czwartek, 28 czerwca 2012

Zawsze ktoś płaci…

Inspiracją dla dzisiejszych rozważań jest bardzo interesujący wpis koleżanki Tupai. Przy czym wolałbym się skupić na jego pierwszej części, dotyczącej relacji między modelem rodziny, a występowaniem zjawiska znanego jako „baby blues“ albo „przygnębienie poporodowe“ (jak rozumiem – w postaci skrajnej prowadzące do choroby, czyli „depresji poporodowej“, czy nie tak..?) – ostatnio już tyle razy narzekałem na okropieństwo seksu, że nie ma co się powtarzać – aczkolwiek należy docenić, że bycie „eko“ pod tym względem, gdyby ktoś się tym przejął i aspirował, może przyprawić o kolejną furę stresów, co jest pewnym osiągnięciem (cywilizacja współczesna od tak dawna już robi co może, aby ten stresujący dla mężczyzn moment uczynić jeszcze trudniejszym – że wydawałoby się, iż wszystko w tej dziedzinie zostało już wymyślone – a tu: okazuje się jednak, że wciąż można coś dodać!).

Tupaja twierdzi i ja się z nią zgadzam (a co! Mogę sobie pozwolić na stylistyczną kalkę z samego Platona, stać mnie!), że współcześnie najpopularniejszy model „rodziny nuklearnej“ jest dla naszego gatunku nienaturalny. Przez większość bowiem swojej historii, ludzie żyli w grupach większych niż „ona, on i kot“, względnie „ona, on i dziecko“ – co, m.in. pozwalało na podział obowiązków, zapewniało wsparcie tym członkom rodziny, którzy jej najbardziej potrzebowali, usprawniało przepływ wiedzy i doświadczenia między pokoleniami. „Rodzina nuklearna“, to bardzo niedawny wynalazek. Tak po prawdzie – to nawet na Zachodzie coś takiego funkcjonuje na większą skalę dopiero od mniej – więcej 50 – 60 lat, a u nas – od upadku słusznie minionego ustroju (bo braki w zaopatrzeniu z lat 80 skutecznie wymuszały rodzinną solidarność – singiel w PRL, o ile nie był wysoko postawionym aparatczykiem, chodził w łachmanach i nie jadał mięsa czy innych deficytowych produktów – i niewiele lepiej żyło się wyemancypowanej parze bez wsparcia dziadków/wujków/kuzynów… nie wspominając już o permanentnym „kryzysie mieszkaniowym“ który, zdaje się – do tej pory nie został rozwiązany..?).

Z punktu widzenia ewolucji – to jest mgnienie oka, okres całkowicie niezauważalny! Nic dziwnego, że to MUSI powodować psychiczny dyskomfort i jakieś anomalie. Jakie konkretnie, to kwestia obserwacji i badań.

W zasadzie wszystko, co chciałem dodać do znakomitego eseju Świeżo Upieczonej (Po Raz Drugi) Mamy to – że wszystko ma swoją cenę. Płaci się i za życie w „rodzinie nuklearnej“ – i za życie w „rodzinie wielopokoleniowej“. Nie jest bowiem tak, że współżycie większej grupy ludzi pod jednym dachem, czy nawet pod jedną grupą dachów (ale niezbyt odległych od siebie) – to zaraz sam miód i orzeszki!

Podstawowym wymogiem w stosunku do jednostki w takiej rodzinie jest zdolność do kompromisu – konformizm wręcz. Przy tym, nie do końca się zgadzam z tezą Tołstoja, iż „wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób“. Recept na rodzinne szczęście też jest wiele – i zależy to od osobowości i temperamentu jej członków. Być może możliwe są „wielkie“ rodziny tak tolerancyjne jak te z powieści Marqueza – ale ja się w praktyce z takim zjawiskiem nie spotkałem. Jedność myśli, czynu i słowa ze zdaniem Szefa – to najprostsza i zarazem chyba najpowszechniejsza recepta na harmonię w każdej grupie społecznej…

Czy to oznacza, że obecny model „rodziny nuklearnej“ wypromowali zbuntowani nonkonformiści, którym uległość wobec opinii dominujących Mam i Babć (zdecydowanie rzadziej: ojców i dziadków…) była gwoździem w bucie..?

Nie sądzę. Przede wszystkim – nie sądzę, aby ktokolwiek planowo i świadomie „promował“ taki rewolucyjny model rodziny. Owszem – krążą po internecie także i takie tezy, jakoby wszystko to, co się dzieje było wynikiem spisku – czy to spisku wielkich korporacji i możnych tego świata, którzy chcą zamienić większość ludność w bezwolnych niewolników, czemu ma służyć rozbicie łączących ich wcześniej więzi – czy to (w wersji „hard“) wręcz: spisku „określonych kół“ o znanej wszystkim, ale głośno nie wymawianej proweniencji etnicznej, które chcą wygubić lub zniewolić gojów.

Problem polega na tym, że hipoteza „spisku“ po prostu nie jest potrzebna dla wyjaśnienia genezy tego zjawiska – i jako taka, podpada pod brzytwę Ockhama.

Z punktu widzenia powszechnodziejowego to, co się obecnie dzieje z rodziną, małżeństwem, dzietnością i stanem więzów społecznych – to nic nowego. Znamy przecież z historii wielu prominentów którzy swoją emancypację spod władzy rodzicielskiej przypieczętowali aż ojco- czy matkobójstwem, którzy zmieniali żony/mężów lub kochanki/kochanków jak rękawiczki, a brak jakiejkolwiek lojalności wobec wszelkich grup społecznych (od rodziny zaczynając, na ojczyźnie kończąc…) uczynili wręcz znakiem towarowym (oczywiście – w wielu wypadkach, zrobili to za nich dopiero niechętni i skłonni do przesady kronikarze – skądinąd, nie ulega raczej wątpliwości że takiego na przykład Alkibiadesa tępym szowinistą na pewno nie można nazywać – umiał się spod bezwarunkowej „miłości ojczyzny“ wyemancypować, czego dał dowody czynem – a Neron czy Konstantyn Wielki z powodzeniem się wyemancypowali także spod bezwarunkowej „miłości rodziny“, mordując własne matki…).

Dlaczego tak się działo? Ponieważ owi prominenci MOGLI to zrobić. Po pierwsze – byli do tego zdolni mentalnie (co wymaga, oprócz wrodzonej inteligencji, także odpowiedniego wychowania – ktoś, komu przez X lat wszyscy wokół powtarzają, że „ojczyzna to świętość“, „matkę zawsze trzeba słuchać“, itd. – bez jakiegoś szczególnego wstrząsu tych prawd nie zakwestionuje… ale – starczy odrobina niekonsekwencji w tym przekazie – a więzy obyczaju od razu okazują się tym, czym są w istocie – regułami całkowicie arbitralnymi i pozbawionymi rozumowego uzasadnienia…: do czego Sokrates doszedł mozolnym wysiłkiem po wielu latach namysłu, obecnie lada nastolatek ma podane na talerzu – w przystępnej, obrazkowej formie, nie wymagającej zrozumienia abstracji). Po drugie – było ich na to stać (ponieważ ich fizyczny byt nie był uzależniony od ścisłego współdziałania z innymi członkami społeczności). Po trzecie – mieli po temu motywację (albowiem konkurowali z członkami własnej rodziny o władzę i bogactwo).
 


Obecnie wszystkie te warunki są spełnione na skalę masową. Łatwość dostępu do informacji wyklucza w zasadzie udane zdominowanie dziecka jednym i konsekwentnym „przekazem wychowawczym“. Jeszcze w czasach słowa drukowanego, zakwestionowanie prawd przekazywanych przez rodziców, nauczycieli czy księży wymagało pewnego wysiłku – robili to zatem nieliczni. Telewizja zmieniła wszystko. Internet zaś, jakąkolwiek nadzieję na powrót do „starych, dobrych czasów“ – pogrzebał raz na zawsze. Co więcej: kwestionowanie tradycyjnej obyczajności na bazie kolorowych, mrugających obrazków – nie wymaga już ŻADNYCH szczególnych predyspozycji intelektualnych. Alkibiades współczesny nie musi już być młodzieńcem błyskotliwym, by pojąć, że nie dosięgnie go piorun boskiej kary gdy porzuci „ojczyzny łono“, tudzież zaprze się ojca i matki – telewizja pokazuje mu takie przykłady w formie na tyle dosłownej, że pozostaje je tylko bezwolnie i bezrefleksyjnie małpować!

Oczywistą oczywistością jest, że choć rodzinne koneksje niewątpliwie pomagają – to da się bez nich obecnie przeżyć i czasem nawet – zrobić karierę (przynamniej: w mediach i rozrywce – bo czy w biznesie – to mam wątpliwości…).

Motywacja zaś dla wyprowadzenia się od rodziców i życia na własny rachunek jest dość oczywista: tak jest, pod bardzo wieloma względami – o wiele wygodniej! I to jest fakt, a nie żadna propaganda. Zbudowany przed wojną dom moich rodziców mimo wszelkich udogodnień i modernizacji jest nieergonomiczny w porównaniu do wszystkich malutkich kawalerek, w których pomieszkiwaliśmy w Warszawie – i w porównaniu do naszej maleńkiej chatki w Boskiej Woli – urządzonych tak, jak NAM się podoba i wydaje wygodnie. A to przecież tylko bardzo mało istotny przykład!

Oczywiście – dalej można podtrzymywać „teorię spiskową“ na bazie tego właśnie, że kolorowe media przedstawiają to, co przedstawiają: „nuklearne rodziny“, singli, zdrady małżeńskie, intrygi i patologie. Pytanie tylko – co w takim razie mają przedstawiać..? Przecież ludzi OD ZAWSZE interesowało właśnie to, co zakazane, niemoralne, niewskazane i niezdrowe – cała literatura światowa o tym i tylko o tym opowiada – i dzięki temu jest ciekawa! Trudno, żeby się nagle miały zacząć dobrze sprzedawać li i jedynie idylliczne historie rodzinnego szczęścia i harmonii…

Problem polega na tym, że sugestywność obrazu telewizyjnego, zrozumiałego dla największego głupka, czyni tego rodzaju mody i hipnozy powszechnymi. Jak wiadomo – ludzie dość szybko obojętnieją na bodźce, które im się podsuwa w sposób powtarzalny. A to oznacza, że aby przyciągnąć uwagę widzów, potrzebne są podniety coraz to silniejsze. W latach 50-tych rumieńce wśród widowni wywoływał pokazywany na ekranie pocałunek – dziś mało kto zwróci na coś takiego w ogóle uwagę, a i pokazanie stosunku w całej okazałości może być sensacją tylko wtedy, gdy zostanie zrobione w okolicznościach „normalnie“ do tego nie przeznaczonych – trzeba szukać coraz to dziwniejszych zboczeń i wynaturzeń, aby w ogóle utrzymać uwagę widzów i tym sposobem: przetrwać.

Masowe media skazane są na szerzenie demoralizacji i (moralnego) nieporządku. Jest to zjawisko naturalne, nieuchronne i niezależne od intencji ich właścicieli czy kierowników. Po prostu: czasy surowej matrony czy wymagającego ojca, kontrolujących każdy ruch i słowo swoich pociech i na każdym kroku dostarczających im umoralniającego przykładu – jak chodzi o zjawisko masowe: przeminęły. Owszem, to się da – kosztem pewnych wyrzeczeń i potężnej dawki samodyscypliny – zrobić i obecnie. Jak wielu z Państwa jest jednak gotowych do takiej harówki, praktycznie 24 godziny na dobę przez te minimum kilkanaście lat, nim „moralny kręgosłup“ potomstwa wyda się dostatecznie solidny..? Zapewne, w elitarnym gronie Moich Wiernych Czytelników – trochę takich bohaterów naszych czasów się znajdzie. Zapewne też, wielu z Państwa ma swoje własne, wypróbowane sposoby na to, aby do chaosu w dziecięcych głowach nie dopuszczać. Ogół jednak – albo nie dostrzega problemu, albo jest wobec niego bezsilny…

Korwin, jako cybernetyk, pewnie by w tym momencie napisał, że mówi się trudno – nasz gatunek stanął przed nowym wyzwaniem i musi je pokonać. Tym razem nie jest to wyzwanie natury fizycznej – tylko: próba charakteru. Podatni na wpływ mediów, łatwo ulegający rozleniwieniu dobrobytem, szukający wygody i rozrywki – wyginą (w skrajnym przypadku – podłączając się już na zawsze do jakichś „fantomatów“ wedle pomysłu Stanisława Lema, by przeżywać w wyimaginowanym świecie wewnątrz własnych głów spazmy rozkoszy i spełnienia…). Przeżyją i pozostawią potomstwo tylko ci, którzy tym wszystkim pokusom zdołają się oprzeć.

Problem polega na tym, że jest to teza tak ogólna – że niemal nic nie mówiąca o świecie konkretnym w którym żyjemy tu i teraz.

Bynajmniej – nie jest to wymarzony świat nonkonformistów i buntowników. Natura nie znosi próżni, a zdecydowana większość populacji aktywnie domaga się, by ją pouczać, prowadzić, kierować i pokazywać, co powinna uważać za dobre lub złe. Innymi słowy: konformizm wobec „małej grupy społecznej“, został na wielką skalę zastąpiony konformizmem wobec mediów i tego, co podają ludziom do wierzenia. Nie wymagało to spisku (aczkolwiek nie można oczywiście wykluczyć, że ten i ów, przewidując taki obrót spraw, z góry się nań przygotował…). To jest po prostu część ludzkiej natury – ludzie przeżywali w przeszłości na ogół DZIĘKI TEMU, że byli konformistami i zgadzali się z grupą.

Jak ów ponadstuletni starzec, którego Jan III Sobieski spotkał ongiś na Ukrainie. Przejęty zdumieniem, zapytał go król: Przebóg, starcze – jakeś się uchował tak długo w tak ciężkich czasach?

Na co tamten: przez wiarę!

Jak to – przez wiarę?

Ano – jak mówili, że Tatarzy idą – to ja wierzyłem i uciekałem…

Czy sytuacja obecna, w której większość potakuje gadającej głowie z telewizora albo temu co (coraz durniejsi…) panowie i panie P.T. redaktorzy Onetu raczą wrzucić na główną stronę – jest lepsza czy gorsza od czasów, gdy większość potakiwała surowej matronie czy wymagającemu ojcu (albo i Panu Dziedzicowi – bo model „wielkiej rodziny“ dla opisu stosunków feudalnych nie jest całkiem bez sensu!)?

Nie wiem. Oczywiście – technicznie łatwiej jest się chyba zbuntować wobec gadającej głowy i Onetu. Ale za to – trudniej jest jakieś z tego buntu wywieść praktyczne konsekwencje. Bo na ten przykład – w to, że uda się nam uniknąć w razie poważnego kryzysu Tyranii Doskonałej – nie wierzę. Konformizm wobec lokalnych Szefów takich czy innych „małych grup społecznych“ nie wykluczał ogólnie liberalnego podejścia do spraw państwa. W świecie Uniwersalnego Konformizmu Me®dialnego – ustrój inny niż socjalistyczny wydaje się na dłuższą metę niemożliwy – no chyba, że rzeczywiście, lemingi z czasem wyginą, zaprzestając rozmnażania się…

25 komentarzy:

  1. Mówisz o tym, że dawniej to ojciec mógł łatwiej kłaść umoralniające nauki do głowy dziecka, ale skąd mu się wziął pomysł na takie działania? Od jego ojca może, no ale skąd z kolei tamtemu się to wzięło? Powód musiał być inny, niż to że się po prostu dało to zrobić. Pewnie chodziło o biedę. W dobrobycie można sobie pozwolić na kiepskie wychowanie dzieci. Jak by wrócił pierwotny powód surowego wychowywania dzieci, to podejrzewam żadne telewizje i internet nie były by w stanie nic zmienić.

    OdpowiedzUsuń
  2. "W dobrobycie można sobie pozwolić na kiepskie wychowanie dzieci."

    Kindersztuba to kindersztuba i koniec. Bo niby co ? Jakeś bogaty to możesz być chamem? Boszsz.. co to za poglądy???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę się tak nie oburzać :) Można sobie pozwolić, nie oznacza, że trzeba ani że należy, ani że popieram. Po prostu w dzisiejszym dobrobycie złe wychowanie nie skutkuje np. głodowaniem na starość. Nie ma też takiego zapotrzebowania na pomoc dzieci w pracy, jak bywało, zwłaszcza na wsi, jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Kiepsko wychowane dziecko jest teraz mniejszym problemem niż dawniej.

      Usuń
    2. Czy w artykule nie chodzi bardziej o kwestie moralności i np. tego czy panny trzymają nogi zwarte do ślubu, przekładania dobra rodziny nad "dobro" jednostki (czyli poszukiwanie egoistycznego szczęścia) niż o kwestie dobrych manier?

      Usuń
  3. Obyczaj, który jeszcze do niedawna rządził zachowaniem "małych grup społecznych" (zamkniętych, ksenofobicznych, patriarchalnych i autorytarnych - można by dodać, gdyby to nie było oczywiste...) nie został przez nikogo wymyślony. Jego najpierwotniejsze zręby wywodzą się z przed-ludzkiego życia społecznego hominidów i wspólne są nie tylko ludziom, ale i bardzo wielu innym gatunkom społecznym - a potem, oczywiście, miała miejsce powolna ewolucja.

    Z tego punktu widzenia wynalazek Sokratesa - zakwestionowanie obyczaju, poszukiwanie moralności uzasadnionej rozumowo - bardziej nas oddala od "stanu zwierzęcego", niż używanie narzędzi czy rozniecanie ognia!

    Zaś to, co dzieje się obecnie, czyli - erozja obyczaju (fakt, że w jego miejsce automatycznie wchodzą różne surogaty - od "tyranii merdiów", po rytuały subkultur...), jest już zjawiskiem które z naturą nic nie ma wspólnego...

    OdpowiedzUsuń
  4. @BoskaWola
    Pan wybaczy ale tym razem nie mam sie do czego przyczepic-ale nikt nie mowil ze bedzie latwo;)

    Z ta "proba" charakterow ktora przezyja najtwardsi to tez mi kiedys przyszlo do glowy-w koncu rozmnazac sie beda tylko "konserwatysci" a nieliczne dzieci "liberalow" beda niedouczonymi analfabetami-tylko tak sobie mysle czy ta "proba charakterow" aby zbyt surowa nie jest?Bo zdaje sie ze juz pare cywilizacji wlasnie poprzez to upadlo-ale oczywiscie narzekania na nic bo to zdaje sie byc naturalny tok wydarzen.

    "Obyczaj, który jeszcze do niedawna rządził zachowaniem "małych grup społecznych" (zamkniętych, ksenofobicznych, patriarchalnych i autorytarnych - można by dodać, gdyby to nie było oczywiste...) nie został przez nikogo wymyślony. Jego najpierwotniejsze zręby wywodzą się z przed-ludzkiego życia społecznego hominidów i wspólne są nie tylko ludziom, ale i bardzo wielu innym gatunkom społecznym - a potem, oczywiście, miała miejsce powolna ewolucja."

    Dlatego OCZYWISCIE nie maja racji ci ktorzy twierdza ze nie istnieje cos takiego jak uniwersalna moralnosc-jak najbardziej istnieje(czyz zakaz kazirodztwa nie ma oparcia w biologii? a zakaz kradziezy w kooperacji i budowie zaufania w grupie itp itd).Przeniesienie sie do miast pare tysiacleci temu czy wynalazek TV pare dekad temu nam nie sluza-ale coz,koszty postepu.

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie Piotrze, oczywiście, że nie istnieje moralność obiektywna! Od kiedy to natura (czy to nasza konkretnie, czy raczej ta ogólna, utożsamiana z prawami przyrody) jest wyznacznikiem praw moralnych?! Toż one, choć bazują (zazwyczaj, lecz nie zawsze) na naturze, są wytworem kultury.

      Usuń
    2. Przeciwstawienie "natury" i "kultury" jest tak samo wytworem ludzkiego umysłu, jak wszystkie inne dystynkcje czysto pojęciowe.

      Raczej widziałbym tu pewne kontinuum, albo rozmyte zbiory, posiadające pewną część wspólną: pan Piotr ma rację o tyle, że nie napotkaliśmy do tej pory kultury, w której kazirodztwo nie było tabu (inna sprawa, że w NIEKTÓRYCH kulturach, przywilej łamania tego tabu był właśnie wyznacznikiem przynależności do elity!) i takiej, w której nie istniałaby własność i wynikające z niej pojęcie kradzieży (jakkolwiek kwestia tego, co ludzie uważają za cenne i godne pożądania jest już tak różna, że wielu nieuważnych badaczy przywiodła do konkluzji że tacy czy inny "dzicy" - własności nie znają - o czym kiedy indziej pisałem...).

      Czy owa "część wspólna", która jest zarazem "biologiczną podstawą moralności" - wystarcza za "moralność jako taką"? Pewnie nie! Ale tak całkiem ignorować tego faktu nie można...

      Usuń
    3. Tu nie chodzi o to, co jest i w jakiej skali tolerowane/akceptowane/promowane (i na odwrót: odrzucane/potępiane/karane). I tak wszystko opiera się na jakichś tam ustaleniach, które, jeśli łamane, niekoniecznie muszą oznaczać przykry los dla "łamacza".

      Usuń
    4. uniwersalny a obiektywny to nie jest to samo.

      uniwersalna moralnosc to taka, ktora jest stosowana przez kazda grupe spoleczna i w zasadzie stosowana byc musi, bo bez tego owa grupa by nie istniala. Kradziez, zabojstwa, zakaz kazirodztwa sa tu dobrymi przykladami.

      obiektywna moralnosc jako taka oczywiscie nie istnieje, bo obiektywny znaczy tyle co "niezalezny od podmiotu poznajacego", wiec to jakby oczywiste...

      Usuń
    5. @ futrzak

      Słuszne rozróżnienie - aczkolwiek w tym przypadku słowo "obiektywny" raczej odnosiło się do kwestii, czy moralność jest całkowicie dowolnym konstruktem, czy jednak - sama biologia (a raczej: socjo-biologia) pewnych rozwiązań tutaj z konieczności nie narzuca.

      @ kira

      Nie rozumiem, co Waćpanna masz na myśli? Albowiem oczywistym jest, że "moralność" dotyczy tylko i wyłącznie takich czynów, które są możliwe. Nie ma sensu zakazywać "latania za rozłożeniem rąk" - bo to niemożliwe, więc i tak nikt tego nie zrobi.

      Natomiast wśród różnych czynów możliwych do wykonania są takie, których popełnienie przez jednostkę zmniejszają szanse jej grupy na przetrwanie i dochowanie się płodnego potomstwa - i takie, które te szanse zwiększają. Oczywiście: niepodobna przewidzieć z góry, co to takiego - ale w dłuższej perspektywie czasowej taki "mechanizm ewolucyjny obyczajów" działa.

      Przy czym, jeśli pamięta się o ciągłości między "bytem zwierzęcym", a "bytem ludzkim" - to prawdopodobnie NIGDY nie istniały społeczności ludzkie na szerszą skalę tolerujące kazirodztwo czy kradzież! Albowiem już ogier wypędza ze swojego tabunu własne córki, żeby ich nie kryć (fakt, że zwierzęta trzymane w niewoli tracą ten instynkt).

      Rozwój ludzkiego umysłu to także historia kwestionowania - podważania - tego rodzaju oczywistych, bo jeszcze z naszej zwierzęcej przeszłości się wywodzących obyczajów. I jeśli faraonowie żenili się ze swoimi siostrami (fakt, że na ogół przyrodnimi - pamiętajmy o poligamii!) - to ten czyn przerażający w oczach ich poddanych był przemyślanym sposobem zademonstrowania boskości, do której pretendowali: obyczaj, którego nie śmie naruszyć zwykły człowiek, jest oczywiście niczym dla boga!

      Usuń
    6. I jeszcze jedno: zabrzmiał w Twej wypowiedzi, kiro, której w ogólności dalej nie rozumiem, taki ton, jakby było Ci żal, że za oczywiste zbrodnie i grzechy zbrodniarza na miejscu piorun Bożej kary nie kładzie trupem.

      Jest to rzeczywiście nie fair z punktu widzenia Opatrzności! Ale o tym może kiedy indziej obszerniej sobie podumamy..?

      Wszystko, na co chciałem zwrócić uwagę, to dwa momenty:
      1) Opowieść Księgi Rodzaju o tym, jak to ludziom "otworzyły się oczy i poznali że są nadzy" ma głęboki sens. Nie istnieje w przyrodzie stado bez obyczajów (które możemy roboczo utożsamić z "moralnością bezrefleksyjną"). W "stanie przedświadomym", jeśli nawet to lub inne zwierzę popełni przestępstwo przeciw obyczajowi dla własnej korzyści (co się jak najbardziej zdarza!) - i zdoła uniknąć kary (co też się zdarza, acz rzadziej...) to albo tworzy w ten sposób nowy obyczaj, albo ginie w walce o byt, potomstwa nie pozostawiając. U człowieka natomiast, pojawia się w tym momencie żądanie, aby obyczaj mu się rozumowo uprawomocnił - aby dowiódł, że jest słuszny. Co jest oczywiście najczęściej niemożliwe - i stwarza nader przykrą sytuację, w której jednostka zmuszona jest dokonywać wyborów pomiędzy samymi tylko niewiadomymi...
      2) Pamiętając o płynnym przejściu pomiędzy "naturą" a "kulturą" oraz pomiędzy "bytem zwierzęcym i przedświadomym", a "bytem ludzkim i świadomym" - nie powinniśmy brać strony "kultury" i "ludzkości" automatycznie i bez zastanowienia - co się osobliwie tzw. "humanistom" notorycznie zdarza! Albowiem im dalej się w tym kontinuum odsuwamy od natury - tym dalej też jesteśmy od naszego ewolucyjnego i historycznego doświadczenia o którym, co by nie mówić - wiemy na pewno, że przynajmniej do tej pory: sprawdziło się w walce o byt. Jeśli komuś się wydaje, że nauka może to doświadczenie bez reszty zastąpić to bez dalszych dowodów powiem, że grzeszy pychą!

      Usuń
    7. Boska Wola, autentyczna moralność nie ma nic wspólnego z walką o przetrwanie; często nawet wbrew temu przetrwaniu występuje.

      Tak poza tym - kompletnie się nie zrozumieliśmy. Dlatego Twoje, w większości słuszne, wywody pozostawię bez komentarza, bo już odpowiedziała mi Futrzak, która ma rację: uniwersalna moralność (lub niemal uniwersalna) istnieje, obiektywna - nie.

      Czy tej uniwersalnej nie dałoby się podważyć? Pewnie tak. Można. Nie zrobią tego jednak naukowcy; ludzie, prości ludzie - oni to - choć bezmyślnie - lezą za "autorytetami" i zmieniają w ten sposób świat. Same "autorytety" niczego by nie zdziałały, gdyby nie megakonformizm, który zresztą - jak sam zauważyłeś - pomagał nam przetrwać. Czy teraz doprowadzi nas do zagłady? Wątpię...

      Usuń
    8. Obyczaj który nie służy homeostazie gatunku jest tylko pustą formą.

      Taka może być etyka - jako system rozumowy, a w każdym razie: system skonstruowany w mniej lub bardziej przemyślany sposób. Ale moralność? Gdzie w moralności w ogóle miejsce na coś takiego jak rozum? Toż to są czyste odruchy..!

      Usuń
    9. Potwierdzę tezę Jacka - rozróżnienie między "kulturą" a "naturą" to twór wymyślony przez ludzi.

      Znane są przypadki, że rożne małpy uczą się jeść nowe produkty np. jeden makak nauczony otwierać ostrygi sprawił, że po jakimś czasie całe stado zaczęło korzystać z tego źródła pożywienia.

      Podobnie można nauczyć krowy jeść rośliny, uznane przez nie za niejadalne (w warunkach wolnego wypasu), ba, są nawet ludzie żyjący z tego, że uczą krowy należące do danego farmera jeść dany rodzaj (niejadanych przez nie wcześniej) chwastów! Wystarczy nauczyć kilka sztuk, po jakimś czasie dane preferencje żywnościowe "utrwalają się" w całym stadzie stając się częścią krowiego dziedzictwa...

      Usuń
    10. A kto powiedział, że sam z siebie jest nasz gatunek wartościowy? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Kogoś może nie obchodzić zagłada ludzkości, ktoś inny może jej wręcz pożądać...

      Usuń
    11. Taki sposób myślenia prowadzi nas wprost do ciemnego garażu albo sizalowego sznura... Mimo wszystko, choć zgadzam się, że nie ma na to śladu argumentów - przyjąłbym jako założenie, że istnienie lepsze jest od nieistnienia!

      Ot tak - bo mnie do tego zwierzęcy instynkt samozachowawczy popycha... I co mi zrobisz, serdeńko..?

      Usuń
    12. Ale to, co TY byś wolał, nie jest aż tak istotne. ;) Każdy ma jaką tam wolę - i one są ze sobą sprzeczne. ;)

      Usuń
    13. Oj, jakoś mam silne wrażenie, że takich rodzynków jak Ty, przedkładających "jakość nad jakoś" - to się w populacji za wiele nie znajdzie!

      I bardzo dobrze zresztą, i bardzo dobrze: ludzkość złożona z samych bohaterów, co to i na gwałt i bezprawie zawsze mówią wielkie NIE i na bylejakość nie są w stanie się zgodzić - dawno temu by już wymarła...

      Usuń
    14. Witam,
      Trudno znaleźć uniwersalne tabu obecne we wszystkich kulturach.
      Zakaz kazirodztwa (tabu incestu) po pierwsze nie jest absolutnie powszechny, choć oczywiście dominuje w sposób niepodważalny.
      Jego podstawy są wszelako inne niż biologiczne. Biologiczne uzasadnienie jest jak opowiadanie bajek grzecznym dzieciom.

      Dlaczego, po pierwsze dlatego, że "prymitywne kultury" nie miały możliwości na to wpaść (na Wysprach Trobriandzkich nie widziano związku pomiędzy aktem seksualnym a ojcostwem konkretnego mężczyzny, stąd cały system z dominującą rolą brata matki, a co dopiero skomplikowanym mechanizmem dziedziczenia). Po drugi chów wsobny nie zwiększa ryzyka defektów genetycznych w statystycznie istotny sposób, a wręcz przeciwnie zwiększa szanse na utrwalenie pożądanych cech (dopiero wielokrotny, wielopokoleniowy chów wsobny zwiększa wskutek ograniczenia puli genowej pojawienie się niepożądanych mutacji). Duża część społeczności w których tabu incestu obowiązywało nie miało czasu aby przeżyć tak długo.
      Małżeństwa pomiędzy matką i synem praktykowali w Ameryce Karibowie oraz Eskimosi. Praktyki te występują także na Celebesie (Minahassa) i Jawie (Kalang) w Nowej Kaledonii i Afryce (Bandżarowie.
      Jeśli chodzi o związki pomiędzy ojcem i córką, to Malinowski podaje przykłady plemion Minahassa na Celebesie, Karenów w Birmie i na wyspach Salomona, Marshalla i Pelew na Oceani. Jeszcze lepiej udokumentowane są małżeństwa pomiędzy bratem i siostrą (Wyspy Marshalla i Hawaje, Inkowie.
      Powód tabu incestu jest zgoła odmienny i można po lekturze dzieł Levi-Straussa zrozumieć, że: "że zakaz kazirodztwa nie tyle zabrania kontaktów ze swoimi kobietami, ile nakazuje i stymuluje kontakt z innymi. Dzięki tej wymianie mężczyźni uzyskują dostęp do innych kobiet, a więc także do innych dóbr i informacji. To daje społeczeństwu niesłychane przyspieszenie, może się dzięki temu rozwijać kultura."
      Zakaz kazirodztwa nie ma ani źródeł czysto kulturowych , ani źródeł czysto naturalnych; nie jest także mieszanką różnorakich składników częściowo zapożyczonych od
      natury a częściowo - od kultury Stanowi on podstawowe posunięcie, dzięki któremu,
      przez które, a zwłaszcza w którym dokonuje się przejście od natury do kultur y [. ]
      stanowi więź między istnieniem biologicznym i istnieniem społecznym człowieka
      [. ] ogranicza się d o utwierdzeni a w dziedzinie istotnej dla przeżycia grupy wyższości tego, co społeczne, nad tym, co naturalne; tego, co zbiorowe , nad tym, co indywidualne ; organizacji nad przypadkowością [...] . „zakaz kazirodztwa jest nie tyle
      normą, która zabrania żenić się z matką, siostrą lub córką, ile normą, która każe od¬
      dać matkę, siostrę lub córkę komuś innemu. Jest on w swej istocie nakazem ofiarowy
      wania darów" [... ] kazirodztwo nie jest przestępstwem przeciw naturze, lecz przeciw
      społeczeństwu, powoduje bowiem nieuchronnie, gdy zaczyna występować często,
      zerwanie więzi społecznej , ponieważ popełnienie go przerywa proces wymiany kobiet, dzięki któremu społeczeństwo reprodukuje nieustannie swój byt"
      Natomiast Malinowski widzi uważa, że kazirodztwo nie jest dopuszczalne ponieważ: "Podstawowy wzór wszystkich więzów społecznych, normalny stosunek dziecka do
      matki i ojca zostałby zniszczony"

      Usuń
    15. Biologiczne uzasadnienie tabu incestu jest więc mrzonką, którą radzę odrzucić, choć oczywiście jest najprostszym i najłatwiejszym uzasadnieniem, choć oczywiście nie mającym zbyt wielkiego związku z rzeczywistością.
      Tak jest ze wszystkimi innymi wymienionymi w dyskusji rodzajami tabu.
      Są one prawie uniwersalne, ale nie absolutnie uniwersalne. Niewątpliwie jednak wzmacniają i umożliwiają powstanie trwałego ładu społecznego, nie oznacza jednak, że jakikolwiek ład jest bez nich niemożliwy.

      Tabu w ogóle jest zwycięstwem tego co społeczne nad tym co indywidualne i tego co zorganizowane nad tym co rozproszone.

      Praktykowanie kazirodztwa pokazuje jednak, że takie społeczności istniały, a ponieważ zazwyczaj badamy, to co przetrwało trudno mówić o ocenie reprezentatywności, gdyż przetrwało najczęściej to co było hierarchicznie zorganizowane, silne i bezwzględne w działaniu (trudno więc ocenić czy setki społeczności zniszczonych przez chociażby misjonarzy, były lepsze czy gorsze od nas). Jeśli bowiem zastosujemy to jako jedyne kryterium czysty darwinizm społeczny, to wnioski nie będą moralnie wesołe.

      Pozdrawiam
      Mark0wy

      Usuń
    16. Darwinizm darwinizmem, ale jak dla mnie rozróżnienie czy jakieś zjawisko jest "pożyteczne" bo tak o tym decyduje biologia, czy też jest "pożyteczne" bo "uczy dawać prezenty" - to czystej wody scholastyka. Grunt, że jest to rozwiązanie ewolucyjnie (i naprawdę wszystko jedno, czy jest to ewolucja biologiczna, czy "społeczna") korzystne - a społeczności, które go nie stosowały wyginęły, tym samym swój brak przystosowania ostatecznie potwierdzając...

      A już wyrażenie w stylu "Zakaz kazirodztwa nie ma ani źródeł czysto kulturowych , ani źródeł czysto naturalnych; nie jest także mieszanką różnorakich składników częściowo zapożyczonych od natury a częściowo - od kultury Stanowi on podstawowe posunięcie, dzięki któremu,
      przez które, a zwłaszcza w którym dokonuje się przejście od natury do kultury" przez samą swoją składnie wręcz jakimś Heglem czy innym niemieckim potworem jedzie!

      Jak Pan w takim razie wytłumaczy zachowanie koni trzymanych na swobodzie (np. w rezerwacie w Popielnie)? Dlaczego ogier wygania ze stada własne córki (synowie sami odchodzą, gdy tylko osiągną "wiek sprawny")?

      Czyż nie jest to dokładnie tym samym, co ludzki zakaz kazirodztwa? A jeśli tak - i jeśli to samo rozwiązanie nie tylko gatunek homo sapiens stosuje, ale i inne społeczne zwierzęta - to czyż nie wszystko jedno, czy zwierzęta społeczne robią to, bo sprzyja to ich zdrowiu - czy też robią to, bo sprzyja to koherencji stada?

      Powtarzam po raz kolejny: "twarde" przeciwstawienie kultury naturze - istnieje tylko w naszych głowach. Jesteśmy częścią biosfery tej planety, bardzo ważną częścią, bo gdyby nas jako gatunku zabrakło, byłaby to katastrofa dla życia w ogóle - ale to wcale nie znaczy, że podlegamy innym regułom, niż pozostałe gatunki składające się na tę wielką całość!

      Usuń
  5. Witam,

    Przepraszam, za literówki, ale nie mogłem umieścić całego tekstu. Podczas kopiowania do notatnika, tekst mi się "posypał".

    Pozdrawiam serdecznie
    Marek Lasocki

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam,

    Ten fragment to o dziwo Francuz ;)
    Choć podejrzewam, że to tłumaczenie zawiodło.

    Oczywiście, że konsekwencja tabu incestu jest oczywista, ale nie jest dla opisu i wyjaśnienia zjawiska obojętne, co jest jego przyczyną.
    Po prostu biologiczne tłumaczenie zakazu kazirodztwa, to jak twierdzenie, że ludzie jeżdżą samochodami, bo mają za krótkie nogi, żeby biegać ;)

    Oczywiście dystynkcja pomiędzy naturą a kulturą jest sztuczna, ale płodna intelektualnie i jakieś elementy istotne, pozwalające tłumaczyć rzeczywistość posiada. Choć oczywiście kultura jest częścią natury, patrząc globalnie.

    Przejście więc od jednej do drugiej nie tyle się nie dokonało ile nie mogło się dokonać.
    Jednak na tle wszystkich innych gatunków - kultura jest jednak jakościowo innym sposobem człowieka na radzenie sobie sobie z otaczającą go rzeczywistością, a gdy popatrzymy na wpływ jaki kultura wywiera na naturę ;), to chyba dojdziemy do wniosku, że nie warto porzucać, tego pojęcia.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, ale ja mam akurat całkowicie przeciwne zdanie niż cytowane autorytety co do tego, co jest "z natury", a co "z kultury"!

      Człowiek jest istotą z natury społeczną, a nawet, konkretnie - stadną. Tak więc "to co ponadjednostkowe" jest w swych rudymentach z całą pewnością "z natury". Podczas gdy "to co indywidualne" w stanie "przed-kulturalnym" w ogóle nie istnieje! W sposób naturalny to się zachowuje dzika tłuszcza rabując, mordując i niszcząc - albo w inny sposób objawiając naturalny dla siebie "owczy pęd" - nie ma zaś istoty bardziej kulturalnej niż pustelnik, który się dobrowolnie separuje od społeczeństwa i żyje gdzieś na pustyni!

      O czym może napiszę coś osobno...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...