochę całej tej feerii rodem z lupanaru fin de siècle ostało się już tylko na zachodzie, w tak jednak subtelnych odcieniach, że nie widziałem szans na ich oddanie cyfrową matrycą …

W tej chwili po prostu i zwyczajnie się chmurzy. Słońce wprawdzie jeszcze przebija przez tę – cienką na razie – powłokę, ale długo tak nie będzie: wedle prognozy wczesnym popołudniem ma zacząć padać. Długo też dzisiaj Państwa nie zabawię, bo musimy wkrótce jechać na targ. A i zdjęć nie będę robił – raz, że i tak zapowiadają się nam kolejni goście, tym razem z aparatami, więc po co dublować ten wysiłek, skoro i tak niczego ciekawego do pokazania nie mam, a dwa – że w przeciwieństwie do dnia wczorajszego, gdy rankiem, chcąc zdobyć ilustracje do tekstu, starczyło mi wyjść ledwo co przed chatkę, bo koniowie drychli tuż przy drodze, to odkąd mają do dyspozycji cały Wielki Padok, trzymają się jego przeciwległej, nie wyjedzonej do tej pory strony, więc żeby pójść do nich, cyknąć zdjęcie i wrócić, trzeba zrobić dobrze ponad kilometr – a nie chce mi się, zresztą nie ma na to czasu…

Wszystko co powyżej, Drodzy Państwo, to tak naprawdę po to, aby po raz kolejny przypomnieć i Wam i sobie – ulotność przemijającego piękna. Co dobrze oddają ulubione Lepszej Połowy dzieła Katsushika Hokusai.

Cyfrową kolekcję tych cudeniek zgromadziliśmy ongiś – w czasach, gdy internet naprawdę nie był jeszcze tym co dzisiaj – podczas nocnych dyżurów w redakcji „Super Expressu“ (skądinąd, pamiętam dobrze, że się za dobrze podczas tych dyżurów nie spisałem – moim głównym zadaniem było pilnować tzw. „paska“, czyli wiadomość aktualnych, które mogły się jeszcze przed ostatecznie ostatecznym zamknięciem numeru i wysłaniem go do drukarni zmienić – o ile z operacją jelita grubego Havla trafiłem – szef, obudzony o 1.00 w nocy, gdy wydanie warszawskie zdążyło już zejść z maszyn przez zaniepokojonego taką odwagą naczelnego zdążył tylko dodać do mojego tytułu „Havel przeżył“ znak zapytania – o tyle parę razy, zajęty ciekawszymi rzeczami, przegapiłem doniesienia agencyjne zmieniające to lub owo w owym sławetnym „pasku“ – o czym się dowiedziałem dopiero, gdy zmieniałem pracę zresztą…).

Tak więc dzisiaj, Drodzy Czytelnicy, ze specjalną dedykacją dla Was – a zwłaszcza dla Ewy, która odwiedziła nas wczoraj, w podziękowaniu za miłą wizytę, kilka próbek Hokusai – więcej każdy może bez szczególnego trudu ściągnąć sobie z netu, bo chyba wszystko co możliwe, zostało już dawno zdigitalizowane…



A co poza tym? Poza tym, niewesoło, oj niewesoło. Zostało nam, PRZED wizytą na targu, wszystkiego 140 złotych i na razie nie wygląda na to, aby jakiekolwiek wpływy się kroiły – wprawdzie jakieś tam prace wykonałem, coś tam było obiecane, ale czas mija, a tu nic się nie dzieje. Lepsza Połowa co się odezwie, to zaraz mi przypomina, żebym się do jakiej płatnej roboty brał (jakbym sam nie pamiętał…). Koćkodany domagają się żarcia, kran pod wiatą ocieplenia, wiata na drewno nowego dachu, zaraz koniowatym potrzebne będzie siano, którego nie mamy, samochodowi i pile paliwo i ostre łańcuchy, nie mówiąc już o rolkach „papieru szczęścia“ dla naszego kibelka i całej masie innych trywialności.

No nic: jakoś to będzie – a możliwość podziwiania takich cudów natury jak ten dzisiejszy wschód słońca, lubo pustego brzucha nie napełni, przecież niemałym jest lekiem na lęki i frustracje…

9 komentarzy:

  1. Nawet nie wiedziałam, że to dzieła niejakiego Hokusai. Na początku tego tysiąclecia otrzymałam je na CD kilkanaście takich malowideł. Zapomniałam nawet, że je mam na dysku. Niby prosta technika, a jakże urzekająca...

    OdpowiedzUsuń

  2. Dziękuję serdecznie za wczorajszą gościnę i dzisiejszą dedykację!
    Jest mi bardzo miło.
    Koniowate wczoraj się spisały na medal, choć dłuższym spacerkiem trzeba było do nich dojść. Gospodarze przemili, a ile dowiedziałam się o koniach achałtekinskich dzięki nim - to już moje!
    To było niezapomniane popołudnie.
    Trzymam mocno kciuki za przezwyciężenie problemów. Będzie dobrze - wierzę.

    Polecam każdemu wizytę u Pana Jacka i jego Lepszej Połowy :-)

    EM

    OdpowiedzUsuń
  3. tak z ciekawości 'zawodowej', w Warce to nie ma możliwości sobie zarobić albo dorobić?

    w końcu jakby nie patrzeć - miasto!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wpadłem na ten pomysł. Kłopot tylko w tym, że ja tu właściwie nikogo nie znam...

      Usuń
    2. ale to prosta matematyka i marketing, wynikowa liczby mieszkańców skorelowana o mapę "lepszych dzielnic", czy może w przypadku Warki - osiedli - cena materiałów reklamowych vs target potecjalnie oferowanej usługi.

      Prościzna.

      A znajomości są jak grzyby w Boskiej Woli, trzeba się schylić i je zebrać!

      Usuń
    3. No cóż: dla każdego to jest prościzną, w czym ma praktykę. Ale dziękuję za rady...

      Usuń
    4. nie chcę w żadnym razie pouczać i radzić nieproszony, po prostu czysto zawodowo sobie przemyślałem

      trzymam kciuki za powodzenie w finansach, wypiję za to mały toast rakiją

      pozdrawiam

      Usuń
  4. Na Pana miejscu pomyślałbym o chowie byczków mięsnych. Wczesną wiosną kupuje Pan takie po 100-150 kg, a sprzedaje późną jesienią, żeby nie zimować. Turek przyjeżdża na plac i płaci bardzo dobre pieniądze za byczka, który chodzi cały czas po pastwisku, dużo lepsze niż za te z chowu alkierzowego - dobrej jakości wołowina jest w cenie.

    Byczki też przywożą na plac, ale jeśli ma Pan swój transport, to może to wyjść jeszcze taniej. Musi być to tylko jakaś typowo mięsna rasa, która w takim chowie pastwiskowym szybko rośnie, a nie maleje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, myślę o tym właśnie - ale w perspektywie najbliższego tygodnia, to raczej dość abstrakcyjny pomysł. A jeśli przyszły rok będzie tak samo suchy jak ten - ani mowy nie ma o żadnych dodatkowych zwierzakach poza końmi, nie starczy mi trawy!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...