czwartek, 30 sierpnia 2012

Ekonomika życia wiejskiego, cz. 2 – Jak prawidłowo trzymać siekierę?

Jeśli nie nawołuję bynajmniej do obalenia obecnej „demo-liberalnej zgnilizny“, to od gorzkiej świadomości, że najprawdopodobniej przyszłość będzie gorsza. Przyspieszając upadek Tuska – przyspieszamy nadejście Palikota czy innego Heliogobala: taki jest rwący prąd dziejów, a jak mawiał Laozimądry człowiek nie walczy z prądem rzeki, tylko pozwala mu się przenieść na drugą stronę… Czy jakoś tak. O sens chodzi!

Cieszmy się zatem tym, co mamy, bo przyszłość jest nie tylko niepewna, ale też najprawdopodobniej – o wiele straszniejsza od tego, czego doświadczamy na codzień obecnie.

Czego zaś doświadczamy na codzień obecnie? Ano państwa chorego na ostrą biegunkę legislacyjną (tu się pochwalę od razu – całość będzie w stosownym cyklu w odpowiedniej porze, ale że duma mnie rozpiera, to nie mogę czekać: wychyliłem dwa łyki naszego pierwszego wina czeremchowego: wyszło wytrawne, lekko gorzkawe, ale moc ma, pić się da – i jak na razie: sraczki nie dostałem..! Jak na pierwszy raz..?). Państwa, które nieustannie ustanawia coraz to nowe prawa – głupie, niesprawiedliwe, złe, dające (z reguły!!!) skutki dokładnie przeciwne do deklarowanych intencji. Prawa te przy tym opatrzone są srogimi sankcjami – i gdyby były wykonywane, uczyniłby życie wielu ludzi nieznośnym, albo nawet i niemożliwym.

Jednym z takich praw jest obowiązująca ustawa z 16 kwietnia 2004 roku o ochronie przyrody (Dz.U. Nr 92/2004 poz. 880 z późn. Zm.). Wielekroć zresztą nowelizowana i zmieniana, tudzież opatrzona wielkim mnóstwem często zmienianych „przepisów wykonawczych“. Horrendów w tym poronionym płodzie chorej wyobraźni jest tak wiele, że aż nie wiadomo, od czego zaczynać, nas jednak będą tu interesowały przepisy dotyczące wycinki drzew, Rozdział 4 tej ustawy, a zwłaszcza artykuły 83, 84, 85, 88 i 89.

W wielkim skrócie, wygląda to tak, że drzewa nieowocowego, zdrowego, starszego niż 10 lat (jak również takiego samego krzewu) nie można wyciąć bez zezwolenia wydanego przez wójta i wniesienia do gminnej kasy opłaty wedle taryfikatora liczonego na podstawie obwodu pnia na wysokości 130 cm:
1) 270 zł – przy obwodzie do 25 cm;
2) 410 zł – przy obwodzie od 26 do 50 cm;
3) 640 zł – przy obwodzie od 51 do 100 cm;
4) 1 000 zł – przy obwodzie od 101 do 200 cm;
5) 1 500 zł – przy obwodzie od 201 do 300 cm;
6) 2 100 zł – przy obwodzie od 301 do 500 cm;
7) 2 700 zł – przy obwodzie od 501 do 700 cm;
8) 3 500 zł – przy obwodzie powyżej 700 cm.
W przypadku krzewów opłatę liczy się od metrów kwadratowych powierzchni zakrzewionej – przy stawce za jeden metr kwadratowy 200 złotych (wszystkie te stawki ulegają – od 2005 roku – corocznej waloryzacji o średnioroczny wskaźnik inflacji za rok poprzedni, w praktyce zatem, są już w tej chwili sporo wyższe…).

Jeśli wycinka takiego drzewa lub krzewu zostanie dokonana bez zezwolenia wójta i bez wniesienia opłaty – naliczana jest kara w trzykrotnej wysokości należnej opłaty.

Nie zaprzeczam, że intencje wprowadzenia tego drakońskiego prawa były szlachetne. Otóż, ustawodawca miał o swoich poddanych bardzo złe zdanie: uważał ich bowiem, pisząc tę ustawę, za bezmyślne, złośliwe, tępe i okrutne dzieci, które błyskawicznie wytną każde drzewko i zadepczą każdy krzaczek, przerabiając to wszystko na parkingi i betonowe place – jeśli tylko się im na to pozwoli.

Czasami, gdy piszę tu o naturalnym, zwierzęcym charakterze hierarchii społecznej, o tym, że zdecydowana większość populacji ludzkiej nie pragnie i nawet nie potrafi sobie wyobrazić wolności, itp. – sam mam wrażenie, że postponuję nieco moich bliźnich. Albowiem dążenie do zajmowania wysokich pozycji w hierarchii społecznej, kierownie się własnym zdaniem i samodzielne decydowanie o własnym losie, przyjęło się wartościować pozytywnie (co dowodzi jedynie niejakiej bezwładności w sferze aksjologicznej, boż takie oceny nic już nie mają wspólnego ze stanem aktualnym…).

Nigdy mi jednak nie przyszło do głowy uważać WSZYSTKICH bez najmniejszego wyjątku Polaków za bezmyślne, złośliwe, tępe i okrutne dzieci, które będą wycinać drzewa i zadeptywać krzaczki bez powodu – a za takich właśnie uważał ich w 2004 roku (i uważa do tej pory, boż to akt obowiązujący…) wybrany przez tychże Polaków Sejm.

Podkreślam, że Sejm bez najmniejszej wątpliwości uważał i uważa WSZYSTKICH Polaków za bezmyślne, złośliwe, tępe i okrutne dzieci – albowiem obawa, że gdyby tylko na to pozwolić, doszłoby do masowej wycinki drzew i krzewów na sprzedaż – nie ma najmniejszych zgoła podstaw! Po pierwsze – wszak zdecydowana większość lasów i tak jest w rękach gosudarstwa (nie można ich przecież oddać w ręce prywatne, czyli w ręce: bezmyślnych, złośliwych, tępych i okrutnych dzieci – nieprawdaż..?). Wyrąb tamże drzew przez osoby prywatne jest zwykłą kradzieżą i do tego i tak przepisy tej ustawy się nie stosują.

Po drugie – gdyby wszyscy prywatni właściciele zagajników, lasków, drzew nieowocowych w ogródkach, itp. – nagle i jednomyślnie postanowili je wyrąbać i sprzedać (pewnie: „chciwym korporacjom“…), to by na tym z całą pewnością stracili, bo przecież cena by spadła… Jest to absurd! Tylko obawa o bezmyślność, złośliwość, tępotę, okrucieństwo i dziecinne zachowanie może zatem tak srogie zakazy usprawiedliwiać…

Oczywiście w praktyce, skutek funkcjonowania tego prawa jest dokładnie odwrotny do zamierzeń. Ponieważ nie można wyciąć drzewa starszego niż 10-letnie: rozwiązaniem najlogiczniejszym jest niedopuszczenie, aby takie drzewa w ogóle wyrosły!

Kto zatem posiada działkę, co do której nie ma na razie bliżej sprecyzowanych planów, nie wie czy będzie chciał tam coś pobudować na przykład, czy nie i gdzie konkretnie – a chce zachować jej wartość handlową, którą konieczność wniesienia opłat za wycinkę drzew łatwo może sprowadzić do zera – goli ją regularnie tak, żeby żadne starsze niż 10-letnie drzewa ani krzewy tam nie rosły…

Czy w efekcie mamy w Polsce więcej starych, pięknych, dużych drzew – czy mniej..?

Chyba sami możecie sobie Państwo na to pytanie odpowiedzieć..?

Niestety, do naszych posłów, ministrów i ich przydupasów, tego rodzaju argumentacja NIGDY nie trafia. NIGDY – podkreślam. Jeśli nawet ktoś z nich by ten tekst, lub jakiś podobny przeczytał – żachnie się tylko, oburzy, nastroszy pióra i bąknie co najwyżej: ale głupoty wypisuje ten wariat!

Zawsze podejrzewałem, że przed otrzymaniem stałej pracy w jakimkolwiek ministerstwie, trzeba przejść test na inteligencję: po czym – odrzuca się tych, którzy uzyskają wynik wyższy od, powiedzmy – 80 punktów IQ (W Ministerstwie Finansów, moim ulubionym pod tym względem, normy muszą być zawyżone: nie więcej niż 70 pkt!)…

W praktyce oczywiście, wygląda realizacja tego prawa różnie. Są takie gminy w Polsce, gdzie żadne drzewa i krzewy starsze niż 10-letnie w ogóle nie rosną. Nasza właśnie się do takich zalicza, dzięki czemu – jako że, zimno się robi (a zima będzie w tym roku – powtarzam: wczesna, ostra i długa…) – codziennie wokół słychać radosny warkot pił spalinowych.

Oczywiście, jak wyliczył dawno temu kolega Maczeta – tak pozyskanego opału nie starczyłoby na długo, gdyby rzucili się nań wszyscy Polacy.

Jednak dla mnie i dla bardzo wielu moich sąsiadów, możliwość samodzielnego pozyskania drewna (bynajmniej nie z żadnych tam Lasów Państwowych – to brzydka kradzież jest – każdy ma tu prawie własny las, a jak nie ma, to może się z kim innym umówić… nam jeszcze na wiele lat starczy tych samosiejek, które na naszej ziemi wyrosły!), to konieczny warunek, bez którego przetrwanie zimy byłoby niemożliwe.

Nasz konkretny przypadek jest przy tym nietypowy. Ogrzewamy się bardzo nieekonomicznie: nawet nasz nowy piecyk, to dalej jest, trochę tylko podrasowana „koza“ (zwana inaczej „burżujką“…). Daje ciepło tylko wtedy, gdy się w nim pali, więc palić trzeba nieustannie – od wczesnego ranka do późnego wieczora, licząc na to, że przez noc chatka nie wyziębi się aż tak, żeby woda w rurach pozamarzała.

Chatka przy tym jest niewielka (a to ma znaczenie: po prostu – mało ciepła gromadzi w tak niewielkiej objętości…), jej ściany z półbalika sosnowego, przykrytego PRL-owską supremą w wielu miejscach podczas jej burzliwego życia popękały, a pod supremą nie widać gdzie. Drzwi mamy z taką szparą, że hej… (przydałoby się je wymienić… ale na razie – nie ma za co!), okna stare i nieszczelne.

W sumie zatem, potrzebujemy o wiele więcej drewna – o wiele drobniej pociętego – i o wiele lepiej wysuszonego – niż większość naszych sąsiadów. Którzy korzystają albo z tradycyjnych pieców kaflowych (co jest chyba, mimo pewnej uciążliwości jak chodzi o obsługę – rozwiązaniem optymalnym), albo z c.o. zasilanego naprawdę sporymi kotłami.

Nie mamy też piły tarczowej zdatnej do cięcia mokrego drewna. Nie możemy zatem – nawet, gdybyśmy chcieli – zastosować takiego modelu pozyskania drewna na opał, jaki tu dominuje. A dominuje taki model, że jedzie się do lasu ciągnikiem z przyczepą i rżnie możliwie jak najgrubsze pnie, które potem rozdrabnia się krajcą i wykańcza siekierą. W 3 – 4 dni zapas na całą zimę jest zgromadzony!

Ja rżnę już czwarty tydzień – a zgromadziłem ledwo połowę tego, co bym uznał, w obliczu wczesnej, długiej i ostrej zimy, za zapas minimalny.

Swoją drogą, muszę też wreszcie wymienić dach wiaty na drewno - ta "eurofala" to była tragiczna pomyłka!


Dlaczego tak się dzieje? Po pierwsze dlatego, że jednak – będąc świeżym wciąż osadnikiem – staram się nie przesadzać z tą swawolą i takie największe brzózki i sosenki jednak omijam (samosiejki metryk nie mają – nikt ich nie sadził i można tylko zgadywać, ile czasu już rosną: fakt, że jak do tej pory, na najgrubszym pniu jaki kiedykolwiek udało mi się ściąć, nie naliczyłem więcej niż osiem słojów – a ledwo sobie z nim dałem radę naszą niewielką, amatorską piłą, taki był gruby…). Licząc się zresztą i z tym, że w przyszłości tereny, które teraz karczuję, powiększą nasze pastwiska – a na pastwiskach celowo i z rozmysłem chciałbym mieć właśnie takie największe i najpiękniejsze brzozy (trochę mniej bym chciał mieć sosenki – ale i te, jeśli choć w miarę proste były, pozostawiłem…). Utrudnia to nieco manewrowanie ciągnikiem z kosiarką czy prasą – ale bardzo podoba się koniom!

Karczując zatem drzewa na opał, postępuję dokładnie odwrotnie niż byłoby ekonomicznie i optymalnie: rżnę bardzo dużo bardzo małych i młodych brzózek i sosenek, co zwielokratnia konieczny nakład pracy. Muszę je też od razu, na miejscu, pociąć na kawałki takiej długości, żeby zmieściły mi się w piecu. Przy domu, siekierą, rozdrabniam już tylko najgrubsze takie kawałki  - żeby szybciej wyschły, czasem też nie zauważy się jakiejś bocznej gałązki, którą trzeba siekierą odciąć, a tylko wyjątkowo – tak przycięty kawałek, naprawdę trzeba jeszcze rozrąbać, bo się w drzwiczki pieca nie mieści.

W konsekwencji – o wiele więcej rżnę niż rąbię. Kosztuje mnie to szacunkowo – licząc się z tym, że w ciągu roku zużywam co najmniej jedną prowadnicę i 3 – 4 łańcuchy oraz 4 – 6 baczków benzyny i odpowiednią ilość oleju do smarowania – jakieś 500 złotych rocznie (jak do tej pory zużyliśmy też do cna jedną piłę: gdyby to dodać, to wyszłoby, z amortyzacją piły włącznie – może z 700 – 800 złotych? Osadzenie na nowych styliskach i naostrzenie dwóch siekier – po 3 latach eksploatacji – kosztowało mnie 20 złotych. Zużywa się też, oczywiście, trochę ropy – bo, jeśli tylko mogę, zwożę to drewno przyczepą za samochodem – ale to są pomijalne ilości, wszak daleko nie jeżdżę…). Oraz – mniej więcej, trudno to precyzyjnie policzyć, ale około 300 – 400 roboczogodzin w ciągu roku.

A tymczasem nasz ogrodowy chmiel przyozdobił się w szyszki...


Czy to jest dużo czy mało? Podejrzewam, że gdybym mógł te roboczogodziny sprzedać i zarobić – to bardziej by mi się opłacało kupić gotowe i porąbane drewno. Nie mam jednak takiej możliwości. Nie ma zatem się nad czym specjalnie zastanawiać.

Nie bez znaczenia jest fakt, że koszty samodzielnego pozyskania drewna rozkładają się w czasie – jak mnie nie stać na paliwo czy olej do piły albo nowy łańcuch, to po prostu nie rżnę, tylko czekam, aż coś wpłynie na konto. Kupując drewno, musiałbym zapłacić od razu za większą jego ilość – trudno, żeby mi ktoś drewno za 100 złotych na ten przykład przywoził…

Jestem fizycznie słabszy od moich sąsiadów. W końcu – lata spędzone w szkolnych ławach i za biurkiem robią swoje! Musiałem zatem dopracować się takiej techniki trzymania siekiery, żeby nie miało to znaczenia.

Pomogły mi w tym… filmy Akiry Kurosawy! W czwartym roku tego eksperymentu mogę z całą pewnością stwierdzić, że zdecydowanie najskuteczniejszy jest chwyt zza głowy – jak potrzeba, to z wykrokiem w dodatku. Aczkolwiek nie doszedłem jeszcze do tego, żeby wrzeszczeć na oporny pieniek, jak samuraj na przeciwnika…



Postępujemy generalnie dokładnie tak jak z kataną. Najlepsza jest do tego siekiera o możliwie jak najdłuższym stylisku i możliwie jak najcięższa. Chwytamy ją pewnie oburącz, podnosimy za głowę, aż nas tępy koniec topora smyrnie po dupie, po czym pewnym i płynnym, a szybkim ruchem, starając się, żeby ostrze spadającego topora było dokładnie prostopadłe do powierzchni rąbanego pniaka – opuszczamy na cel.

Na początku trudno trafić, ale to jest kwestia wprawy i koncentracji – w większości wypadków pieniek rozdzieli się nam na dwie równiutkie połóweczki. Z użyciem minimum siły (tyle, co by siekierę podnieść, resztę załatwia energia potencjalna wzniesionego topora, zamieniając się w energię kinetyczną).

Brzózki rąbie się o wiele łatwiej od sosenek – te ostatnie mają o wiele więcej sęków, a i włókna nie idą w nich prosto, tylko zwykle skręcają się, przez co odrąbane kęsy nigdy niemal nie są równe.

Niepożądanych gości można potraktować dokładnie tak samo…

Właśnie pogoniłem – bez siekiery – grupę paskudnych, starych bab, które zapuściły się zbierać grzyby aż pod okna naszej chatki. Chyba trzeba by cały teren prądem ogrodzić – jak na razie to jedyne, co zatrzymuje takich intruzów (przez zwykłe ogrodzenia przełażą, jakby ich wcale nie było, jeszcze sznurki nożami tną – co nieraz znajdowałem…).

31 komentarzy:

  1. Pozwolę sobie uzupełnić ten tekst.

    Wspomniane stawki nie obowiązują, jeśli teren jest zaklasyfikowany jako las w ewidencji gruntów, wtedy maksymalna kara to 500 zł. Opłaca się więc wystąpić o przklasyfikowanie kawałka ziemi, jeśli planujemy na nim hodować drzewa na opał.

    Podobnie jeśli wytnę drzewo na nie swojej działce (czytaj ukradnę), to maksymalna grzywna też coś koło 500 zł. Za to samo drzewo wycięte na swojej działce budowlanej, rolnej czy rekreacyjnej - nawet 200 000 zł. Nie ma jak ochrona prawa własności w tym pop... kraju.

    Dalej - co robią mądrzy ludzie na wsi - ogławiają drzewa. Zamiast ścinać całe drzewo zostawia się sam kikut. Formalnie wszystko się zgadza, a połowa kubików na opał poszła. Drzewo z czasem zamiera i o pozwolenie na wycinkę już łatwiej - ze względów sanitarnych czy bezpieczeństwa, a pień idzie do tartaku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Ogławianie" jest z całą pewnością nielegalne w świetle art. 82 ust. 1a ustawy:
      1a. Zabiegi w obrębie korony drzewa na terenach zieleni lub zadrzewieniach mogą
      obejmować wyłącznie:
      1) usuwanie gałęzi obumarłych, nadłamanych lub wchodzących w kolizje z
      obiektami budowlanymi lub urządzeniami technicznymi;
      2) kształtowanie korony drzewa, którego wiek nie przekracza 10 lat;
      3) utrzymywanie formowanego kształtu korony drzewa.

      O "przeklasyfikowaniu" ziemi można mówić tylko tam, gdzie nie ma miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Swoją drogą, zbiegi ustaw: o ochronie przyrody, o planowaniu przestrzennym i przepisów tyczących się dotacji unijnych dla rolników - dają tak absurdalne wyniki, że tego bez wódki już się w żaden sposób nie pojmie..!

      Usuń
    2. Tak właśnie jest, ale w praktyce to działa. Nie słyszałem, żeby za ogławianie ktoś beknął.

      Miejscowy plan to jest głównie w miastach, a i to nie wszędzie, na wsi to nie problem. Zresztą gminy robią co jakiś czas modernizacje i jeśli jakiś obszar zarasta odpowiednio starym samosiewem, to jest automatycznie przeklasyfikowany na las.

      Inna sprawdzona metoda na drzewo - wyjeżdżamy gdzieś na wakacje, byle daleko. W tym czasie umówiony "nieznany sprawca" wycina drzewo i "kradnie" sobie drewno. Sprawę TRZEBA zgłosić na policję, policja z braku znalezienia sprawcy umarza sprawę po 3 miesiącach i jesteśmy czyści.

      Usuń
    3. Nie wiem gdzie się Pan/Pani uchował/uchowała - ale Warszawa ma plan zagospodarowania przestrzennego dla kilkunastu procent swojego terytorium, podczas gdy nasza wiejska gmina ma ten plan dla całości - i ani myśli go zmieniać!

      To samo zresztą jest w moich stronach rodzinnych...

      Co więcej, wedle tegoż planu, u mnie na przykład - nie rośnie w ogóle ani jedno drzewo - są to wszystko "grunty orne BEZ PRAWA ZALESIENIA"...

      Cały dowcip na tym polega, że wójtom małych gmin wiejskich NIE ZALEŻY na ściganiu mieszkańców za normalną gospodarkę własnym drzewostanem. Akcje tego rodzaju jak nagłaśniane medialnie nakładanie wielomilionowych kar za "nielegalne wylesienie" odbywają się raczej na terenie miast właśnie!

      Natomiast to, jak konkretnie dana gmina ten problem rozwiązuje - a, to już kwestia lokalnej pomysłowości...

      Ogólnie: cieszę się, w związku z tym, że żyję w państwie słabym, niekonsekwentnym, ułomnym, skorumpowanym... Oraz z tego, że w przyjęciach do pracy w gminie panuje kumoterstwo - po znajomości może tam pracę przypadkiem dostać też człowiek rozumny: takich ludzi w ministerstwach - sądząc po ich legislacyjnym dorobku - nie ma i jakiś mechanizm selekcji musi za to odpowiadać..!

      Usuń
    4. To proszę się jeszcze dowiedzieć co oni rozumieją przez "zalesianie". Bo może się okazać, że "zalesianie" to znaczy sadzenie lasu z pieniędzy z UE i potem branie za to dopłat przez kilka lat. A takie zwykłe posadzenie drzew już pod "zalesienie" nie podpada. Ten zapis może oznaczać tylko tyle, że odpada jedna z metod dojenia UE na tym terenie.

      U mnie gmina ostatnio robiła modernizację i dużo mi na działkach pozmieniali, tak że odpowiada stanowi faktycznemu to co jest w ewidencji.

      Usuń
    5. Dowcip polega na tym, że właśnie - pomimo tego zapisu w planie - dwóch sąsiadów się zalesiło. I, moim zdaniem, dotacje biorą...

      Usuń
  2. Wycinałam w zeszłym roku dwa drzewa i nic nie płaciłam bo art. 86 ust. 2 mówi, że "nie pobiera się opłat za usunięcie drzew na których usunięcie osoba fizyczna uzyskała zezwolenie na cele niezwiązane
    z prowadzeniem działalności gospodarczej" Co nie zmienia faktu, że moje drzewo i moja działka ale na legalną wycinkę muszę mieć pozwolenie gminy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem polega na tym, co właściwie takie sformułowanie znaczy?

      Skądinąd - nie trzeba też zezwolenia na wycinkę drzew na działkach "zaklasyfikowanych jako budowlane". Tyle, że co urząd, to interpretacja...

      Usuń
    2. Załóżmy, że chcę sprzedać działkę. Dzielę je na kilka mniejszych i sprzedaję. W między czasie wycinam kilka drzew, żeby wyznaczyć drogę wewnętrzną. Nic nie płacę, bo nie prowadzę działalności.

      Po roku US zakłada mi działalność gospodarczą i każe zapłacić zaległy VAT. Przepisy są tu nieprecyzyjne, US różnie to interpretują, takie sytuacje zdarzają się w życiu dość często.

      W tym momencie nasze oświadczenie o niezwiązaniu wycinki z celami gospodarczymi staje się fałszywe, bo US założył nam działalność wstecznie pod hasłem sprzedaż działek. No i mamy oprócz VAT-u opłatę za wycinkę drzew, w sumie pewnie więcej niż te działki były warte.

      Usuń
    3. W grę wchodzi jeszcze - nader zawikłana - kwestia tego, kiedy sprzedaż nieruchomości jest "działalnością gospodarczą", a kiedy nie jest...

      Ogólnie: pełno tu zasadzek i przy odrobinie złej woli - nie ma niewinnych! Każdego da się upupić.

      Usuń
    4. To proste - działalność gospodarcza jest wtedy, gdy "zysk" z VAT-u będzie wart urzędniczego wysiłku. Jak się kobity nudzą to i emeryta, co dwie działki sprzedał udupią. A jak mają dużo roboty, grube ryby i cwaniaków na karku, to się w to nie będą bawić. W efekcie zależy to od US. Na zadupiu jest gorzej pod tym względem, a w dużej aglomeracji łatwiej ukryć się jak liść w lesie.

      Usuń
  3. gdy kilku sąsiadów próbowalo podgolic nieco okoliczne drzewa zaraz znalazl się życzliwy i przyjechał od razu patrol straży miejskiej i inspektorzy od zieleni...

    większość moich znajomych na swoich działkach budowlanych karczuje co się da do gołej ziemi a potem roundap kilkukrotna dopuszczalna dawka na dokladkę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No więc właśnie...

      Roundap to w ogóle inna historia jest - osobno kiedyś o tym napiszę. Bo sypie się tego wszędzie tonami...

      Usuń
  4. offtop:

    wlaśnie mam co do roundapu dylemat - miasto zaorało wszelkie okołofirmowe trawniki (to nic że na moim dzierżawionym gruncie) i na wiosnę nasadziło krzewów obsypanych korą

    ale na tych przyfirmowych obszarach zapomnieli o pieleniu

    i teraz mam naokoło firmy dżunglę, badyle, zarośla, trawa na pół metra - chwasty na metr

    kosić? nie wiadomo? pielić? z tydzień mrówczej roboty

    chyba pójdzie roundap

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie taniej, prościej i przyjemniej - zatrudnić kozę? Albo dwie..?

      Usuń
    2. To nie jest zły pomysł. Właśnie czytam o tym:

      http://permakultura.net/2011/02/23/przeglad-systemow-agrolesniczych-systemy-sylwopastoralne/

      Usuń
    3. skąd ja wezmę kozę w środku 500-tysięcznej aglomeracji (czy raczej konurbacji)

      Usuń
    4. chcę powiedzieć, że mimo klimatu mega-robotniczego zadupia u nas nawet wsie mają klimat suburbiański, a nie wiejski

      ja nawet żywej kury łażącej po zagrodzie od lat nie widziałem w okolicy

      koza? łał! sensacja by była!

      Usuń
    5. No! Sam ten widok: bezcenny..!

      A kozę przecież możesz pożyczyć. Tyle, żeby właścicielowi pokryły się koszty transportu i na flaszkę miał...

      Usuń
  5. aha, dlaczego eurofala była tragiczną pomyłką?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To gówno jest śliskie i kruche. Gdy spadnie śnieg, nie da się na nie wejść, żeby go zdjąć. W efekcie, każdej zimy (kiedy śnieg jest - ostatnio akurat nie było go za dużo...), odkłada się tam gruba warstwa śniegu, który u dołu na przemian zamarza w lód i topi się. A kiedy taki lód się przesuwa po eurofali - ta się kruszy. I w tej chwili jest już cała w dziurach i rysach, przez które woda leci pod wiatę. Zaiste - trudno sobie wyobrazić głupszy materiał!

      Usuń
    2. a ja myślałem!!!

      dzięki za info.... uniknę tego g**na na ewentualnym letnisku, które jest w planach

      Usuń
  6. "W czwartym roku tego eksperymentu mogę z całą pewnością stwierdzić, że zdecydowanie najskuteczniejszy jest chwyt zza głowy – jak potrzeba, to z wykrokiem w dodatku."

    ???????
    Wiele razy w zyciu siekiera nie operowalam, ale zdarzylo mi sie. Widziales mnie in real wiec wiesz, ze nie mam miesni jak Horpyna ani innych takich parametrow. Chwyt zza glowy???? Toz to recepta na klopoty.
    Ja cielam tak jak moj dziadek: Najpierw jedna reka trzeba przytrzymac drewno (jesli jest dosc waskie, jak wiekszy pniak w miare stabilny to nie trzeba), wbic troche w niego siekiere (tak, jedna reka DA SIE TO ZROBIC ale trzeba porzadnej siekiery ostrej i ciezkiej z dobrej stali, a nie jakiegos gowna, oraz stylisko musi byc dopasowane do twojej reki). Potem juz dwoma rekami podnosisz ostrze siekiery z wbitym w niego drewnem i prask - rozpada sie na dwa kawalki.
    Jesli pniak na tyle stabilny, ze nie musisz trzymac reka, to walisz od razu - w srodek albo troche ponizej i tez rozpda sie na dwa kawalki.
    Tutaj dobrze pokazane jak to zrobic:
    http://www.youtube.com/watch?v=m8IQ4rkJILk&feature=related

    Sluchajac nauk dziadka a potem uzywajac siekiery babci (bo tak, mieli dwie rozne) udalo mi sie tą sztuke opanowac w jakas godzine.

    Takze dziwie sie strasznie temu co piszesz...

    BTW: w zasadzie kazdy plastik (poza jakims hiper-super z technologii kosmicznej) w temperaturze mocno ujemnej zmienia wlasciwosci fizyczne i robi sie sztywny oraz kruchy. Zrobic z tego dach szopy no mozna, ale w klimacie tropikalnym na przyklad czy subtropikalnym....nie miales zwyklej blachy falistej??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miejscowi tak robią - próbowałem - ale to badziewny sposób jest! Niepotrzebna strata energii. Tak to sobie można dziabać, jak ktoś rąbie wszystkiego dwa dni w roku. Ja tu hurt odstawiam, a nie jakiś tam detal!

      Usuń
    2. A eurofala to nie był mój pomysł. Fater się uparł, bo niby - widno będzie (jakby to drewnu różnicę robiło...).

      Zamierzam to wszystko zwalić w cholerę i przykryć normalnie deskami i papą... To najtańszy i zdecydowanie najprostszy sposób!

      Usuń
    3. To dopiszę jak to wygląda u mnie, na wschód od Wisły...
      Po pierwsze to przebiega prawie dokładnie tak jak opisane: 3, 4 wyjazdy do własnego lasu i rżnięcie drzew. Tyle że co ważne: zwykle albo uschniętych, lub połamanych po zimie, albo takich które z jakiegoś powodu przeszkadzają. A reszta jak rośnie to niech rośnie. Problemy z gminą i pozwoleniami zaczynają się jak np. takie uschnięte drzewo stoi przy linii energetycznej albo drodze. W lesie grubą część pnia tnie się piłą od razu na pieńki, a węższą: na dłuższe kawałki po porżnięcia razem z gałęziami na krajzedze (jak to się u mnie mówi) Dopiero potem mniejsze i większe pieńki dziabie się (kolejny regionalizm) siekierą na spore kawałki, tylko tyle aby dało się wrzucić do pieca. Sposobem bardzo podobnym do opisanego, przy czym jeśli siekiera nie przejdzie przez cały kawałek, należy ją obrócić wraz z siedzącym na nim kawałkiem drewna i z rozmachu uderzyć o pieniek obuchem.

      Usuń
    4. "Miejscowi tak robią - próbowałem - ale to badziewny sposób jest! Niepotrzebna strata energii. Tak to sobie można dziabać, jak ktoś rąbie wszystkiego dwa dni w roku. Ja tu hurt odstawiam, a nie jakiś tam detal!"

      No rąbali dwa dni w roku, mniej-wiecej tyle czasu zajmowalo dziadkowi i ojcu porabanie dwoch przyczep drewna, co starczalo na cala zime zwykle...

      Usuń
  7. Witam,

    Co do zasady zgoda - ustawa wprowadza trudne do racjonalnego wytłumaczenia ograniczenia.
    Zwłaszcza, że można by spokojnie podnieść wiek drzew do 30 lat, ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach.
    Otóż owe ograniczenie w wycince drzew nie jest skierowane przeciwko zwykłemu Kowalskiemu, ale deweloperom.
    Dlaczego, otóż dlatego, że gdyby nie te drastyczne kary za samowolną wycinkę, skupowali by tanie nieruchomości (Lz) i po wycięciu wszystkiego, na podstawie warunków zabudowy stawiali domy, osiedla.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, jasne... I ci deweloperzy to zaraz całe te 200 czy 300 ha zarośniętych samosiejkami nieużytków wokół mnie wykupią, zabudują i sprzedadzą, tak? A w całej Polsce - miliony hektarów w takim samym stanie, prawda..?

      Jest tylko jedno pytanie: kto to, do cholery, kupi..?

      Ja się drugi raz ze sprzedażą ziemi ogłaszam i jak do tej pory - jedyny odzew był od firm zajmujących się... pośrednictwem w sprzedaży. Żebym im zapłacił, to może kogoś znajdą!

      A wcale żadnych drzew u mnie wycinać nie trzeba...

      Usuń
  8. Akurat deweloperzy mają dobrą siłę przebicia w sejmie i nie dali by sobie zrobić krzywdy. No ale zawsze prawo najlepiej jest ludziom uzasadnić, mówiąc, że to krzywdzi tych bogatych cwaniaków, a nie "zwykłego" człeka.

    Sąsiad się procesuje z gminą, bo nie dają mu kurnika postawić. Uznali, że kury to działalność gospodarcza i chcą ponad 3 stówy za wycięcie kilkudziesięciu drzewek, gdzie on ma stać. Człowiek powoli odpuszcza - taniej mu wyjdzie kupić działkę bez drzew. Ewentualnie tą fikcyjnie sprzedać osobie fizycznej, np. dziecku, żeby ono wycięło i wtedy odkupić i budować.

    OdpowiedzUsuń
  9. Cios z karata kataną jest the best :D

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...