niedziela, 19 sierpnia 2012

Los człowieczy

Istnieje wiele zgrabnych podsumowań człowieczego losu. Nie najgorszą jest ta, ze znanej anegdotki o władcy i mędrcu wzięta: rodzili się, cierpieli i umierali. Można to oczywiście rozwijać w dowolny sposób – jak to przypominając, że przypadkowo rodzili się (podobno większość żyjących Polaków została poczęta po pijanemu i na skutek nieuwagi – ci lepsi, to może nawet i na haju..?), cierpieli bez śladu godności, wyjąc i błagając o ratunek, czym skutecznie załazili za skórę najbliższym i słusznie lądowali w przytułku, a na koniec umierali tylko po to, żeby pokłócić spadkobierców – biorących się za łby najczęściej już pod koniec stypy…

Wdzięcznie się takie ponure opisy mnoży, bo i łatwo, i co by się nie napisało, to wszystko prawda – i Czytelnik nie ma jak się wobec tego nagromadzenia absurdu zbuntować: no nie ma to wszystko krzty sensu i co na to poradzić..?

Są oczywiście metody na to, żeby i tę przypadkowość i absurdalność i cierpienie jakoś usensownić. Nie napiszę, że każdy własną strategię musi tu wybrać – od akceptacji pure nonsensu egzystencji (co się objawia najczęściej inklinacją do czarnego humoru…), do jego zamaskowania jakimś postulowanym ładem (o różnej charakterystyce zresztą – od oczywiście bzdurnego, jak astrologia – po wcale ciekawe i intelektualnie zaawansowane pomysły natury metafizycznej, których doświadczalnie obalić się nie da…) – bo to nieprawda: akurat zdecydowanie najczęstszą strategią jest po prostu o tym nie myśleć. Jako się rzekło w „Seksmisji“: organizm zdrowy działa – organizm chory popada w refleksję.



Nie jest też wcale prawdą, że leczeniem takich „egzystencjalnych lęków“ zajmuje się Kościół. Kościół w Polsce zajmuje się udzielaniem chrztów, przyjmowaniem do pierwszej komunii, bierzmowaniem, udzielaniem ślubów i odprawianiem pogrzebów – to są wszystko ważne „rytuały przejścia“, które niewątpliwie liczne lęki leczą (a oprócz tego, dostarczają wyśmienitej okazji do sztachnięcia się endorfiną: niektórym wystarcza do tego sama biała suknia z welonem, większość jednak woli dla pewności zażyć C2H5OH…) – ale właśnie, pod warunkiem, że się nad tym za dużo nie rozmyśla. Ci, którzy rozmyślają – o ile przypadkiem nie mieli szczęścia trafić na jednego z kilku ostatnich charyzmatycznych kaznodziei i duchowych przewodników, którzy  gdzieś się jeszcze uchowali – niemal nieodmiennie lądują w tzw. „sekcie“.

Prawdę pisząc nie wydaje mi się, aby jakiekolwiek wyleczenie z nonsensu egzystencji było w ogóle możliwe. To znaczy – można się tak oczywiście łudzić, czemu nie? Ale intelektualna wartość pomysłów czysto rozumowego dowiedzenia, że życie ludzkie ma sens, a jeszcze – że jest to sens jakoś konkretny i że na przykład, warto przy tej okazji żyć nie jakkolwiek, jak się da, tylko na ten przykład – moralnie i pożytecznie: nie jest wielka. Ostatnio w rozbawienie wprawiają mnie szczególnie pomysły z gatunku tych indywidualistycznych: różnych tam Stirnerów, Nietzschech i innych takich. W ostatecznym rachunku sprowadza się to do jakiejś mistycznej „woli mocy“ – „ja żyję“, „ja chcę“, „ja osądzam“, „ja działam“. No i co z tego – skoro na koniec i tak „ja umrę“..? Rozumiem, że truchło prawdziwego indywidualisty będą wtryniać wyłącznie same najwybrańsze robaki..?

Cóż więc zostaje poza czarnym humorem? Niewiele. Ale coś jednak – a nie nic! Jednostka bowiem jest co najwyżej „myślącą trzciną“ (już się nie będą bardziej tu dosadnym Majakowskim wspomagał i o „mysim pisku“ zamilczę…). Nie jest jednak wcale karzełkiem ani trzcinką wątłą gatunek ludzki, czy choćby nawet, składające się nań „wielkie struktury“: cywilizacje, kultury, narody.

Oczywiście: Słońce też kiedyś zgaśnie, a pewnie pierwej coś takiego zmalujemy, że zdołamy się z tej pięknej planety usunąć w całości. Indywidualnej pociechy duchowej też nie ma co z istnienia gatunku czy jego podzbiorów czerpać, bo to całkiem ni pri cziom. Nie o to bowiem wcale chodzi, że mamy się pocieszać w ten sposób!

Gatunek, cywilizacja czy naród nie zapytają o sens swego istnienia, bo nie mogą. Tę właściwość przejawiają tylko jednostki – i to też nie wszystkie, a tylko niektóre. Co ciekawe, nieuchronną na skutek tej niepociesznej refleksji rozpacz, niejeden z tych myślących kompensuje sobie mniemaniem, że może Graala myśląc nie zdobył, a nawet wręcz przeciwnie – utracił poprzednią lekkość bytu – ale za to, przynajmniej, wykazał się spostrzegawczością większą niż, lekko licząc, 93% współuczestników tego samego losu i przynajmniej to może o sobie powiedzieć, że rzeczywiście jest trzciną myślącą, gdy inni, to co najwyżej bezmyślna trawa.

Nie od dziś cechą myślenia konserwatywnego jest skłonność do poszukiwania analogii między życiem społecznym a życiem biologicznym. Wedle konserwatywnej intuicji, społeczeństwo jest organizmem: a to zakłada, że po pierwsze – nie da się go sprowadzić do sumy elementów (człowiek rozebrany na części składowe: mózg, szkielet, mięśnie, nerwy, itd. – nie jest już istotą żywą – bo żywy będzie tylko wtedy, gdy wszystkie jego istotne organy będą połączone, a i to – nie dowolnie, a tylko w jeden, konkretny sposób!), a po drugie – pomiędzy jego elementami, czyli pomiędzy ludźmi po prostu, z konieczności muszą zachodzić stosunki hierarchiczne (tak samo jak w każdym organiźmie żywym istnieje hierarchia układów funkcjonalnych), a ich pozycje względem siebie, nie są doskonale wymienne (kucharka nie może rządzić państwem – tak samo, jak nie każda, dowolna komórka może „rządzić“ organizmem, tylko komórka nerwowa…).

Jest to oczywiście tylko intuicja, a nawet pewnego rodzaju metafora – za którą też wielu przeciwników krytykowało konserwatyzm, zarzucając tej wizji prostackość, brak wyrafinowania, czy zgoła obłudę (jako że miało to wszystko służyć li i jedynie zaspokajaniu niskich instynktów tych, którzy całkiem przypadkowo zajmują w owym organizmie pozycje uprzywilejowane…).

Skądinąd jednak, mam wrażenie że to, co 200 lat temu było tylko taką sobie intuicją, czy zgoła metaforą – w miarę, jak czyni postępy antropologia ewolucyjna, staje się częścią nauki.

Z punktu widzenia biologii tezy ojców – założycieli liberalizmu o człowieku jako „niezapisanej karcie“, o „przyrodzonej równości“ i temu podobne – po prostu nie mają krzty sensu. Role się odwracają. Idee, które w XVIII wieku wydawały się „rozumowe“ – okazują się ideologicznymi uroszczeniami bez pokrycia w faktach. Poetycka intuicja obskuranta i tradycjonalisty de Maistre’a więcej ma wspólnego z rzeczywistością niż wszystkie spekulacje Hobbesa, Locke’a czy Diderot’a.

Nigdy nie wiadomo jak to się skończy: postęp w nauce polega na ciągłej gotowości do kwestionowania własnej tradycji i aktualnych pewników na rzecz praw, które można dopiero odkryć. Na razie jednak – wygląda to tak, jak wygląda i nie chce wyglądać inaczej!

Najpierw więc: nie jest przypadkiem i nie jest całkowicie dowolną konwencją to, że ludzie żyją w grupach (tworzących, na pewnym etapie historii – plemiona, a potem narody, państwa i cywilizacje), że pełnią w tych grupach określone role społeczne i że istnieje hierarchia owych ról. Owe role nie są przy tym wzajemnie wymienne, nie można wewnętrznej struktury społeczeństwa, na które składa się ich hierarchia kształtować całkiem dowolnie (choć zakres dopuszczalnej różnorodności jest oczywiście znacznie większy niż w przypadku organizmu biologicznego…) – a rekombinacja nazbyt gwałtowna lub nazbyt niezgodna z historycznym dziedzictwem – prowokuje do niemniej gwałtownej reakcji.

Potem: człowiek nie jest wyjątkiem w świecie zwierząt jak chodzi o jego zachowania społeczne. Nie różni się pod tym względem istotnie od innych zwierząt stadnych (mowa oczywiście o tzw. „zwierzętach wyższych“, tj. nie determinowanych całkowicie wrodzonymi instynktami). Obserwacja zachowania zwierząt pozwala na odkrycie wielu cennych analogii z zachowaniem ludzi. Na przykład konie – o czym już wiele razy pisałem – mogą funkcjonować, zachowują komfort psychiczny i poczucie bezpieczeństwa, jeśli ich stado posiada jasną i stabilną (nie zmienianą nazbyt często) hierarchię i jeśli przestrzega stałych, jasnych i stosowanych w powtarzalny sposób praw. Każde zakłócenie w tym zakresie, natychmiast odbija się na stanie psychofizycznym zwierząt: konie zaś, którym uniemożliwia się nawiązywania i podtrzymywanie więzi społecznych, albo nieustannie zmienia zwyczaje decydujące o ich porządku dnia, co najmniej wpadają zwykle w tzw. „narowy stajenne“, czyli – po ludzku: wariują.

Istnieje możliwość kompensacji braku naturalnej więzi grupowej z osobnikami własnego gatunku – więzią międzygatunkową. „Uczłowieczanie“ w ten sposób konia jest wybitnie niezdrowe, ze względu na różnicę masy (i dość drastyczną jednak „różnicę kulturową“ między zachowaniami zdrowymi i właściwymi dla uciekającego roślinożercy, a zachowaniami zdrowymi i właściwymi dla walczącego drapieżcy…). Każdy właściciel psa jednak – jest, a przynajmniej powinien być dla swojego pupila jego „szefem – przewodnikiem, osobnikiem alfa“. Który w tej sytuacji niekoniecznie musi szukać towarzystwa innych psów dla podtrzymania swojej psychicznej integralności.

Ogólnie jednak: istota społeczna nie jest w stanie funkcjonować poprawnie, jeśli nie ma towarzystwa innych istot społecznych (własnego gatunku, lub innego gatunku, akceptującego podobne „reguły współżycia“). Długotrwałe odosobnienie prowadzi do rozpadu osobowości. Nawiązywanie i podtrzymywanie więzi społecznych (a więc, siłą rzeczy – odgrywanie określonych ról społecznych, usytuowanych na różnych szczeblach hierarchii), jest niezbędnym warunkiem przeżycia.

I tu wracamy do naszych (ponurych) rozważań o losie człowieczym. O ile wątpić w sens swego istnienia może człowiek jako człowiek – to czy może wątpić w sens swego istnienia ojciec dzieciom, mąż żonie, właściciel wymagającej troski posiadłości, poddany określonej władzy..? Sens istnienia roli społecznej determinuje sama ta rola – oraz funkcje, jakie wypełnia względem gatunku i jego homeostazy. Nie można wątpić w sens roli, jak długo pełni ona swoją funkcję. Zresztą samo pytanie o „sens roli społecznej“ – jest zwyczajnie źle postawione. Z sensem to można pytać właśnie o jej funkcję, o miejsce w społeczeństwie – ale o sens..?

Bólu istnienia taka refleksja nie łagodzi – bo tego, jako się rzekło, zrobić nie sposób. Skądinąd jednak – nasuwa mi to refleksję, że być może takie pytania, jak postawione na wstępie, są w pewnym sensie wynikiem błędu, to jest – fałszywej autodeskrypcji? Więzi społeczne są trochę jak powietrze – nie dosrzega się ich, póki ich nagle nie zabraknie. A skoro ich się nie dostrzega – to i mało kto myśli o sobie (jeśli myśli w ogóle…), jako o „ojcu, mężu, właścicielu, poddanym“ – i robi się nagle nagi i bezbronny względem wrogiego świata…

Tak się rozprawiwszy z liberalnym projektem jak chodzi o egzystencjalne podstawy losu człowieczego – warto by przejść też i do krytyki liberalnych pomysłów na życie społeczne. O tym jednak – innym razem. Obiecałem wziąć się za zrywanie czeremchy, a i sprawdzić wypada, czy może jednak jakie grzyby po rosie nie wyrosły..?

4 komentarze:

  1. http://www.youtube.com/watch?v=KOO-VOPxK4U&feature=player_embedded#!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to bełkot jest. Słowa, które ten pan wypowiada nic nie znaczą...

      Usuń
  2. Potęga teraźniejszości, niezwykła książka.

    OdpowiedzUsuń
  3. bo czasami nasze ograniczenia wynikają z naszego postrzegania rzeczy, a nie z ich rzeczywistego stanu...Jacku



    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...