wtorek, 3 lipca 2012

Dylemat Hamleta

Temat ostatnio w Polsce nader aktualny – ale, uprzedzam, wcale nie chcę tu powtarzać dywagacji o tym, jak estrawertyczny, narcystyczny generał czy równie ekstrawertyczny i narcystyczny chłop powinni się zabijać, żeby to wyglądało wiarygodnie (dla TVN ZAWSZE będzie wyglądało wiarygodnie – a że większość, o czym zresztą trochę właśnie napiszę – myśli to, co im TVN pokaże, to widać nasz „seryjny samobójca“ nie musiał się bardziej starać niż się starał…).

Raczej mi chodzi o trochę poważniejsze sprawy, o które otarliśmy się w toku dyskusji z panem Markiem o problemie kazirodztwa – o to mianowicie, co jest pierwsze: jajko, czy kura? A konkretnie – co jest pierwotne: grupa ludzi – czy jednostka?

Nie muszę chyba specjalnie się rozwodzić, bo od dawna to właśnie Państwu na różne sposoby zapodaję, że ja uważam, iż pierwotna jest grupa. Czy wymaga to koniecznie przyjęcia ewolucyjnego punktu widzenia, który dla niektórych jest grzechem, Niebu obrzydłym? Ależ nie! Przecież i Bóg Starego Testamentu jak zawierał Przymierze – to z całym ludem (a Abraham czy Mojżesz tylko za posłańców robili…), a nie z żadnym tam „istnieniem poszczególnym“. Owo „istnienie poszczególne“ to się po raz pierwszy pojawia gdzieś tak w okolicach niewoli babilońskiej – pospołu zresztą, z rozwojem eschatologii, wcześniej widać niezbyt interesującej dla czytelników, skoro taka na przykład Księga Rodzaju milczy na temat tego, co się z człowiekiem po śmierci dzieje…

Pozwolicie Państwo, że ja jednak będę się trzymał, swoim zwyczajem, ewolucji biologicznej, ewolucję religii pozostawijąc lepszym tego zagadnienia znawcom.

Perspektywa ewolucyjna daje pewne dodatkowe korzyści przy rozpatrywaniu takich kwestii jak chociażby wspomniane kazirodztwo. Ewolucja, jak wiadomo, nie jest osobą i stąd nie można całkiem z sensem pisać, że coś „wie“, albo czegoś „nie wie“ – zdarza się jej zresztą, że „zapomina“ o pewnych, skądinąd wspaniałych rozwiązaniach (takich chociażby jak serce krokodyli, które potem na nowo „odkryła“ dopiero u ptaków, oko ośmiornicy itd.). Tym niemniej – ewolucja z całą pewnością „wie“, że różnorodność popłaca – tę lekcję, zdaje się, odrobiła dość dokładnie i miała na to od trylobitów wystarczająco dużo czasu (w przeciwieństwie do wspomnianych przez pana Marka społeczności ludzkich, które nie trwały wystarczająco długo, by im depresja inbredowa zaczęła szkodzić…). Oczywiście – przyciśnięta do muru szczególnie trudnymi warunkami, potrafi nawet z dwupłciowości u wcale skomplikowanych organizmów rezygnować (bo są bodaj jaszczurki, które się rozmnażają partenogenetycznie, prawda?). Na ogół jednak – dba i o to, aby podczas zapłodnienia dochodziło do „genowej loterii“ – jak i o to, aby losy na tej loterii rzucone, były możliwie różnorodne. To się po prostu, w dłuższej perspektywie – opłaca! Organizm heterozygotyczny ma bogatszy garnitur enzymatyczny, jest bardziej odporny, często większy i silniejszy od swoich uboższych pod tym względem krewnych – wiem coś o tym, jako opiekun silnie homozygotycznych (po przejściu całej serii bardzo wąskich „okien selekcyjnych“ na przestrzeni ledwo stulecia…) koni, które na ten przykład – uparcie odmawiają rozmnażania się.
 


Skądinąd, racjonalna hodowla łączy obie te strategie. Chów wsobny służy temu, aby wyizolować pewne dobrze utrwalone „prądy krwi“, przenoszące pożądane przez człowieka cechy – a możliwość krzyżowania osobników takie cechy przejawiających z bardzo od nich różnymi liniami – daje szansę na wyprodukowanie szczególnie cennych użytkowo, wyjątkowo silnych i odpornych osobników.

Ten sam wzór, w sposób mniej lub bardziej nieświadomy, powtarza się także w zachowaniach reprodukcyjnych ludzi: ustabilizowane społeczności ludzkie mają na ogół tendencję do zamykania nie tylko hierarchii społecznej w sensie „ścieżki kariery“, ale także – do limitowania przepływu genów, bo elita zwykła się żenić we własnym gronie: ów „chów wsobny“ łagodzi na codzień nieodparta atrakcyjność tęgołydkich kamerdynerów dla młodszych i starszych hrabianek i hrabin(1), zaś w chwilach społecznego zamętu – geny zaczynają się tasować w najdziwniejszych kombinacjach, dając takie efekty jak na ten przykład Wilhelm Zdobywca (nieślubny syn córki  garbarza i normańskiego księcia), książę Juan de Austria (zwycięzca spod Lepanto, nieślubny syn cesarza Karola V) czy… Aleksander Puszkin (potomek sprowadzonego na dwór Piotra I „Etiopa“).(2)

Oczywiście: „hodowla ludzi“ nigdy nie była ani w setnej części tak ścisła i konsekwentna jak hodowla zwierząt gospodarskich (albo też: hrabianki i hrabiny dużo łatwiej znajdowały przyjemność w ramionach tęgołydkich kamerdynerów, niż udawało się zarodowym klaczom sparzyć z byle pociągusem…) – to i rezultaty są raczej przypadkowe i trudno cokolwiek sensownego na ten temat wnioskować. Faktem jest tylko, że zwłaszcza społeczności małe i izolowane, jeśli tylko mają po temu okazję – preferują stosunki z możliwie jak najodleglejszymi genetycznie partnerami, stąd zwyczaj „wypożyczania żony“ gościom u Eskimosów czy niektórych Indian, a też i (wzajemna) atrakcyjność francuskich czy brytyjskich marynarzy i Tahitanek…

Co jest tutaj istotne, to:
1) że przy przyjęciu perspektywy ewolucyjnej naprawdę nie trzeba zakładać iż ludzie WIEDZĄ, czemu służy obyczaj, któremu hołdują (czy Żydzi wiedzieli, że spożywanie wieprzowiny grozi włośnicą?) – grunt, że społeczności stosujące się do pewnych obyczajów mają dzięki temu przewagę nad innymi i skutecznie tę przewagę zademonstrowały, tamte „inne“ – likwidując…(3)
2) że nie musimy wcale zakładać, iż takiemu „ewolucyjnemu testowaniu“ podlegają tylko i wyłącznie zachowania ściśle ludzkie: rozmnażanie się jest cechą życia jako takiego – i rozsądniej jest założyć, że wszystkie możliwe strategie zostały wypróbowane przez ewolucję na długo przed pojawieniem się gatunku homo sapiens.

„Uczłowieczające“ się grupy hominidów owe przez ewolucję wypróbowane rozwiązania w postaci obyczaju, obejmującego m.in. zakaz kazirodztwa czy kradzieży – po prostu dostały w spadku po swoich przed-ludzkich przodkach. A to, że potem ludzie potrafili się przeciw temu obyczajowi zbuntować, albo też wytworzyć w jego miejsce nowy – to zupełnie inna sprawa!

W każdym razie fakt, że znane nam przykłady dotyczą głównie bardzo niewielkich liczebnie, izolowanych społeczności (Inkowie w tej grupie to totalne nieporozumienie bo tam, tak samo jak w Egipcie – był to przywilej pretendującego do boskości władcy!) może wskazywać właśnie na to, że obyczaj zakazu kazirodztwa nie obejmujący – pojawił się późno, jako WYNIK izolacji (i braku, w związku z tym, wielkiego wyboru partnerów…). Niekoniecznie zaś – kiedykolwiek istniała „wolna konkurencja“ między społecznościami przestrzegającymi tego tabu i tymi, które go nie miały. Jeśli mamy się trzymać raz już użytej analogii, to w hodowli zwierząt gospodarskich chów wsobny jest z całą pewnością efektem ingerencji człowieka – w stanie dzikim zdecydowana większość dużych ssaków (a takie są najpożyteczniejsze dla człowieka) preferuje, jeśli tylko ma wybór – partnerów możliwie różniących się zestawem feromonów, a więc – możliwie odległych genetycznie.

Korzystając z faktu, że Lepsza Połowa wybrała się z naszymi Gośćmi na wycieczkę do Płocka, zostawiając mnie na gospodarstwie i nie przeczyta tego przed (późnym) wieczorem, dokonam od razu rachunku sumienia. Otóż – Murzynki mnie nie tylko nie pociągają, ale wręcz – przerażają! Czy wynika to z traumy, którą kiedyś przeżyłem, czy też z faktu, że wszyscy pochodzimy z Afryki, więc ten zestaw feromonów nie jest dostatecznie „egzotyczny“..? Nie wiem. Ale już Azjatki… no, Azjatki – nie powiem, Azjatki mogą być interesujące! Moja Wielka Nieszczęśliwa Miłość z czasów licealnych (tu od razu wyjaśniam, że w czasach mojej młodości „liceum“ nie do końca pokrywało się z tym, co teraz kryje się pod tym pojęciem!) miała lekko azjatyckie kości policzkowe – i było to urocze… Generalnie jednak, zdecydowanie preferuję postawne blondynki (mogą być farbowane…)! A że sam jestem raczej czarniawy i tylko łysina skutecznie maskuje wrodzoną tendencję do objawiania kręconych, niezdecydowanej barwy kudłów – wnioski nasuwają się same z siebie…

Jest to przy tym, oczywiście, tylko jeden z aspektów szerszego zjawiska. Ważny może – ale w żadnym razie nie jedyny. „Uczłowieczenie“ jako takie było zjawiskiem społecznym, a nie indywidualnym. To znaczy – przyrost masy mózgu, postawa wyprostowana, chwytne dłonie i ta, tylko człowiekowi właściwa, uniwersalność przystosowań – nie temu służą, żeby się ktokolwiek z nas dobrze czuł, a temu – żeby gatunek mógł trwać i ekspandować (tym skuteczniej przenosząc DNA – co jest sensem jego istnienia, jak by powiedział Mistrz Lem – a także: tym skuteczniej wzmacniając homeostazę CAŁEJ biosfery planetarnej, za którą w rosnącym stopniu nasz gatunek ponosi odpowiedzialność – sam chętnie dodaję…).

Raczej ubocznym skutkiem tego przystosowania jest pojawienie się rozumu (przy czym, żeby nie było wątpliwości – jest to, moim zdaniem, różnica jedynie stopnia, a nie jakaś bariera o dyskretnym charakterze – zwierzęta też swój rozum mają, każde taki, jaki jest mu akurat potrzebny, a człowiek – ma go po prostu trochę więcej… w każdym razie: pytanie o to, czy zwierzęta posiadają świadomość uważam za absurdalne: a czy 3-letnie dziecko posiada świadomość..? Albo chory na autyzm..?). Pochodną zaś rozumu – jest powolny i wcale nie zbliżający się na razie do jakiejkolwiek wyraźnej konkluzji – proces emancypacji jednostki spod przemożnego wpływu grupy.

Nie jest przypadkiem, że pierwsze prawa oparte były na odpowiedzialności zbiorowej, nie jest przypadkiem, że jeszcze do bardzo niedawna oczekiwano od jednostek konformizmu w sprawie tak dla nich istotnej jak wybór życiowego partnera (bo był on dokonywany przez ich rodziny, a nie przez nich samych!) – a i do tej pory wcale niemało jest takich miejsc, gdzie nadal obowiązuje odpowiedzialność zbiorwa i nadal małżeństwa aranżują rodzice młodych!

Wszystko to właśnie umacnia mnie w przekonaniu, że najpierw była grupa – a dopiero potem: pojawiła się jednostka.

To się może na pierwszy rzut oka wydawać jakimś pseudo-platońskim „realizmem pojęciowym“ – wszak jednostki istnieją fizycznie i namacalnie, a grupa? Czyż „grupa“ nie jest tylko hipostazą pewnego rodzaju stosunków między jednostkami – pewnych powtarzalnych zachowań jednostek?

Co ja na to jednak poradzę, że tak właśnie jest? W stadzie koni też przecież fizycznie i namacalnie istnieją tylko pojedyncze konie – a spróbuj, filozofie jeden z drugim, opanować spłoszony tabun czy przyprowadzić do domu zagubione gdzieś na manowcach stado, nie uwzględniając relacji między końmi, biorąc się do nich pojedynczo – ciekaw jestem, ile czasu ci to zajmie..?

Zachowania „ponadjednostkowe“ – to jest właśnie te, które tworzą więzi grupowe i które odpowiadają za zbiorowe działanie tak ludzi, jak i innych zwierząt stadnych – są „z natury“ – są nam „przyrodzone“ i oczywiste. Kultura może co najwyżej określać sposób, w jaki te więzi są nawiązywane czy podtrzymywane – ale nie można sobie wyobrazić „człowieka jako takiego“, który by W OGÓLE ŻADNYCH więzi społecznych nie nawiązywał, który by nie był czyimś dzieckiem, bratem, podwładnym lub zwierzchnikiem – wszystkie te role są interkulturowo uniwersalne, bo się z naszej przed-ludzkiej, zwierzęcej przeszłości wywodzą.

Człowiek, jako jedyne ze wszystkich zwierząt, potrafi się przeciw swojej naturze długo i konsekwentnie buntować – np. właśnie: zrywając więzi społeczne i stając się anachoretą. Przez fakt, że taki pustelnik objawia się nam w „naturalnym“ otoczeniu, tj. w jakiejś głuszy, w pustyni czy w puszczy – wydaje się nam „zżyty z naturą“. Gdy tymczasem – to właśnie taki pustelnik jest o wiele mniej „naturalny“, a o wiele bardziej „kulturalny“ od typowego miejskiego leminga, wierzącego we wszystko co poda TVN: miejski leming zachowuje się tak, jak na dobrą nagą małpę przystało, tj. konformistycznie, stadnie, grupowo, zwierzęco – łatwo! Łatwo bowiem przychodzi ludziom tak właśnie się zachowywać – trudno zaś: postępować odwrotnie. Ten gradient „łatwości – trudności“ jasno chyba wskazuje, co tu było pierwsze, a co dopiero z czasem powstało, jako uboczny i wcale „nie chciany“ efekt użycia przez ewolucję rosnącego mózgu do poprawy homeostazy gatunkowej?

No dobrze, to już wiecie Państwo, dlaczego uważam, że jajko było prędzej niż kura, tj. tfu – dlaczego grupa poprzedza jednostkę. A co ma z tym wspólnego „dylemat Hamleta“ użyty w tytule?

Ano to, że skoro grupa ewolucyjnie wyprzedza jednostkę – to jest też racją istnienia jednostki. Innymi słowy: jednostka nie posiada żadnej samoistnej wartości, żadnego „własnego, przyrodzonego sensu“ innego, niż wypełnianie przypisanych jej ról społecznych.

Problem polega na tym, że o ile taki stan rzeczy doskonale wystarcza koniom, psom czy świniom – to nasz, niestety, ponad bieżące potrzeby rozrosły mózg, pozwala nam zadawać pytania, na które nasza rzeczywista kondycja bytowa nie udziela zadowalających (tj., w szczególności – dostatecznie łechcących naszą dumę…) odpowiedzi. Nie ma bowiem żadnej „naturalnej“ odpowiedzi na pytanie Hamleta. Hamlet może być potrzebny Ofelii jako jej przyszły mąż i ojciec ich nienarodzonych dzieci, może być potrzebny pamięci swego ojca jako mściciel, a ludowi Danii jako władca – ale po co i dlaczego ma być potrzebny samemu sobie..? Poza „rolą społeczną“ jednostka jest w dalszym ciągu tylko zbędnym, niekoniecznym luksusem! Tym, co ją trzyma przy życiu i zapewnia integralność są zwierzęce instynkty (jak instynkt samozachowawczy) i żądze – oraz wytyczne i oczekiwania, jakie wobec niej formułuje społeczeństwo.

Oczywistą oczywistością jest absurdalność tego stanu rzeczy. Gatunek, czy „grupa“ – nie pytają, bo zapytać nie mogą o rację swego istnienia. O to może zapytać tylko jednostka. I czego w odpowiedzi na to pytanie jednostka się dowiaduje? Że jest potrzebna grupie – gatunkowi – biosferze planety może nawet. A jaki jest sens istnienia grupy – gatunku – biosfery? Na to pytanie – w granicach fizycznie znanego nam Wszechświata – nie ma na razie odpowiedzi. I, prawdę pisząc, jakoś nie sądzę, aby miała się taka odpowiedź w świecie fizycznym znaleźć!

Co można z tym zrobić? Niewiele. Można albo heroicznie zaakceptować stan wieczytej niepewności – nieokreśloności – i żyć mimo braku rozumowej po temu racji. Można uwierzyć – wcale nie mniej heroicznie – w rację spoza fizycznego świata. Można też – acz to już jednorazowa decyzja – odrzucić tak samo niepewność jak i istnienie (zdania są podzielone co do heroiczności takiego wyboru – ostatnio jakby, coraz to łatwiej, podejrzanie wręcz łatwo, przychodzi on znanym ludziom…).

I całe szczęście, że 93% populacji – nie zrozumie z powyższego wywodu ani jednego zdania! Nic bowiem nie ma przyjemniejszego, niż żyć po prostu – jak konie, psy czy świnie – ani się troszcząc jakimś tam sensem czy bezsensem, celem czy bezcelem…

Tylko dlaczego musi być na domiar wszystkiego tak duszno i gorąco..? Mam potworne zaległości, powinienem dzwonić, pisać, pielić, budować – a z trudem ledwo oddycham dzisiaj…
 
zresztą - ja to ja - tylko pływam we własnym pocie, stopy i dłonie mi puchną i ruszyć się nie mogę  - a biedny koćkodan? To jest dopiero słabość!

Nawet pustynne konie wolą chować się w cieniu: co prawda, nie wiem czy to nie dlatego, że ciągle liczą na pokonanie przeszkód które wzniosłem między nimi a świeżym sianem (kilka kostek, które udało im się wyciągnąć - pożarły z wielkim apetytem!). Dobrze, że z nimi dzisiaj zostałem, bo zbiornik na wodę pusty co pół godziny...

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
(1)    W społeczności patrylinearnej nie mniej silna skłonność hrabiów i hrabiątek do rumianych i cycatych dziewek służebnych nie ma tak wielkiego znaczenia. Z tym, że oczywiście – patrylinearność to tylko pewna konwencja fakt, że uprzywilejowana ewolucyjnie o tyle, że w linii męskiej dziedziczenie przynajmniej tego felernego „Y“ wydaje się pewne: możliwe są jednak i były stosowane, także inne konwencje dziedziczenia.
(2)    Z czego ABSOLUTNIE nie wynika, że „metyskość“ w jakikolwiek bądź sposób predysponuje do wielkości. Acz – pomysły „obrony czystości rasy“ – wyglądają jeszcze absurdalniej…
(3)    Skądinąd już dawno temu pisałem o tym, w jaki sposób pewne obyczaje, a nawet wierzenia, mogą się rodzić przy całkowitej zgoła ingorancji „rzeczywistego“ mechanizmu, któremu służą.

10 komentarzy:

  1. a tu chlod, wiatr i deszcz i lata niet...

    OdpowiedzUsuń
  2. W tym upale byłam w stanie jedynie obejrzeć zdjęcia, czytanie ze zrozumieniem i myślenie włączę jak się ochłodzi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Prawdę pisząc: sam już nic z tego nie rozumiem!

    ale chyba idzie burza, już coś pogrzmiewa - może da się potem żyć..?

    OdpowiedzUsuń
  4. Staram się zawsze ze dwa razy przeczytać Twojego posta, żeby zrozumieć o co chodzi. Dziś tylko kawałek przyswoiłam. Odpowiedź coś kole tego u mnie.

    Mózg mi się gotuje, łeeee!

    OdpowiedzUsuń
  5. Zrozumieć a przejmować się - 2 różne rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  6. @BoskaWola

    Tak zupelnie na MARGINESIE.

    Podobniez z tymi swiniami i wlosiennica to nieprawda.Niedawno czytalem iz ow zakaz spozywania(a wiec w sumie hodowli)swin wzial sie z tego ze swinia stanowi konkurencje pokarmowa dla czlowieka(zasadniczo zywi sie odpadkami z ludzkiego stolu)-o ile w bogatszych spoleczenstwach miejskich nie byl to zaden problem(bo odpadkow organicznych bylo tam sporo)o tyle dla biednych koczownikow takich jak owczesni Zydzi kazdy odpad ze stolu byl bardzo cenny-tu swinia mogla byc konkurentem wiec "wprowadzono" zakaz jej spozywania(a wiec posrednio hodowania).Tak krowa czy kon to zupelnie co innego-zywi sie trawa wiec dla czlowieka zadna konkurencja pokarmowa a wlasciwie wrecz dodatkowy "agregat" do przerabiania niejadalnej dla czlowieka trawy w pyszne mieso czy mleko.
    Ale to tylko ciekawostka na marginesie-taka najnowsza teoria obecnie w modzie-pewnie za dekade "wyjasnienie" bedzie inne.
    Do reszty sie nie odnosze bo jako zwolennik socjobiologi,ewolucji itp z grubsza sie zgadzam.

    Piot34

    OdpowiedzUsuń
  7. Dlatego m.in. współczesny socjalizm europejski z jego urawniłowką jest zagrożeniem - bo prowadzi do "monopolu kulturalnego".

    @Piotr34
    Karmienie świń to wynalazek związany z wynalezieniem płodozmianu. Wcześniej karmiły się one same. Świnie niemal zawsze przyczyniały się do zwiększenia produkcji żywności, choćby z tego względu, że i one jadły rzeczy dla ludzi niejadalne jak np. odchody krów, wołów, koni, ludzi do tego węże, szczury...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Daimyo

      Ale RACZEJ nie mogly sie karmic same na polpustyni czy stepie-zwyczajnie pozywienia tam dla nich za malo.Sadze ze w polpustynnych regionach po ktorych wedrowali starozytni Izraelici swinie raczej nie moglby wyzywic sie same i musialy polegac na odpadkach z ludzkiego stolu.Ale jakos specjalnie sie nie upieram bo jak juz napisalem raz ze to watek pobocnzy a dwa nie jestem specjalista w tej dziedzinie.

      Piotr34

      Usuń
    2. No właśnie: czy istniała kiedykolwiek kultura koczownicza hodująca i przepędzająca z miejsca na miejsce świnie? Bo są np. koczownicy "krowi", "końscy", "wielbłądzi", "kozi/owczy", ale świnie są raczej kojarzone z osiadłymi rolnikami wschodniej Azji i Europy.
      ~Jeremak

      Usuń
    3. Na pewno "koczownicy Pacyfiku", czyli pływający od wyspy do wyspy Polinezyjczycy.

      Poza tym? Poza tym - nie wiem. Ciekawe pytanie. Na pewno warunki dla takiej hodowli były wszędzie, gdzie rosły dębowe, bukowe lub cedrowe lasy - więc w Palestynie w czasach starożytnych też...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...