środa, 25 lipca 2012

Nie – wdzięczność

Arytmetyka, wedle której rachować trzeba ludzkie emocje, różni się nieco od tej znanej z podręczników szkolnych. W szczególności nie jest tak, że „emocjonalna inwestycja“ daje „proporcjonalny zwrot“ w postaci wdzięczności, miłości czy innego rodzaju pozytywnych uczuć. Reguła ogólna (o ile w ogóle o regułach w tym wypadku można z sensem mówić…) jest raczej taka, że o ile lubi się tego, komu się pomaga i dla kogo się poświęca – i to lubi się, a nawet kocha proporcjonalnie właśnie do włożonego w taką osobę wysiłku – o tyle wcale nie działa to w drugą stronę i ten, kto wyświadcza komuś łaskę, prędzej się u tak obdarowanego doczeka zawiści, niż proporcjonalnej do swego poświęcenia miłości.

Dzieje się tak najpierw dlatego, że świadczenie dobroci z góry wygląda jak dopominanie się o wzajemność – jest zatem rodzajem emocjonalnego szantażu. W szczególności w kulturach opartych na zasadzie wzajemności zobowiązań (jak kultura japońska czy chińska), sytuacja w której może się przytrafić, nawet całkiem niechcący, zaciągnięcie tzw. „długu wdzięczności“, potrafi wręcz przyprawić o panikę – tego rodzaju długu nie da się nie spłacić nie tracąc twarzy, a że spłacić go zawsze trzeba z pewną nadwyżką – wejście w tego rodzaju spiralę wzajemnych przysług i grzeczności niekoniecznie musi budzić entuzjazm!

Zresztą – kto lubi być szantażowany? Owszem: miłość chrześcijańska, jako bezinteresowna i nie domagająca się żadnej zapłaty (na tym świecie przynajmniej), zdaje się takich, naturalnych skądinąd, oporów u obdarowanego nie wzbudzać. Tylko – spotkał ktoś z Państwa ostatnio jakiegoś chrześcijanina..? To naprawdę rzadki gatunek w naszych czasach…

Dość oczywisty wniosek, jaki z powyższego wynika jest taki, że absolutnie nie warto być… nadopiekuńczym i przesadnie kochającym rodzicem! Nie ma bowiem właściwie żadnych szans na to, aby tego rodzaju nadopiekuńczość i „bombardowanie miłością“ dała pozytywny efekt w postaci jakiejkolwiek bądź wzajemności. Wręcz przeciwnie: łatwo bardzo osiągnąć efekt zgoła odwrotny – i strawiwszy życie na nieustannym poświęcaniu się dla dobra potomstwa – zostać na starość samotnym i opuszczonym.

Nie tylko bowiem sam fakt emocjonalnego szantażu powoduje dyskomfort u osób, w które jest wymierzony. Również osoba tak bezgranicznie się poświęcającego i cierpiącego przez to rodzica – znacząco traci na atrakcyjności. W skrajnej postaci przybiera bowiem tego rodzaju postawa formę nieustannych wyrzutów, ciągłego stawiania przed oczy bezmiaru własnego poświęcenia i oczywistej w tym zestawieniu – czarnej niewdzięczności wyrodnego potomka. Nawet jednak, kiedy do takiego ekstremum nie dochodzi – poświęcający się rodzic, cierpiąc choćby i w milczeniu – mało jest interesujący jako kompan do wspólnego spędzania czasu. I nawet, jeśli milczy i wyrzutów nie czyni – milczy znacząco i przecież wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, dlaczego milczy i z jakiego powodu. Jego towarzystwo wzbudza nieuchronnie wyrzuty sumienia – sam rodzic, takim wyrzutem sumienia, choćby i milczącym, się staje. A kto lubi przebywać z wyrzutem sumienia..?

Niestety, nadopiekuńczych i spalających się w totalnym poświeceniu dla dobra dzieci rodziców jest na pęczki – osobliwie w starszym już nieco pokoleniu tych, którzy swoją rodzicielską misję wypełniali w trudnych latach 80-tych, gdy naprawdę nie było to łatwe od strony czysto materialnej.

Dawniej, kiedy życie ludzkie bardziej było formalne, zrytualizowane – choć też zdarzali się chorobliwie nadopiekuńczy rodzice, jak choćby Katarzyna Jagiellonka, matka Zygmnta III Wazy, czy jej z kolei matka, Bona Sforza – łatwiej chyba było tego rodzaju napięcia rozładować. Służyły temu rytuały, dość precyzyjnie określające gesty, słowa i czynności, jakie wykonać należy przy każdej życiowej okazji – od porannego powitania Szanownych Rodzicieli, po ich pogrzeb. Ponieważ wykroczenie przeciw tym rytuałom było tak samo niestosowne gdy ktoś ich nie wypełniał jak należy, jak i wtedy – gdy wypełniał z przesadą, nadmierne w nie wkładając emocje – łatwiej było o zachowanie jakiej takiej równowagi i dystansu. Dla obu stron tego stosunku zresztą!

Jak to mogło wyglądać w praktyce, ilustracją służy chociażby zachowana korespondencja pomiędzy poetą Zygmuntem Krasińskim a jego nadopiekuńczym ojcem, generałem Wincentym. Próbował poeta Zygmunt się po romantycznemu przeciw ojcowskiej miłości i opiekuńczości buntować na różne sposoby – wysłany do Italii na nauki, przygruchał sobie jakąś karczmareczkę (ale nie chciało mu się jej po pigmaliońsku edukować nawet, nadto był, jak to poeta, roztrzepany i niekonsekwentny…) – i dramatycznie oświadczył ojcu, gromów piekielnych się zwrotną pocztą spodziewając, że poślubi dziewoję choćby nie wiem co! Co mu odpisał (nadopiekuńczy skądinąd) ojciec, generał Wincenty? Ależ żeń się synu, błogosławię Waszemu szczęściu..!

Na takie dictum stracił syn, poeta Zygmunt cały rezon, bunt jego romantyczny okazał się zwykłą blagą, pozą, szpanem – dziewoi wcale nie poślubił, w następnym już liście nie było o niej w ogóle mowy.

Widać, po pierwsze, że dobrym fachowcem był ojciec, generał Wincenty – nadawał się na wodza – bo znał się na ludziach nie gorzej od księdza proboszcza z Królowego Mostu. Ale też na nic by się zdała cała ta psychologia, gdyby nie rytuały. Współcześnie, gdy ani nie musi się pełnoletni mężczyzna ojca o zgodę na małżeństwo pytać (po prawdzie, to głównie dlatego, że nie dziedziczy – na ogół – tak przyjemnej ordynacji jak ta Krasińskich…), ani właściwie – samo małżeństwo nie jest specjalnie do życia w parze potrzebne – poeta Zygmunt, zamiast swoją blagę, pozę i szpan z punktu korespondencyjnie obnażyć – byłby się pewnie parę lat w niedobranym związku z karczmareczką na złość ojcu, generałowi Wincentemu, przemęczył – i kto wie, jakie by z tego nieodwracalne już konsekwencje wynikły..?


Oczywiście że rytuały są krępujące, irytujące wręcz często – mnie tam nic tak nie żenuje jak tzw. „tradycyjne“ (choć w gruncie rzeczy z naprawdę starą tradycją niewiele ma to wspólnego) polskie wesele, widowisko iście tragikomiczne. Ale też – potrafią rytuały niekiedy życie ułatwić.

Już choćby dlatego, że zgodność postępowania z rytuałem stwierdzić łatwo. Tymczasem – kiedy ich brak – o tym, czy się postępuje właściwie czy niewłaściwie, z góry wnioskować prawie niepodobna, bo zależy to głównie od reakcji otoczenia – która to reakcja może być różna.

Ludzie współcześni zaspokajając swoje potrzeby materialne na poziomie, o którym dawnym królom się nie śniło – mają też tendencję, nauczyły ich tego telewizyjne seriale, kolorowa prasa, filmy – by oczekiwać również w życiu emocjonalnym, tak samo najpełniejszego i najautentyczniejszego spełnienia. Każdy dorastający chłopiec marzy o życiu tak ciekawym i pełnym wrażeń jakie miał Cezar Borgia (no dobrze, przesadziłem – 93% dorastających chłopców nie wie, kto to był Cezar Borgia, więc: jak Batman..? Jak Spidermen? Jak Jeż Jerzy? Co tam jeszcze jest na topie wśród młodzieży..?). Każda dorastająca dziewczynka marzy o rycerzu na białym koniu – a przynajmniej: w eleganckiej limuzynie. OK – uraziłem czytające Panie, bo one o żadnych zardzewiałych konserwach z chłopiną nie marzyły – przepraszam! Ale o czymś jednak czytające Panie w wieku dojrzewania marzyły, nieprawdaż? Cokolwiek by to nie było: miało być autentyczne, spontaniczne, wielkie i wspaniałe – czyż nie tak?
Tymczasem proza życia jest taka, że z 99,997% kandydatów na nowego Cezara Borgię, Tomka Wilmowskiego czy Pana Samochodzika – wyrastają zwykli księgowi, mechanicy samochodowi czy drobni sklepikarze, dla których całą prawie treścią ich życiowych dążności jest dotrwać do końca miesiąca i spłacić ratę bankową za M-3 na Tarchominie względnie, przy odrobinie szczęścia – za domek na 500-metrowej działce pod Ustanówkiem.

Jakiekolwiek też by nie były marzenia niewątpliwie wyzwolonych i świadomych Pań – zaciskanie zębów i czynienie cudów oszczędności w celu tegoż właśnie dotrwania do pierwszego i spłacenia raty – wygląda przy tym blado, nieatrakcyjnie, nieerotycznie – nieprawdaż..?

Nie mamy nie budzącego wątpliwości wglądu w intymne marzenia i wewnętrzne przeżycia ludzi dawnych wieków – albowiem nawet, gdy tego rodzaju wynurzenia czynili i spisywali (przy czym, co dość oczywiste – robili to głównie ci, którzy byli do tego mentalnie zdolni, a więc raczej – przedstawiciele górnych warstw hierarchicznego społeczeństwa…) – też przecież, robiąc to, podlegali konwencjom i rytuałom. I jeśli podkreślali tak często „obowiązki stanu“ – to czy dlatego, że naprawdę chcieli być „ojcowskimi panami“ dla swoich poddanych i „dobrymi obywatelami umiłowanej ojczyzny“ – czy dlatego, że tak właśnie pisać wypadało..? Tego się nie da rozstrzygnąć…

Podchodząc do rzeczy czysto fenomenologicznie – nie sposób jednak nie zauważyć, iż tzw. „społeczeństwo tradycyjne“, „społeczeństwo zamknięte“, czy też „feudalne“ – miało gotowe rytuały, gotowe wzorce postępowania na każdą niemal życiową okoliczność – wliczając tak intymne momenty jak „właściwe“ zachowanie położnicy po połogu (o czym niedawno koleżanka Tupaja pisała), inicjacja seksualna i rozładowanie płciowych frustracji (no choćby przy okazji Kupały…), zemsta za osobistą zniewagę czy też – rozładowanie bezsilnej złości na „siły wyższe“ (nie darmo jednemu z perskich królów wielką przyniosło ulgę, gdy morze kazał rózgami siec…).

Te rytuały w dużej części słusznie mogą się nam wydawać krępujące, śmieszne, nieżyciowe. Kłopot w tym, że współczesna potrzeba spełnienia i autentyczności, skoro jej efektem jest w 99,997% wyżej opisane M-3 na Tarchominie, względnie domek pod Ustanówkiem, wraz ze wszystkimi przynależnymi do tego ciężarami – jakoś wiele lepiej w zestawieniu z dawną nieświadomością i ciemnotą chyba nie wypada?

Powody dla frustracji się zmieniają – frustracja pozostaje. Co może o tyle dobrze, że człowiek z całą pewnością nie jest istotą dobrze znoszącą beztroskę i niczym nie zmącone szczęście…

Zaś z braku rytuału (tego braku nie sposób nowym rytuałem łatwo zastąpić – gdy raz się człowiek przekona, że utrwalone i powtarzalne zachowania, które do tej pory wypełniał z namaszczeniem święcie przekonany o ich bezalternatywności, są tylko dowolną konwencją – mając taką samowiedzę, trudno jest na nowo w sens jakiegokolwiek rytuału uwierzyć…), w kłopotliwych sytuacjach, do których prowadzi również i nasza czarna niewdzięczność za pełne poświęceń życie naszych rodziców – popadamy łatwo w milczenie. Z którego to milczenia stopniowo, krok za krokiem, buduje się taki mur, którego już w żaden sposób przekroczyć się nie da – dokładnie tak samo, jak w czasach świetności rytuału, nie dawało się bezkarnie przekraczać niewidzialnych murów, którymi rytuały otaczały „wewnętrzne ja“ sobie poddanych…

16 komentarzy:

  1. Czemu się z Tobą zgadzam ? :DDD

    OdpowiedzUsuń
  2. Ludzie to tacy zafajdani konformiści, że czują się niezręcznie nawet wtedy, kiedy mają decydować o pozycji, w której uprawiają seks. Nic dziwnego, że potrzebne im są rytuały. Własne przemyślenia? Własna moralność? Nieee, porządni obywatele słuchają autorytetów, prawa, opinii publicznej, mediów... Tylko co, jeśli te "autorytety" nie przestrzegają własnych zasad?

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale właściwie, co w tym takiego złego? Przecież zawsze tak było - i zawsze tak będzie. I nieprawdą jest, że KAŻDY autorytet, to zaraz, z definicji, hipokryta który robi co innego niż mówi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic w tym nie ma złego. Ani nic dobrego. A w ogóle to dobro i zło są subiektywne. Oceniam według SWOJEJ moralności, nie jakiejś "konwencjonalnej" czy "uniwersalnej".

      Nie, nie każdy autorytet udaje. Ale każdy jest tylko człowiekiem. A wielbi się go jak złotego cielca.

      Oczywiście jak ktoś pragnie mieć takiego cielca przed sobą - wolna wola...


      Poświęcanie się dla dzieci to najgłupsza rzecz, jaką mogą robić rodzice (chyba że chodzi o życie/zdrowie dziecka). Masz rację, wdzięczności za to nie będzie.

      Usuń
    2. No wlasnie. Czy twoim zdaniem "poswieceniem sie dla dziecka" jest zrezygnowanie z wakacji w Grecji, kiedy okazuje sie na lotnisku przy odprawie, ze dzieciak nie ma paszportu (wymagane) i rodzice nigdzie nie poleca?
      I co, zostawienie dziecka na lotnisku a samemu udanie sie na wakacje jest "normalne"?
      Jak dla mnie to sie nazywa skrajna nieodpowiedzialnosc.
      Ale moze ja jestem starej daty czlowiek.

      Usuń
    3. Do mnie to? Nie, to nie jest "poświęcanie się". Ale już sporo napisałam o tym w swoim blogu, więc nie chce mi się powtarzać.

      Usuń
  4. Rytuały dają spokój, stabilność. Tak jak zwierzętom stałe pory wychodzenia na spacer, karmienia. Poświecenie dla dzieci- tylko w ramach własnego dobrze pojętego rozsądku. Oczywiście- patrząc z boku, nie zawsze zdrowego;) Przy przeholowaniu z oddaniem dzieciom swego serca i czego tam jeszcze, ma taki rodzic stan psychicznie skaszankowany, a zwany ładnie- "syndromem opuszczonego gniazda"; dziecię wylatuje z gniazdka, a pustki po nim nie jest w stanie nikt i nic wypełnić.
    A książę na białym (wolę siwym) koniu? Chyba na pewno w wieku średnim - mogę stwierdzić- nie istnieje. Ostatnimi czasy myślę nawet, że i bez siwka- też nie. Tak samo i królewien brak....;)Tylko gargamele i złe czarownice.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. księżniczki, nie ksieżniczki - fakt jest jeden

      kobiety to strasznie narzekają

      (mówię o realny życiu a nie o klepaniu w necie)

      Usuń
    2. ro:
      wsrod dziwnych kobiet sie zatem obracasz...

      Usuń
    3. z tego co z kumplami rozmawiamy :) raczej wśród dość typowych :)

      Usuń
  5. "Ale o czymś jednak czytające Panie w wieku dojrzewania marzyły, nieprawdaż?"

    -- tak. Marzylam o tym, zeby miec prace pozwalajaca mi sie utrzymac tj. zaplacic za WLASNE locum (chocby i najmniejsze ale zeby mialo samodzielna kuchnie i lazienke) oraz reszte wydatkow. Reszta wydatkow wtedy byla malo skomplikowana:
    - zarcie
    - trunki wyskokowe
    - wyjscie na impreze rozrywkowa ze znajomymi - przy czym wloczenie sie po knajpach to bylo zbyt drogie.
    - buty, kurtka zimowa i takie tam (cobym nie musiala donaszac po wlasnej siostrze czegos, co wyszlo z mody dekade wczesniej).

    Na rzeczy tak drogie i skomplikowane jak samochod, komputer, telefon komorkowy - nawet mi marzen nie starczalo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ja w tym wieku myślałem głównie o piwie i dziewczynach, oraz o tym jaki by tu interes wysmażyć

      hmm, czyli właściwie nic się nie zmieniło

      Usuń
    2. RO:
      Hm... jakby to powiedziec. Dla mnie priorytetem NUMER JEDEN byla praca pozwalajaca na bycie niezalezna.
      To nie bylo piwo i chlopaki. DOPIERO jak juz to osiagnelam, moglam sobie pozwolic na jakiekolwiek rozrywki.
      Ja nie moglam sobie myslec o tym "jaki by tu interes wysmazyc" - nie bylo mnie na to stac.

      Takze, nie uwazam, ze "nic sie nie zmienilo".

      Usuń
    3. nie o to chodzi - ja też nie miałem nie wiadomo ile kasy i nie mogłem sobie pozwolić na wiekszośc rzeczy

      ale fakt - mialem minimalna bazę finansową, która pozwalała mi sie nie martwić o bardzo skromne lokum (we współdzielonym pokoju) i jedzonko

      chciałem jednak wysmażyć jakiś interes - bo wiedziałem, że w niezależności w tej kwestii jest duzo dobrego

      a co do dziewczyn/ rozrywki? powiedzmy sobie szczerze? o czym myśli młody chłopak? :)

      Usuń
  6. Z miłą chęcią przeczytałbym coś Twojego o polskim weselu...

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...