piątek, 3 sierpnia 2012

Cie cholera

Wszystko zaczęło się od tego, że około 22.00 Krystyna, korzystając z otwartego w naszej chatce okna przyniosła okazałą mysz polną, głośno się przy tym anonsując z prezentem. Trzeba było wstać, mysz i kota wyrzucić. Od czego obudziła się Lepsza Połowa.

Obudziła się, posłuchała i mówi – czy to pada..? Nie miałem najmniejszej ochoty wstawać z łóżka, do którego dopiero wróciłem, ale sama poszła sprawdzić – faktycznie: pada.

Chodź – mówi – zobaczymy co konie robią (bośmy je właśnie po raz pierwszy zostawili na noc na Wielkim Padoku). No to poszliśmy – choć szczerze wątpiłem, czy cokolwiek zobaczymy.

Przy tym – było cicho, a przecież, gdyby któraś próbowała forsować ogrodzenie mimo prądu, Knedlik natychmiast by nas o tym poinformował donośnym rżeniem..!

Nie doszliśmy jeszcze do bramy, a ta przejętym głosem: a jak będzie burza? Weźmy je zabierzmy…

Pomarudziłem, pomarudziłem, ale co było zrobić? Poszedłem poszukać ich po omacku na Wielkim Padoku. Obszedłem całość dookoła, sprawdzając wszystkie chaszcze w których zwykły się ukrywać. W połowie kółka zerwał się prawdziwszy szwkał, cie cholera – duło jak w kieleckiem, że oddychać pod wiatr się nie dało, a lało tak, że w sekundę byłem mokrusieńki od samiuśkiej góry do samiuśkiego dołu.

Tyle stwierdziłem, że ogrodzenie całe, koni w żadnych chaszczach nie ma, trzeba będzie – w rzeczy samej, macając rękami, bo momentami i na dwa metry nic nie było widać – przeszukać środek. Żadnej burzy oczywiście nie było, tylko padał taki ciepły deszczyk – raz ledwo, ledwo, kap, kap, kap, a kiedy indziej – jakby kto wannę wody na łeb wylewał.

Na szczęście trafiłem na nasze stadko – całkiem przypadkowo zresztą, bo wziąłem za konia samotną gruszkę rosnącą niedaleko centrum pastwiska, a kiedy zorientowałem się w pomyłce, przeszedłem jeszcze 50 metrów w tym samym kierunku – i tam właśnie były. Grzecznie i nader rozsądnie zbite w kupkę, zadami do wiatru, nie pod drzewem, nie pod linią wysokiego napięcia i nie w najwyższym punkcie terenu (ale i nie w najniższym). No – jakby podręcznik skautingu czytały, cie cholera..!

Pomijając fakt, że gdyby nie Lepsza Połowa, to by mi w ogóle nie przyszło do głowy sprawdzać czy pada (bo jak na początku tak tylko ledwo – ledwo kapało, to nie sposób było odróżnić, w chatce siedząc, czy to deszcz, czy tylko lodówka szemrze…) i pewnie bym zasnął szczęśliwy – w tym momencie, zobaczywszy gdzie i jak stoją, byłem już na 100% przekonany, że trzeba je zostawić. Dobrze jednak wiedząc, że jeśli je zostawię, to zaraz będę musiał z powrotem po nie wracać – wziąłem na hol Szefową, czyli Dzielnego, Pięknego (i jak się okazuje – również Mądrego) Konia Lepszej Połowy – i obrałem kurs na bramę.

Wróciliśmy do chatki, na zegarze pokazywało 23.00 – a trzeba się jeszcze było umyć, boż zmoczyło nas kompletnie i zachlapało błotem, napoić oba koty (Krystyna dzielnie towarzyszyła Lepszej Połowie przez cały ten szkwał i też przemokła do ostatniego kłaczka, a Sylwestrze należało się za całokształt…) mlekiem które, kupione ledwo dzień wcześniej, czegoś się zepsuło i tylko koty je piją – no, zeszło się, nim ponownie można było osunąć się w objęcia Morfeusza.

Nie na długo, bo jednak taka ilość skwaśniałego mleko wywołała u kota małą rewolucję żołądkową i nie wiem dokładnie kiedy, bo oczy mi się nie otworzyły, żeby zobaczyć która godzina – musiałem wypuścić Sylwestrę na dwór. Żeby już jej nie wpuszczać z powrotem i żeby mieć czym oddychać, bo w międzyczasie opad się skończył i znowu zrobiło się tropikalnie duszno – otworzyłem okno.

Kot był z powrotem w łóżku równo ze mną – znakiem czego: pobiła życiówkę w tempie załatwiania się, cie cholera – nie chcę wiedzieć (na razie), gdzie ten skarb znajdę koło chatki…

Objęcia Morfeusza, te sprawy – śni mi się szarża husarska. Ocho! – odzywa się mój wewnętrzny alarm, przez te kilka lat dobrze wyćwiczony – śni ci się szarża husarskiego, znakiem czego konie biegają wokół domu, wstawaj i łap je!

Wstałem, cie cholera – ale okazało się, że od tego kociokwiku to już nawet mój wewnętrzny alarm, przez te kilka lat dobrze wyćwiczony, musiał się rozregulować, bo to było tylko Maleństwo i wcale, a wcale nie biegało.

Maleństwo sobie tylko znanym sposobem potrafi przeleźć przez druty, którymi ogrodziliśmy cały Pierwszy Padok – i jak jej się znudzi towarzystwo starszych, to wychodzi i buszuje po okolicy. Nad ranem zwykle wraca i wtedy budzi mnie tupaniem przy chatce (ale to inny rodzaj alarmu, niż gdy śni mi się szarża husarska…), żebym ją wpuścił z powrotem normalnie, wejściem – bo widać, wchodzić przez druty jeszcze się nie nauczyła.

Tak też zrobiłem, była 4.22 gdy wsunąłem się do łóżka na wygrzane miejsce obok rozciągniętej na całą długość w ataku niemocy Sylwestry (dobrze ponad metr kota, od czubka nosa do końca ogona – a grzeje!). Właściwie, to mogłem już wtedy dać koniom wczesne śniadanie i wygonić w cholerę na Wielki Padok – ale nie miałem sił.

O 5.57 wewnętrzny budzik (ale jeszcze inny niż ten od husarskiej szarży i inny niż ten od tuptania Maleństwa…) kazał mi otworzyć jedno oko, które tym sposobem objęło polem widzenia zegar. Dalej nie miałem sił żeby wstać i kombinowałem leniwie i powoli, jak by tu zrobić, żeby zaspać. Zawsze czujna Krystyna wyczuła moment – i objawiła się w oknie, głośno miaucząc, boż gdybym zaspał, to i jej śniadanie by się oddaliło w czasie!

Nie było rady – wstałem, cie cholera..!

Skończyłem rozstawiać z powrotem zebrane wcześniej po ciemku „zabawki“, czyli elektryzator z przedłużaczem, przeciągnąłem przez drogę linki przepędu i jakoś tak zakręciło mi się w głowie, że zamiast normalnie, dróżką prowadzącą do chatki (bo przecież jeszcze musiałem dać czterkopytnym owsika, a ten przy chatce stoi…), wszedłem na padok. Patrzę: Lepsza Połowa prowadzi konie do wyjścia.

A śniadanie? – ryczę na całe gardło, co by mnie na pewno usłyszała. – A nie było..? – pada w odpowiedzi.
Daliśmy koniom śniadanie, prowadzę je do przepędu – a tu drogą jedzie sąsiad. Też zaspał! – bo powinien był przejechać kwadrans wcześniej.

Żeby nie było, że ja tu tylko własną martyrologię opisuje – Lepsza Połowa twierdzi, że między otwarciem okna w celu wpuszczenia Sylwestry po jej (pospiesznej…) defekacji i w celu zapewnienia tlenu do oddychania – w porze nieustalonej, dla braku możliwości odemknięcia choćby jednego oka, a 5.57, Krystyna jeszcze dwukrotnie wchodziła do chatki, anonsując się głośnym miaukotem i była wyrzucana przez Lepszą Połowę gdy ja spałem jak zabity – a w ogóle, to zdaniem Lepszej Połowy, nasz kot zewnętrzny spał tej nocy w chatce i tu się, po zmoczeniu wysuszył…

A podobno na wsi nie ma tak bogatego życia nocnego jak w mieście i ludzie spać z kurami chodzą..?
Niespodziewana i nieprzewidywana w żadnej prognozie pogody ulewa przydała się naszym pastwiskom i ogródkowi – ale trochę zawężyła opcje prac fizycznych na dzisiaj. W zasadzie, trzeba by się wziąć za pielenie – choć pierwotnie myślałem raczej o rżnięciu i rąbaniu drewna (dałem wczoraj do osadzenia na nowych styliskach obie siekiery, w południe mają być do odbioru…). Tylko ta tropikalna duchota (a piszę te słowa o 7.48 rano… ciekawe tylko, ile mi zajmie publikacja posta, o ile w ogóle się uda – bo choć i rachunek mamy zapłacony i styki przeczyściłem rano – cóś nam ten blueconnect od wczoraj ledwo internetem ciurka, wprawiając nas zresztą w nastrój koloru blue…), cie cholera!
--------------------------------------------------------------------------

Zamiast kolejnego teoretycznego wpisu, który tym sposobem przesuwa się co najmniej na jutro (zobaczymy jeszcze, co dzisiaj wymyślimy dla urozmaicenia naszej wiejskiej egzystencji…) – polecam Państwu uważną lekturę dwóch przedostatnich wpisów Profesora Boboli: o zanikaniu ziemskiego dipola magnetycznego i o skutkach, jakie to może mieć dla ludzkości.

Miałem, co prawda, cichą nadzieję, że Profesor potwierdzi ten koniec świata przepowiadany na tegoroczny grudzień – olał bym wtedy komornika. Ale, skoro ma to być około roku 2200 – to jeszcze jeden argument za dawno przeze mnie głoszoną tezą, że nie ma rzeczy ważniejszej, niż eksploracja Kosmosu!

Nieprawdą jest, że najpierw trzeba zlikwidować głód, biedę, efekt cieplarniany i kryzys zadłużenia – raz, że to niemożliwe, jak dobrze wiemy, sam Chrystus nam przepowiedział, że „zawsze ubogie macie z sobą“ (czyli, w tłumaczeniu współczesnym: „biedni zawsze będą wśród was“ Mat. 26, 11) – a dwa: jak nas pośrodku tych zbożnych działań przyłapie jakiś kosmiczny syf – psu na budę będą wszystkie te wysiłki.

Niestety, mam pewność w zasadzie absolutną – że rządzący nami krótkowzroczni politycy, gonić będą za tymi utopiami (przyprawiając przy okazji naszą cywilizację o swoistą „śmierć cieplną“ w skutek wykastrowania, odessania testosteronu i zaniku kory mózgowej…), a poświęcenie choćby części w oczywisty sposób marnowanych na tego rodzaju cele miliardów na coś, co pozornie wydaje się nieprzydatne, choć ma w dłuższym terminie o wiele więcej sensu – ani im przyjdzie do głowy.

Ostatecznie: walki z biedą czy z globalnym ociepleniem nie widać – to można rozkraść „na czysto“, całe 100% poświęconych na to środków. Tymczasem – choć i tu bywają kontrowersje, boż są tacy co wątpią w lądowanie Armstronga na Księżycu, czy w lot Gagarina – to jednak, generalnie da się sprawdzić, czy jeden z drugim poleciał faktycznie, czy tylko tak gada (grunt, żeby jakaś konkurencja była, to będzie sobie nawzajem patrzeć na ręce, tj.: na ekrany radarów… Dlatego bardzo złym pomysłem byłoby tworzenie jakichś „Światowych Agencji Kosmicznych“..!). Więc, chcąc nie chcąc, bodaj drobny ułamek przyznanego budżetu, trzeba jednak naprawdę władować w te latające pudła…

Jedyna nadzieja w Chińczykach. I w Hindusach. Cie cholera!

2 komentarze:

  1. Oczami wyobraźni widzę jak się nasi od Światowej Agencji Kosmicznych tłuką z ufoludkami o pierwszeństwo w kosmosie i jak zwykle wygrywając potyczkę nakładają sankcje, podatki i inne duperszwance Made in Earth. Cie cholera :DD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, takie starcie nie wygląda na opłacalne...

      Ale - tak przenieść Naszą Umęczoną na "Nową Ziemię" (i nie mam na myśli skutej lodem wyspy u północnych wybrzeży Półwyspu Kola, znanej z atomowych ambicji Chruszczowa...), gdzie już nie będzie "między Niemcami a Rosją"..?

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...