piątek, 13 lipca 2012

Darowane nie tuczy, czyli cała prawda o moim długu…

Nie pamiętam czy była to jesień, zima, wiosna czy lato (ale lato chyba nie…). W każdym razie było to nie wcześniej niż w końcu 2003, a nie później niż w połowie 2004 roku (raczej bliżej tej drugiej daty…). Zadzwonił telefon na moim biurku. Sekretariat Naczelnego Dyrektora – mam się natychmiast stawić w „małej“ sali konferencyjnej na 10. piętrze!

Na miejscu zastałem ówczesnego Naczelnego Dyrektora we własnej osobie (od ponad 5 lat nie żyje, więc i tak nikt nie potwierdzi, ani nie zaprzeczy temu co tu piszę… jak wielu, wielu innym sprawom, o których miałbym wiele, wiele do opowiedzenia…). Oraz tego, niezmiernie sympatycznego pana.

Jak zawsze w obecności Naczelnego, którego – po prawdzie – strasznie się bałem – dwa kroki od drzwi wykonałem przepisowe „ruki po szwam, smirna!“ i stoję na baczność, czekając komendy. Ten do mnie: „Jacek, ja potrzebuję tego pana, a ten pan chce mieć u nas stand – wykonaj!“.

Co było zrobić? Polecenie zostało co prawda wydane z całkowitym pominięciem drogi służbowej (jak w wielu, wielu innych sprawach…) – ale: pan każe – sługa musi. Pocałowałem rękę, tj. przepraszam – odebrałem z uniżeniem wizytówkę, strzeliłem obcasami, wykonałem przepisowe „w tył zwrot“ – i poszedłem wykonywać. To się może Państwu wydaje dziwne – ale jakoś tak samo mi się to robiło, parę razy nawet przy świadkach, więc to, że przybierałem „postawę zasadniczą“ i wrzeszczałem „Taa jest!“ – akurat jestem w stanie udowodnić…


Nie było to wcale takie proste: jak wiadomo, car batiuszka każdego ze swoich sług może w dowolnej chwili na Sybir wysłać – ale nie zmienia to faktu, że w codziennej praktyce, to nie wola cara, a wola Jego Wiernych Sług na ogół przeważa. Toteż ustalenie lokalizacji tego (na szczęście elektronicznego i bezludnego…) standu, jego wymiarów i formy wizualnej – było prawdziwą drogą przez mękę. Jakiś miesiąc czy dwa męczyliśmy się pospołu z tą panią – nim wreszcie: stand stanął. Nieszczęśliwie: przysłaniając kompletnie reklamę Johny Walkera, za którą jeden z naszych najemców zapewne wcześniej nielichą kasę kasował (nic się z nami nie dzieląc…) – ale na to już rady nie znalazłem – innego miejsca po prostu nie było!

Grunt, że się udało – i nie da się ukryć, że Dyrektor Naczelny w tego rodzaju delikatnych sprawach pomijając drogę służbową o tyle przynajmniej miał rację, że nikomu poza mną się takie sztuki na ogół nie udawały. Choć i mnie zdarzało się zawodzić: na ten przykład kopenhaskiego przyjaciela Dyrektora, pana Aleksandra Königa (oczywiście że Żyda, a co myślicie..?) z jego pomysłem „pre-order“ i dostawy towarów do gate’ów nie zdołałem zadowolić mimo półrocznych bodaj starań – ale ta sprawa była wyjątkowo skomplikowana i precedensowa – jedyny w tym wszystkim pech, że nie zostawiłem sobie tej akurat wizytówki, a deklarował pan Aleksander mimo porażki dobre o mnie zdanie, może by mi się teraz akurat przydał…

W każdym razie: klient, od którego ta opowieść się zaczyna, był ze swojego standu wielce zadowolony. A że całkiem przypadkiem ja sam byłem z kolei jego klientem jak chodzi o rachunek bieżący..? No sorry – Naczelny nie uzgadniał ze mną, której sitwie bankowej będzie się podlizywał przed wyborami!

Kiedy w czerwcu 2007 roku trafiliśmy na Boską Wolę – brakowało mi kilkadziesiąt tysięcy do wynegocjowanej ceny zakupu. Mogłem odłożyć transakcję – albo postarać się o pożyczkę. Oczywiście, ponieważ nie byłem jeszcze rolnikiem, w grę wchodziła tylko i wyłącznie pożyczka gotówkowa „na dowolny cel“, bo w Polsce, jak chodzi o hipoteki, „nie-rolnicy“ i „rolnicy“ to dwa odrębne światy, które się ze sobą kompletnie nie stykają. Mając słuszną i sprawiedliwą wierzytelność wdzięczności w tym samym banku, w którym i tak trzymałem pieniądze – nie miałem specjalnych wątpliwości co wybrać. A bank był tak wdzięczny i tak przyjazny, że sam z siebie zaproponował zamiast kilkudziesięciu tysięcy maksymalny możliwy limit, czyli okrągłą stówkę – i zrezygnował z tzw. „prowizji“ (emigrantom oderwanym od polskiej rzeczywistości wyjaśniam, że na ogół w Polsce wypłaca się dłużnikom o kilka procent mniejszą kwotę niż figuruje w umowie – ta różnica, którą oczywiście trzeba bankowi zwrócić i od której płaci się normalnie odsetki – to właśnie tzw. „prowizja“). Jak dawali – czemu miałem nie brać?

Tym bardziej, że zagospodarowanie tych nieużytków okazało się potwornie skomplikowane, pracochłonne i kosztowne. Firmie wywożącej karpy wypłaciłem się tylko dlatego, że mi w Białobrzegach łada samara wjechała pod koła patrola, dając się zmiażdżyć z własnej winy – odszkodowanie za pogięty zderzak akurat starczyło na pokrycie deficytu, który mi groził po wywiezieniu 180 ciężarówek urobku.

Mimo to i mimo (nagłej i niespodziewanej) utraty pracy, dość szybko doszedłem do stanu, w którym właściwie mógłbym wypowiedzieć umowę i zwrócić cały ten kredyt przed terminem.

Nie zrobiłem tego – i był to oczywiście błąd. Nie zrobiłem tego i dzięki tej decyzji zafundowaliśmy sobie bardzo przemyślany, ciekawy i potencjalnie dochodowy projekt budowlany – tylko co z tego, skoro nie mamy go za co zrealizować? Nie zrobiłem tego i dzięki tej decyzji przez krótki czas pokazywaliśmy to jedną, to drugą kobyłę w tzw. „sporcie“ – co akurat okazało się kompletnie bezsensowne – no, ale swoją drogą, jest to oczywiście na dłuższą metę nieuchronne, jeśli chce się promować rasę, czyli swoją „markę towarową“ – a nie mogłem przewidzieć, że kilka lat później pojawi się ktoś taki jak pan Podpora, który będzie miał dokładnie taki sam pomysł, tylko lepsze ku jego realizacji środki!

Nie zrobiłem tego, bo zakładałem – czy mogłem zakładać inaczej? – że przecież wcześniej niż później znajdę tak samo dobrze płatną pracę jak wcześniej. No przecież – jestem dobry! Robię rzeczy, których nikt inny nie potrafi! Tu się, niestety – zawiodłem okrutnie, bo nie da się ukryć, że od jesieni 2007 roku i jakość pracy którą wykonuję i (konsekwentnie) zapłata za nią – systematycznie maleją. Nie umiem odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak się dzieje. Starość? Trochę, mimo wszystko – wczesna… Raczej: jakieś dziwne zmęczenie materiału…

W każdym razie teraz, z perspektywy czasu, oczywiście doskonale wiem, co powinienem był robić od końca 2007 roku: powinienem był zlikwidować kredyt, kiedy były po temu środki, a z tego co zostało – opłacić jak najszybszą przeprowadzkę do Boskiej Woli i zająć się czymś, co by dawało jakiś dochód „z ziemi“ – bodaj: odpasaniem cielaków, co by nam tu (pod warunkiem, że nie susza…) jeszcze najłatwiej przyszło robić.

Nie zrobiłem co powinienem był – a reszta jest już tylko konsekwencją. Spłacałem ten kredyt póki mogłem, stopniowo popadając w coraz to większe opóźnienia. Po prawdzie – gdyby bank mi umowy kredytowej nie wypowiedział i nie zażądał spłaty całości, to bym spłacał dalej i przykładając nie miesięczną, a roczną miarę do tej spłaty – wcale bym aż tak bardzo za harmonogramem nie odstawał. Rozsądnie bowiem, wziąłem ten kredyt w ratach malejących i rok temu, gdy opóźnienie poczęło się (na skutek fiaska „pracy ziołowej“) nawarstwiać, było tego już mniej niż połowa wyjściowej sumy i tak naprawdę, to roczna spłata niewiele się różniła od kwoty dopłat bezpośrednich, którą co roku dostaję. Tyle, że bank nie chciałą czekać rok na spłatę, umowę wypowiedział – a całej kwoty, czy choćby jej połowy, po prostu nie miałem.

Przez cały miniony rok żyłem myślą, że uda mi się jakąś większą kwotę zarobić i tym sposobem uspokoić bank. Parę razy blisko było – ale, jak zawsze – nie udało się.

Po prawdzie, to dalej jestem pewien, że ja tę kwotę (tymczasem urosłą z 48 do bodaj 65 tysięcy…) wcześniej czy później zarobię! Tyle, że nie stanie się to ani w przyszłym tygodniu, ani w ciągu najbliższego miesiąca – a coś tu trzeba poradzić…

Jak na razie, pomysły mam dwa. Oba są tak sobie realne – no, ale „tonący brzydko się chwyta“, a nie tylko brzytwy. Pomysł pierwszy to, oczywiście – sprzedać (albo wziąć pożyczkę pod zastaw…) nie narodzone jeszcze źrebięta. Nie mam właściwie wątpliwości, że wszystkie trzy kobyły są źrebne (potwierdzić to można w każdej chwili…) – jedno źrebię, wedle wyboru, należy się właścicielce ogiera, zostają dwa. Normalnie, będą na sprzedaż pod koniec przyszłego roku najwcześniej.

Problematyczne to jest, bo potencjalny amator musiałby być nie tylko zapalonym wielbicielem rasy, ale w dodatku mieć żyłkę hazardzisty i mieć pieniądze. Po prawdzie: takich nie znam…

Pomysł drugi, to oczywiście – sprzedać trochę ziemi. Ze 2, może 2,5 hektara dobrze już w tej chwili nawiezionej i żyznej „byłej pustyni“, której w tej chwili nie potrzebujemy koniecznie – by się na sprzedaż znalazło. Też nie znam nikogo takiego, kto by reflektował – choć, pewien czas temu rozmawiałem z nader sympatycznym winiarzem, który chciałby poświęcić się w przyszłości hodowli pszczół… Co prawda: było to wielce teoretyczne, a z moją alergią na pasiaste owady, pasieka tuż za płotem brzmi wielce już rozpaczliwie – ale co zrobić – pogadamy..? Przynajmniej czas milej upłynie…

4 komentarze:

  1. Wspolczuje... Ja z tegoz powodu wlasnie nie dotarlam jeszcze na to moje Podlasie, bo kredytow nie chce brac za nic a z gotowka no to wiadomo...

    Gdzies musi byc trzecie, czy tam kolejne, wyjscie z sytuacji, tylko gdzie? Ze zrebietami wlasciwie dobry pomysl, moze na jakiejs brytyjskiej stronie wrzucic, Angole bardzo lubia achaltekince?...

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie dlatego tak się obawiam pożyczek, kredytów ...
    A jeśli tylko jakiekolwiek biorę, nawet te od Mamy, spłacam jak tylko mogę najszybciej, od pyszczka sobie odejmując.
    Bo tylko wtedy śpię spokojnie, kiedy nie wisi nade mną miecz Damoklesa, w obecnych czasach raczej siekiera.
    Nie dziw się, że od 2007 trudno Ci znaleźć równie dobrą pracę. Spadły zarobki właściwie we wszystkich branżach, na też stawki musiałam obniżyć, mimo rosnącego wzrostu kosztów utrzymania!

    W sumie dziwię się, że bank nie chciał wynegocjować prolongaty spłaty, przecież to dla nich interes!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ech, skąd to znam...Na razie raty spłacam; co z tego jeśli stanowią one 1/2 mojej pensji (nota bene od 3 lat tej samej wielkości). Nie wspomnę już jakie stresy i zgrzytania zębów towarzyszyły opóźnieniom, jakich dopuściła się księgowa firmy, w której pracuję i sam zus. Pieniądze za urlop macierzyński dostałam po 2 niemal miesiącach.Na poprawę warunków finansowych na razie widoki średnie, wszystko w górę i chyba plany co do rozwoju naszego miejsca skończą się na c.o., kuchni, łazience i...płocie.
    Banki to złodziejskie mendy. Nie zawsze są skłonne do negocjacji. Masz przyjąć ich warunki, albo won. Nie wiem co będzie z moim kredytem zaciągniętym do przejścia na emeryturę....;) Szlag mnie trafia, ale bez tych pieniędzy mogłabym sobie co najwyżej coś wynająć i...bulić za rachunki i wynajem w sumie kosztów ... raty kredytu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie to, że chcę Ci coś radzić, ale zawsze zastanawiam się, co ja bym zrobiła znajdując się w jakiejś sytuacji? Nie sądzę, aby było możliwe sprzedanie koni w fazie płodowej. Majątek masz w ziemi. 2-3 hektary nie powinny zrobić Ci większej różnicy. Ja postawiłabym na znalezienie kupca na ziemię, możliwie najdalej od swojej siedziby. Trzymam kciuki za rozwiązanie problemu.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...