poniedziałek, 2 lipca 2012

Wstyd i hańba

Fakty są takie (a fakty, jak wiadomo, to rzecz uparta i nieubłagana...), że mimo rozlicznych przygód i przeciwności, zebraliśmy doskonałej jakości siano - i zebraliśmy praktycznie wszystko, co było do zebrania suche (no, zostało trochę siana luzem, które się teraz ładnie pomoczyło przez noc, ale to naprawdę drobiazg...). Tyle, że tego "wszystkiego" było z plus - minus 8 hektarów: ok. 200 kostek...

Wstyd i hańba! Tak jeszcze nigdy nie było. Trawa nam po prostu nie urosła i była mikrusieńka:
Normalnie powinniśmy (wyjaśniam nie-wieśniakom) zebrać minimum, ale to naprawdę minimum - co najmniej 1000 kostek. Pięć razy więcej. A po starannym nawożeniu i przy właściwej pielęgnacji, nawet na tym naszym piasku (zresztą, nie da się Wielkiego Padoku do samego tylko "piasku" zaszufladkować, grunt jest tam rozmaity i na paru kawałkach, całkiem sporych - wręcz: niezły...), zebranie i 2000 kostek nie powinno stanowić problemu.

Tymczasem my w tym roku zebraliśmy 200. Normalnie - powiedziałbym, że pora popełnić seppuku (ostatnio zaczytuję się w bardzo interesującym blogu z Japonii, to mi się tak skojarzyło...) - gdyby nie fakt, że żyjemy w kraju, gdzie takie wykrzykniki ostatnio traktuje się nadzwyczaj poważnie i lepiej ich jednak unikać. Ale wstyd mi - naprawdę...

Co zawiodło? Do końca nie wiem, ale sądzę, że popełniłem błąd w nawożeniu. W tym roku, idąc za radą M. (ale to mnie przecież nie zwalnia z odpowiedzialności...) dałem w marcu mieszankę superfosfatu i soli potasowej, w proporcji 2 : 1 (100 kg superfosfatu i 50 kg soli na hektar - mniej - więcej). Nie rozrzuciłem w ogóle nawozu azotowego sądząc, że wystarczy to, co przez ponad pół roku użytkowania zostawiły tam konie.

Jednak: nie było śniegu, więc nie było roztopów - a potem i wiosna była nadzwyczajnie sucha. W rezultacie superfosfat wchłaniał się zbyt wolno, a większość naturalnego nawozu pozostała nierozłożona (wietrzejąc w międzyczasie tak, że w tej chwili jego wartość jest minimalna) aż do tej pory. O, proszę:

Lepiej by nam pewnie obrodziło gdybym, wzorem poprzednich lat (gdy robiłem to, po prawdzie, z biedy - bo tak było najtaniej...) rzucił po 100 kg saletrzaku na hektar. Ewentualnie, gdybym dał saletrzak i wapmag (soli potasowej z saletrzakiem bym nie dał, bo by było za drogo...). A jeszcze lepiej, oczywiście, gdybym dał tych nawozów w ogóle więcej - no, ale to było finansowo nierealne, a poza tym, nie potrzebowałem 2000 kostek siana, 1000 by mi zupełnie wystarczył!

A tak, trawa się nawet trochę lepiej (mam wrażenie) niż w latach poprzednich rozkrzewiła - tylko co z tego, skoro nie urosła..?

Jak co roku, zbieraliśmy z przygodami. Acz - Bóg kocha głupców: tym razem - mieliśmy szczęście.

Najpierw, w sobotę rano, pan G., który zgodził się nam kosić i prasować, spóźnił się tylko półtorej godziny (a słyszeliśmy, z opowieści, że potrafi się i 3 doby spóźnić...):
Potem złapał gumę (na szczęście w porze, gdy jeszcze był otwarty sklep w Grabowie, to zdążyłem mu kupić nową oponę), a na sam koniec, gdy już prawie kończył - urwał wałek przenoszący napęd na kosiarkę (ale udało się pożyczyć drugi u Radka, druha mego serdecznego). Tak czy inaczej: po raz pierwszy udało się nam skosić cały Wielki Padok - i po raz pierwszy: cały jednego dnia! Nie, żeby to było jakoś szczególnie krytyczne - ale ta przynajmniej ulga, że nic nam nie zostało "na później", czyli na "święte nigdy"...

Ponieważ ta trawa już stojąc była prawie całkiem sucha od razu zdecydowałem, że zbieramy następnego dnia. Syn naszego sołtysa elegancko nam to zawałował (przewracać, a i po prawdzie roztrząsać nie było po co - tak mało tego leżało na pokosach...) i w niedzielę pozostało tylko... czekać, aż pan G. pojawi się z prasą.

No to czekaliśmy. I czekaliśmy. A chmury się gromadziły. I gromadziły. I szlag mnie trafiał coraz to większy..!

Tylko 3 godziny spóźnienia tym razem - oraz wysłuchane modlitwy pana G. , gdy mu zapowiedziałem, że nie zapłacę jeśli siano zmoknie - i pięć obrotów przyczepą (nie było sensu prosić się o ciągnik z czymś większym - i tak wyrywaliśmy te kostki niemal prosto spod prasy, tak rzadko z niej spadały...) - fakt, że narzuciłem z tej złości nieco zbyt szybkie tempo - i można było uznać sianokosy za zakończone...

Wpadliśmy jeszcze odmoczyć pierwszy brud w Pilicy - i nawet ogródek podlałem przed (końską) kolacją. No - lighcik nie sianokosy, prawda? Tylko ten wstyd...

10 komentarzy:

  1. Z tego co widzę, to to siano było koszone na suchym, piaszczystym gruncie (brzozy, sosny w tle). Problemem była susza na wiosnę - na piaskach niezawodnej łąki nie da się zrobić, chyba, żeby zainwestować w deszczownie. Dlatego łąki zwykle robi się w okolicach cieków wodnych, stawów, etc. gdzie wilgotność jest wystarczająca nawet w razie suszy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tego co obserwuję na łąkach okalających nasz dom to muszę stwierdzić, że siana w tym roku jest mało, mniej niż poprzednimi laty. Nasz trawnik też jest jakiś taki przerzedzony.
    Podejrzewam, że przyczyna tego stanu tkwi w bardzo mroźnej zimie i braku śniegu, po prostu wiele traw wymarzło. Przy tym wiosna tego roku była wyjątkowo sucha i upalna, trawa nie miała możliwości aby się odbudować po ciężkiej zimie.
    To chyba marne pocieszenie ale wstydu nie ma - czynniki obiektywne, co by nie robić to i tak trawa wiosną miała małe szanse na prawidłowy wzrost :(

    Może drugi pokos będzie lepszy, czego szczerze życzę.

    Pozdrawiam, Tomek.

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślisz, że jakbyś inaczej nawoził lub w ogóle nie nawoził, to efekty byłyby lepsze?

    OdpowiedzUsuń
  4. Raczej nic wam po pocieszaniu, ale nie jesteście jedynymi, u których tak słabo z sianem. Prawie wszędzie przez tą suchą wiosnę trawa marnie wyrosła
    Szczęście, że nawozów nie było więcej, bo przy tak niewyrośniętej trawie siano nie byłoby zbyt dobre dla koni.

    OdpowiedzUsuń
  5. Oczywiście, że to nie jest "naturalna" łąka - żeby dało się tam wypasać konie konieczne jest nawożenie i przycinanie.

    Sądzę, że gdybym w ogóle nie dał nawozów mineralnych - to rosłyby tam tylko mchy i porosty. Natomiast teraz już wiem, że kiedy zapowiada się suchy rok, trzeba dać raczej niewielką ilość możliwie jak najłatwiej wchłaniającego się nawozu azotowego: trawa może by była rzadsza - ale przynajmniej: miałaby szansę urosnąć do jako - tako normalnych rozmiarów...

    OdpowiedzUsuń
  6. Faktycznie szkoda, że o tym mniejsze te sianokosy.
    Współczuję, pozostaje mi jedynie zauważyć, że to nauka na przyszłość.
    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  7. I faktycznie mało. U nas suszy nie było i nie ma na Podlasiu, zimą leżały śniegi po pas do wiosny. Żyto i łąki w porządku. Tylko wielu skosiło przed deszczami i siano się pomarnowało. Czekają na drugi pokos zatem. Dla porównania, z naszego obszaru łąkowego - nie nawożonego niczym od lat, lecz leżącego nad rzeczką-strugą - wielkości 1,3 ha zebrane 180 kostek pachnącego i bogatego w zioła siana. To prawda z tym, że łąka powinna być zasilana naturalnie w wodę, ale czasem - w mokry rok - to kolejny kłopot, z wjazdem traktora i maszyn. Może u Ciebie, Jacku jakiś staw by się udał, jeśli podłoże jest gliniaste...? Pozdrawiam, ES

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to staw zasili łąkę w wodę - czy raczej na odwrót: wody gruntowe spod łąki opadną, żeby zasilić staw?

      Usuń
  8. Na razie mam 1400 kostek sensownego siana z 7ha. Jeszcze 4 czekaja na pierwszy pokos. U nas jest specyficzny klimat, wszystko dojrzewa pozniej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pogratulować urodzaju!

      Ale u Was chyba normalnie i śnieg był i padało na wiosnę, prawda..?

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...