czwartek, 6 września 2012

Czarodzieje i mugole

Nie, nie zamierzam tu propagować satanizmu (cokolwiek by nie znaczył ten termin w kontekście dzieł pani Rowling…). Chodzi mi raczej o analizę pewnej – zdaje się, że nieuleczalnej – przypadłości, jaką jest kompletny brak możliwości porozumienia między zwolennikami, jak kiedyś to określił lapidarnie choć nieładnie, MarkOwy – „różnych metanarracji“.

Czasami, jak w przypadku wielce czcigodnych panów posłów Macierewicza i Niesiołowskiego – jest to przypadłość w zasadzie wymagająca interwencji chirurga, bo psychiatra nic tu już nie zdziała.

Nie to, żeby mnie ten stan jakoś szczególnie martwił – a już  na pewno – nie mam najmniejszego zamiaru wzywać do „porozumienia ponad podziałami“, wzajemnej miłości, przebaczenia, czy choćby tylko – tolerancji! Jak podobno twierdził Heraklit (zawsze mi się przypomina „płaczący filozof“, gdy niebo tak siąpi płaczliwą mżawką jak dzisiaj…): wojna jest matką wszechrzeczy. Z czego, nota bene, bynajmniej nie wynika, że wojny wygrywa, kto najgłośniej złorzeczy stronie przeciwnej, ani nawet i to nie – że wojny wygrywa, kto pierwszy rzuca się na oślep do ataku…

Tym niemniej, taka mentalna ściana, taki mur niezrozumienia – trochę mnie jednak niepokoi. A może to wcale nie te wszystkie lemingi są mugolami nie dostrzegającymi prawdziwej rzeczywistości..? Może mają rację i to korwinowcy, surwiwaliści, doomerzy czy zwolennicy spiskowej teorii dziejów są frustratami, którym się nie powiodło w życiu i tylko dlatego sublimują swoje lęki i fobie w jakieś katastroficzno – spiskowe teorie na temat świata i Polski..?

Nie jest to teza, którą można by zbyć wzruszeniem ramion. W końcu – gdybym w pewnym momencie nie stracił, całkiem dla siebie niespodziewanie, bardzo dobrze płatnej pracy w wielkiej firmie – to byśmy się raczej nie znali, bo miałbym lepsze zajęcia, niż prowadzenie bloga czy pisanie do niszowych gazet (no dobrze: bloga o koniach pewnie bym prowadził – choć, gdyby nie utrata pracy, stać by mnie było na utrzymanie konta na Mac.com, więc dalej istniałaby dawna strona internetowa naszej hodowli, więc mniej byłby mi blog potrzebny – a i do końskich pism bym pisał, tyle że nie brałbym za to pieniędzy, jak nie brałem na początku – i nie czekałbym teraz, gryząc paluchy, na przelew od „Końskiego Targu“…). Dalej już lepiej tych „gdyby…“ może nie ciągnąć, bo zaraz dojdziemy do tego, co by było, gdybym jednak nie zaparł się wszystkimi czterema kończynami w drzwiach, jak podobno zrobiłem i dał się zapisać do przedszkola, zamiast spędzać kolejnego roku czy dwóch w towarzystwie babci, która miała przedwojenną małą maturę i wcale jeszcze wtedy nie miała Alzheimera..?

Normalnie rzadko starcza mi cierpliwości na dyskusje z entuzjastami liberalnej demokracji. Żeby jednak sprawdzić, kto tu jest mugolem, a kto czarodziejem – zrobię mały przegląd tez, z którymi można się spotkać na forum historycy.org. Ponieważ większość wątków, na których można je znaleźć znajduje się na „zabezpieczonym forum“, do którego dostęp mają tylko zalogowani użytkownicy, zmuszony jestem, zamiast dawać linka – posłużyć się cytowaniem.

I tak, na pytanie kto w demokracji odpowiada za państwo, jeden z userów pisze: Przecież to oczywiste! My! Wyborcy! Czyli część społeczeństwa, która jest uprawniona do głosowania. Im szybciej to zrozumiemy, tym szybciej będziemy mieli dojrzałe państwa. Wykręty o manipulacji i mataczących politykach są w stylu, że "nie wiedziałem, że część była kradziona, a że tak tanio, to już nie moja sprawa". "There is no free lunch" ("nie istnieją darmowe obiady") - mówi angielskie powiedzonko. Za wszystko trzeba płacić.

Żyjemy w pięknych czasach, w których chyba po raz pierwszy w historii każdy pojedynczy obywatel ma wpływ na losy świata. Głosując i wydając swoje pieniądze. Robić obydwie rzeczy odpowiedzialnie wymaga dużego wysiłku. Nie wszystkim się chce. Poddajemy się reklamie i pokrętnym argumentom zagłuszającym wrodzony nam prosty, zdrowy rozsądek. Kupując popularne rzeczy czynimy potężne krawaciarnie jeszcze potężniejszymi, nie dając szansy na wolnorynkową konkurencję małym firmom. Te krawaciarnie potem zaczynają wpływać na politykę (nie mówię o spiskach, tylko normalnej ekonomii). Głosując "przeciw" dokonujemy wyboru czy "chcemy mieć lewą czy prawą rękę obciętą". Ja wolę mieć obydwie na człowieku:)

Weźmy nasze szacowne forum, którego większość przejawia sympatie polityczne, które określiłbym (skrótowo)jako prawicowo-konserwatywne. Podczas gdy znajomość historii wyklucza - moim skromnym zdaniem - jakikolwiek konserwatyzm i prawicowość, bo były one w 100% złe, patrząc z poziomu życia obywatela najniżej stojącego w społeczeństwie. Piłsudski i Napoleon byli po jednej sztuce, a wymordowali po wielokroć liczbę uczestników tego forum:) Pewnie słusznie, nie będę się spierał. Rozum mówi mi tylko, że szanse na bycie Napoleonem czy Piłsudskim mam nieporównywalnie mniejszą od tych na bycie wymordowanym. Zamordyzmy (rozumiane jako przeciwieństwo demokratycznej rozpierduchy:) się i może z pożytkiem dla następnych pokoleń kończyły, ale czy tylko tak można było?

Z powodu nie używania rozumu wpędziliśmy się w jakiś kosmiczny burdel polityczno-ekonomiczny i ciężko z niego się wydostać. Mówię tu o świecie ogólnie. Wojska jadą tam gdzie ich pcha konieczność ekonomiczna. Politycy działają tak, żeby na koniec ich kadencji wyglądało dobrze, bo ich celem jest następna kadencja. Wyborcy chcą coraz więcej zarabiać i coraz mniej pracować. Wszystko naturalne, tylko trzeba sobie to uświadomić. Nikt nie jest bez winy i kamienie nie powinny lecieć. Problem odpowiedzialności w demokracji rozwiązałoby tylko lądowanie obcych. Wtedy znowu byli by jacyś "ONI" i byłoby na kogo zwalić I komu przeszkadzali ci żydzi i cykliści - ja się pytam?


Otóż, to jest zbiór tez, z którymi w większości się nie zgadzam. Rozbierając tę wypowiedź na czynniki pierwsze, to mamy tu implicite lub explicite takie o to twierdzenia:
1)    Doświadczenie historyczne uczy, że rządy prawicowo – konserwatywne mordują zwykłych poddanych w imię interesów nielicznych jednostek. No cóż? Mam nieco inne zdanie o „prawicowości“ zarówno Napoleona, jak i Piłsudskiego. Przyjmijmy jednak, że te przykłady nie są istotne, że chodzi o zasadę, a nie o jej jednostkowe egzemplifikacje. Otóż – coś jest w istocie na rzeczy. Niewątpliwie przez większość dziejów ludzkości, odkąd istnieją państwa, ludzie byli poddanymi mniej lub bardziej despotycznych monarchii (albo – choć rzadziej: rządów jawnie oligarchicznych). I przez ten czas, ludzie się niewątpliwie mordowali i niewątpliwie – byli biedni. Powstaje teraz pytanie, co było skutkiem, a co przyczyną..? Wedle popularnych wierzeń naszych ideowych adwersarzy, demokracja (osobliwie: liberalna demokracja) jest PRZYCZYNĄ zarówno dobrobytu, jak i pokoju i bezpieczeństwa. Moim zdaniem, demokracja stała się możliwa dzięki temu, że od pewnego czasu panuje bezprecedensowy dobrobyt, a także: względny pokój i bezpieczeństwo… Kto ma rację? Spodziewałbym się, że zwolennicy liberalnej demokracji potrafią ów postulowany związek przyczynowo – skutkowy udowodnić..?

2)    W liberalnej demokracji chyba po raz pierwszy w historii każdy pojedynczy obywatel ma wpływ na losy świata. To też jest teza, z którą niezmiernie trudno byłoby mi się zgodzić. No bo JAK właściwie ten „pojedynczy obywatel“ ma ów wpływ na „losy świata“ wywierać? Cytowany user tłumaczył, że na dwa sposoby: głosując (a więc dystrybuując władzę polityczną) i wydając pieniądze (a więc dystrybuując władzę ekonomiczną). Problem w tym, że statystycznie rzecz biorąc tego rodzaju decyzje KAŻDEGO pojedynczego człowieka są niemal całkowicie nieistotne. Dopiero ich scałkowanie dać może jakiś zauważalny efekt. Pytanie brzmi, czy operacja całkowania, która jest wystarczającym rozwiązaniem eleackich paradoksów „żółwia i Achillesa“, czy „lecącej strzały“ – zadowala nas, gdy chodzi o wyjaśnienie związku między przekonaniami i decyzjami jednostek, a biegiem wypadków na świecie..? Być może tak. Być może nasz odruchowy sprzeciw wobec takiego postawienia sprawy to tylko urażona duma..? Skądinąd – jeśli nawet rzeczywiście tak jest i jeśli w konsekwencji faktem jest, że liberalna demokracja RZECZYWIŚCIE realizuje „wolę ludu“ (rozumianą w czysto statystycznym sensie, jako efekt scałkowania rozbieżnych dążeń poszczególnych ludzi… Chyba nie muszę tu dyskutować z metafizycznym rozumieniem „woli powszechnej“ w stylu Rousseau…?) – to czy to jest koniec naszych rozważań, czy zaledwie początek..?

3)    Jakiekolwiek by nie były problemy współczesnego świata – da się je rozwiązać w ramach liberalnej demokracji, o ile tylko wyborcy i konsumenci będą się kierować rozumem, a nie odruchami. A to, niestety, jest teza metafizyczna! Odruchy, upodobania, emocje – można badać naukowo, choćby takimi narzędziami, jakich używa socjologia, antropologia czy psychologia (przy całej niejednoznaczności i wielości szkół w tych – młodych wciąż – dziedzinach nauki). Ale co to jest „rozum“? Co jest „rozumne“, „racjonalne“..? Konia z rzędem, kto potrafi to jednoznacznie zdefiniować! Przy tym oczekiwanie, że WIĘKSZOŚĆ ludzi będzie się kierowała w swoich decyzjach jakkolwiek rozumianym (ale pozostającym w niejakiej opozycji do ich „emocji“) rozumem – jest głęboko nierealistyczne. Jako postulat normatywny – odsyłałaby taka teza liberalną demokrację do rzędu ustrojów utopijnych (a wiele z nich funkcjonowałoby LEPIEJ, gdyby ludzie zachowywali się „racjonalnie“ – najlepiej oczywiście: wedle takiego pojęcia o racjonalności, jakie miał twórca tej konkretnej utopii…).

Kawałek dalej, w tym samym wątku znajdujemy kolejną serię ciekawych twierdzeń:
Jest popularna - jako swego rodzaju ilustracja demokracji - taka historyjka o wilkach i towarzyszącej im owcy, które "demokratycznie" przegłosowały by te owcę zjeść. Otóż w tej sytuacji nie ma mowy o demokracji - ktoś kto tę historyjkę stworzył nie rozumiał jej zasad.

Demokracja bowiem zakłada, że wolność danej jednostki kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innej jednostki. Inaczej mówiąc, by demokracja mogła funkcjonować, muszą funkcjonować pewne wolności. A cel tego jest taki, aby każda decyzja podjęta w ramach systemu niekoniecznie musiała być decyzja ostateczną - ludzkie gusta i potrzeby bowiem mogą się zmieniać.


Tu również mam dość zasadnicze wątpliwości. Co właściwie bowiem gwarantuje zachowanie owych „pewnych wolności“? Zapisy konstytucji? Konstytucje można zmieniać. Poza tym – w konstytucji są tylko generalne zasady, bardzo ogólne i abstrakcyjne. Ich konkretna aplikacja może całkowicie zmieniać postać rzeczy!

Czy tylko ja mam poczucie, iż w tej chwili, przy istniejącym stanie prawnym – urzędnik może pozbawić mienia, dobrego imienia i zdrowia (a więc, w konsekwencji też i życia…) każdego, kogo tylko zechce?

Co więcej: urzędnik zrobi to przy entuzjastycznym poparciu mediów i większości tzw. „opinii publicznej“! Wystarczy przypomnieć „wojny“ Pierwszego Piłkarzyka III RP z „dopalaczami“, czy z „kibolami“… A to dość drastyczny, bo nagłośniony przypadek. Ile podobnych dzieje się na co dzień, a tylko nic o nich nie wiemy, bo żadna z „opiniotwórczych gazet“, czy innych mediów – nie uznała za stosowne poinformować o nastej z rzędu kontroli w tej czy innej firmie albo o nagłej zmianie interpretacji przepisów ustawy o VAT? No bo co to za njus w sumie, nieprawdaż..?

Czy to są aberracje, o czym piszę, czy reguła?

Ależ większość z całą pewnością CHCE jak najczęstszych kontroli i jak najbrutalniejszego „strzyżenia“ „wrednych burżujów – posiadaczy“! Meneli spod sklepu jest wielokrotnie więcej niż Zbyszków Bieszczadów: więc jednak – te wilki mogą przegłosować owcę..?

Bałagan?! Nie! Mamy co najwyżej skomplikowaną rzeczywistość, która jest odbiciem tego co istnieje - obiektywnej rzeczywistości. Ludzie są jacy są. To tworzy to, co Ty nazywasz "bałaganem" - ale ten "bałagan" nie tworzy system ale LUDZIE! Czyli my wszyscy.

Autokracja stwarza pozory porządku "zamiatając problemy pod dywan". Efekt jest taki, że prędzej czy później sytuacja taka musi doprowadzić do wybuchu - z wszelkimi tego konsekwencjami. Historia pokazuje nam, że przy takiej okazji można zaprzepaścić dorobek pokoleń. To co Ty nazywasz "bałaganem" gwarantuje nam spokój i możliwość systematycznej pracy. Realnie to rzecz nieoceniona!


Tu są dwie tezy właściwie. Teza pierwsza, już nam znana, że o – ogólnym przynajmniej – biegu spraw w demokracji „decydują ludzie“. W sumie nawet mógłbym się z tym zgodzić – ponieważ nie mam jednak zbyt wysokiego mniemania o większości spośród moich bliźnich, wcale nie jestem też przekonany, czy dawanie im możliwości wpływania na losy świata (w tym i na moje…) jest aby najrozsądniejsze..? Zwolennicy demokracji uciekają się wówczas najczęściej do relatywizmu – twierdzą bowiem, że nie ma żadnej obiektywnej miary pozwalającej stwierdzić, czyje zdanie jest prawdziwe – i dlatego procedurą najmniej konfliktową jest rozstrzyganie o tym, co robić w głosowaniu (skądinąd – paradoksem zgoła osobnym, choć może nie najważniejszym jest i to, że w wyniku zastosowania procedury wyborczej, relatywnie często może zostać podjęta decyzja, która tak naprawdę nie odpowiada nikomu, lub prawie nikomu…).

Poza wszystkim, jest to zwykła demagogia! Gdy do wyboru są poglądy menela spod sklepu i poglądy Zbyszka Bieszczada – czy ktoś z Państwa ma wątpliwości, czyje poglądy są słuszne..?

Druga teza natomiast, jeśli ją wydobyć spod retoryki, brzmi mniej – więcej tak: liberalna demokracja stwarza możliwość ujawnienia sporów politycznych które, gdyby takiej możliwości nie było – skutkowałyby krwawymi i brutalnymi rewolucjami lub wojnami.

Jest to, z pozoru, twierdzenie opisowe. Mam jednak poważne wątpliwości, czy za tym rzekomym twierdzeniem rzeczywiście stoi jakiś potwierdzający je research..? Przykłady można znajdować różne. W końcu – czy demokratyczne ujawnienie konfliktu między antysemitami a Żydami w Niemczech okresu międzywojennego, oszczędziło Europie zniszczeń, czy zgoła odwrotnie..?

Nie przekonuje mnie twierdenie, że autokracja „zamiata problemy pod dywan“. Jakie problemy? Jaka autokracja? To są zbyt daleko idące uogólnienia, żeby ta teza była czymś więcej niż kolenym „metafizycznym postulatem“!

Przy tym wszystkim, jest to pierwsza (jak na razie…) próba uzasadnienia istnienia związku przyczynowo – skutkowego między faktem istnienia liberalnej demokracji, a faktem istnienia dobrobytu – liberalna demokracja powoduje dobrobyt, bo oszczędza nam rewolucji… No cóż? Pożyjemy – zobaczymy…

Demokracja jest systemem niedoskonałym, ale gwarantującym nam optymalne możliwości rozwoju i względne bezpieczeństwo. Ale by przetrwała, ludzie muszą jej chcieć. Najniebezpieczniejsze jest powstanie drastycznych nierówności społecznych - stąd demokracja stara się temu zapobiec. Chociażby przez system obowiązkowych ubezpieczeń. Pamiętaj, że bez zgody ogółu (większości), tych ubezpieczeń nie będzie! One nie są nie do ruszenia, gdyż w demokracji NIC nie jest do ruszenia (poza tymi od których zależy istnienie demokracji, ale jak je się ruszy, to już nie będzie demokracji). Tyle, że musisz mieć świadomość konsekwencji.

Mam inne zdanie co do skutków istnienia ZUS. Ani nie zapobiega on pojawieniu się nędzy, ani „nierówności społecznych“ nie ogranicza! Co zaś do możliwości – pokojowej – likwidacji ZUS w drodze głosowania: nie wydaje mi się to realne! A to oznacza, że gosudarstwo musi wciąż dokręcać fiskalną śrubę, zadłużać się, aż w końcu padnie – jeśli nie pod ciężarem długów i zobowiązań, to na skutek tarć wewnętrznych między coraz to mniej licznymi i coraz to mniej zaradnymi tubylcami, a imigrantami których sprowadziło, żeby deficyt swojego systemu „ubezpieczeń społecznych“ ograniczyć… Takie to mają być konsekwencje..?

Moim zdaniem taka jest kolej rzeczy. Państwo powstało po to by ludziom żyło się lepiej/bezpieczniej. Więc stara się aby tak było. Problem polega na tym, że pojęcia "bezpieczeństwo" i "wolność" kłócą się ze sobą. Teoretycznie bylibyśmy najbezpieczniejsi zamknięci w pojedynczej celi na cztery spusty. Tylko ile byśmy wtedy mieli wolności? Na dobrą sprawę rządzenie w ramach demokracji to cały czas decydowanie o tym jakie maja być proporcje pomiędzy tymi pojęciami.

Nie ma empirycznego dowodu, że „państwo powstało po coś“. Owszem – socjobiologia podpowiada nam, że człowiek jest zwierzęciem stadnym, a w każdym stadzie istnieje prawo i władza. Ale twierdzić, że z tego wynika jakiś szczególny cel istnienia państwa..? Państwo jest skutkiem społecznych instynków człowieka, jego naturalnego dążenia do dominacji lub do podporządkowania – ale zaiste! Nie ma znaczenia, czy realizuje cokolwiek ponad to…

Że „bezpieczeństwo“ i „wolność“ się kłócą, to truizm. Kłopot polega na tym, że jest tak niewielu zwolenników wolności – a takie masy wielbicieli bezpieczeństwa! Nie da się przy tym PRZEKONAĆ „wielbiciela bezpieczeństwa“, że powinien zrezygnować z części tego komfortu jaki zapewnia mu współczesny zamordyzm, realizowany przez (rzekomo) liberalną demokrację i dopuścić w zamian wolność, czyli ryzyko!

Nie da się, ponieważ różnica między „zwolennikiem wolności“, a „wielbicielem bezpieczeństwa“ W OGÓLE nie leży w płaszczyźnie przekonań, idei, czy nawet interesów. Ten pierwszy to zwierzę, które dąży do dominacji w stadzie. Jest zatem skłonny do ryzyka, a nie ceni stabilności i bezpieczeństwa. Ten drugi to zwierzę, które dąży do podporządkowanej pozycji w stadzie. Interesuje go głównie spokój, bezpieczeństwo, pewność i powtarzalność…

I to chyba jest klucz do zrozumienia całego naszego problemu. Z punktu widzenia „zwierzęcia dążącego do podporządkowanej pozycji w stadzie“, osobnik opowiadający mu bajkę o wolności – straszy, grozi i przeraża. Natomiast z punktu widzenia „zwierzęcia dążącego do dominującej pozycji w stadzie“: masy wielbicieli spokoju i bezpieczeństwa to irytujący balast, konieczny ale godny pogardy – z którym nie bardzo jest jak i o czym sensownie rozmawiać..?

4 komentarze:

  1. "Natomiast z punktu widzenia „zwierzęcia dążącego do dominującej pozycji w stadzie“: masy wielbicieli spokoju i bezpieczeństwa to irytujący balast, konieczny ale godny pogardy – z którym nie bardzo jest jak i o czym sensownie rozmawiać..?"

    Błąd. Te masy to obiekt, nad którym instynkt każe dominować. Bez nich ten instynkt nie miałby sensu.

    Korwinowcy i inni to ludzie, którzy mają instynkt dominowania, ale im coś nie wyszło, jak Pan zauważył na wstępie. Muszą jakoś dać upust frustracji. Ci którym się udało zdobyć dominującą pozycję w jakiś sposób są kontent i systemu zmieniać nie będą, bo po co?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale nie błąd! Napisałem, że to balast KONIECZNY. A że nie ma z nim o czym gadać..? Zacytuję tu generała Bianchetti, "kondotiera ludów" z Nie Boskiej...: "Chociażeście moi bracia w wolności, nie jesteście moimi braćmi w geniuszu"...

      Usuń
  2. Państwo to zło konieczne. Na razie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czemuż to "na razie"..? Bez poważnej manipulacji genetycznej - potrzeba przynależności do stada, która jest głównym powodem istnienia państwa - nie zniknie!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...