wtorek, 14 sierpnia 2012

Granice złożoności

Kiedy pisałem kilka dni temu, że wypadek, do którego doszło na drodze do Morskiego Oka nie jest „problemem społecznym“, nawet mi nie przyszło do głowy, że ktokolwiek może rozumieć to w tak prostolinijny sposób. Wcale mi nie chodziło o to, że „nie jest to sprawa, która dotyczy wielkich mas ludzkich“. Bynajmniej bowiem, nie każdy „problem społeczny“ zaraz musi „dotyczyć wielkich mas ludzkich“!

Klasyczny przypadek – fałszywego oczywiście, ale o tym potem – „problemu społecznego“ w ostatnich kilkunastu latach, to oczywiście, kwestia tzw. „agresywnych psów“. O czym kilka razy opowiadałem – i tu i na łamach „Najwyższego Czasu!“.

W końcu lat 90-tych, gdy pracowałem w dziale zagranicznym „SuperExpressu“, me®dia – w tym także i redakcja, która mi wtedy płaciła – nagłośniły kilka przypadków pogryzień dzieci przez psy. Przypadki te wydarzyły się na obszarze całego kraju w odstępie tygodni, jeśli nie miesięcy. Nic ich ze sobą nie łączyło – psy, które gryzły były różnych ras, najczęściej kundle, okoliczności incydentów nic ze sobą nie miały wspólnego (poza tym, że dzieci, osobliwie współczesne, hodowane „metodą bezstresową“, są zwykle głośne i rozpuszczone, co słusznie irytuje zwierzęta…). Kampania me®dialna stworzyła jednak wrażenie istnienia „problemu agresywnych psów“, jako wielkiej wagi „problemu społecznego“, który koniecznie musi zostać „rozwiązany“ przy pomocy nowej legislacji. Co też się i stało, z fatalnym zgoła skutkiem „pijarowym“ dla próbującego się w ten sposób podlizać opinii me®dialnej wicepremiera Tomaszewskiego – co już, jednakowoż, do istoty sprawy nie należy.

Tak więc „problem społeczny“, to wcale nie jest taki „problem“, który „dotyczy wielkich mas ludzkich“, tylko taki, który „wymaga koniecznie regulacji (prawnej)“ – niezależnie od tego, czy regulacja ta dotyczy milionów, czy co najwyżej – kilku setek ludzi (bo sądzę, że więcej niż kilku setek furmanów, świadczących stale i systematycznie odpłatny przewóz ludzi się w całej Polsce nie znajdzie…).

Wydawało mi się, że to oczywiste – jak widać, mało co jest tak oczywiste, jak się wydaje…

W rzeczy samej dotykamy tu kwestii centralnej dla przyszłości naszej cywilizacji. Mistrz Lem, którego na ogół bardzo cenię, ale przed którym nie biję pokłonów pięć razy dziennie (choć znam takich, którym by to ćwiczenie gimnastyczne nie zaszkodziło…) twierdził konsekwentnie, że wzrastająca złożoność naszej tkanki społecznej, wymaga koniecznie rosnącej sprawności regulacyjnej – co, w raczej bliższej niż dalszej perspektywie, musi doprowadzić do jej obezludnienia i powierzenia rządów komputerom, boż sprawność działania ludzkiej biurokracji raczej już nie wzrośnie…

Ale Mistrz Lem był z wykształcenia medykiem. Przedstawiciele nauk i zawodów ścisłych mają tendencję do przeceniania wojskowego drylu rozkazów i raportów – a niedoceniania spontanicznego ładu, który sam z siebie wynika z ludzkiego działania.

Pierwsze i najważniejsze bodaj z zadań, jakie Mistrz skłonny był powierzyć hipotetycznemu „Regulatorowi“, tj. – ograniczenie tempa przyrostu populacji na naszej planecie – zdaje się powoli tracić na znaczeniu. Trudno co prawda powiedzieć, czy tempo przyrostu ludności spadło rzeczywiście „spontanicznie“ (na skutek poprawy warunków życiowych, a przede wszystkim – masowej dostępności rozrywek, przy których przyjemność rozmnażania się, traci na atrakcyjności…), czy też – ktoś tym jednak potajemnie steruje. To ostatnie nie wydaje mi się ani łatwe, ani prawdopodobne – ale tak całkiem i ze wszystkim tej opcji wykluczyć się nie da. Oczywistą oczywistością jest przecież, że przyrost populacji w Chinach (a to jest – bagatelka – 1/5 całego naszego gatunku…) ograniczony został metodami administracyjnymi. A i amerykańska pomoc dla tzw. „Trzeciego Świata“, od dawna już, i konsekwentnie – uwarunkowana jest przyjęciem polityki antynatalistycznej. Więc element przymusu, kontroli, regulacji – na pewno w tym jest. Skądinąd jednak – wszystkiego takim spiskiem wytłumaczyć się nie da – chyba, że przyjąć, iż spiskowcy nie działają w imieniu i na rzecz bogatych krajów Zachodu, tylko tworzą jakąś ponurą sektą diabolicznych wyznawców konieczności likwidacji ludzkości, boż spadek przyrostu naturalnego dotknął kraje bogate i rozwinięte w stopniu znacznie większym niż goniącą ową czołówkę resztą świata..!

Wracając do meritum. Co to właściwie znaczy, że „złożoność tkanki społecznej rośnie“?

Jeśli złożoność jakiegoś zbioru rośnie, to jedno z dwojga: albo rośnie jego liczebność – albo komplikują się relacje między jego elementami.

Sam tylko przyrost liczebności populacji kompletnie nie tłumaczy rzekomej konieczności coraz doskonalszej kontroli! Cesarze rzymscy radzili sobie – stosunkowo długo i stosunkowo dobrze – z efektywną kontrolą populacji przekraczającej 100 milionów poddanych. W czasach dynastii Qing liczba ludności Chin przekroczyła 300 milionów – i też nie spowodowało to bynajmniej jakiegoś załamania się tamtejszej administracji pod nawałem zadań.

Współcześnie tylko dwa kraje mają znacznie więcej niż 300 milionów mieszkańców – są to Chiny i Indie, oba z ponadmiliardową ludnością – i ani Chiny, ani Indie, bynajmniej nie przodują w świecie jak chodzi o „cyfryzację administracji“, czy temu podobne nowinki – a radzą sobie całkiem dobrze.

Całą resztą państw świata, jeśli tylko liczba ludności miałaby być brana pod uwagę, spokojnie można by rządzić tak samo, jak swoimi imperiami rządzili cesarze z dynastii Antoninów, czy z dynastii Qing – a więc nie tylko bez komputerów, ale nawet bez telefonów, telegrafu, kolei, radia i telewizji! Byłoby nawet łatwiej niż wtedy – bo współcześnie więcej mamy państw, niż w czasach, gdy istniały tamte imperia, więc rozmiar terytorium do ogarnięcia – jest na ogół mniejszy, a to spore ułatwienie dla komunikacji…

Wygląda na to, że cały ten „wzrost złożoności“ zasadza się na coraz to bardziej złożonych relacjach między ludźmi – a nie na przyroście liczby ludzi.

I coś w tym niewątpliwie jest. Jak słusznie zauważa Mistrz – miasto średniowieczne wymagało dla przetrwania, zapewnienia dostaw tylko wody i żywności (i jeszcze opału – o czym, akurat zapomina…) – podczas gdy miasto współczesne umrze bez prądu elektrycznego, ropy, gazu, a i bez internetu życie jego mieszkańców trudne jest do wyobrażenia – i takich mediów, których zapewnienie wymaga dość skomplikowanej i nieprostej w utrzymaniu infrastruktury – można by wyliczyć jeszcze całą masę.

Skomplikowała się więc przede wszystkim technika. Przy tym, jest to taka komplikacja, która rzeczywiście niesie za sobą istotny wzrost potencjalnych zagrożeń i istotny wzrost współzależności, jako że nie da się utrzymać np. sieci przesyłowych energii elektrycznej bez jako – tako chociażby przejezdnych dróg i sieci łączności, a tych z kolei – bez stałego dostępu do paliwa i energii elektrycznej. W tych warunkach nawet stosunkowo drobne zakłócenie (w rodzaju klęski żywiołowej – jak wyjątkowo obfite opady śniegu czy trąba powietrzna, albo też – awarii technicznej) może mieć dramatyczne zgoła skutki, lawinowo wyłączając z użytku coraz to rozleglejsze części ważnych systemów, bez których życie ludzi współczesnych jest trudne do wyobrażenia.

Ponieważ zwiększyła się też skala oddziaływania ludzi na przyrodę – skomplikowały się też i uległy zwielokrotnieniu tzw. „efekty zewnętrzne“ ludzkiej działalności. Chociażby w postaci różnych paskudztw, które jako skutek uboczny tej lub innej produkcji, mogą nieźle zatruć czy obrzydzić życie okolicy.

Pytanie tylko, czy naprawdę ten realny „wzrost złożoności“ odpowiada za cały przyrost „aktywności regulacyjnej“, który niewątpliwie obserwujemy..?

Co ma – na ten przykład – wspólnego z zapewnieniem ciągłości działania infrastruktury technicznej, czy z utrzymaniem w ryzach szkodliwych „efektów zewnętrznych“ narzucona Polsce w 2004 roku standaryzacja opakowań szklanych, w wyniku której nie ma już wódki w butelkach 0,25 litra i 0,75 litra – a tylko 0,2 i 0,7..?

Argumentacja, że utrzymanie dawnych objętości butelek myliłoby przyjezdnych z innych kołchozów Jewrosojuza, gdzie takie standardy obowiązywały już wcześniej, jest najoczywiściej bzdurna – nie spotkałem jeszcze pijaka, który by się aż o 5 gram alkoholu w obliczeniach pomylił – a jak chodzi o swobodę przepływu towarów, to przecież od tego są komputery, żeby przeliczanie cen i objętości było łatwiejsze – boż to już współcześnie nawet arytmetyki na poziomie gimnazjalnym nie wymaga, starczy wpisać jedną cyferką w odpowiednią komórkę arkusza Excela, a wynik sam wyskoczy gdzie powinien!

Komputerów nie było, a ludzie jakoś radzili sobie z przeliczaniem galonów na litry, wiadra (była taka rosyjska miara objętości substancji płynnych…) i co tam jeszcze było używane w celu zmierzenia objętości płynu – i nie narzekali, a nawet do głowy nikomu nie przyszło, żeby to na gwałt ujednolicać…

Naprawdę: nie chcę nawet słuchać, czy czytać jeremiad, jacy to ludzie kiedyś byli głupi, bo nie mieli Jewrosojuza, który by za nich o standaryzacji opakowań szklanych myślał, czy dla ich – rzekomego – dobra, zakazywał produkować takich lub innych żarówek..!

Ile jest takich regulacji zatem, które nie mają rzeczowego uzasadnienia ani w konieczności zapewnienia (w miarę) bezkonfliktowego współistnienia większych lub mniejszych mas ludzkich, utrzymania skomplikowanej infrastruktury technicznej współczesnego świata, czy choćby – kontroli „efektów zewnętrznych“, przynamniej tych niekorzystnych..?

Nie wiem, czy da się to w ogóle zmierzyć. Mam jednak silne podejrzenie – że znakomita większość istniejących praw i regulacji niczemu poza pozornym rozwiązywaniem „problemów społecznych“ nieistniejących nigdzie poza oderwanym od rzeczywistości światem me®diów nie służy.

Przy tym – prawa rzeczywiście potrzebne ludziom do życia: powstają spontanicznie (i bardzo często oficjalna legislacja tu za zmianami w życiu nie nadąża!). Uwarunkowania natury technicznej – powinny dać się ściśle technicznym językiem wytłumaczyć i obronić. Kontrola „efektów zewnętrznych“ jest owszem, zadaniem bardzo trudnym – ale też, bynajmniej nie na każdym kroku czyha na nas zaraz widmo powszechnej zagłady.

Cała reszta? Cała reszta niewątpliwie spowalnia rozwój, utrudnia życie, opóźnia, rozprasza i demobilizuje. I może o to chodzi..? Znowu – jak z tym przyrostem naturalnym: nie wiadomo, czy to taki cywilizacyjny mechanizm autoregulacyjny – czy spisek. W końcu, gdyby nie ten cały regulacyjny nadmiar, ta nieustanna legislacyjna czkawka, potop nowych praw i zarządzeń – za dobrze by się nam żyło, zbyt byśmy byli bogaci, zbyt potężni..?

Jak pewnemu telewizyjnemu playboyowi (Dalibóg, zapomniałem już tożsamości autora tej złotej myśli), który zwierzył się kiedyś, że: gdybym był kobietą – umarłbym z głodu. Mając stale tak wspaniałe zabawki jak piersi, już nic innego bym nie robił, tylko się nimi bawił…



Za bogaci jesteśmy (potencjalnie) – to się bawimy!

13 komentarzy:

  1. Nagłaśnianie jakiejkolwiek sprawy w prywatnych merdiach zawsze ma określony cel. Na drugim wiszą tzw. dobra społeczne. A dobrem wszechpolskim było usunięcie psów z ulic. A że "głupi ci rzymianie" zawsze porzucać zwierzęta będą to i określone biznesy prosperować wyśmienicie też.

    Czasem zastanawiałam się, czy dla dobra ludzkości, taki Lem nie powinien być na Marsa wysłany? Bo całkiem "przypadkiem" podsunął w swoich utworach osobliwych wizje, które durnie w ramach, ch****, wie czego realizują. Można znaleźć jeszcze kilku takich artystów, których dzieła inspirują współczesnych. Bleeee.... choć Lema dobrze się czyta :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jacku, co do agresywnych ras psow, to Amerykanie poszli juz tak daleko, ze dalej chyba nie mozna. Otoz uspieniu podlegaja WSZYSTKIE osobniki tzw agresywnych ras, nie szkodzi jesli pies ma wielkie serce i nie skrzywdzilby muchy; otrzymuje wyrok smierci za sama przynaleznosc rasowa.
    Czy to nie przypomina Hitlera i jego dzialan...?

    A na kontrole populacji stosowane sa szczepionki i inne badziweia, ktore doprowadzaja do bezplodnosci. Tacy Amisze np swoich dzieci nie szczepia i prawdopodobnie wlasnie dlatego nie ma przypadkow autyzmu wsrod nich.

    Ech, koncze, zanim mnie dalej politycznie poniesie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wykazano zależności pomiędzy szczepieniami a zachorowaniami na autyzm; łącząca się z nimi nieprawidłowa budowa mózgu wykształca się już w okresie prenatalnym. Wykazano natomiast odnawianie się w krajach wysokorozwiniętych "wytępionych" wcześniej chorób w rodzaju krztuścca. Wobec rosnącej lekooporności zarazków szczepienia wydają się być konieczne.

    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego tez napisalam "prawdopodobnie". Zreszta mam ograniczone zaufanie do naukowcow i massmediow i zwyczajnie nie wierze w kazde slowo, ktore przeczytam czy uslysze.

      Usuń
  4. Amerykanie poszli jeszcze ciut dalej. Chirurgicznie usuwane sa kotom pazury. A w hodowlach wycina sie psom struny głosowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Amerykanie to juz wogole sa nie do pomyslenia...

      Usuń
  5. @boskawola:

    Nie mogę się zgodzić co do poparcia doktryn etatystycznych na polibudach; przynajmniej w Gdańsku zdecydowana większość ludzi, którzy interesują się polityką, mają poglądy okołoUPRowe; to raczej na uniwerku można natknąć się na "poskramiaczy dzikiego kapitalizmu"...

    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  6. Może i masz rację.

    Z tym, że nie tyle chodziło mi o etatyzm, co raczej o tzw. "inżynierskie" podejście do rzeczywistości - jako do swoistego "zadania do wykonania", czy też "konstrukcji do zbudowania". Z profesorem Bobolą, też przecież ścisłowcem, miałem o to onegdaj spór. O "samochód bez kierownicy" nam wtedy poszło...

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. http://tygodnik.onet.pl/33,0,51179,1,artykul.html

    Nie doceniasz wpływu, jaki na współczesną młodzież (nie liczę wiejskich żulików, którzy dalej za wzorem ojców spędzają życie na dorabianiu w lesie i przepijaniu zysków pod sklepem) wpływ miał internet, będące wszak samoorganizująca się siecią, a zwłaszcza rozmaite social networks i gry MMO. Tłumaczyłoby to świetnie, dlaczego nerdy z polibudy miały zauważalne odchyły prawicowe...

    Btw czytałeś zbiór opowiadań Dukaja "Król Bólu"?

    Coś się krzaczy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odkąd pamiętam, młodzież licealna i studencka jest "UPR-owska". I co z tego? Po 20 latach, wydawałoby się, Korwin powinien wybory w cuglach wygrywać, a tymczasem - za każdym razem dostaje tyle samo głosów... Albo więc, "nie ważne kto jak głosuje, ważne kto liczy głosy" (ale to mimo wszystko w takiej skali raczej trudne byłoby do ukrycia...), albo coś się dzieje takiego pod koniec studiów, że młodzież swoje wcześniejsze poglądy zaczyna traktować ze wstydem, jak trądzik czy pierwsze zakochanie... Czyżby na tym właśnie polegało dorastanie, czyli: dopasowywanie się do status quo..?

      Usuń
  9. Aż dziw, że bez regulacji rządu dali radę stworzyć "internetową konwencję" (np. jak się kliknie na nazwę strony na górze ekranu to w 99% przypadków odsyła na stronę główną, podobnie z rozwiązaniami typu linki itp.). To na dobra sprawę są dość skomplikowane i wyrafinowane "umowy" na które ludzie musieli się jakoś "zgodzić" i umówić. I to wszystko całkiem dobrze się udało bez rządowego bata...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze poza rzadem stoi rzad swiatowy...wiec nigdy nic nie wiadomo.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...