poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Powaga w interesach

Są takie jaszczurki, które widząc zagrożenie robią głęboki wdech i nadymają się z całej siły, strosząc przy tym wyrostki skórne tak, że przypominają małe smoki. Wydają się dzięki temu większe niż rzeczywiście są – i groźniejsze. Mniej – więcej tej właśnie umiejętności wydaje mi się brakować, aby skutecznie prowadzić tzw. „interesy“.

Tak mi się skojarzyło, bo mieliśmy wczoraj kolejną Bardzo Miłą i Rzeczową Wizytę i jak to Polak z Polakiem, koniarz z koniarzem – ponarzekaliśmy na różne okoliczności przyrody i nie tylko, a pojawił się też i w rozmowie wątek zachowania pewnych panów, którzy tę właśnie umiejętność – udawania większego i groźniejszego niż naprawdę są – opanowali do perfekcji. Ba! Trudno tu mówić o „opanowaniu“, bo jest to raczej cecha osobowości, im to przychodzi naturalnie, bezwiednie, instynktownie – i, w zasadzie, to ja nie widzę w tym nic złego. Dobrze i wiarygodnie się nadymać – rzecz pożyteczna, a jak ktoś jeszcze robi to z wdziękiem i niejaką dezynwolturą..? Tylko patrzeć i (po cichu) boki zrywać ze śmiechu…

Rzecz jest jednakowoż potencjalnie bardzo ważna – co polecam uwadze kolegi Racjonalnie Oszczędzającego (no proszę: gdyby ta Wizyta miała miejsce wcześniej i gdybym się nią tak samo jak dziś zainspirował, to bym się może jeszcze i na Kolegi konkurs załapał..? ☺ ), bo chyba w podobnym tonie ongiś o Sztuce Prowadzenia Biznesu opowiadał.

Będę się trzymał konkretów, to jest własnego (złego) przykładu – z rok czy nawet dwa lata temu nasz Przyjaciel z Warszawy, który absolutnie koniarzem nie jest i choć go z raz czy dwa na konia wsadziliśmy, z trudem odróżnia gdzie koń ma łeb, a gdzie zad opowiadał, że przy jakiejś innej okazji biznesowej, spotkał dzierżawcę jednej z warszawskich stajni. Tamtej osoby nie znam osobiście, nigdy się bodaj nie spotkaliśmy, ale że to był koniarz, to mój Przyjaciel począł go o mnie wypytywać. No nie da się ukryć – a co tam, spróbuję się i ja ponadymać – że nie jestem anonimowy i owszem, rozmówca mojego Przyjaciela o mnie słyszał. Słyszał mianowicie, że jestem „niepoważny“, i że „należy trzymać się ode mnie z daleka“, bo „to nie jest wiarygodny biznes“.

I to jest oczywiście cała prawda, szczera prawa i tylko prawda. Jestem niepoważny. Z całą pewnością „należy się ode mnie trzymać z daleka“ (bo jeszcze obsmaruję..!). I nie prowadzę żadnego „wiarygodnego biznesu“.

Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że choć blisko stolicy, to siedzę w jakichś chaszczach, gdzie nawet Dyabeł nie mówi dobranoc, bo jeszcze tu nie trafił (pewnie używa GPS – jadąc do nas, absolutnie nie należy się tym urządzeniem kierować..!), miewam problemy z płynnością finansową – i jeszcze się tym publicznie chwalę..! No wstyd, hańba i zgorszenie..!

To samo zresztą słyszałem i z innych źródeł. Ty nie opowiadaj takich rzeczy – radzono mi. – Ty napisz, że właśnie zostałeś ministrem. Kto to sprawdzi..???

Dalibóg – jestem poniekąd w takiej desperacji, że gdyby mi zaproponowano ministerowanie, to pewnie, wbrew zasadom, które tu skądinąd głoszę – nawet i na to bym się zgodził. Na szczęście, nie spodziewam się, abym musiał kiedykolwiek iść na takie kompromisy moralne – jeszcze nigdy tak nie było, żeby kandydatów na ministrów zabrakło i trzeba było łapanki w tym celu robić…

Jak już napisałem, jest to prawdziwy i szczery obraz sytuacji – i prawdziwie szczere i z dobrego serca płynące rady, których mimo to – nie mam najmniejszego zgoła zamiaru wprowadzać w życie. Nawet nie dlatego, że mi jakieś zasady moralne tego zabraniają. Ja po prostu – nigdy nie umiałem się nadymać i udawać małego smoka. Nawet smoka – miniaturki..! Tyciego, tyciutkiego…

Skoro nie umiem – to po co mam się za to brać..? Wtedy będę już nie tylko „niepoważny“, ale wręcz – po prostu i całkiem zwyczajnie – śmieszny. O ile bycie „niepoważnym“ jakoś mi nie doskwiera (osobliwie, gdy dowiaduję się o głoszących takie opinie różnych ciekawostek…) – to nie ukrywam, że ciężko byłoby żyć, będąc po prostu i całkiem zwyczajnie – śmiesznym.

Co innego, gdybym umiał się dobrze i wiarygodnie nadymać. A! Wtedy z całą pewnością powinienem to robić. Niewątpliwie, pomogłoby mi to szybko i bez większego wysiłku wyjść na tzw. „prostą“, nie tyle biorąc po drodze wszystkie zakręty, co nad nimi przelatując.

W jaki sposób? No chociażby w taki, że raczej nie ulega wątpliwości, iż wszystkie trzy nasze kobyły są w tej chwili źrebne. Oczywiście – mnie to raczej na razie stresuje (bo martwię się, czy utrzymają ciąże – zresztą, to jest też powód, dla którego nieśpieszno mi odwozić do domu Knedlika – na wypadek, gdyby jednak któraś znowu dostała rui… Martwię się też z góry o wyźrebienia – jeśli komornik nie dokopie się do naszych dopłat z ARiMR, to pewnie wstawię wszystkie trzy przed wyźrebieniem do kliniki – żeby się historia Melemahmal nie powtórzyła… I w ogóle: martwię się – bo przywykłem się martwić, co jest o tyle dobrą, moim zdaniem, strategią, że jak wszystko idzie OK – to jeszcze na dokładkę jest człowiek mile zaskoczony…). Gdybym miał tę naturalną, wrodzoną zdolność nadymania się – to bym się nie martwił, tylko już zaczynałbym przyszłe (za prawie dwa lata „gotowe“…) odsadki sprzedawać. I pewnie bym je tym sposobem sprzedał, spokojnie wychodząc z długów.


Co mi się, ponieważ nie mam tej zdolności – na pewno nie uda.

W handlu końmi w ogóle nie ma czegoś takiego jak „racjonalność“. A to dlatego, że – jak wiele razy i tu i na łamach „KT“ pisałem – trzymanie koni innych niż mięsne jest z zasady nieracjonalne. Jest to forma rozrywki albo inwestycji w prestiż, w markę towarową (coś jak kolekcjonowanie dzieł sztuki czy drogich zegarków lub samochodów).

Otóż – moje konie są absolutnie nieprestiżowe w tej chwili. No bo łażą sobie po łące zamiast stać w pięknie wymurowanej stajni, żrą trawę i jakieś chwasty, zamiast mieć podawane najdroższe możliwe mieszanki paszowe do marmurowych żłobów, pokazuję je gościom ot tak sobie, a powinienem najpierw zawiązywać delikwentom oczy, a potem – wyprowadziwszy na odpowiednio udekorowanej hali, urządzić show z nastrojowym oświetleniem, sztucznymi dymami, lakierem do paznokci na kopytach i pełnym makijażem na pyskach. Tak to się robi – i nie przesadziłem tu ani słóweczkiem!


Tak więc, skoro sam odpowiedniego otoczenia nie jestem w stanie wygenerować, powinienem – nie wiem – sprzedać samochód póki mogę i przestawić się na miesiąc do najdroższej i najbardziej prestiżowej stajni w Warszawie – i, w odpowiednim anturażu, przy aranżacji jak opisana powyżej – przed końcem tego miesiąca, sprawa byłaby załatwiona…

Jak pisał Sun Zi: „wiedzieć jak odnieść zwycięstwo – a zrobić to naprawdę – to są dwie różne sprawy!“. Nie umiałbym. Koniec rozmowy…

Ja doskonale WIEM, że mamy świetne konie (niezależnie od tego, że są leniwe i zapasione…). W porównaniu do innych koni tej rasy, to na zachód od Bugu mogą być co najwyżej równie dobre – ale poza Rosją i Turkmenią lepszych od naszej trójki po prostu nie ma.


Natomiast w porównaniu do „koni wierzchowych w ogóle“, to w Polsce jest może dwa, może trzy tuziny koni cenniejszych od naszych Gracji – i to cenniejszych w zasadzie dzięki umiejętnościom, których nabyły, a nie dzięki pochodzeniu, cechom eksterieru czy wrodzonym talentom.

Tyle tylko, że nic z tego dokładnie nie wynika. Dla rozrywki, czyli dla tzw. „rekreacji“ – koń to koń, sztuka jest sztuka, naprawdą nie ma znaczenia czy biega czy fruwa, aby tylko cztery nogi miał – aby tylko był jak najtańszy. Tzw. „sport“ w Polsce właściwie nie istnieje, no i poza tym – dlaczego ktoś miałby do sportu kupować konia, o którym nic nie wie (bo gówniana komuna nie dość, że fizycznie przetrzebiła i konie i jeźdźców, to jeszcze odcięła na ponad pół wieku pół Eurazji od reszty tzw. „cywilizowanego świata“, przez co – „cywilizowany świat“ nic o sportowych przewagach prawdziwie wschodnich koni nie wie, bo nie miał okazji się o nich przekonać), jeśli za taką samą cenę może sobie kupić zwierzę legitymujące się wieloma pokoleniami sprawdzonych w konkretnej dyscyplinie sportowej przodków..?

Pozostaje tylko prestiż. A prestiż wymaga „zbudowania wartości“. Przecież ten, kto konia dla prestiżu kupuje, kupuje go po to, aby móc się przy jego pomocy nadąć i nastroszyć przed znajomymi i nieznajomymi – a jakże jemu się nadymać, gdyby miał kupować ubłocone konie z jakiejś łąki, a nie ze stajni z marmurowymi żłobami i, w dodatku: bez makijażu..? To tak, jakby ktoś próbował prawdziwe, oryginalne zegarki firmy Patek na bazarze w Warce sprzedawać – po „sklepowej“ cenie – no, nie wróżę mu sukcesu..!

Jak więc Państwo widzicie – naprawdę wiem, co powinienem zrobić. I wiem też – dlaczego tego nie zrobię: bo nie umiem, bo nie mam tego wrodzonego talentu, nie wychodzi mi przesadzać, kłamać (mimowiednie oczywiście, wcale nie twierdzę że kto się napusza, zaraz kłamie celowo i z pełną świadomością…) z lekkością, wdziękiem i dezynwolturą. Że gawędzić umiem? Ale to, niestety – nie to samo! Bo mi gawędy najlepiej wychodzą, gdy mogę w nie wpleść jakiś suspens, jakiś paradoks, dysonans jakiś. A to konsekwentnemu „budowaniu wartości“ definitywnie przeszkadza.

Przekonałem się o tym jako prezenter sprzedaży bezpośredniej. Broń Panie Boże opowiadać publiczności dowcipy! Nie! Trzeba być od początku do końca teatralnie przesadnym, do obrzydzenia zachwyconym prezentowanym towarem, pozbawionym cienia wątpliwości czy krytycyzmu – wtedy kupią… Dziwne to, bo ja, gdy taką drętwą gatkę słyszę – właśnie, automatycznie niemal, próbuję się w niej doszukać fałszów. Widać jednak większość ludzi mniej ma krytycyzmu – każde pochlebstwo i każdą bajkę łyknie, byle były z ich „ogólnym światopoglądem“ zgodne.

Z tego punktu widzenia, fatalny błąd popełniłem, pisząc i publikując tutaj chociażby moją „Historię sekretną…“ – bo, z handlowego punktu widzenia, nie powinienem mitów o koniach achałtekińskich podawać w wątpliwość, tylko właśnie: umacniać je i powtarzać, żeby jak najwięcej ludzi w nie uwierzyło – wtedy bym sobie rynek rozszerzał. Prawda na nikim nie robi dobrego wrażenia. Jak słusznie bowiem kolega Racjonalnie Oszczędający zauważył ongiś w komentarzu – ludzie nie chcą prawdy, tylko żeby ich przyjemnie w kroku łaskotało.

No cóż: ten sposób zatem, na wyjście z dołka, wygląda na zamknięty. Trzeba będzie znaleźć jakiś inny. A odsadki? O odsadki to ja się zacznę martwić, jak już utrzymamy (wespół w zespół…) ciąże i zdołamy się szczęśliwie oźrebić. Na szczęście, nie jestem anonimowy nie tylko w Polsce – a bariera kulturowa i językowa znakomicie w dobrym i wiarygodnym nadymaniu się pomaga (coś o tym mogłaby powiedzieć Lepsza Połowa…).

Tymczasem wczoraj nawiedził nas prawdziwy potop:


8 komentarzy:

  1. Wszystkimi czterema kopytami zapieram się przeciw wyekspediowaniu dziewczynek na wygnanie. Do kliniki. Rozumiem, że strach i te rzeczy. Ale czy to naprawde dobrze im zrobi? Stres związany ze zmianą miejsca? jakieś poczucie porzucenia? Może śmieszna jestem, ale uważam, że każde stworzenie nie działa li tylko na instynktach.
    Zapodac sobie weta z kliniki coby był "pod ręką" na czas porodu a i porodówkę można wyrychtować. Czasu jest dosyć. Z wetem podpisać wstępnie umowę, żeby faktycznie był. Przygotować samochód " na wrazie czego" i spokojnie czekać szczęśliwego końca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu nie ma dobrego rozwiązania. A w praktyce i tak pewnie życie samo zdecyduje...

      Usuń
  2. Mówiąc po "netowemu" - lubię ten tekst o nadymaniu :-)))
    Zawsze mówię , że prawdziwego faceta poznaje się nie po tym jak zaczyna i kończy ale po poczuciu humoru i odrobinie samokrytycyzmu....
    I tak - podkadziwszy Gospodarzowi - pozdrowienia dla Lepszej Połowy i Kotowatych ślę - jak zwykle - Ania B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nasz Przyjaciel twierdzi, że prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym, ile razy zdoła się podnieść...

      Usuń
  3. Jakże przydatna ulewa... Myślisz, że uda Ci się zapasy siana podreperować?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie stać mnie na drugie sianokosy. Natomiast bardzo chętnie bym się umówił z jakimś okolicznym gospodarzem, aby ten zebrał sobie potraw na Pierwszym Padoku - jeśli go najpierw nawiezie gnojówką, a potem skosi i zbierze. Pierwszy Padok dawno nie był koszony, a ten zabieg jednak bardzo pomaga - i roztrząsnąć zwały guana, i kontrolować przyrost chwastów.

      Kłopot w tym, że jak na razie to, kogo bym nie pytał - nikomu się nie chce...

      Usuń
  4. popieram Pania Ludke- to najlepsze rozwiazanie.
    A co do reszty to wyjatkowo zgadzam sie z autorem:)
    Choc sposob prezentowania koni ze wschodu( np Stawropol) to tez przegiecie w druga mańke....
    MonikaK

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...