piątek, 1 czerwca 2012

Wielka Gra

Umysł ludzki to osobliwe narzędzie. Bardzo dobrze się sprawdza, gdy trzeba podejść grubego zwierza na sawannie, znaleźć wodę na pustyni, czy jadalne resztki na śmietniku – innymi słowy: gdy bieda i gdy chodzi o życie. Jak się już jednak z biedy wydobyć – sprawność myślenia od razu nam spada. W sumie: cóż w tym dziwnego? Dla Ewolucji istotne jest tylko to, aby osobnik przeżył i spłodził potomstwo. Czy przy tej okazji przeżywa egzystencjalne męki, czy doznaje mistycznych uniesień – jest kompletnie bez znaczenia.

Co na tę cechę człowieczeństwa kreacjoniści, Dalibóg nie wiem. Zresztą – może tego i nie dostrzegają..? Dla mnie w każdym razie obserwacja, że rozum ludzki doskonale służy wydobywaniu się z pułapek i zasadzek codziennej rzeczywistości, a daleko gorzej – wszystkiemu innemu, do czego próbujemy go z mniejszym lub większym powodzeniem używać – wydaje się dość oczywista i niekontrowersyjna.

Dawno zresztą o tym pisałem – takeśmy się z Wojtkiem poznali, przez dyskusję o biedzie i dobrobycie.

Metody, jakich ludzki umysł używa aby wydobyć się z biedy można opisywać na wiele sposobów. Jednym z dość ciekawych „sposobów opisu“ ludzkiego zachowania w takich sytuacjach jest model gry – czemu zresztą oddzielny dział matematyki, „teorią gier“ zwany, służy.

Zdecydowana większość gier służących przetrwaniu, to „gry o sumie zerowej“, tj. takie, w których wygrana jednego gracza, jest przegraną drugiego. To oczywiste – jeśli upoluję mamuta, to wygrałem, a mamut przegrał – ja żyję i mam pełen brzuch, on jest martwy i smaczny. Jeśli opróżnię dobrze zaopatrzony śmietnik, to wprawdzie śmietnikowi jest to doskonale obojętne – ale kolega – nurek już nic ciekawego tam nie znajdzie i w tej sytuacji to on jest przegranym. Jeśli skutecznie podstawię nogę koledze i zajmę miejsce w korporacji, na które on chciał awansować – to samo. I tak dalej, i tak dalej.

„Gra o sumie zerowej“ jest intuicyjnie niemal synonimem „gry w ogóle“. Przede wszystkim dlatego, że jest to układ prosty i zrozumiały. Znakomita większość gier towarzyskich i hazardowych – to również „gry o sumie zerowej“ (aczkolwiek wcale popularne są też „gry o sumie ujemnej“ – gdzie suma wypłat dla graczy jest MNIEJSZA od wkładu, jaki do gry wnoszą: typowe przykłady to ruletka i totolotek…).

Skądinąd dlatego właśnie – „gra o sumie zerowej“ jest tylko szczególnym przypadkiem gry w sensie matematycznym – i raczej: mało interesującym. Tym, co jest tu ważne to fakt, że zasadniczo (aczkolwiek – bywają od tej reguły wyjątki, o czym za chwilę…), w „grach o sumie zerowej“ skazani jesteśmy na strategie konfrontacyjne.

To też jest oczywiste w przypadku „gier z przyrodą“, takich jak wspomniane już polowanie na mamuta. Nie usiądziemy z tatą – mamutem przy zielonym stoliku i nie uzgodnimy, że odda nam raz na kwartał jedno młode ze stada, a my w zamian damy mu spokój. „Partner“ jest niemy i z definicji – gra o wszystko.
 


Rzecz się komplikuje w przypadku eksploracji śmietnika czy korporacyjnej kariery. Bowiem, jeśli opróżnimy śmietnik przed kolegą – nurkiem, ale zaraz potem ów kolega da nam po głowie gdy będziemy w spokoju ducha raczyć się lekko tylko nadsputą kanapką – wcale nie będzie to dla nas sytuacja bardzo komfortowa. Można się odganiać w pojedynkę od innych nurków przez pewien czas, ale z całą pewnością – nie jest to sposób na życie.

Rozsądniej jest dokonać podziału śmietników i nie wchodzić sobie nawzajem w drogę. W ten sposób uzyskujemy wprawdzie średnio niższą wypłatę z gry (najprawdopodobniej bowiem – przyjdzie się podzielić łupami z jakąś „instancją wyższą“, regulującą podział śmietników i rozstrzygającą powstałe na tym tle spory…) – ale za to: mamy mniej guzów i możemy sobie pozwolić na spokojny sen w przytulnym cieple węzła ciepłowniczego.
 


Zauważmy, że produktem tak powstałej kooperacji jest pewna „wartość niematerialna“, tj.: poczucie bezpieczeństwa. Materialnie jednak – nic nam zaiste nie przybyło, a nawet ubyło co nieco: tym niemniej, życzyć by sobie tylko, aby gosudarstwo działało tak sprawnie i po tak niskich kosztach, jak organizacja nurków śmietnikowych…

Kolejny szczebel komplikacji przedstawia sobą „gra w korporację“. W dużym uproszczeniu – tym, co nas w tej grze interesuje jako „wypłata z gry“, jest naturalnie, w pierwszym rzędzie – comiesięczny przelew na konto. Że jednak takie zabawy (bo jak patrzeć na to z zewnątrz – „gry w korporację“ nie sposób prawie odróżnić od jakiejkolwiek innej gry towarzyskiej!) zawsze szybko stają się celem same w sobie – nie bez znaczenia jest też cała masa innych „wartości“, które oferuje korporacja: jest to prestiż, władza, możliwość realizacji pewnych hobby (jak na przykład: zwiedzania odległych oddziałów korporacji czy też – last but not least – używania przystojnych sekretarek…(1) ), czy też obsesji i paranoi (zwłaszcza, gdy pracujemy w dziale kontroli wewnętrznej…).

Ponieważ preferencje poszczególnych graczy są różne – nie ma właściwie sposobu aby sprowadzić stosowane przez nich w tej grze strategie do jakiejś jednej „strategii optymalnej“ – co, jak widzieliśmy, bardzo szybko udało się nam zrobić w przypadku eksploracji śmietników!
 


Teoretycznie przy tym, w toku „gry w korporację“ możemy, a nawet powinniśmy (tak przynajmniej mamy wpisane w „zakresie obowiązków“), oprócz plotkowania, intrygowania i flirtowania – zajmować się także tzw. „światem zewnętrznym“, tj. na ten przykład – coś produkować, sprzedawać, kupować, itd. Z własnego doświadczenia wiem jednak, że wszystkimi tymi rzeczami zajmuje się na tyle niewielki procent pracowników korporacji – że w zasadzie można ich udział w grze pominąć. Ci szkodliwi i nudni pracownicy szybko się zresztą z zasady wykruszają – bo albo, nie poświęcając należytej uwagi właściwej „grze“, zostają wyautowani w taki czy w inny sposób (jak i mnie się to przydarzyło…), albo też – padają  z przepracowania (do tego też miałem już blisko…). Rozsądnym jest jednak – z punktu widzenia gracza – pamiętać, że tacy też się trafiają. Zidentyfikowanie jednego lub kilku takich i objęcie ich swoją „strefą wpływów“ (pod warunkiem, że się starannie ich działalność kontroluje – prawdziwa korporacja istnieje i rośnie nie dlatego, że ma dobre rozeznanie w „świecie zewnętrznym“ i że robi coś dla owego świata przydatnego – tylko dlatego, że potrafi sobie ów świat podporządkować: i dlatego nierozsądnym jest, aby zbyt wielu jej pracowników miało kontakt z zewnętrzną rzeczywistością, bo szybciej coś spieprzą, niż naprawią!) może się przydać w grze. W każdym razie strategia pod tytułem „bycie merytorycznym“, tj. właśnie – zajmowanie się (głównie) światem zewnętrznym, a nie samą korporacją – jest do d..y pomysłem i przetestowawszy to na sobie – serdecznie jej stosowanie odradzam!

Co innego: sprawianie wrażenia, że się „jest merytorycznym“! A! To jest bardzo dobry pomysł – jeden z lepszych. Trzeba tylko na samym początku dokonać wyboru: jeśli będziemy pretendowali do miana „merytorycznego“ pracownika w dziale typowo technicznym – to mamy spore szanse dotrwać spokojnie do emerytury i z dużą pewnością co miesiąc przynosić do domu okrągłą sumkę, a także – cieszyć się powszechnym szacunkiem, a nawet sympatią. Jednak nasze szanse na objęcie najwyższych stanowisk nie są wielkie: te są zwykle zarezerwowane dla pracowników pretendujących do miana „specjalistów od zarządzania“, względnie „od finansów“. A tu o wiele trudniej o taką „merytoryczność“, która rzeczywiście chroni przed podejrzeniami o lenistwo i intryganctwo: stąd zresztą, tak niebywały rozkwit bezsensownego bełkotu, nazywanego przez takich właśnie „specjalistów“ – „językiem finansów“, czy też „językiem zarządzania“. Wiadomo: jak nikt nie zrozumie, to nikt nie skontroluje, więc i faktycznej miałkości wywodu – nie udowodni…

Ważne też, aby się za bardzo nie wczuć w rolę – i w żadnym razie nie poświęcać zajęć rzeczywiście decydujących o awansie w korporacji (jak – wspólne z szefostwem – przerwy na papierosa, lancze czy wyjazdy służbowe, tudzież – plotkowanie, intrygowanie i flirtowanie…), dla jakiejś tam pracy.

Wydaje mi się, że to właśnie jest klucz do kariery: znaleźć dostęp do szefa. Wszystko jedno gdzie i jak. Albowiem szefowie (wszystkich szczebli zresztą…) są na ogół tak zajęci i niedostępni, że 90% czasu pochłania zwykle czekanie na możliwość zapoznania ich ze sprawą i uzyskania decyzji. Kto ma – jakikolwiek – choćby polegający na przynoszeniu szefowej zakupów, czy zabieraniu się do domu razem z nią samochodem – dostęp do osoby decyzyjnej, ten wygrał. O to trzeba się bić, a nie o próżne zaszczyty czy tytuły!

Czy jest to dalej „gra o sumie zerowej“? Jak najbardziej! Że skomplikowana i trudna do ogarnięcia? Też prawda – ja grałem i przegrałem – i wygląda na to, że choć bardzo bym chciał (takie gry uzależniają…) – już do stolika nie wrócę.

Czy grywamy czasem w inne gry niż te „o sumie zerowej“? Tu sprawa nie jest taka jednoznaczna. Na pierwszy rzut oka można by z góry założyć, że w przypadku „gier z przyrodą“ nie ma takiej możliwości. Czy aby na pewno?

„Gry o sumie dodatniej“ to takie, w których kooperacja graczy daje im łącznie (średnio) wyższą „wypłatę z gry“ niż konfrontacja. W przypadku „gier z przyrodą“ trudność podstawowa polega na ustaleniu, co może być „wypłatą“ dla przyrody..? Ostatecznie, człowiek jako gatunek, też jest częścią przyrody – robi się tu zatem coś w rodzaju „masła maślanego“.

Myślę jednak, że niektóre ludzkie strategie wobec przyrody można właśnie jako taką „grę o sumie dodatniej“ interpretować. Jeśli dzięki tysiącletniej mozolnej pracy polskich chłopów gleba na piaszczystym Mazowszu rodzi obecnie kukurydzę, rzepak i nawet buraki cukrowe – to nie tylko ci chłopi są wygrani, ale i – w pewnym sensie – życie jako takie: poszerzyły się jego granice, zwiększyła homeostaza. Jestem pewien, że Wojtek mógłby podać wiele podobnych przykładów ze swojej (niegdyś) podstawowej branży: permakultury.

Ogólnie, „gry o sumie dodatniej“ nie są łatwe do intuicyjnego ujęcia. No bo skąd bierze się w nich ta nadwyżka „wartości“ (cokolwiek za ową „wartość“ podstawimy), której nie było przed przystąpieniem graczy do gry..?

W przypadku wspomnianych mazowieckich chłopów, nadwyżkę niewątpliwie stworzyła ich praca – można zatem, idąc za Karolem Marksem uznać, że to dawna, historycznie wykonana praca pozwala dziś rosnąć mojej kukurydzy czy innym uprawom tam, gdzie tysiąc lat wcześniej pleniły się tylko jakieś chaszcze.

Wracając na chwilę do naszych ulubionych nurków śmietnikowych – można sobie wyobrazić i taki rozwój sytuacji, w którym dzięki zaprowadzeniu porządku i ustanowieniu dbającej o jego egzekucję władzy, dzielni owi ludzie zaczynają pozyskiwać ze swoich śmietników więcej, niż robili to przedtem (bo przedtem, nim ustanowili prawo i porządek, na tyle często rozbijali sobie nawzajem głowy, że nie starczało im czasu na sumienne przetrząsanie śmietników…). W tym przypadku „gra o sumie zerowej“, jaką toczyli między sobą poszczególni klszardzi, zamienia się w „grę o sumie dodatniej“ toczoną pomiędzy zbiorowością kloszardów, a ich władzą. Zauważmy przy tym, marginesowo, że jak już faktycznie przyjdzie nam szukać żarcia po śmietnikach – to pozycja „króla nurków“ stwarza wcale ciekawe perspektywy: w zamian za „wartość niematerialną“ w postaci bezpieczeństwa i porządku, wybieramy sobie co lepsze kąski (naturalnie pamiętając, że nim łup trafi do naszej kryjówki, już go tam sobie jeden z drugim napocznie, albo i schowa gdzieś po drodze – niestety, oszustw przy podziale nie da się uniknąć, bo to bardzo prosta i dająca natychmiastowe, namacalne korzyści strategia…) z tego, co do śmietników trafiło. Trzeba tylko mieć głowę na karku i trochę pary w łapach…

Aby tę grę uznać za „grę o sumie dodatniej“, wcale nie jest koniecznym, aby każdy z indywidualnych nurków „zarabiał“ po ustanowieniu władzy więcej niż przed jej ustanowieniem. Wystarczy, jeśli suma ich „zarobków“ i „podatku“ dla władzy razem jest globalnie wyższa (tj.: gra pozostanie „grą o sumie dodatniej“ nawet, jeśli władza zgarnie WIĘCEJ niż wynosi nadwyżka, którą jej pojawienie się wygenerowało…). Historycznym przykładem takiej gry było powstanie folwarku pańszczyźnianego w Polsce. Wedle – jedynych dostępnych – pruskich szacunków z początku XIX wieku, właściciel folwarku zatrzymywał dla siebie 2/3 z tego, co „wnieśli“ do jego gospodarstwa odrabiający pańszczynę chłopi, a jedynie 1/3 oddawał im z powrotem w postaci udzielanego im wsparcia (ważna uwaga techniczna: to NIE znaczy, że chłopi byli „opodatkowani“ na rzecz pana w stosunku 66%! Prusacy nie liczyli bowiem jaką wartość stanowi praca chłopów na pańskim do pracy chłopów w ogóle, czy też „plony na pańskim“ do „plonów ogółem“ – tylko ustalali, o ile pomniejszyć indemnizację dla właścicieli folwarków z tytułu odebrania im prawa własności do chłopskich działek ziemi i zniesienia pańszcyzny, w związku z ustaniem obowiązku wspierania chłopów – jeśli przy tym naciągali dane, to raczej na niekorzyść chłopów, zaniżając wartość udzielanej im przedtem pomocy – to, co nam zatem z tego wyliczenia wychodzi to sprawność „organizacji pomocowej“ pt. „folwark pańszczyźniany“ – na tle współczesnych „programów socjalnych“, nie wypada to nawet tak źle: wszyscy pamiętamy ONZ-owski program pomocy żywnościowej dla Etiopii, gdzie „koszty administracyjne“ zjadły bodaj 98% przyznanego funduszu..?).

Bardzo trudno jest oszacować, czy względny dochód poszczególnych chłopów wzrósł czy zmalał na skutek wprowadzenia folwarku. Zapewne – różnie to bywało. Nie ulega jednak wątpliwości, że „dochód globalny“ polskiej wsi w wyniku tego procesu – wzrósł. Świadczy o tym po prostu – wrost liczby ludności, który jest – mimo licznych klęsk i wojen – pomiędzy drugą połową XV a początkiem XIX wieku – bardzo znaczący. Była to zatem „gra o sumie dodatniej“.

Niestety, przypomina to trochę gomułkowskie zapewnienia, że „średni poziom cen spada“ – no bo wprawdzie chleb zdrożał, ale za to – staniały lokomotywy. Co z tego bowiem, że „zbiorowość nurków“ ma się w wyniku powstania władzy lepiej (i jest to fakt obiektywny…) – jeśli żaden pojedynczy nurek bynajmniej tego po własnym żołądku nie odczuwa? Dla niego dalej jedyną namacalną korzyścią jest ów brak guzów i szansa na spokojny sen – pełny żołądek ma za to ich „król“. Dalej też, tyle że już po cichu, po kryjmu, bez głośnych awantur – toczą się „gry o sumie zerowej“: pomiędzy poszczególnymi nurkami (bo może tamten nie zauważy, że opróżniłem jego śmietnik, nie poskarży się – i nie dostanę w skórę..?) oraz pomiędzy każdym z nurków z osobna a ich królem (uda się ukryć najlepsze „fanty“ – czy nie?).

W przypadku „gry korporacyjnej“ przejściem od „gry o sumie zerowej“ do „gry o sumie dodatniej“ byłoby, gdyby zarząd zaproponował wyróżniającemu się pracownikowi – oddanie mu tej działki korporacji, którą się zajmuje – w jakąś formę dzierżawy. Wówczas taki pracownik podwoi albo i potroi swoje wysiłki – a korporacja zyska dodatkowy dochód. Takie sytuacja się zdarzają. Jak sądzę. Czasem.

Druga strona tego medalu jest taka, że ludzie, przyzwyczajeni przede wszystkim do „gier o sumie zerowej“ – skłonni są wszystkie gry postrzegać jako takie właśnie. Wiele z tego narosło zła i wiele krwi się polało w dziejach! Jeśli bowiem tylko takie „gry“ postrzegać w świecie – to nasz przykładowy „król nurków“ staje się zwykłym złodziejem – co więcej: niezrozumiałe wydaje się, dlaczego właściwie „zbiorowość nurków“ toleruje fakt, że jest tak bezczelnie okradana? W ramach tej optyki – bogactwa nie można wytworzyć, można je co najwyżej – ukraść.

Kierując się postrzeganiem świata zawężonym tylko do „gier o sumie zerowej“, z konieczności trzeba założyć, że bogaci nieustannie okradają biednych, a najbogatsze i najpotężniejsze mocarstwa nie będą w stanie przetrwać nie łupiąc jakichś odzianych w skóry górali, ganiających ze „Striełami“ po górach na końcu świata. Jest to zwykły resentyment, w klasycznym, nitzscheańskim sensie tego słowa – zwykła zawiść, inaczej pisząc.

W rzeczywistości jest przecież dokładnie odwrotnie: jeśli ci górale stracą możliwość eksportu swojej heroiny, bo gospodarka przodujących mocarstw świata się załamie – to szybko przyjdzie im zapomnieć o „Striełach“, a i o „kałasze“ może być trudno: przyjdzie, jak przed wiekami, ciąć się szablami i kindżałami…

Nie można też zapominać o dwóch nader istotnych faktach:
-    że  katastrofa pomyślana jest zawsze piękniejsza, katastrofalniejsza i bardziej totalna od katastrofy realnej (wiem co piszę jako weteran „historii alternatywnej“: tak krwawych i apokaliptycznych „smut“, wojen i rewolucji, jakieśmy z kolegami obmyślili – nie notują zaiste dzieje powszechne! Zresztą: gdy czytałem ongiś, jako młody pasjonat historii o Wielkim Kryzysie na ten przykład – aż ciarki przechodziły mi po plecach, a na każdym rogu ulicy trup biznesmena leżał – aż dziw brał, że ludzie to przetrwali jako gatunek? Tymczasem parę kryzysów już sam przeżyłem – i co..? I nic…),
-    że w ramach świata „uniwersalnie korporacyjnego“ tak w wielkim biznesie, jak i w wielkiej biurokracji – kariery robią nie ci „naprawdę merytoryczni“ – tylko ci, którzy „merytoryczność“ skutecznie udają, a tak naprawdę, skupiają się na tym co istotne – na plotkach, intrygrach i flirtach. Innymi słowy: „małą mądrością rządzony jest ten świat“. I zaiste – nie w każdym językowym lapsusie należy się od razu dopatrywać proroctwa Zagłady!
 


Nie ma żadnej „Wielkiej Gry“. A przynajmniej: nie wierzę w istnienie takowej. Jest mnóstwo gier – i mnóstwo strategii, zależnych od preferencji i upodobań poszczególnych graczy. Z czysto statystycznego punktu widzenia – powinny one co najmniej tak samo często interferować, dając nieoczekiwane efekty wzmocnienia (i wówczas kichnięcie za Oceanem wywołuje rewolucję w takim czy innym pustynnym kraju…) – jak znosić się wzajemnie (i wtedy grube miliardy idą „za bezdurno“ bez najmniejszego widocznego efektu…). Jak to w życiu…

I po cholerę był nam ten cały postęp? Nie lepiej było, po dawnemu, mamuty w tajdze tropić..? No tak: tajga się cofnęła, a i mamutów – jakby brak…
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
(1) Fetyszystą nie jestem, ale sekretarka… no cóż: ciężko mi się oprzeć sekretarkom!

5 komentarzy:

  1. Witam,

    Polecam: Victor Turner, Gry społeczne, pola i metafory.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dobry wpis.

    "że katastrofa pomyślana jest zawsze piękniejsza, katastrofalniejsza i bardziej totalna od katastrofy realnej (wiem co piszę jako weteran „historii alternatywnej“: tak krwawych i apokaliptycznych „smut“, wojen i rewolucji, jakieśmy z kolegami obmyślili – nie notują zaiste dzieje powszechne!"

    Moglby Pan dac jakis link do tych scenariuszy-chetnie poczytam.

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, Panie Piotrze, to może wymagać i tygodni lektury, bo takie scenariusze potrafią być dość obszerne!

      W każdym razie tutaj: http://tiny.pl/hpvb7 znajdzie Pan (w sumie niedaleko od początku wątku) Drugą, Większą Smutę w latach 1815 - 1825, wynikłą z połączenia napoleońskiej inwazji na Rosję (startującej nie znad Niemna, a prawie spod Mińska, stąd nieco skuteczniejszej), głodu wywołanego "rokiem bez lata" i nerwowego załamania Aleksandra I, który trochę przedwcześnie i zbyt enigmatycznie - znosi poddaństwo chłopów.

      Tutaj z kolei: http://tiny.pl/hpvbr do dość podobnego efektu doprowadza już Piotr I (fakt, że w rzeczywistości udało się tego kryzysu uniknąć jest niejaką zagadką - Rosja miała więcej szczęścia niż Piotr I rozumu!), a potem też jest nieźle, bo mamy rosyjskie "powstanie listopadowe" (z pięknym wątkiem erotycznym...) i "powstanie styczniowe" też z niezłą rzeźnią. Odkąd zaczęły się tam wojny napoleońskie, jakoś już nie potrafię się z tym wątkiem identyfikować...

      Tu natomiast: http://tiny.pl/hpvb9 mamy przede wszystkim niecą inną wojnę z lat 1870 - 71, z Bitwą Tysiąclecia pod Głogowem - a po krótszej za to i w sumie mniej krwawej I wojnie światowej, rewolucję (jednocześnie we Francji, w Niemczech i w Rosji) Koledzy dopiero zaczynają pisać...

      Usuń
  3. Zgadzam się... Te gierki są ważniejsze niż rzeczywista "praca". Samemu z racji posiadania bardzo dobrych relacji z szefową dobrze mi się żyło.

    Czy zna ktoś może jakieś gry towarzyskie o sumie dodatniej? Mam wrażenie, że te gry w których nie ma przegranych są mniej emocjonujące i mniej zabawne...

    A tak komentując temat poboczny... Czy raczej mamutów żeśmy nie wybili sami a nie, że one tak po prostu w wyniku zmian klimatu wymarły? Jakby nie było miały gdzie się "wycofać na północ" - tundry (w której prawdopodobnie żyły) nadal na ziemi nie brakuje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do mamutów (a także leniwców olbrzymich i całej masy innych przedstawicieli "megafauny") - to nie wiadomo. I prawdopodobnie nie da się tego ustalić: w końcu nikt w tym czasie zmian populacji mamutów nie zapisywał (bo że były liczone, to akurat pewne!) - a w każdym razie: takie zapiski do nas nie dotrwały. Nie sposób zatem wnioskować, co było przyczyną ich zagłady.

      A propos: o ile dobrze kojarzę, to chyba kilka niezależnych od siebie zespołów pracuje nad odtworzeniem mamuta metodą klonowania..?

      Wszystko zatem jeszcze może być przed nami...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...