niedziela, 29 lipca 2012

Prace i dumania

To, że się ostatnio nie odzywałem nawet w komentarzach nie znaczy, że nic nie robiłem – ani, że nic nie pisałem. Po części wynika to z trudności technicznych – niniejszy wpis właściwie powstał wczoraj rano, ale nie udało mi się go zamieścić z winy nader niestabilnego w tej zjonizowanej atmosferze połączenia. Cierpimy tu bowiem za przyczyną iście afrykańskiej duchoty – i wściekłych z upału much… Zajęć zresztą mieliśmy mnóstwo! Przede wszystkim – przyszły wreszcie pieniądze za projekt „wilanowski“ – i z punktu zostały wydane: zainwestowaliśmy w ogrodzenie elektryczne jakichś 70% Wielkiego Padoku (reszta poczeka pewnie do września – dopiero wtedy puścimy tam konie, żeby miały świeżą trawę).

Było z tym, jak to zwykle u nas, mnóstwo kłopotów. Znalazłem przez PKT i Zumi łącznie 3 hurtownie w Radomiu, gdzie potrzebny sprzęt teoretycznie można było kupić – z czego dwie lokalizacje okazały się prywatnymi domami bez żadnej zgoła działalności gospodarczej (o tym, że tego rodzaju portale to śmietnik, wiadomo nie od dziś…), a ostatnią – udało się nam znaleźć dopiero dzięki pomocy znajomego, bo dojazd do niej zagradzała rozbiórka kamienicy…

No ale – udało się, w czwartek popołudniu ogrodzenie stanęło. I tu kolejna siurpryza: nie działa! Ki Dyabeł..? Obszedłem całość, starannie skręcając ze sobą wszystkie kolejne łączenia – dalej nic… Na szczęście, mieliśmy akurat Bardzo Pożytecznych i Miłych Gości – z fachową wiedzą elektryczną i uzdolnieniami manualnymi. Okazało się, że uziemienie do kitu. Poprawiliśmy to – i coś tam pyka (Goście naprawili nam też piłę tarczową – można będzie, przy kolejnym przypływie gotówki, kupić desek i wziąć się za naprawy i rozbudowy różnych, mocno już sfatygowanych elementów wiaty…).

Pastuch dalej nie działa tak dobrze, jak powinien. Mimo wkopania się na ponad metr w ziemię i wrzucenia do dołu, obok solidnego pręta zbrojeniowego, do którego uziom dochodzi, jeszcze i resztek starej stalowej  liny. Ziemia sucha jak pieprz. Nawet na głębokości metra! To i ładunek się nie rozchodzi. Podlewam teraz czasem to z konewki – i, jakoś się trzyma.
Pastuch
Gdzieś tam są konie...
Na przykład tutaj...
Buzi, buzi..?
Nie..? To może ty..?

Nasze konie miały sesję fotograficzną (nie tą co powyżej, tylko profesjonalną) – wygląda na to, że wyszło bardzo dobrze, a w każdym razie – dobrze pozowały. Z niecierpliwością czekamy więc na efekty w postaci pięknych zdjęć.

Za sprawą pana Dariusza Wielca, osobą Tadeusza Kotwickiego, o którym niedawno pisałem do „KT“ zainteresowali się Amerykanie. Ze dwa tygodnie temu skończyłem pisać dla nich artykuł – i teraz przyszło do wyjaśnień i uzupełnień, czego do tej pory nie ukończyłem. W zasadzie – trzeba by pojechać do Wrocławia i uzupełnić materiały, tak byłoby najprościej – gdyby było mnie na to stać. A tak, trzeba będzie ciągnąć te dane jak przez słomkę – mailem i telefonicznie…

Swoją drogą, tych materiałów u pani Joli Kotwickiej spokojnie by starczyło na książkę. A może nawet i na film – bo jakiś film o Tadeuszu Kotwickim nakręcony został, ale nigdy nie był emitowany, podobno z powodu słabej jakości – tyle, że od 1997 roku, technika telewizyjna poszła chyba trochę do przodu..?

Na Tadeuszu Kotwickim zresztą (choć to postać, ze znanych mi Polaków, w tym względzie największa) poczet „long riderów“ się nie kończy. Już dawno próbowałem namówić naszego przyjaciela, Sebastiana Karaśkiewicza, żeby podzielił się z czytelnikami „KT“ swoimi wrażeniami z wycieczek konnych nad Morze Czarne na ten przykład – tyle, że namówić się na razie nie daje… A w czwartek, kiedyśmy po całym Radomiu zamaskowanej rozbiórką Agromy Kielce szukali – dowiedziałem się od naszego zeszłorocznego pensjonariusza, Zbyszka Bieszczada, że stara się zorganizować na przyszły rok rajd wokół Polski. A był już kiedyś jeden taki – góral zdaje się – który we dwa konie taki rajd odbywał, prawda..?

Więc książka, jeśli nie o samym tylko Tadeuszu Kotwickim, to o kilku takich nowoczesnych konnych nomadach, z pewnością mogłaby powstać. Pytanie tylko, czy jest w ogóle sens kołatać do jakiegokolwiek wydawnictwa, żeby je tak egzotycznym tematem jak konie (od dawna powtarzam, że wszelkie gadki o rzekomym „wrodzonym koniolubstwie“ Polaków to bzdura na resorach!) zainteresować? A tej książki nie napiszę „ot tak“ – bo zwyczajnie: nie stać mnie na konieczną kwerendę i poszukiwania po całym kraju.

„Koni achałtekińskich historia sekretna“, gdy próbowałem nią kilka wydawnictw zainteresować (fakt, że jak to ja – podszedłem do tematu z wrodzonym pesymizmem i łatwo się poddałem: pewnie trzeba było słać to nie do kilku, a do kilkuset wydawnictw…) niczyjego zainteresowania nie wzbudziła. Jak jednak patrzę teraz po statystykach strony, to cykl ten wciąż ma nowych czytelników mimo, że już prawie dwa lata od jego publikacji na tym blogu mijają. Może powinienem poprawić dostrzeżone, dzięki pomocy Czytelników błędy, uzupełnić o nowe materiały, których trochę się przez te dwa lata uzbierało – przede wszystkim: ikonograficzne – i spróbować raz jeszcze..?

Może, gdyby to po angielsku albo po rosyjsku napisać..?

Na zapłatę za trzy ostatnie artykuły dla „KT“ przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać – całe kierownictwo podobno chore – więc, zasadniczo – i tak nie jestem w stanie robić nic innego, niż pisać, ewentualnie – oddawać się takim pracom fizycznym, które wcale lub mało wymagają wkładu finansowego (jak rżnięcie drewna, co już zapoczątkowałem – trzeba tylko koniecznie siekierę na nowym stylisku osadzić, bo już strach rąbać…). Gotówki na najbliższe co najmniej dwa tygodnie zostało nam 300 złotych, więc jasnym jest, że ani do żadnej akwizycji po Warszawie (bardzo przepraszam, panie Eugeniuszu…), ani w ogóle do czegokolwiek, co by wymagało wyjazdu z Boskiej Woli – nie pora nam. Z głodu przynajmniej nie zginiemy – mimo alternarii (w środę spadł deszcz, którego skutkiem jest prawdziwe spustoszenie w naszym ogródku: tytoń z tego wszystkiego trzyma się jeszcze najlepiej, ale zaraziło się, po zmoczeniu, prawie wszystko inne…), ogórków nam nie zabraknie – a jeszcze miałem szczęście i trafiłem do „Tesco“ akurat w momencie, gdy personel wykładał towar na specjalne półeczki z „artykułami o krótkim terminie przydatności do spożycia“ i mocno obniżoną ceną – więc się obłowiłem w wiktuały…

Takie to są prace i takie dumania w Boskiej Woli ostatnimi czasy. Oprócz tego oczywiście – jestem Państwu winien kolejną porcję teoretycznych rozważań o działaniu i niedziałaniu, o wolnym rynku i Peak Oil, o neofeudaliźmie i tyranii doskonałej i temu podobnych – ale to może trochę później?

Tymczasem zakwitł nasz prymus.




Prawda, że dekoracyjny..? Zastanawiamy się, czy te kwiatki jeszcze się otworzą, czy już takie zostaną? Ciekawe też, jak będą wyglądały nasiona? Od "prymusa" i paru innych, najszybciej rosnących - chętnie bym się tych nasion dochował - na przyszły rok...

1 komentarz:

  1. Panie Jacku, dziekuje za pamiec :) - i niechze Pan napisze te ksiazke!
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...