niedziela, 22 lipca 2012

Narkomania w Boskiej Woli - poważny problem!

Doskonale zdaję sobie sprawę, że gdy przychodzi co do czego - każdy się tak tłumaczy. Że nie przewidział, że przecież to tylko statystyka, tylko jakieś tam doniesienia medialne, że taki problem nas konkretnie dotyczyć po prostu nie może. Ale cóż mam poradzić? Zwykle właśnie tak jest. Dopiero życiowe doświadczenie uczy rozumu. A doświadczenie - zawsze kosztuje!

Wydawałoby się, że izolacja od szemranego towarzystwa okupującego okolice miejskich knajp, świeże wiejskie powietrze i dostatek fizycznego rchu powinny przed tego rodzaju pokusami skutecznie bronić.

Żeby nie zaniedbać żadnego środka ostrożności, najwcześniej jak to tylko było możliwe pokazaliśmy wszystkie odurzające środki, jakie tylko udało się nam zdobyć i daliśmy ich - ku przestrodze - spróbować. Nie wzbudziły wtedy żadnego zainteresowania. Byliśmy zatem spokojni. Nasz spokój okazał się złudny...

Objawy występowały już od jakiegoś czasu. Późne powroty do domu. Niezrozumiałe, irracjonalne zachowanie. Okazjonalnie wręcz - coś na kształt niezborności ruchów. No i ta jedna, jedyna roślinka, posadzona (dla lepszego zamaskowania) tuż koło pomidorów, coraz to bardziej wydawała się zmolestowana. Nie umieliśmy połączyć tych wszystkich faktów w jedną całość.

Aż do dzisiaj rana. Kiedy prawda ukazała się nam w całej, przerażającej postaci. Mamy w domu ćpuna!

 
Czy po tym doświadczeniu zmienię stosunek do narkotyków? Cóż: chyba jednak nie! Po prostu w przyszłym roku posadzimy kocimiętkę dalej od pomidorów, żeby niewinne nie cierpiały z powodu kocich szaleństw!

Bo poza tym, że Lepsza Połowa jest zła na koty (Krystyna nie jest nic lepsza - tylko sfotografować jej nie zdążyłem...), że krzaczek poniszczyły, a kiedyśmy przed posadzeniem dawali im powąchać, to nawet nie zwracały uwagi (wniosek: kocimiętka musi kwitnąć, żeby jej narkotyczny wpływ się ujawnił: Krystyna po prostu - liże kwiaty!) - podobnie jak kompletnie olały walerianę, którą znaleźliśmy kiedyś przy drodze do Farmy Sielanki - przecież, nic takiego się nie stało...

Koćkodany fakt faktem - szaleją. Nie ma wieczoru, żeby to jedna, to druga (a bywa, że obie naraz, jak wczoraj) przyniosła nam do chatki prezent:
Przy czym Krystanie kilka dni temu udało się pobić życiowy rekord i przynieść największego gryzonia, jakiego kiedykolwiek do tej pory tu widzieliśmy:
Udało się też naszym koćkodanom pokłócić ze sobą. Teraz już nie wiemy - czy o kocimiętkę, czy o tego ptaszka, którego przedwczoraj przyniosła Krystyna, a Sylwestra jej go w trzy sekundy pożarła, gdy tamta łasiła się państwu do nóg w oczekiwaniu nagrody..? W każdym razie, boczą się na siebie i omijają szerokim łukiem...

Narkomania nie jest zresztą jedyną niemoralną działalnością, która się odbywa w naszym ogródku. Bo jak ocenić moralną postawę tej dyni, która tak bezwstydnie wysuwa swój cycek spod liści:
...??? W życiu nie udało mi się namówić Lepszej Połowy na równie fikuśny dekolt...

Lepszej Połowy dalia krwiści się na kwiatowym klombie:



tuż obok stada mieczyków:
i co one tak do siebie tymi barwami narodowymi sygnalizują, a..?

Niestety, na tego rodzaju ekscesach życie ogrodowe się nie kończy. Wczoraj dokonałem spalenia najbardziej zarażonych alternariozą liści tytoniu - było tego trzy ubite ciasno wiadra. Wszystkich jednak nie wyrwałem. Wydaje mi się bowiem, że odrastają nowe liście. Jeśli nie będą się zarażać od starych - to jest szansa, że uda się infekcję opanować nie upośledzając poważnie roślin i nie niszcząc efektu wizualnego, który w tej chwili tworzą. Kiedy te nowe liście zastąpią usunięte - spalę i te, które zostawiłem (mniej, jak do tej pory, alternarią zarażone). Do tego czasu pryskając je regularnie wyciągiem ze skrzypu z mydłem potasowym, który Lepsza Połowa przygotowuje codziennie rano.

Na wypadek, gdyby te środki zawiodły - nabyliśmy wczoraj w zaprzyjaźnionym sklepie ogrodniczym także broń chemiczną. Której nie zawahamy się użyć, gdyby sytuacja wymykała się spod kontroli - trudno się mówi...

Zakażone liście wyglądają na razie tak (i - moim zdaniem - nic się tu od wczoraj nie zmieniło):

Biały nalot to właśnie pozostałość po oprysku ze skrzypu. Liście tytoniu w ogóle są lepkie (stąd po każdym deszczu te niższe - które w ogromnej większości skasowałem - uwalane były potwornie ziemią...). Mam nadzieję, że ta lepkość w połączeniu z opryskiem zapobiegnie rozsiewaniu się sporów.

Nasz "prymus" po ogoleniu natomiast, prezentuje się dość łyso:
Dlatego właśnie, sromałem się golić go jeszcze bardziej - czego jednakowoż, chyba się w dłuższej perspektywie nie uniknie...

Jak chodzi zresztą o problem rozprzestrzeniania się zarazy, to większym zagrożeniem niż tytoń, są chyba w tej chwili ogórki, na których grzyb też się brunatnogęsi:

W zasadzie, sprawa z tym grzybem jest równie paskudna jak z tajemniczą zarazą, która powaliła nam ongiś pyrki. Trzeba by cały ogródek porzucić na kilka lat, żeby mieć pewność, że to się w przyszłym roku nie powtórzy...

Sądzę jednak, że jeśli zamiast tego zadbam o zastąpienie ubogiej tutejszej gleby (w całej okolicy brak jakichś mikrolementów w glebie - widać po kobyłach, bo im się pasemka w grzywach robią!) wyniesionymi grządkami (w głównej części ogródka będą to grządki "liniowe", a tam, gdzie teraz mamy tytoń - zrobię tarasy...) i, jeśli fundusze pozwolą - dodam jakąś mikoryzę (może Trichoderma..?) - rośliny będą i bujniejsze i bardziej na takie infekcje odporne.

Jak właśnie nasze pyrki, które po całkowitej niemal zagładzie w wyniku tajemniczej zarazy - wzięły i odrosły! I nawet dzik, który je kilka tygodni temu przerył - też nie zdołał ich wykończyć, bo znowu odrastają. Co jednak potrafi dobry nawóz, prawda..?

4 komentarze:

  1. Faktycznie, narkomania poszła w pełnej krasie!
    Nasz kicio też ostatnio przyniósł podobną mysz, ale nie odważyłam się zamieścić zdjęcia ... Może idąc Twoim przykładem.
    Więcej pojęcia niestety nie mam o ogrodzie i uprawach, więc co do reszty wyrażę współczucie dla zarazy tudzież podziw dla środków zaradczych, które tak pracowicie stosujecie!:)
    I pozdrowię serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Prezenty swietne, u nas myszy zdrowo przetrzebione wiec Tilly zalatwia sobie (i pociechom) deser pokolacyjny w postaci mlodego golabka, tak co drugi dzien :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O gołąbkach nic nie wiem.

      Faktem jest, że dwa lata temu w naszym Lasku Centralnym mieszkała rodzina grzywaczy. Ale już w zeszłym roku przeniosły się do niskiego, brzozowego zagajnika po drugiej stronie drogi.

      Czyżby dlatego, że tam Krystyna rzadziej zagląda..?

      Usuń
  3. A moje koćkodany odporne na nałóg, choć ziele posadziłem w skrzyneczce na balkonie.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...