poniedziałek, 23 lipca 2012

Decydenci

Nie wiem jak jest w dużych korporacjach prywatnych. Doniesienia medialne (ot, choćby historia tego, co się Barclayowi przytrafiło…) zdają się wskazywać, że sami tam Kozacy z nożami w zębach i parą bandoletów w szufladzie biurka pracują. W co, jednakowoż wątpię. W „sektorze państwowym“ z całą pewnością natomiast, złotą zasadą pracy, przetrwania i kariery jest hasło: chrońcie dupy swoje!

Potwornie mnie to zawsze męczyło. Już pal sześć upierdliwą konieczność dokumentowania w trzech egzemplarzach każdego niemal wyjścia do sracza – o rozmowie z klientem nie wspominając. Piszę na komputerze naprawdę szybko, spokojnie mogłem i po kilkanaście i po kilkadziesiąt takich dokumentów dziennie płodzić.

Tak naprawdę najpotworniej mnie męczyło czekanie. Osobliwie – zanim odkryłem „Freeciv“ (ale i to potrafi się znudzić…). Na co musiałem tak czekać? Godzinami, dniami, tygodniami – a raz to się nawet na (w sumie, jak chodzi o efekt ostateczny) prawie trzy lata przeciągnęło?

Na decyzję oczywiście. Pomijając bowiem nieliczne naprawdę wyjątki (jak ten dyrektor, którego tak się bałem – o, ten faktycznie umiał decydować szybko!) – nic tak nie przeraża państwowego decydenta, jak konieczność podjęcia decyzji. Zwleka więc z tym zazwyczaj ile może, mnożąc nie tylko dupochrony (o których więcej poniżej), ale i dupogodziny swoich podwładnych.

W strukturze hierarchicznej i wieloszczeblowej zjawiskiem naturalnym jest pewna „kompresja“ informacji. Najwięcej o sprawie wie ten, kto się nią bezpośrednio zajmuje. Raportując swojemu przełożonemu, przekazuje informacje „istotne dla sprawy“. Jest oczywiście bezprzedmiotowym opowiadać czy pisać, że klient był sympatyczny – albo niesympatyczny, relacjonować rozmowę co do słowa, czy też wgłębiać się w takie szczegóły techniczne, które i tak będą rozwiązywane na niższym szczeblu (bo, na przykład – nie ma znaczenia dla decyzji o wynajmie lokalu, czy klient życzy sobie jedną linię telefoniczną czy dziesięć – o ile wiemy, że zapewnienie mu tego jest technicznie możliwe).

W stanie idealnym już ów bezpośrednio zaangażowany pracownik dokonuje, sporządzając stosowny dokument – takiej „kompresji“ danych, że są one możliwe do ogarnięcia przez przełożonego w krótkim czasie – i mogą być podstawą do podejmowania decyzji przez przełożonych kolejnych szczebli, bez konieczności udzielania dodatkowych wyjaśnień.

Oczywiście bywa, że pracownik takiej umiejętności nie posiada – i pisze o pierdołach, marnując w ten sposób czas przełożonego – albo pomija rzeczy istotne, narażając go na niespodzianki. Może się też tak zdarzyć, że pracownik celowo zniekształca obraz sytuacji, aby uzyskać taką decyzję, która jest dla niego z tych lub innych przyczyn korzystna. Bo się na przykład dogadał z klientem na boku – i pomijając takie lub inne informacje, wycina jego konkurencję…

O wiele częściej jednak – jest tak, że przełożony nie ufa pracownikowi. To znaczy – nie ufa ani jego umiejętnościom – ani uczciwości. I wtedy, z konieczności, musi pracownika przesłuchać – czasem wielokrotnie – by móc wyrobić sobie o sprawie własne zdanie. Czasem wręcz – wyręcza pracownika, samemu wnikając we wszystkie szczegóły sprawy bezpośrednio „na froncie“, tj. spotykając się z klientami czy też, z pracownikami innych działów instytucji (co ma sens tylko wtedy, gdy takie spotkania mają z założenia służyć podjęciu natychmiastowej decyzji – inaczej, jest to tylko marnowanie czasu…).

Wyrywkowa kontrola tego rodzaju ma sens. Przyjęcie takiej metody postępowania jako reguły – a tak jest właśnie w 99% przypadków, albowiem w myśl hasła naczelnego chrońcie dupy swoje, NIE MA TAKIEJ KONTROLI, KTÓRA BYŁABY DOSTATECZNA – jest niszczące dla instytucji bardziej niż solidna bomba podłożona pod fundamenty jej gmachu.

W pierwszej kolejności paraliżowi ulega obieg informacji i decyzji po szczeblach hierarchii służbowej. Decydent podejmuje tym mniej decyzji, im więcej pracowników szturmuje go ze „swoimi“ problemami, bo tym więcej traci czasu na kontrolę ich wiarygodności. Tym bardziej też jest obłożony pracą – i tym więcej traci czasu kompletnie bezproduktywnie, sprawdzając po raz n-ty słuszność i poprawność wniosków, które mu przedstawiają. Tłumy podwładnych antyszambrują w sekretariacie (albo czekają na telefon od sekretarki, że „szef wolny, można wejść“) – czasem i po kilkanaście godzin, bo taki szef NIE MA NAJMNIEJSZYCH SZANS kończyć pracy o 16.00. Czy kiedy tam by wynikało z regulaminu. Tylko niewielka część z nich ma szansę rzeczywiście zrelacjonować swoje problemy – więc takie czekanie przedłuża się w nieskończoność. A instytucja? Miele powietrze w swoich młynach…

Jak potrwa to trochę dłużej, to w dodatku – demoralizuje. Ile lat można żyć i pracować wiecznie będąc podejrzanym i niepewnym..? W końcu nabiera się ochoty, żeby rzeczywiście wyciąć jakiś numer – i ta ochota, przez lata takiego bezproduktywnego antyszambrowania potrafi nieźle dopiec: wiem coś o tym! A jak się jeszcze rysuje perspektywa materialnego sukcesu, pozwalającego wreszcie odejść z tej instytucji i żyć sobie cicho i bezpiecznie..? Apage Satanas..!

Tym bardziej, że szef, który wnika w szczegóły każdej, najbardziej nawet bzdurnej sprawy – sam się o takie wsadzenie na konia prosi. Szybko bowiem dochodzi do stanu, w którym spoza drzew nie widzi lasu: nadmiar, przesadnie szczegółowych informacji tak samo pozbawia go kontaktu z rzeczywistością, jak całkowity brak danych.

Jest to zresztą choroba o znacznie szerszym wymiarze. Współczesne gosudarstwa jako instytucje, chorują na nią tak samo jak zatrudniani przez nie decydenci – a elektroniczne systemy przetwarzania danych tylko pozornie pomagają ten potop informacji, których nieustannie domaga się od swoich poddanych współczesne państwo, opanować! Nie ma bowiem takiego kanału przesyłowego, którego nie dałoby się zatkać – doświadczenie zaś uczy, że biurokracja chce wiedzieć ZAWSZE więcej, niż potrafi tej wiedzy przetworzyć…

Istnieją oczywiście techniki pozwalające utrzymać zarówno bliską perfekcji kontrolę, jak i sprawny obieg informacji i decyzji – ale to temat na osobne rozważania. W normalnej, hierarchicznej instytucji biurokratycznej wystarczy zresztą jeden szef – niekoniecznie nawet, najwyższego szczebla – który na ostrą postać strachu o dupę choruje – a cała instytucja leży i kwiczy.

Co może zrobić instytucja, która jest informacyjnie i decyzyjnie zaczopowana – a wie, że jednak jakąś decyzję podjąć w pewnej perspektywie czasowej musi?

Najprostsze co może zrobić: zatrudnia konsultanta. Jest to zabieg czysto psychologiczny zresztą. Nienaganne garnitury i garsonki państwa P.T. konsultantów, laptopy w które nieustannie stukają, specyficzny żargon którym się posługują oraz, oczywiście – dobra drukarka, dzięki której ich raporty wyglądają stosownie do wagi sprawy – to są takie współczesne gusła, rodzaj zabiegu magicznego, dzięki któremu decydent zyskuje wewnętrzną moc i może nareszcie, bez popadania w drżenie rąk i siódme poty – podpisać się pod decyzją, której racjonalność i prawidłowość taki Ernst&Young swoim firmowym nadrukiem żyruje.

Rzymski konsul zarzynał kury i grzebał w ich ciepłych wnętrznościach – współczesny dyrektor gładzi sztywne okładki sążnistego raportu Ernst&Younga: jedna i druga czynność ma dokładnie taki sam sens, cel i znaczenie. Rzymianie wierzyli w gusła – współcześnie wierzy się w racjonalność. I jedna i druga wiara jest tak samo nierozumna. Widać jednak, decydenci takich wiar potrzebują..? Zresztą, już Rzymianom ich wróżby z kurzych wątróbek też za dupochrony służyły! Jak mawiał prof. Gawlikowski, promotor mojego niedoszłego doktoratu: każda kultura ma swoje smrodki – analogicznie też, każda biurokracja ma swoje dupochrony.

Dlaczego jestem o raportach Ernst&Younga tak niskiego zdania? Bo kilka czytałem. To najprostsza odpowiedź – nieprawdaż..?

Nie będę tu Państwu całego Cyryla Parkinsona streszczał, każdy sam może sobie poczytać. Dość oczywistym jednak spostrzeżeniem samozwańczego profesora jest, że instytucje zatrudniające pewną liczbę pracowników – nie potrzebują już żadnego zgoła świata zewnętrznego, żeby mieć co robić – same bowiem dają sobie dość pracy.

Jest to szczególnie widoczne w przypadku projektów i decyzji ważnych (o takich projektach decyduje się – jak zauważa Parkinson – w najwyższym pośpiechu i uwzględniając najmniej danych: bo są one zbyt skomplikowane, aby NAPRAWDĘ wchodzić w szczegóły…). Podjęcie takiej decyzji z reguły wymaga od instytucji biurokratycznej wdrożenia szczególnej procedury a nawet – powołania specjalnego organu (np. tzw. „komisji“). Wszystko po to, aby na 200% zapewnić jej racjonalność i prawidłowość.

Niestety, im szczególniejsza jest ta szczególna procedura – tym bardziej skomplikowane robią się kryteria na podstawie których ma zostać podjęta decyzja. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że kiedy kryteriów np. wyboru najemcy jest więcej niż trzy – podjęcie jakiejkolwiek w ogóle decyzji, jest absolutnie niemożliwe.

Teoretycznie, jak mnie pewien Szwed bodaj, uczył na kursie w Cranfield, to powinno wychodzić samo: członkowie komisji dostają do wypełnienia tabelki, wpisują punktację w odpowiednie pola, a wynik wyskakuje sam z siebie – wybór dokonuje się automatycznie. Problem w tym, że nie widziałem nigdy, aby coś takiego zadziałało w praktyce! To BYĆ MOŻE jest specyfika polska – ale nie chce mi się w to wierzyć: wynikałby z tego jakiś nowy mesjanizm a rebours: że niby gorsi jesteśmy genetycznie od innych nacji, czy co..?
 

Co ma boska Rita wspólnego z tym tekstem? Nic. Ale tak mi się podobało - a co..?

Kłopoty pojawiają się zresztą na długo przedtem, nim ktokolwiek zasiądzie do wypełniania jakichkolwiek tabelek. Najpierw bowiem, trzeba ludzkim językiem sformułować zarówno ów szczególny tryb podejmowania decyzji, jak i – wymogi jakie w związku z tym stawia się „światu zewnętrznemu“ w postaci aplikujących oferentów. Już tu potykamy się o naturalną skądinąd, dążność każdej z dykasterii, na które podzielona jest instytucja, do wtrącenia koniecznie swoich trzech groszy. Tym sposobem np., tzw. „SIWZ“, czyli „Specyfikacja Istotnych Warunków Zamówienia“ pewnego sztandarowego projektu infrastrukturalnego, do tej pory zresztą nie zrealizowanego do końca w Warszawie – zawierała tzw. „tom B“, z wymogami – powiedzmy – „merytorycznymi“ – w którym jedynym spójnikiem zdaniowym jaki użyto (w bardzo grubym dokumencie), był spójnik „i“. W logicznym sensie tego słowa (bo stylistycznie używano oczywiście różnych). Albowiem nie było takiego mądrego, który by umiał narzucić dykasteriom jakiś logiczny porządek i hierarchię ważności ich pobożnych (bez wątpienia) życzeń odnośnie funkcjonalności nowego obiektu. W efekcie uznano, że wszystkie te życzenia są jednakowo ważne – i powinny zostać przez projektanta i wykonawcę zrealizowane jednocześnie. Czy muszę dodawać, że owe postulaty były w bardzo wielu punktach – sprzeczne..? A co wynika z logicznej sprzeczności tego rodzaju..?

Wiele instytucji państwowych szukało w tym przetargu, a potem w jego realizacji śladów jakiejś korupcji czy innego „układu“ – z tego, co mi wiadomo, oprócz różnych formalnych potknięć, niczego strasznego nie znaleziono. Tymczasem, starczyło zadać sobie trud uważnej lektury „tomu B“ (służę, w razie czego – zachowałem sobie ku wiecznej rzeczy pamiątce ów kuriozalny dokument…) – trochę kawy i koniaku powinno pozwolić na dokonanie tego wyczynu na tyle szybko, by nie zapomnieć, co się czytało rozdział wcześniej i móc porównać – by łatwo dojść do wniosku, że cudem jest, iż w ogóle wybudowano i uruchomiono cokolwiek, bo tak naprawdę, mając za punkt wyjścia zbiór życzeń sprzecznych – mógł sobie wykonawca wybudować albo i nie wybudować, co mu się żywnie podobało.

Nie tak spektakularne fiasko dotykało za mojej pamięci bardzo wiele podobnych przedsięwzięć – tylko dlatego, że nie udało się opanować dobrych chęci przedstawicieli różnych biur, pionów, działów którzy, delegowani do stosownej komisji, dokładali każdy od siebie takie czy inne – jak najsłuszniejsze gdy brać je z osobna – wymagania. Co w sumie powodowało, BEZ NICZYJEJ NAWET INTENCJI (a przynajmniej – nic o takiej intencji nie wiem…), że wybór potencjalnych kontrahentów okazywał się na koniec dnia niezmiernie wręcz ograniczony. W zasadzie (jak się dowiedziałem po fakcie, niestety…) – nie było wśród tych, którzy aplikowali, ani jednego takiego, który by nie miał „kogoś wewnątrz“, prowadzącego go za rękę poprzez rafy niezrozumiałych i sprzecznych wymagań.

Czy jest to choroba do opanowania? Przecież, im bardziej szczegółowe i kompleksowe kryteria podjęcia decyzji – tym ta decyzja powinna być (na pierwszy rzut oka…) racjonalniejsza i pewniejsza – nieprawdaż..? A tu się okazuje, że wcale niekoniecznie…

Jak się to już tak zabełta, że i sam Dyabeł nie dojdzie, o co tu właściwie chodzi – zatrudnia się konsultanta, który robi mądrą minę, przegląda dokumenty, stuka w laptopy – a potem oddaje ładny raport w sztywnej oprawie ze ślicznym logo, który to raport stwierdza, że proces wyboru przebiega prawidłowo, a to co z tego wyboru wychodzi – wychodzi słusznie. I wtedy decydent może już, z czystym sumieniem, decyzję podpisać. Dupę mu przecież ten raport chroni...

4 komentarze:

  1. też lubię czasem zagrać we Freeciv

    OdpowiedzUsuń
  2. Coś mi się zdaje, że te wszystkie wielkie korporacje po prostu wysysają wszystkie soki z człowieka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby jeszcze coś z tego wynikało - bo najczęściej: nic zgoła!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...