wtorek, 25 września 2012

Czy własność może szkodzić?

Dla pewnej grupy prominentnych czasem myślicieli, ideałem życiowym jest Diogenes zwany Psem: człowiek, który zamieszkał w amforze (beczek Grecy nie znali, to celtycki wynalazek, rozpowszechniony dopiero przez Rzymian…), a samemu królowi Macedonii potrafił przygadać, tak był wolny i niezależny.

Zresztą, podobnych abnegatów nie tylko śródziemnomorska tradycja zna na pęczki: i jednym z najczęściej podnoszonych powodów, dla których to nie Indie, a zwłaszcza nie Chiny (przez tysiące lat przodujące jak chodzi o zmyślność różnych wynalazków…) wybuchły rewolucją przemysłową, przesuwając całą ludzkość w górę skali Kardaszewa – jest to, że myśl tamtejsza, rzekomo, piętnuje przywiązanie do materialnej własności, wyżej stawiając „rozwój duchowy“ (cokolwiek by to miało nie znaczyć). Uważam takie stanowisko za przesadzone. Tak przez Webera podnoszona „moralność protestancka“ jest zjawiskiem stosunkowo późnym, zasadniczo rzecz biorąc – XIX-wiecznym (zawsze mnie śmieszy pruderia brytyjskich „klas wyższych“ w epoce wiktoriańskiej – w zestawieniu z powszechnie przecież znanym faktem, że „nogi jej wyrastają“ z rozpusty Henryka VIII… jeszcze w latach 50-tych XX wieku np. generała Andersa spotkał afront zakazu pojawiania się na Dworze św. Jakuba, gdzie wcześniej go zapraszano – bo rozwiódł się z żoną… czyż to nie paradne..? Do Watykanu jakoś „wilczego biletu“ nie dostał…).

Nie wiadomo, co tu jest przyczyną, a co skutkiem. W konsekwencji, piękna bo prosta teoria, dlaczego to właśnie Zachód, a nie Wschód – leci na śmietnik…

Dziś jednak nie o genezie kapitalizmu (choć kiedyś o tym napiszę) – tylko o wstręcie do własności. Wstręt ów motywowany jest zasadniczo – umiłowaniem wolności. Diogenes był wolny, bo nie miał nic, co mógłby utracić: poza samym sobą naturalnie, ale o swoje ciało nie dbał, więc i jego utraty się nie bał. To ma być właśnie ideał „człowieka w pełni wolnego“.

Budda tą samą myśl rozwija głębiej, wskazując na konieczność „wyzwolenia się“ od wszystkich namiętności i przywiązań. Co, tak na marginesie, bardzo jest dla nas ważną wskazówką: własność – zdaniem nawet tych myślicieli, którzy ją potępiają – zdolna jest wzbudzać w człowieku namiętności i przywiązanie. Tak przemożne, że lepiej – zdaniem owych wrogów własności – całkiem usunąć owych namiętności i przywiązań przedmiot, wcale własności nie posiadając – bo nic innego wolności od owych uczuć nie zagwarantuje.

Jest to dość radykalny wniosek. Stojący w jednym rzędzie z radami „A jeźliby ręka twa gorszyła cię, odetnij ją (…) A jeźli cię noga twoja gorszy, utnij ją…” (Ewangelia wg św. Marka, roz. 9, wers 42 – 44).

Jaka to właściwie jest namiętność – i jakie przywiązanie? Zdaniem wrogów własności, owa namiętność to chciwość: żądza posiadania coraz to więcej. A owo przywiązanie, to „uprzedmiotowienie“ – traktowanie innych ludzi nie jako cele, lecz jako środki (to wedle Kanta z kolei…): do zachowania lub pomnożenia własności. Opanowany taką namiętnością i takim przywiązaniem człowiek – staje się niewolnikiem i wszystkich dookoła w niewolników zamienia.

Coś jest na rzeczy – nie twierdzę wcale że nie! Niewątpliwie człowiek, który coś ma – postępować zwykł (winien?) rozważniej niż taki, który nic nie posiada. A to z rozsądnej troski, że mógłby narazić się na odebranie swojej własności – czy to przez władzę, czy to przez jakichś innych zbójców (czasami trudno, zaiste, odróżnić jednych od drugich…).

Tak z ręką na sercu jednak – wielu Państwo spotkali chciwców, opanowanych nieopanowaną żądzą posiadania i patologicznym skąpstwem – poza kartami powieści Karola Dickensa..?

To wcale nie jest tak powszechna przypadłość, jakby to (niektórzy) moraliści widzieli: gros posiadaczy, jeśli popada w niewolę, to nie dlatego, że nie są w stanie opanować swojej żądzy gromadzenia coraz to nowych bogactw i gadżetów – tylko dlatego, że zwyczajnie, ma obciążoną hipotekę i zbyt wysokie raty do spłacania. Choroba ta, tak charakterystyczna dla społeczeństw współczesnych, nie była nieznaną już w czasach Diogenesa, zwanego Psem. Rada zresztą, której klasyczni Grecy zwykli w takich sytuacjach zażywać – była nader prosta: gdy posiadacze ziemscy i zwykli chłopi żadną miarą nie byli w stanie spłacać swoich zobowiązań, robili rewolucję i następowało tzw. „strząśnięcie długów“ (termin dość dosłowny, bo usuwano fizycznie kamienie ustawione na działkach ziemi, a symbolizujące ich dłużne obciążenie).

Solon - autor najsłynniejszego "strząśnięcia długów"


Dopiero, kiedy świat śródziemnomorski się zglobalizował i miejsce rywalizujących ze sobą państewek zajęło globalne (bo obejmujące całą ekumenę – cały „świat“ nadający się do cywilizowanego życia, poza którym pozostawała tylko dzicz) Imperium Romanum – praktyki tego rodzaju, o ile nie dotyczyły samego Imperatora – odeszły w zapomnienie. Od tej pory, niewypłacalność skutkowała utratą własności na rzecz wierzyciela – włącznie, z własnością samego siebie, bo jeśli nie starczało majątku dłużnika, oddawano w niewolę jego samego, wraz z rodziną.

Trochę powyżej przesadziłem, rzecz jasna, ale to w celach edukacyjnych. Pozwala to w innym świetle ujrzeć tak wychwalaną przez durniów pokroju Wałęsy, o „młodych, wykształconych z wielkich miast“ nie wspominając globalizację, rozumianą jako tworzenie ponadnarodowch instytucji i organizmów gospodarczy. Wielbiciele tego zjawiska pytani o jego powody, bredzą coś od rzeczy o „komplikowaniu się gospodarki“ i „współzależności“, jakby to były rzeczy nowe, a nie znane i praktykowane od paleolitu – a w istocie, żadnego logicznego powodu, dla którego organizm wielki, zbiurokratyzowany i skorumpowany, miałby być wydajniejszym i łatwiejszym w zarządzaniu od mniejszego, choćby i tak samo zbiurokratyzowanego i skorumpowanego – podać nie potrafią.

Tymczasem przecież Jewrosojuz otwartym tekstem przyznaje się do tego, że kolejne rozszerzenia jego członkostwa i powiązań z innymi, podobnymi strukturami, temu przede wszystkim służą, aby uniemożliwić ucieczkę kapitału z przeregulowanych i przeciążonych nadmiarem tak długów, jak i podatków – gospodarek Niemiec i Francji. Powstał nawet termin „dumping socjalny“ – na oznaczenie takiej praktyki, gdzie jakiś kraj śmie przyciągać inwestycje (i eksportować potem towary) skrzętniejszą gospodarką, generującą mniejsze obciążenia dla przedsiębiorców…

Przy okazji pokazuje się dowodnie, że nie jest prawdą twierdzenie, jakoby posiadanie własności odbierało ochotę na bunt przeciw istniejącemu status quo. Niczego nie posiadający lumpenproletariat nie zbuntuje się przeciw „tyranii socjalnej“ współczesnego gosudarstwa. Dlaczego miałby to robić? W jakiejś części przecież – korzysta z jego systemowego przekupstwa, pobierając (za nic…) jakieś tam zasiłki czy stypendia. Jeśli ktokolwiek miałby ewentualnie powody, aby się buntować – to zadłużeni po uszy (zadłużeni, nie ukrywajmy tego, nie tylko z powodu własnej lekkomyślności, ale też, a nawet głównie – z powodu konkurencji rządu, najpierw pompującego w rynek tony nic nie wartych „zapisów elektronicznych na kontach bankowych“, a potem – skutecznie podnoszących cenę kredytu, gdy braknie tych „zapisów“ na koncie budżetowym…) posiadacze „apartamentów“ na Tarchominie. Być może zresztą tak zrobią, gdy będą im groziły masowe eksmisje..?

Nic nie posiadający lumpenproletariat też jest zniewolony. Nie własnością jednak – tylko przyssaniem do państwowego cycka, więc: przekupstwem. W ostatecznym rachunku zaś – ów lumpenproletariat niewoli jego lenistwo. Pracy bowiem, dzięki której mógłby w inny sposób zdobywać środki do życia – pewnie by nie brakowało. Jednak, żebranie łaski gosudarstwa – jest o tyle łatwiejsze i tyle mniej wymaga wysiłku…

To jest właśnie powód, dla którego nie traktuję poważnie ani przeszłego już „buntu przeciw ACTA“, ani też – „ruchu oburzonych“. Są to bowiem li i jedynie formy szantażu ze strony lumpenproletariatu, na to obliczone, aby przypadkiem państwowy cycek nie wysechł. Nie ma tu śladu woli jakiejkolwiek systemowej zmiany. Niczego takiego zresztą – być tu po prostu nie może! Więcej nawet: jeśli rzeczywiście miałoby dojść do „buntu dłużników“ – nic nie będzie prostszego dla rządu (gdziekolwiek to się nie wydarzy), jak poszczuć lumpenproletariat przeciw „chciwym posiadaczom“, których bunt grozi właśnie – zmniejszeniem strumienia zasiłków i stypendiów! Co przecież też się i w świecie antycznym nie raz zdarzało…

Wracając do naszych baranów, czyli do „wstrętu do własności“. Jak widać, nieprawdą (a przynajmniej – „nie całą prawdą“) okazało się zarówno twierdzenie, że własność przemożnie niewoli człowieka (bo ani przemożnie – ani nie tylko własność taką właściwość przejawia), jak i twierdzenie, że kto coś posiada, zaraz z konieczności musi bronić status quo (jeśli bowiem status quo faworyzuje tych, którzy nic nie posiadają..?).

Z tym „niewoleniem przez posiadanie“, to mi w ogóle jakimś dziwnym resentymentem śmierdzi. Przeciwieństwem chciwości jest hojność. A sam wiem po sobie, z czasów gdy powodziło mi się naprawdę dobrze – że nic nie sprawia takiej frajdy, jak dać komuś coś za free, albo więcej niż mu by się należało – ot tak, bo ma się z czego! Czasem dokonujemy w ten sposób wymiany bogactwa na prestiż (jak w praktyce „potlaczu“) – ale też, prawdę powiedziawszy, i to nie zawsze, bo na ogół tak obdarowany, czy przepłacony, wcale od tego wielkiej czołobitności względem swego dobroczyńcy nie przejawia (a bywa, choć to też patologiczny margines, że wręcz obrabia „frajerowi“ dupę…). A jest to i tak przyjemne!

Rzecz cała, proszę Państwa, zdaje się sprowadzać do tego, co uważamy za „wolność“. Budda, jak wiadomo, dlatego zalecał uwolnienie się od namiętności i pragnień, że to miało pozwolić na „wyzwolenie się z kołowrotu wcieleń“ i osiągnięcie nirwany (czymkolwiek jest „nirwana“ – nie zamierzam się w to wgłębiać…). Kto niczego nie pragnie i żadnych namiętności nie żywi, ten przynajmniej – nie cierpi i w tym sensie jest „wolny“.

Więcej światła na to zagadnienie rzuca termin, jakiego użył św. Augustyn do tego, aby opisać stan ducha zbawionych w Niebiesiech. Termin ten, który ongiś na ćwiczeniach z historii filozofii pracowicie rozszyfrowałem z greckich znaczków (dupa wołowa ze mnie była, swoją drogą – mogłem potem, skoro dałem się poznać z bystrości umysłu i umiejętności mówienia tak na wydechu, jak na wdechu – rzecz się na pierwszym roku działa – rwać laski a rwać… i co? I jajco…), brzmi „apatia“.

Oczywiście – niekoniecznie w dokładnie takim samym sensie, jakie nadajemy temu słowu potocznie. Generalnie jednak, o to właśnie chodzi – ten jest wolny, kto do niczego się nie przywiązuje i żadnych nie odczuwa z tego powodu ograniczeń.

Dla porządku, warto zaznaczyć, że nie każda własność w takim samym stopniu przywiązuje człowieka do miejsca czy przedmiotu. Rozumiał to dobrze Juliusz Słowacki który, jak wiadomo, nie tylko „wielkim poetą był“, ale też – inwestorem giełdowym, gdy pisał: Co zaś do kupna i przykupywania ziemi, najmocniej się temu oponuję w duchu. Ziemi każdy człowiek potrzebuje mieć kawałek taki, który by go w ostatecznym złym razie z pracy rąk własnych mógł wyżywić, (literalnie mówię) tylko wyżywić. Szczęście zaś człowieka, zbliżające się najbliżej do szczęścia duchowego i rajskiego, jest w wolności jego i w wolności połączonej z potęgą. A ta wolność jest w skrzydłach, a skrzydłami, które nas nad ziemią utrzymują, są kapitały (…) Posiadanie majątku ziemskiego bowiem, ma czynić z człowieka egoistę, człowieka myślącego tylko o sobie, a wcale przez to nie pożytecznego narodowi i nie bezpieczenego przed zakusami władzy, podczas gdy spekulant, taki jak sam Słowacki który mam kilka tysięcy franków, lecz tak ruchomych, że je w każdym dniu mogę na jaki bądź czyn użyć i przed wszelką mocą i przemocą zasłonić się nimi (Korespondencja Juliusza Słowackiego, oprac. E. Sawrymowicz, t. 1-2, Wrocław 1962, str. 245 ), zmuszony jest przez samą naturę swojej własności, wchodzić w najściślejsze z bliźnimi stosunki.


W swojej „pochwale kapitału giełdowego“, posunął się wręcz do propagowania „waluty fiducjarnej“, pisząc: Papierowa moneta czyli papiery krajowe – uczą lud, nawet prosty – tej myśli, że bogactwo każdego indywiduum zmniejsza się lub rośnie wraz z pomyślnością narodu. (Polacy o tym na sejmach nie wiedzieli), owszem każdy szlachcic myślał, że przy zubożeniu całego narodu on przy swojej wsi zostawszy, skoro się utraty uchroni – stanie się możniejszym (J. Słowacki, Dzieła wszystkie, pod red. J. Krzyżanowskiego, t. 11, s. 204. Oba cytaty za: Ewa Nawrocka Buchalteria i duchowość (Słowacki i pieniądze).

No cóż: mam na ten temat dokładnie przeciwne zdanie. Własność ziemska, taka jak moja – tym się przede wszystkim przejawia w życiu człowieka, że zmusza go do wytężonej pracy nad pielęgnacją i doskonaleniem „swojego miejsca pod słońcem“. „Kapitał nie ma ojczyzny“ – własność ziemska jest wręcz ojczyzny synonimem (jako „ojcowizna“). Nie powiem, czasem patrzę z zazdrością na „królów życia“ spod sklepu – póki jednak sił starcza, nie mam zamiaru uchylać się od moich obowiązków względem ziemi (tak jest! Właściciel bowiem ma wobec swojej własności obowiązki – i są to obowiązki natury moralnej…) którą sam wybrałem i własnymi rękoma uczyniłem zdatną do życia i wydającą plony (jakie by te plony nie były). Co powiedziawszy: ruszam do pracy…

6 komentarzy:

  1. "jedynie formy szantażu ze strony lumpenproletariatu, na to obliczone, aby przypadkiem państwowy cycek nie wysechł."

    Doprawdy, znów musimy wracać do tej dyskusji? Gdzież w sprawie ACTA był jakikolwiek postulat roszczeniowy? Nie żądano, by państwo cokolwiek dało, a jedynie - by nie odbierało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Roszczeniowy czy nie roszczeniowe - ja tych pryszczatych gówniarzy po prostu nie lubię i już...

      Usuń
  2. Ty ciągle myślisz, że ACTA to tylko własność wirtualna...

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam,

    Jak zwykle sprawa rozbija się o proporcje.

    Nie da się zaprzeczyć, że własność co do zasady stabilizuje status quo, choć zależy to od kontekstu, bo grecka czy hiszpańska młodzież, wedle własnej ich oceny nie ma nic do stracenia (stąd jest czynnikiem rozmontowującym status quo). Ale podobna zasobność kilka tysięcy kilometrów dalej wpływała by już na postawę konserwującą status quo.

    Spokój społeczny w najgorszym razie oznacza powolny spadek wartości majątku, a więc: prestiżu, możliwości, sukcesu kulturowego i biologicznego.
    Natomiast ruchawki zawsze kończą się większymi lub mniejszymi przetasowaniami, a pamiętać trzeba, że każda zmiana (nawet na lepsze) jest kosztem (w najlepszym razie psychologicznym, adaptacyjnym - patrz dramat awansu) . Więc własność co do zasady stabilizuje status quo.

    Brak własności jest tak samo niewolniczy jak jej nadmiar, zarówno w sensie psychologii wyboru jak i możliwości działania.

    Lump nie może wielu rzeczy, bo status oznaczany przez dostęp do dóbr mu na to nie pozwala.

    Miliarder nie może wielu rzeczy, bo status oznaczany przez dostęp do dóbr mu na to nie pozwala (patrz: Złota gałąź J. Frazera i jego opis ograniczeń dotykających władców).

    Można powiedzieć, że liczba tabu wzrasta wraz z przesuwaniem się w dół i w górę drabiny społecznej.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To bardzo tradycyjny, Arystotelesowski punkt widzenia. Jako taki, oczywiście cieszy się moją sympatią, tylko chciałbym zauważyć, iż:
      1) Nic mi nie wiadomo, aby protestujący w Hiszpanii (a takoż i w Grecji, USA czy w innych krajach dotkniętych tą plagą), chcieli jakiejś zmiany status quo. Oni chcą więcej socjalizmu, więcej zasiłków i stypendiów - czyż to nie jest próba umocnienia status quo raczej..?
      2) Nie można w sposób całkowicie dowolny przekładać "obowiązków stanu" jakie mieli dawni królowie i możni na współczesnych miliarderów. Dawne społeczeństwo rządzone jednak było przez znacznie sztywniejsze reguły, definiujące konkretne role społeczne. Współcześnie nawet monarchowie i arystokraci swobodnie wybierają sobie partnerów - a o tym, żeby miliarder miał jakieś przypisane sobie na sztywno "zadania społeczne" takie, których nie wziął na siebie dobrowolnie, jako żywo - nie słyszałem. Owszem: władza rodziców nad dziećmi (nawet dorosłymi), jest wprost proporcjonalna do wielkości spadku, na który dzieci czekają (ale i to ma coraz to mniejsze znaczenie - długość życia znacznie wzrosła, więc i z tym czekaniem nie ma co przesadzać: 3/4 życia na czekaniu mogłoby upłynąć, gdyby młody człowiek wcześniej już sam czegoś nie robił...).
      3) Jak chodzi o "zniewolenie lumpenproletariatu", to jednak bardziej mi chodziło nie o jego względną biedę - tylko o przyssanie do państwowego cycka. Co, swoją drogą, jest zjawiskiem wcale nie nowym - a rzymski proletariat to nie był przyssany do cesarskiego cycka..?
      4) Należy rozważyć sytuację Arystotelesowi nie znaną: taką mianowicie, kiedy to rewolucji dokonuje nie zbuntowany lud - tylko instytucjonalna władza. A wydaje mi się to zjawiskiem dla naszych czasów typowym. W tej sytuacji posiadacze jakiejkolwiek własności - mogą się władzy przeciwstawić W OBRONIE STATUS QUO. Co, zdaje się, już się parę razy zdarzało..?

      Pozdrawiam wzajemnie

      Usuń
  4. Jacku, celem Buddy było osiągnięcie nirwany, czyli stanu "niecierpienia", które to (podobno) w porównaniu co doświadczamy obecnie jest nieporównywalnie lepsze. Augustynowa apatia rzeczywiście dobrze oddaje o co chodzi.

    Przy czym ta niechęć do własności ma zapobiec cierpieniu POSIADACZA własności a nie otoczenia. Do tego ma to pewien aspekt "praktyczny", bo osoba, która nic nie ma (jak mnich) może (potencjalnie) więcej czasu przeznaczyć na "wyzwalanie się od cierpienia" poprzez różne medytacje, ćwiczenia cielesne czy wysłuchiwanie uczonych wywodów. W myśl doktryny buddyjskiej hinajany, nic nie jest tak cenne jak osiągnięcie stanu nirwany, więc po cholerę się czymś innym zajmować, skoro nie jest to niezbędne do oświecenia?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...