czwartek, 23 sierpnia 2012

Kołtun triumfujący

W ramach przygotowań do Zlotu Ciemnogrodu w Osieku w 1996 roku opublikowałem na łamach „Gazety Kociewskiej“ (która na czas Zlotu stała się „Gazetą Ciemnogrodu“) duży artykuł wyjaśniający skąd wziął się termin „ciemnogród“, co oznaczał u Stanisława Kostki Potockiego, a co może oznaczać teraz – i, jak mi się wydaje, jako pierwszy użyłem dla określenia przeciwnej, tj. „postępowej“ postawy ideowej, terminu „jasnogród“. Który swoją karierę zrobił – nawet w Wikipedii jest, a i JKM użył go w ostatnim felietonie – a nikt o jego autorstwie nie pamięta, to się przypominam wdzięcznej pamięci…

To były – dla mnie przynajmniej – czasy przedinternetowe, tzn. miałem Atari 1040 STe (jeszcze pracę magisterską na nim pisałem…), ale że nie był kompatybilny z IBM-ami w redakcji, to artykuły i tak pisałem dwa razy: w domu na Atari, a potem przepisując w redakcji... Przy okazji bodaj pomyliłem Potockich („Podróż do Ciemnogrodu“ musiałem sobie znaleźć w bibliotece, a nie wygooglać – wyobrażacie sobie to barbarzyństwo..?!). Tekst ten zatem prawdopodobnie dałoby się gdzieś znaleźć – ale raczej wymaga to wycieczki do Starogardu, na co nie mam w tej chwili ani środków, ani ochoty.

Wspominam te przebłyski młodzieńczej kreatywności, która mi potem, w miarę upływu kolejnych lat w coraz to wyższych szkołach skutecznie przeszła nie tylko po to, aby się pochwalić (aczkolwiek „godzien jest robotnik zapłaty swojej“ – nieprawdaż..?). Od pewnego czasu zbiera mi się na ponowny rozrachunek z „ciemno-„ i „jasnogrodem“.

Dwa te światopoglądy, dwie postawy życiowe i ideowe starszą mają bowiem w naszych domowych dziejach tradycję, niż by ją pamiętne dzieło Stanisława Kostki (wydane w 1820 roku) wyznaczało. Wydaje mi się, że po raz pierwszy taki rodzaj podziału – na oświeconą, liberalną (i zamożną) elitę – i na zacofaną, obskurancką, mało lub wcale nie myślącą kołtunerie – zarysował się na warszawskim polu elekcyjnym w czerwcu 1669 roku.

Rzeczpospolita dosłownie i w przenośni leżała wówczas w ruinie – po „Potopie“, wojnie z Moskwą (militarnie wygranej ale politycznie przegranej) i wojnie domowej, w której Jerzy Lubomirski pokonał króla: ta wojna w pewnym sensie przypomina obecne zmagania „Platfusów“ z „PiSmakami“ o tyle, że był przecież Jan Kazimierz swoistą „partią zagranicy“, chcąc jeszcze za swego życia wprowadzić na tron francuskiego następcę – a Lubomirski tradycji i ustroju broniąc, też się przecież do tej samej, dworsko - magnackiej elity zaliczał.

Kiedy więc biskup chełmiński Andrzej Olszowski (no popatrzcie, jak to się dziwnie składa: Kociewie wtedy w jego diecezji leżało…) zgłosił jako kandydata do korony ubogiego i niczym szczególnym się nie wyróżniającego poza budzącym miłe skojarzenia nazwiskiem księcia – kandydatura ta wydawała się zrazu kompletnie „od czapy“. Na poważnie o tron rywalizowało czterech zagranicznych książąt, każdy wspierany przez obce dwory i każdy – z własnym magnackim stronnictwem w kraju.



Na złość magnatom, na złość obcym dworom, 11.271 elektorów – ubogiej szlachty, szaraczków – wybrało 19 czerwca 1669 roku na króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Szlachecki kołtun po raz pierwszy pokazał swoją siłę. Można by też dodać, że od razu pokazał swoje ograniczenie: to już nie można było znaleźć lepszego kandydata..? Pewnie tak – inna sprawa, że wobec balansującej na granicy kolejnej wojny domowej, a z pewnością przekraczającej granicę zdrady opozycji większości wielkich urzędników Rzeczypospolitej – z jej prymasem Mikołajem Prażmowskim i z hetmanem koronnym Janem Sobieskim na czele – i najzdolniejszy król niewiele by zapewne dokonał. A Wiśniowiecki, choć obecnie, wbrew szkalującym jego pamięć mitom, uważa się, że i chciał dobrze i że dobrze działał – był słabowitego zdrowia i wkrótce zmarł. Robiąc miejsce zwycięzcy spod Chocimia (każda demokracja ma słabość do zwycięskich wodzów: nawet tak pacyfistyczna jak polska demokracja szlachecka… Czyżby demokracja była uległą kobietą..?): tyleż błyskotliwemu wodzowi, co fatalnemu politykowi…



Podział społeczeństwa na liberalną elitę, to jest taką, która przejawia daleko idącą otwartość na nowinki i nowości, tolerancję, szacunek dla odmienności, ciekawość świata, itd., itp. – oraz „kołtuński“, „ciemnogrodzki“ lud, który ślepo trzyma się nie tylko tradycji, ale też – stadności (tzw. „zdrowy rozsądek“ prawdziwego ciemnogrodzinina, to wcale nie to, co mu dyktuje rozum – tylko to, co zgadza się z opinią innych ciemnogrodzian…), co jest cechą kołtuństwa daleko ważniejszą od przywiązania do tradycji – taki więc podział, jest naturalny.

Elitę stać na liberalizm. Jeśli nawet nie jest to bynajmniej „elita zasłużonych“ (jak się kołtunom sanacyjnym roiło w międzywojniu), to niezależnie od tego, czy pieniądze, wpływy i stosunki zostały zdobyte własnym wysiłkiem, czy odziedziczone: owe pieniądze, wpływy i stosunki dają niejaką pewność siebie i poczucie bezpieczeństwa. A to jest pierwszy i podstawowy warunek indywidualizmu, otwartości, ciekawości świata i tolerancji! Tak zwana „jakość“ elity nic tu nie ma do rzeczy – nawet nasza, pożal się Panie Boże, tenczasowa „elita magdalenkowa“ (swoją drogą, to już pokolenie mija…), wszelkie ma dane do tego, aby być NAPRAWDĘ, a nie tylko w swoich uroszczeniach liberalna, otwarta na świat, chłonna innowacji, itd. W końcu: pieniądze, wpływy i stosunki przecież ma – czyż nie tak..?

Ludu na liberalizm nie stać. Lud, z definicji ledwo wiąże koniec z końcem, ledwo mu starcza do pierwszego (w czasach Michała Korybuta i późniejszych – aż do powstania styczniowego mniej więcej – szlachecki „lud“ żył oczywiście innym rytmem, wiejskim, w którym miarą upływu czasu są pory roku i lata a nie miesiące – ale też ledwo, ledwo starczało mu od św. Marcina do św. Marcina…). Lud pożąda nade wszystko bezpieczeństwa, stabilności, powtarzalności. Nowinki, nowości, innowacje – są dla bezpieczeństwa, stabilności i powtarzalności zagrożeniem. Ludu nie stać na indywidualizm – kto wyróżnia się z tłumu ginie (o ile nie zdoła awansować do elity – ale to się udaje może promilowi tych, którzy próbują…). Lud nasz wreszcie, za jedno – szlachecki jak wtedy, czy miejski z chłopskim pochodzeniem jak teraz – nigdy, przez 1000 lat nie dał się naprawdę schrystianizować i żyje do tej pory nie w chrześcijańskiej „kulturze grzechu“, tylko w starszej, pogańskiej „kulturze wstydu“: godny nagany i potępienia jest tylko taki zły uczynek, na którym czyniący go da się przyłapać. To znaczy – kraść owszem, jak najbardziej, można, a niekiedy nawet trzeba – tylko nie należy dać się złapać, nieprawdaż?  Po co kraść? No, jeśli już samo gołe przeżycie i przepicie jest zapewnione – to choćby po to, aby móc w niedzielę zajechać pod kościół lepszą bryką niż bryka sąsiada…

„Elitarność“ nie jest synonimem zła, zaprzaństwa i zdrady. „Ludowość“ nie jest synonimem bohaterstwa, uczciwości i moralnej nieskazitelności. „Jasnogród“ nie jest ze wszystkim zły i godny potępienia. „Ciemnogród“ nie jest żadną tam ostoją „prawdziwej polskości“ – chyba, że za takową uznać triumfujące kołtuństwo, triumfującą ciasnotę umysłu?

Ale jakże to tak – zapyta Czytelnik prawdziwie patriotyczny i przywiązany do wartości – jak tak można? Na szanującym się, prawicowym blogu na „ciemnogród“ i „kołtuństwo“ najeżdżać..?

„Tylko prawda jest ciekawa“ – że zacytuję klasyka.

Prawda jest taka, że nasza oświecona, liberalna, otwarta na świat i innowacje elita konsekwentnie, od 300 lat, gubi, upupia i sprowadza do parteru państwo i naród. A nasz ciemny, zacofany, konserwatywny, pełen hipokryzji, dulszczyzny i pogaństwa lud – równie konsekwentnie daje się prowadzić swej elicie i obcym prowokatorom na rzeź w taki czy w inny sposób – i za każdym razem ten sam schemat powtarza się z monotonną, nużącą regularnością. Historia uczy, że jeszcze nigdy nikogo niczego nie nauczyła…

Ambicją naszej liberalnej elity od 300 lat z okładem jest „unowocześnić“ nasze państwo i naród (piszę tak rozdzielnie, bo państwa do „unowocześniania“ bardzo szybko na skutek tego rodzaju eksperymentów nie stało – co jednak wcale a wcale nie przeszkodziło w ich kontynuacji!). Lud opiera się temu jak wie i może – z czasem jednak idzie za modą i z solennym opóźnieniem przyswaja i powtarza wszystkie grzechy, słabości i idiosynkrazje elity.

W XVII wieku elita chciała zaprowadzić absolutyzm na wzór francuski lub austriacki – a tylko nie była w stanie się dogadać kto i jak konkretnie ma to zrobić. W konsekwencji ani absolutyzmu nie zaprowadzono, ani faktycznie dysfunkcjonalnego – w pewnych aspektach – ustroju Rzeczypospolitej nie naprawiono, choć były po temu i możliwości i nawet dobra wola ludu (po co naprawiać jakieś szczegóły, skoro – zdaniem kolejnych monarchów i popierającej ich magnaterii – wprowadzenie absolutyzmu naprawi od razu „całe zło tego świata“..?).

W XVIII wieku wewnętrzne reformy przestały już być kwestią czysto wewnętrzną i wymagały nie tylko przekonania szlacheckiego „ludu“ (lub „wzięcia go za twarz“), ale i subtelnej dyplomacji wobec ościennych dworów. A także – pracy od podstaw, tj. zwłaszcza – przebudowy coraz to bardziej archaicznych stosunków wiejskich. Czego początkowo nikt jeszcze nie zabraniał!

Tymczasem nasza oświecona, liberalna elita nie zdobyła się wówczas na żadną rozsądną dyplomację, preferując metodę moralnych gestów i sztubackich intryg. Co się zaś „pracy od podstaw“ tyczy, to owszem, w drugiej połowie tego stulecia modna stała się wśród naszych magnatów Anglia – jednak, z angielskiej rewolucji przemysłowej przyswojono głównie… zwyczaj picia herbatki o piątej popołudniu! A z o wiele dla nas wtedy ważniejszej – angielskiej rewolucji rolniczej: parki „w stylu angielskim“ i taki sposób przycinania rzepów ogonowych u koni, żeby nosiły ogony w charakterystyczny sposób, co nazywano wtedy „anglezowaniem“ (konował, który umiał taką operację przeprowadzić, mógł liczyć na zbicie oszałamiającego majątku w Warszawie doby Stanisława Augusta…).



W wieku XIX już nawet owa „praca od podstaw“ stała się funkcją stosunku do tego lub owego zaborcy. Jakoż w konsekwencji wszędzie władze zaborcze przejęły inicjatywę i same doprowadziły do przekształceń na wsi – co, pomijając już wszystko inne – w dłuższej perspektywie miało taki przede wszystkim skutek, że „żywioł polski“, który przedtem rozciągał się od środkowej Odry po środkowy Dniepr, skurczył się na wschodzie i na zachodzie, ustępując już to nowym, dzięki uwłaszczeniu zyskującym świadomość narodom na Wschodzie, już to – żywiołowi niemieckiemu.

Po serii kompromitujących i żałosnych klęsk, elita arystokratyczno – magnacka która do nich doprowadziła uległa w końcu zagładzie. W jej miejsce, w drugiej połowie wieku XIX powstała nowa, z drobnej i średniej szlachty się wywodząca, elita inteligencka. Ogólny model stosunków między „elitą“ a „ludem“ oraz „krążenie idei“ w ramach tego układu – bynajmniej się nie zmieniły!

Nowa elita inteligencka stworzyła dwie koncepcje na przyszłość. Obie były koncepcjami „modernizacyjnymi“ (dokładnie tak samo jako koncepcja „wprowadzenia absolutyzmu“ w wieku XVII czy „wprowadzenia racjonalizmu“ w wieku XVIII…) i obie zakładały mniej lub bardziej radykalną przebudowę całej „substancji narodowej“.

Pierwsza z tych koncepcji to nacjonalizm – a więc projekt budowy „nowoczesnego narodu polskiego“, w którym nareszcie „elita“ i „lud“ zostaną trwale połączone wspólną świadomością i wspólnym interesem. Od nazwy – późnej, bo w końcowym okresie istnienia tego nurtu działającej partii, koncepcję tę nazywa się zwykle „endecką“, a od nazwiska jej przywódcy – „koncepcą Dmowskiego“.

Druga z tych koncepcji to socjalizm – projekt, który tym różnił się wyjściowo od nacjonalizm, że postulował nie powtórzenie w Polsce, tego co dawało się rzeczywiście zaobserwować w Anglii, Francji, Włoszech czy w Niemczech – a „przeskoczenie krok dalej“ i budowę całkiem nowego ustroju, który będzie nie tylko łączył nareszcie „polską szlachtę“ i „polski lud“ wspólnotą poglądów i interesów, ale jeszcze – połączy je jak najsprawiedliwiej i jak najharmonijniej.

W XX wieku nacjonalizm przegrał – występując co najwyżej w dalece zdgenerowanej formie „socjalizmu narodowego“ typu moczarowskiego. Od 30 lat bez mała próbuje się ten nurt w łonie naszej elity wskrzesić i coraz to więcej ma on zwolenników, dalej jednak jest co najwyżej bladym cieniem swojej dawnej chwały: ostatnio na pozycje „endeckie“ zawędrował nie kto inny, jak sam pan Rafał A. Ziemkiewicz, czego przedsmak oferuje ostatni numer „NCz!“, reklamujący nową książkę tego popularnego publicysty.

Od 1926 roku jednak, zasadniczo, wszystkie spory polityczne w łonie naszej elity, są domowymi sporami socjalistów, bo innej elity niż socjalistyczna – nie mamy. Jej poszczególne odłamy mogą się spierać o to, jak daleko ma iść przebudowa natury ludzkiej: czy przebudowa ta ma dotyczyć tylko zachowań społecznych i ekonomicznych człowieka, czy również – spraw łóżkowych i w jakiej proporcji..?

Z tego punktu widzenia, oczywiście wskrzeszenie endecji warte jest zachodu – bo wreszcie pojawiłby się jakiś spór o rzeczy ważne, to jest spór polityczny, a nie tylko żenujące kłótnie rodzinne, które udają u nas politykę.

Zwracam uwagę jednak, że nacjonalizm:
-    tak samo jak socjalizm wcale nie został wymyślony w Polsce, tylko jest pomysłem importowanym z Zachodu,
-    jest to pomysł tak samo „modernizacyjny“ jak socjalizm (z tą różnicą, że 100 lat temu socjalizm postulował modernizację w kierunku modelu, który – poza Niemcami w pewnej mierze – nigdzie na świecie nie istniał, a od tej pory wiele jego wariantów zostało już przećwiczonych w praktyce, aktualnym jest model „eurosocjalistyczny“ – tymczasem nacjonalizm, który 100 lat temu można by pokazać palcem w każdym angielskim czy francuskim mieście, przeszedł do sfery teorii i na razie funkcjonuje w Europie podskórnie i bez mała konspiracyjnie – jako prawdopodobny jednak, beneficjent wzmagającego się kryzysu…),
-    jest to pomysł tak samo „kolonialny“ w konsekwencji – to jest, tak samo próbujący dostosować formę naszego bytu do idei nie naszych bynajmniej i naszemu ludowi obcych…

Złudzeniem próżnym jest oczekiwać, że w wyniku „modernizacji nacjonalistycznej“ dojdzie do zatarcia podziału na „elitę“ i „lud“. To jest niemożliwe, ponieważ podział ten wynika z natury ludzkiej – utopijnym jest oczekiwać zatem jakiejś „ogólnonarodowej jedności myśli i czynu“. Elita, niezależnie od tego, czy będzie to elita wyznająca szeroko rozumiane poglądy socjalistyczne jak teraz – czy też elita narodowa w duchu i formie – i tak, wcześniej czy później stanie się dla kołtuństwa naszego pospolitego „jasnogrodem“. No choćby dlatego, że będzie wobec niego stosowała jakieś moralne wymogi (typu „nie kradnij“… „nie zabijaj“…).

Każda elita, która się dostatecznie umocni przy posiadaniu pieniędzy, wpływów i stosunków – będzie też zawsze bardziej liberalna, otwarta, tolerancyjna i skłonna do innowacji od prostego ludu.

Co, tak na marginesie – pokazują, jaką utopią, sprzeczną z naturą ludzką i zdrowym rozsądkiem – jest socjalistyczny w treści projekt „liberalnej demokracji“, który stosunki panujące w obrębie elity (jak wiemy, elity w wieku XVIII i XIX stać było na tolerancję i otwartość tak daleko posuniętą, że przyznawały prawo do swobodnej ekspresji potrzeb seksualnych nie tylko mężczyznom ze swojej sfery – co jest oczywiste – ale nawet kobietom, a zdarzało się, że arystokraci wychowywali jako dziedziców swego nazwiska i fortuny dzieci, z którymi nie łączyło ich żadne pokrewieństwo – jak Adam Kazimierz ks. Czartoryski, który przecież nie był wcale ojcem Adama Jerzego ks. Czartoryskiego i doskonale o tym wiedział… Czyż może być większy triumf kultury nad naturą i „tolerancji“ nad kołtuństwem..?). Nawet bezprecedensowy dobrobyt który szerokie masy zawdzięczają rewolucji przemysłowej na taką niefrasobliwość nie pozwala! Przecież nie bezwzględny, a względny poziom zamożności decyduje o podziale na „elitę“ i „lud“ – i „lud“ po dawnemu ledwo wiąże koniec z końcem, niezależnie od tego, że bogaciej żyje, niż dawni królowie…

Narody Zachodu, na których mamy się przy tym wzorować – powstały w pewnym momencie dziejów i obecnie coraz więcej wiemy o tym, JAK powstały i JAK ówczesnym zamordyzmom (niezależnie od tego, czy były to zamordyzmy scentralizowane w wielkiej skali – absolutystyczne monarchie – czy lokalne zamordyzmy małych kantonów wiejskich czy gmin miejskich) udało się do pożądanego stopnia jednolitości poddane sobie ludy doprowadzić. Nie jest to widowisko zbyt budujące, a wiedza która zeń płynie – mnie tam jakoś nie krzepi.

Jeśli więc nawet możliwa jest „rewolucja narodowa“ i jeśli ma ona polegać na sojuszu „nowej, endeckiej elity“ z Ciemnogrodem – to czy z tego wyniknąć może prawdziwy triumf kołtuństwa..? Na krótką metę pewnie tak. To by JEDNAK była tragedia, gdyby ten triumf miał trwać dłużej: oznaczałoby to stagnację, a nawet cofnięcie się w wielu dziedzinach – do czasów rzeczywiście plemiennych, a przynajmniej: zaściankowych… Inna sprawa, że to chyba po prostu: niemożliwe.

8 komentarzy:

  1. ładnie napisane, koncepcja spójna, tyle że... fakty się jej nie imają (wiadomo - tym gorzej dla faktów)

    najbardziej "postępowe" jest towarzystwo aspirujące do elity, a wywodzące się z ciemnogrodu, które chce podkreślić jak bardzo jest podobne do swojego wyobrażenia o owej elicie i jak bardzo od swoich korzeni jest w stanie się odciąć (np. pluł na krzyż będzie tylko ten, którego babcia za uszy do kościoła ciągała i który jako dzieciak faktycznie piekła się bał etc. itp.)

    natomiast sama elita już taka postępowa zwykle nie jest - oczywiście była księżna Czartoryska i wiele jej podobnych, ale nadal, to były raczej wyjątki w polskich warunkach - dlatego zostały tak dobrze zapisane w pamięci

    elita nie jest postępowa m.in. dlatego, że wszelki postęp jest w gruncie rzeczy nieobliczalny i może jej statusu elity szybko pozbawić. z tego samego powodu postępowe jest towarzystwo do elity aspirujące (a nuż się uda)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę się zgodzić na taką poprawkę. Z tym, że jeśli nawet aspiranci do elity są bardzie postępowi niż elita sama - to i tak elita jest bardziej postępowa od prostego ludu. Nic więc w powyższym rozumowaniu zmieniać z tego powodu nie trzeba...

      Usuń
  2. Osobiscie uwazam, ze liberalizm elit jest oznaka ich dekadencji. Zdrowa elita to ta, ktora jest przekonana o swojej wyzszosci nad szeroko pojetym "ludem" i ktora ta wyzszosc potrafi wymusic. Bez trudu mozna uzasadnic poglad, ze wiekszosc populacji to tylko obciazenie dla panstwa i narodu. Wszystko o co elita powinna dbac to to aby cale panstwo pod jej zarzadem dzialalo jak dobre przedsiebiorstwo, w ktorym kazdy obywatel ma swoja wyznaczona pozycje socjalna i role.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tu się, Panie Profesorze, nie zgadzam na wielu płaszczyznach.

      Po pierwsze - (względny) liberalizm elity jest właśnie zjawiskiem naturalnym i w dziejach: przeciętnym, najczęściej spotykanym. Bynajmniej nie tylko w okresach, które z takich czy innych przyczyn skłonni jesteśmy uważać za "dekadenckie"...

      Po drugie - nie ma elity bez ludu i nie ma ludu bez elity. Takie jest prawo natury. Kwestia kto to jest "zbędny", a kto "potrzebny" jest w ogóle źle postawiona - a w ujęciu historycznym to już w ogóle nie ma krzty sensu (przed rewolucją przemysłową trudno było sobie w ogóle wyobrazić takie zjawisko jak "bezrobocie" na ten przykład... rąk do pracy brakowało zawsze!).

      Po trzecie - absolutnie nie zgadzam się, że elita cokolwiek "powinna". Elita po prostu jest. I to już zupełnie wystarcza, elita nie musi absolutnie nic więcej! Nie ma stada bez hierarchii - stado może funkcjonować lepiej lub gorzej, ale bez hierarchii nie funkcjonuje wcale i wtedy przychodzą drapieżcy i zjadają wszystkich...

      Po czwarte wreszcie - jak Pan doskonale wie, model "dobrego przedsiębiorstwa" kompletnie nie trafia mi do przekonania...

      Usuń
    2. A jednak mam racje! Liberalizm elit jest poczatkiem konca ich rzadow. Najblizszym nam przykladem jest czas rzadow Gierka. Ten bowiem przez otwarcie na Zachod oraz liberalnosc wobec opozycji podcial korzenie PRLu. Cesarstow rzymskie bylo sila tak dlugo jak dlugo utrzymywalo porzadek wewnetrzny (np stlumienie powstania Spartakusa) i podbijalo panstwa otaczajace ale upadlo wtedy gdy rzymskim zolnierzem stal sie barbarzynca zamiast rzymskiego obywatela.
      Lud jest masa ciemna, ktora w dziejach panstwa pelni role czarnej masy Wszechswiata.
      Losy Narodu spoczywaja w rekach elity (o tym pisal jeszcze Pilsudski w czasach legionowych).
      Elita powstaje z racji piastowanych stanowisk badz bogactwa ale z tymi przywilejami przychodzi tez obowiazek zajecia sie sprawami dotyczacymi calego narodu i panstwa. Dla tych bowiem spraw nie ma czasu ani wyksztalcenia ow Lud, ktory potrzebuje Dobrego Pasterza.

      Usuń
    3. Proces powstawania elity jest naturalną konsekwencją życia zbiorowego - "elity" i "lud", tak samo jak "autorytety" i "akolici" pojawiają się w każdej grupie ludzkiej, niezależnie od tego, czy jest to grupa więźniów - galerników (analfabetów z felernymi chromosomami XYY) - czy grupa profesorów uniwersytetu. O czym doskonale powinien Pan wiedzieć z praktyki...

      Co do Gierka, to okres jego rządów był jednym z etapów demontażu Tyranii Doskonałej, zainstalowanej u nas przez Stalina - etapem mocno już zaawansowanym, ale czy końcowym..? Teza, że formalny upadek PRL wcale nie był końcem rządów elity, która się w toku demontażu tej Tyranii uformowała - jest chyba Panu dobrze znana..?

      Tyrania Doskonała, o której często tu wspominam, to taki system rządów (po raz pierwszy zastosowany w Chinach dawno dawno temu), który pozwala Wodzowi realizować swoją wolę bez oglądania się na interesy swoich sług, posłańców i pośredników. Jaka taka, Tyrania Doskonała jest rozwiązaniem skrajnie anty-elitarnym i zawsze w dziejach słudzy, posłańcy i pośrednicy wypełniający rozkazy Wodza dążą do tego, aby ją rozmontować i zastąpić jakąś formą własnej dominacji: oligarchią jawną bądź zamaskowaną jako "demokracja". Elicie tzw. "postkomunistycznej" to się w końcu udało - za cenę "przewerbowania się" z poddaństwa jednobiegunowego, wobec Moskwy, na służbę wielu panom: USA, Niemcom, Izraelowi, Rosji...

      Co do Imperium Romanom, to skoro wywołał Pan temat, może więcej o tym napiszę, bo wiele o tym dawniej myślałem. W największym skrócie: uważam, że Imperium upadło na skutek immanentnej niemożności trwałej legitymizacji władzy - nie udało się ani wytworzyć Tyranii Doskonałej (choć po wprowadzeniu dominatu było już do tego całkiem niedaleko), ani przekształcić doraźnej uzurpacji Cezarów w trwałą monarchię dziedziczną (dynastie władców Rzymu były dziwnie krótkie...) - a oligarchia w tak wielkim i tak zróżnicowanym świecie (bo było to coś więcej niż tylko "państwo"...) zwyczajnie za mało miała wspólnych interesów w skali ogólnej, by efektywnie zapewnić jedność.

      Gdyby Oktawian August miał do dyspozycji Li Si i Hanfei Zi: pewnie do dziś mówilibyśmy po łacinie - co by nam, swoją drogą, mogło tylko zaszkodzić, boż był to moloch strasznie anty-innowacyjny...

      Usuń
  3. jak to nie ma innej elity niż socjalistyczna

    a ja to kurka co? pies?

    (komentarz na moim 'ulubionym' blogu, napisany po szklance whiskey)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zimą mam nadzieję zająć się produkcją własnego trunku tego rodzaju - to tak, na marginesie. Relacja będzie we właściwym czasie...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...