wtorek, 26 czerwca 2012

A jednak coś umiem!

Pokonywanie przeciwności losu czasem przynosi całkiem niespodziewaną satysfakcję. O czym zresztą wiele razy Państwu opowiadałem - nieprawdaż..?

Ledwośmy wrócili wczoraj z Radomia po oddaniu do serwisu ogrzewacza. Ledwośmy wsadzili przywiezione przy okazji kwiatki (a co! odrobina luksusu też się od życia należy...), depilując pierwej potwornie zarośniętą rabatkę kwiatową w naszym ogródku. Ledwo zabrałem się (z rozpędu, z rozpędu...) za depilację nie mniej zarośniętego tytoniu - gdy Lepsza Połowa stwierdziła, że nasza stara lodówka wyzionęła ducha, a próby reanimacji (tj.: wyłączania i włączania z powrotem - bo cóż my innego możemy zrobić  z lodówką..?) nie dają rezultatu: wszystko już płynie...

Ta nasza stara lodówka, to i tak żyła u nas - przez lat - aż boję się liczyć, ale chybaśmy jeszcze na Śliskiej mieszkali, gdy zastąpiła moją starą "studencką" lodóweczkę, więc nie mniej niż 8...  9..? - życiem pozagrobowym. Oryginalnie była szwedzka. Na Ursynowie prowadził swego czasu warsztat  pewien przedsiębiorczy pan, który skupywał od działających w Szwecji nurków śmietnikowych* znaleziony na tamtejszych wysypiskach sprzęt AGD, reperował go - i sprzedawał, dając nawet bodaj półroczną gwarancję. Jak widać - solidna robota! "privileg ökö" - polecam z czystym sumieniem.

Tak Bogiem a prawdą, trzeba było i tym razem zrobić tak samo, tj. odnaleźć tego pana lub kogoś w tym rodzaju - o ile coś takiego jeszcze funkcjonuje (nie jestem tego taki pewien - wtedy, kiedyśmy kupowali naszego szwedzkiego "zombie" różnica ceny w porównaniu do nowej lodówki ze sklepu była minimum dwukrotna - ale od tamtej pory ceny AGD raczej spadają: oszczędność zatem, jaka by z tego wynikła, na pewno nie byłaby aż tak wielka...). Tyle że trudno to zrobić z wiaderkiem chwastów w jednym ręku i haczką w drugim, przy zalewającej wodą podłogę lodówce w chatce!

Pojechaliśmy więc z powrotem do Radomia - tym razem z przyczepą, a jakże** - i zakupu, po szybkim porównaniu cen między MediaMarkt a Realem, dokonaliśmy w tej pierwszej instytucji (akurat radomski MediaMarkt się remontuje i mam wrażenie, że mają wyprzedaż - w każdym razie: lodówki szły jak woda, kolejka do pana wypisującego kwitki była i przed nami i za nami...).

Nie sądzę, abyśmy wiele przepłacili w stosunku do hipotetycznego "szwedzkiego zombie" - ale też nie robię sobie złudzeń, że nowy nabytek będzie działał dłużej niż dwa lata, na ile opiewa jego gwarancja. O takiej trwałości, jak w poprzednim przypadku - nie ma nawet co marzyć! No ale cóż - to jest właśnie odpowiedź na pytanie, dlaczego ceny tego rodzaju sprzętu tak spadają...

Nowa lodówka (marki nie podam, nikt mi za reklamę nie płaci, a przecież wcale nie wiem jeszcze, jak będzie działać...) jest oczywiście większa od poprzedniej (no trudno, żeby było inaczej po całkiem przecież niedawnych doświadczeniach z brakiem miejsca do przerobienia i upchnięcia "wypadkowej" świniny...) - żeby nie było: w tej samej cenie można było nabyć jeszcze o połowę większą, tylko zużywającą więcej energii, innej firmy - stanęło jednak na tym, na czym stanęło.

Już wczoraj okazało się, że nie sposób ustawić na lodówce mikrofalówki - bo całość jest wtedy tak wysoka, że robi się chwiejna. Znakiem tego - czeka nas przemeblowanie całej kuchennej części chatki... Tym bardziej, że jak zauważyłem rano - stojąc w miejscu starej, o wiele niższej, znakomicie zaciemnia i tak ciemny kącik kuchenny. Czeka nas zatem "dzień refleksji" - bo i usytuowanie lodówki trzeba bez uprzedzeń przedumać i koncepcję remontu.

Od razu przyszło mi do głowy, że mogę - z licznych skorup po meblach, pozostawionych nam przez naszego przyjaciele Zoltana - skonstruować coś w rodzaju regału, na którym pomieści się mikrofalówka, być może inny jeszcze sprzęt - a i "blat roboczy", poprawiający komfort pracy w kuchni, powinien się przy okazji wygospodarować. Najpierw jednak trzeba podjąć brzemienną w skutki decyzję: czy będziemy w jakiejś przewidywalnej perspektywie wymieniać naszą turystyczną kuchenkę gazową na coś większego (a widziałem w MediaMarkt tak wąskie, że by się u nas zmieściły...) - czy nie..? Oj, będzie bolało... Tym bardziej, że co by nie zdecydować - zawsze poprawa w jednym, będzie też pogorszeniem stanu czego innego (np. dostępności różnych zaworków i kontaktów, czy estetyki pomieszczenia) - no cóż: chatka wielka nie jest i nie urośnie tylko dlatego, że nam sprzętu przybyło...

Liczba niedokończonych czy tylko planowanych "frontów robót" w gospodarstwie i nie tylko, tym sposobem pomnaża się znakomicie: płocik wokół ogródka zrobiony na razie w 1/4, o samym ogródku też nie można zapominać, bo daleko mu do stanu docelowego, roundpen wprawdzie jakoś w niedzielę połatałem, ale takie łatanie niewiele jest warte - kupiliśmy więc (za pierwszym kursem do Radomia...) drut, żeby zrobić to jak należy i wrócić do treningu naszych rozlazłych od seksu i nieróbstwa kobył, szklarenka jak stała w stanie, który Państwu pokazałem, tak nic się na razie nie zmieniło, pogoda wprawdzie dziwna (wieje i chmurzy się, ale nie pada...) - ale sianokosów, mimo kiepskiej bardzo trawy, też nie można odkładać w nieskończoność, na Pierwszym Padoku niewiele już zostało do zjedzenia, a przecież na wysoką trawę koni nie puszczę, co urosło - trzeba koniecznie skosić i to jak najszybciej, żeby zdążyło odrosnąć (a jak tylko się skosi i zacznie odrastać, trzeba też Wielki Padok pastuchem grodzić, co parę dni zajmie...), no i - last, but not least - pora najwyższa brać się za gromadzenie zapasu opału na zimę, inaczej nie zdąży wyschnąć przed sezonem grzewczym! A do tego projekt dla Muzeum Wilanowskiego zrealizowałem na razie w połowie, obiecanego dla zagramanicy artykułu w języku obcym nawet jeszcze nie zacząłem pisać, praca akwizycyjna idzie mi jak idzie, to znaczy powoli (choć dzwonię, dzwonię...) - więcej grzechów nie pamiętam... w tej chwili przynajmniej!

Skądinąd jednak, przydarzyły nam się też wczoraj dwa sukcesy, jeden drobny, drugi wielki.

Sukces drobny jest taki, że jeżdżąc do Radomia i z powrotem, za którymś kolejnym nawrotem odkryliśmy między Stromcem a Białobrzegami świeżo grodzony sadzik - i te słupki od frontu dziwnie do naszych podobne, choć świeżo pomalowane na niebiesko (ale zdaje się, rdza spod farby wyłazi... no i ta średnica!). Trzeba się temu bliżej przyjrzeć...

A sukces wielki? No, proszę Państwa! Ja może jestem niesolidnym akwizytorem, niepoczytnym pisarzem, obuleworęcznym stolarzem - ale coś jednak umiem!

Podłączyłem przyczepę z góry zakładając, że lodówka którą kupimy do niezbyt pakownego "krótkiego" Patrola nie wejdzie. Ale zakładałem, że jednakowoż pakunek ów długi - będzie można położyć. Tymczasem, co mi powiedział pan na rampie MediaMarkt? Pan na rampie powiedział, żeby lodówki w żadnym razie nie kłaść - musi stać!

Pan oczywiście przesadził, bo w domu wyczytaliśmy w instrukcji że nie należy - ale można: tylko potem nie wolno od razu włączać, trzeba odczekać. Skądinąd - instrukcja była wewnątrz ustojstwa, więc w chwili pakowania - nie mieliśmy do niej dostępu.

Co było zrobić? Zabezpieczyłem lodówkę w pozycji stojącej czym mogłem - a mogłem tylko siatką na siano, bo nic innego nie miałem pod ręką. I pojechałem - jak z koniem. Tyle że koń, choć nie ma rąk, żeby się w trzęsącej przyczepie jakiegoś uchwytu trzymać - to przynajmniej: balansuje ciałem na czterech nogach, tym sposobem przechyły i wstrząsy kompensując (jak to jest trudne i męczące, to każdy może samemu spróbować: proszę wejść do tramwaju lub do autobusu i stać gdy pojazd jedzie, nie trzymając się...). A lodówka..???

Byłem całkowicie pewien, że się wywali. I dobrze będzie, jeśli się przy okazji nie potłucze. Ale jechałem - bo co mogłem innego zdziałać? Kierowcy w Radomiu pewnie klęli jak szewcy, bynajmniej nie Witkacego - proszę z tymi przekleństwami do Wielce Szanownego Pana Prezydenta Kosztowniaka nie do mnie, asfalt tam macie pofałdowany jak górotwór alpejski, szybciej jechać się nie da!

Do domu zajechaliśmy w półtorej godziny, więc wcale nieźle jak na 40 km górotworu alpejskiego zamiast szosy (no dobra, przesadzam - "siódemka" jest póki co w całkiem niezłym stanie, nawet do 80-tki odważyłem się miejscami rozpędzieć...). Jeszcze po drodze zawinąłem z fantazją (ale płynnie!) przed naszym wiejskim sklepem, żeby kupić dobrze zapracowane piwo. Opuszczam klapę - i co widzę?

Tadam:

No proszę Państwa! Lodówki wozić to ja na pewno potrafię! To i konia przewiozę. Każdego. W każdych warunkach - nawet po muldach udających asfalt. I nie będzie wyglądał gorzej od tej lodówki... Proszę powyższe stwierdzenie traktować jako ofertę handlową. Na razie biorę po 2 zł za km - co oczywiście zależy od ceny paliwa...
-----------------------------------------------------------------------------------------
* To już wiecie Państwo, skąd u mnie sentyment do społeczności śmietnikowych nurków.
** Ulubiony pisarz Lepszej Połowy, Thomas Pynchon, w jednej ze swoich powieści nazwał taki stan bytowania (Boska Wola - Radom - Boska Wola - Radom - Boska Wola...) "jo-jowaniem". W istocie - tak się właśnie czułem - jak jo-jo na gumce jeżdżące tam i z powrotem...

9 komentarzy:

  1. Potrzeba matka wynalazków :D w tym przypadku lodówka musiałaby być potwornie złośliwa, żeby paść. :D
    A swoją drogą to miało być końskie porno! A nie ma! I koni nie ma i nie wiadomo czy baby zaciążyły.
    I uczciwie się przyznaję, ze planuję wypad boskowolski :D Słupków kraść nie będę. Ale grządki mogę popielić :D A co! :DDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszamy, jesteś z pewnością mile widziana - a i grządek do pielenia nie zabraknie...

      Porno nie ma, bo od ponad 6 tygodni kobyły i ogier pasą się obok siebie prawie że obojętnie. Znakiem tego, baby są w ciąży. Pytanie tylko - czy nie zabsorbują?

      Co najmniej do połowy sierpnia nie zamierzam pozbywać się naszego milutkiego "Knedliczka" - tak, na wszelki wypadek...

      Usuń
  2. No- takie zimnokrwiste coś w bukmance pierwszy raz oglądam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Waść z tą ofertą na bukmankę to poważnie się deklarujesz? I w insze świata strony takoż? O Małą Polskę mi idzie?
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Moja lodówka działa już czwarty rok, trwa więc w najlepsze dłużej niż niejedno małżeństwo! :)
    Gratuluję pomysłowości i życzę owocnego przestawiania kuchni, żeby się wszystko zmieściło!
    pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przestawiliśmy, wszystko się zmieściło, jest widniej - i nawet jest zapas miejsca na wypadek, gdybyśmy w przypływie szaleństwa jednak zainwestowali w tę kuchenkę z piekarnikiem...

      Usuń
  5. Pewnie że poważnie.

    Tylko proszą wziąć pod uwagę, że przewóz koni to w tej chwili usługa bardzo łatwo dostępna - i prawie na pewno można znaleźć przewoźnika (albo chociaż kogoś z przyczepą...) w promieniu 10 - 15 km od własnej stajni, co znakomicie obniża koszty...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet dwóch mam w takiem promieniu... Pierwszy nawet wody nie dał wioząc konie w skwarze ze sześć godzin, wtóremu się zdawało, że jest Kubicą jakiem, czego efektem spore u przyjaciół koni urazy...
      Kłaniam nisko, w memoryi karbując, jakoby Wachmistrzówna tego roku nadal zamyślała peregrynacyj górskich:)

      Usuń
    2. Sześć godzin to jeszcze nie tak wiele - a w dobrze wentylowanej przyczepie podczas jazdy jest znośnie. Choć z całą pewnością latem lepiej jeździć nocą...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...