piątek, 6 lipca 2012

Lem o astrologii

Za oknem kolejna nie ujęta w prognozie burza. To znaczy - padać to prawie nie padało, ale za to wieje, chmurzy i przerywa łączność. Dobrze, że zdecydowaną większość pozostałego na Wielkim Padoku siana luzem zebraliśmy do południa (bo już wyschło!), nawet (rytualną) kąpiel w Pilicy zdążyliśmy odbyć nim się zachmurzyło - teraz, nie tyle mokre by było, co trudno by je było do przyczepy włożyć przy takim wietrzysku...


A skoro przerywa łączność - i w dodatku Google coś zmieniło w ustawieniach Bloggera i od kilku dni publikowanie postów stało się trudne (ja nie mam i NIE MOGĘ MIEĆ "Google Chrome" czy choćby Firefoxa w wersji obsługującej Web 2.0, bo jakoś takich nie robią na PPC G5 Motoroli...): a w każdym razie - nie widzę, czy udało się opublikować, czy nie - to w takim razie krótko, czyli jak w temacie.

Mistrz o astrologii (czyli Iljon Tichy w "Pokoju na Ziemi", powołując się na prof. Tarantogę): Astronomowie, którzy na zdrowy rozum powinni o gwiazdach wiedzieć więcej niż wszyscy inni ludzie razem wzięci, twierdzą, że gwiazdy mają nas gdzieś. Są to olbrzymie kule rozżarzonych gazów, kręcące się od początku świata i związek ich z naszym losem jest na pewno znacznie mniejszy niż skórki od banana, na której można się poślizgnąć i złamać nogę. Jednakowoż nikt nie interesuje się skórkami bananów, natomiast poważne pisma ogłaszają astrologiczne horoskopy i są nawet kiesznkowe komputerki, które można przed dokonaniem giełdowej transakcji spytać, czy gwiazdy jej sprzyjają. Ten, kto głosi, że łupina owocu może wywrzeć większy wpływ na los człowieka aniżeli wszystkie planety z gwiazdami razem wzięte, nie będzie wysłuchany. Facet przyszedł na świat, ponieważ jego rodziciel nie wycofał się, aby tak rzec, w porę, i przez to właśnie został jego rodzicielem. Jego rodzicielka, widząc co się stało, brała chininę, skakała równymi nogami z szafy na podłogę, ale to jakoś nie pomogło. Facet pojawia się więc, kończy jakąś szkołę i pracuje w sklepie z szelkami, na poczcie lub w biurze meldunkowym. Naraz dowiaduje się, że jest całkiem inaczej. Planety tworzyły specjalną koniunkcję, znaki zodiaku układały się z uwagą i wytrwałością w taki szczególny wzór, jedna połowa niebiosów zmawiała się z drugą po to, żeby on mógł powstać i stać za ladą bądź siedzieć za biurkiem. To podnosi na duchu. Cały wszechświat kręci się wokół niego i nawet, jeśli mu nie sprzyja, nawet jeżeli gwiazdy ułożą się tak, że producent szelek robi plajtę, a on traci przez to posadę, przecież jest to milsze, niż wiedzieć, gdzie gwiazdy mają go naprawdę i w jakiej mierze się o niego troszczą. Wybij mu to z głowy, razem z wiadomością o sympatii, jaką darzy go jego kaktus w doniczce pod oknem i co zostanie? Bosa, biedna, goła pustka i beznadziejna rozpacz.

Po co to Państwu zapodaję? A dlaczego nie? Wczoraj, nie mogąc przez część dnia ani użyć internetu, ani zadzwonić (bo łączność telefoniczną takie najonizowane chmury też nam przerywają - tu nie Podlasie, proszę Państwa, tu są praktycznie przedmieścia Warszawy, tu operatorzy nie poczuwają się do ŻADNYCH STANDARDÓW!), akurat ten fragment znalazłem i przepisałem, bo wydał mi się ładny - zresztą, sam dawniej też już o tym pisałem.

To jeszcze, na sam koniec, inny efekt mojego przymusowego "dnia luzu", czyli w większości już wydepilowany ogródek:
Na pierwszym planie akurat "eksperymentalny" len, który już zakwitł i większy w związku z tym nie urośnie. Strasznie trudno te jego małe, niebieskie kwiatki sfotografować - bo przy tym upale i burzach: otwierają się tylko nocą, a spora część zdążyła już przekwitnąć...

6 komentarzy:

  1. Chyba moje pytanie będzie za prostackie. Jakoś sobie to nie mogę poukładać. Czy tylko konie są powodem Pańskiej decyzji o "opuszczeniu miasta"? Jeżeli, nie, to co jeszcze decydowało?
    Pozdr.
    CPa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie było żadnej "decyzji o opuszczeniu miasta"! Mieliśmy konie, musieliśmy je gdzieś trzymać, szukałem i znalazłem ziemię, na której dałoby się to zrobić, jednocześnie po staremu pracując w Warszawie.

      Że mnie "między ustami a brzegiem pucharu" wyrzucili z roboty? No, tego po prostu nie przewidziałem...

      Usuń
  2. Może po prostu czas przesiąść się na Linux? To jest jedyny popularny system, który obsługuje jeszcze PPC?

    Linux (np. LinuxMint PPC) można doinstalować na kawałku wolnej partycji bez deinstalacji obecnego systemu.

    Ja publikuję większość postów z Linux i nie mam problemów. Obsługa najnowszych standardów html gwarantowana. Net z umts/gsm też mi obsługuje.

    Admin R-O

    OdpowiedzUsuń
  3. jeszcze jedno, znasz angielski - zobacz zatem:

    http://ubuntuforums.org/showthread.php?t=427714

    Ubuntu jest systemem Linuksowym, który ma identyczny system obsługi i gui jak Makówka. Różnica tylko, że dock jest po lewej zamiast na dole.

    naprawdę, po co ty się chłopie męczysz na nieaktualnym systemie ze średniowiecza?

    Admin R-0

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanowię się nad tym. Natomiast, nie ukrywam, że wybitnie NIE CHCE MI SIĘ uczyć i opanowywać jakąś nową wiedzę komputerową...

      Usuń
    2. No to proponuję zainstalowanie Ubuntu PPC,

      najlepiej przez jakiegoś zaprzyjaźnionego fachowca, aby oszczędzić sobie uczenia sie instalacji, choć trudne to nie jest

      co do nauki obsługi - skoro jest to niemal identyczne jak makówka, to gdzie tu nauka?

      aha, aby jakiś użytkownik makówki nie pomyślał że jadę po MacOSX i tej filozofii obsługi - nie tak nie jest - bardziej nie podoba mi się polityka firmy, porzucającej własnych użytkowników ppc, własną filozofię i swój unikalny sprzęt

      miało być think different, miała być architektura PPC, ale ta filozofia padła,

      komputer Macintosh, kiedyś unikalny, zamienił się w zwykłego, przeciętnego PC x86 ze snobistycznym marketingiem

      szkoda

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...