piątek, 8 czerwca 2012

Dlaczego własność jest święta, albo – gdzie się ukrywa Książę Ciemności..?

Podobno największym osiągnięciem Diabła jest powszechne przekonanie, że go nie ma. Co do mnie, istnienie Piekła i Szatana uważam za o wiele bardziej prawdopodobne (w takim sensie, że – mniej kłócące się z naszym potocznym, zdroworozsądkowym i codziennym spojrzeniem na świat…), od istnienia Boga i Raju. Jakkolwiek: do tezy, że Piekłem jest Ziemia i nasze na niej obecne życie – żadną miarą przekonać się nie dam: wystarczy mi dla odparcia takiej teorii wyjść i popatrzeć na nasze konie

Najogólniej jednak, zarówno Absolutne Dobro, jak i Absolutne Zło, jeśli mają się odnosić do dobrych i złych skłonności ludzkiej natury, jeśli mają „usprawiedliwiać“ w taki czy inny sposób nasze zbrodnie, wydają się konceptami nad wyraz trywialnymi. W szczególności w manichejskim ujęciu, a więc takim, które zakłada równowagę między nimi – i robi z człowieka coś w rodzaju tenisowej piłeczki, polatującej to w jedną, to w drugą stronę!

Problem bowiem polega na tym, że dobro i zło w człowieku – są substancjalnie nierozdzielne. Dla ewolucjonisty (ale też nie dla każdego: trzeba być ewolucjonistą zgorzkniałym, stetryczałym i zbuntowanym przeciw Naturze i jej konstukcyjnemu partactwu – jak Mistrz Lem…) nie są to żadne arkana: otóż nasz centralny układ nerwowy to jedna wielka improwizacja, przypominająca trochę swoją konstrukcyjną zasadą stolik, który wczoraj z dostępnych części zmajstrowałem (przygotowując się na przyjazd łykendowych gości).


Przy poprzedniej wizycie nasz przyjaciel Zoltan obdarował nas większą ilością drewna odpadowego. Był wśród nich gładki blat (w poprzednim życiu najprawdopodobniej – drzwi szafy?). Ten blat stał się punktem wyjścia do konstrukcji stolika piknikowego jak na zdjęciu. Żeby go jakoś unieść nad ziemię potrzebne były nóżki. Te zrobiłem przycinając piłą motorową na mniej – więcej jednakową długość (no, z tolerancją centymetra – dwóch…) cztery podobne gabarytowo paliki. Żeby całość się trzymała – paliki trzeba było połączyć. Połączone jedną beleczką okazały się totalnie niestabilne – całość składała się natychmiast. Dodałem więc drugą poprzeczkę – już było lepiej, ale nie dało się w żaden sposób usztywnić konstrukcji tak, żeby się nie bujała. Dopiero trzecia poprzeczka załatwiła sprawę: chwieje się tylko trochę, a po ustawieniu na miejscu docelowym i podłożeniu pod jedną z nóżek małej podstawki – w zasadzie: jakoś tam trzyma poziom…

Zdaniem Lepszej Połowy, stolik jest ohydny – i w dalszym ciągu: za mało stabilny. Dla świętego spokoju (bo to już nic nie pomogło jak chodzi o stabilność całości…), dodałem zatem jeszcze małą poprzeczkę spinającą nóżki z jednej strony (z drugiej nie za bardzo dało się przybić…). Tańczyć na nim na pewno się nie da. Ale sądzę, że da się na nim postawić talerze i jeśli tylko goście nie będą weń walić z całej siły kuflami – powinien ten eksperyment wytrzymać. Najwyżej się zawali…

Dokładnie tak samo Natura skonstruowała ludzki mózg. Od lancetnika miała do dyspozycji strunę grzbietową. Z czasem ta obrosła oponami, a potem kręgosłupem – i tak powstał rdzeń kręgowy. Na jego szczycie neurony się stopniowo kumulowały (zdaniem naszych koćkodanów, szczyt możliwości rozwojowych osiągając w gatunku felis domestica – wszystko co potem, to już całkowicie zbędną komplikacja, utrudniająca tylko życie…), tworząc z czasem dwupółkulowy mózg. W miarę jak ewolucyjni przodkowie człowieka pasażowali przez kolejne stepowienia i glacjały – brak kłów i pazurów nadrabiając większym wycwanieniem – kolejne, coraz to większe objętościowo warstwy, płaty i półkule owego mózgowia potrzebne im były jako ratunek przed pewną inaczej zagładą dokładnie tak samo jak mnie kolejne poprzeczki dla usztywnienia konstrukcji.

Jednak, tak samo jak dodanie kolejnej poprzeczki nie powoduje, że znikają te przybite wcześniej, tak i nawarstwianie się na najpierwotniejszym móżdżku białej, a potem szarej masy mózgowej – bynajmniej nie spowodowało, że zniknęła struna grzbietowa lancetnika, móżdżek służący niewielkiej małpie żyjącej w koronach drzew, czy śródmózgowie uprawiających kanibalizm hominidów sprzed pół miliona lat. Wszystkie te „elementy konstrukcyjne“ – dalej są w nas – i we mnie, i w Dalajlamie i w Benedekcie XVI i w panu Breiviku, którego durni Norwedzy nawet nie mogą skazać na karę śmierci…

Tym samym – na dobre i na złe, na życie i na śmierć – jest w nas też i zwierzęcy instynkt samozachowawczy i równie zwierzęce płciowe chucie i żądza władzy typowa dla wszystkich zwierząt społecznych (podobno właśnie do tego – do polityki – potrzebna jest mowa i wielki mózg: bardziej niż do samego tylko zdobywania pożywienia, bo to już euglena zielona potrafi…). Nawet nasza ciekawość to wcale nie jest żadna tam „esencja człowieczeństwa“ – jeśli pominąć misie koala i leniwce, niewiele jest zwierząt, które by nie były ciekawe!

To, co nas odróżnia od pozostałych zwierząt – to coś nad wyraz trudno uchwytnego i subtelnego: jest  to język. Nie dlatego, że zwierzęta się nie porozumiewają! Ależ porozumiewają się – czasem w sposób dość skomplikowany. Różnica polega na tym, że nasze języki są bardziej od tych zwierzęcych uniwersalne – można w nich, między innymi, uprawiać też taką refleksję jak ta tutaj – można dywagować o sobie samym i o języku jako takim. Języki zwierząt takiej możliwości (przynajmniej – wedle naszej aktualnej wiedzy…) nie dają. Są konkretne – pozbawione abstrakcji, ograniczone do prostych zdań oznajmujących, wykrzykników i pytajników.

Można też, w ludzkich językach – tworzyć mity. Czy uprawiać poezję. Albo matematykę, która jest szczególnie wyrafinowanym rodzajem poezji. Jeśli język był pierwotnie jednym ze służących przetrwaniu gatunku przystosowań – to tu akurat Naturze udało się zbyt dobrze: ponieważ dzięki językowi powstaje też nauka – a nauka może w przyszłości – jak to Mistrz Lem przewidywał – rzucić wyzwanie ewolucji i prześcignąć jej jak na razie z niczym nie porównywalne mistrzostwo – tworząc nowe byty o tyle doskonalsze, że owego ewolucyjnego „ogona“ konstrukcji dawno już zarzuconych, ale wciąż obecnych jako relikt, pozostałość – pozbawione.

Dzięki językowi bowiem, człowiek staje się Stwórcą. O wiele doskonalszym od ewolucji, czy też ode mnie, niewprawionego w stolarce – projektując w słowach lub w postaci znaków graficznych Stoliki Idealne (albo Idealne Mózgi…), pozbawione owego nie dającego się zamaskować eklektyzmu i przypadkowości, jaka nieodmiennie cechuje dzieła natury…

Stop! Tu właśnie – w tym uroszczeniu do całkowitej swobody kreacyjnej, w dążeniu do Absolutnej Perfekcji – ukrywa się wspomniany na wstępie Książę Ciemności.

Formułując takie uroszczenie – postępujemy z reguły jak baron Münhausen, który ciągnąc się za sam za włosy, wydobył się z trzęsawiska: narzędziem, które zawiera w sobie:
-    noc Pascala
-    naturę diamentu
-    melancholię proroków
-    szeleństwa ludobójców
-    sny Marii Stuart
-    strach neandertalski
-    rozpacz ostatnich Azteków
-    długie konanie Nietzschego
-    radość malarza z Lascaux
-    wzrost i upadek dębu
-    wzrost i upadek Rzymu

(Zbigniew Herbert, Pan Cogito i wyobraźnia)
próbujemy, całą tę spuściznę zapominając – złapać Pana Boga za nogi i podciągnąć się w górę z takim przy okazji zamysłem, żeby tego siwowłosego, upartego i gwałtownego staruszka przeskoczyć i napluć mu na głowę.

Czy to się może dobrze skończyć..?

W ostatecznym rachunku – nie wiem. W ostatecznym rachunku wszyscy jesteśmy martwi, a Słońce też kiedyś przestanie świecić. Być może zatem – nie ma to większego znaczenia.

Póki co jednak – przystoi nam skromność i pokora. Przystoi nam pamiętać, że nosimy w sobie i lancetnika i ową bujającą w koronach drzew małpę i hominidów – kanibali sprzed pół miliona lat. I postępować adekwatnie do swojego miejsca w szeregu. Postępując w ten sposób – mamy niewielkie szanse na bijącą po oczach świętość – ale też: wielkich zbrodni nie popełnimy.

Wielkie zbrodnie i wielkie zło biorą się z zapoznania rzeczywistej natury człowieka, z ignorancji lub celowego zamiaru zmiany tej natury wedle powziętego z góry, abstrakcyjnego planu. Można zatem widzieć w Księciu Ciemności uosobienie ludzkiej pychy. Co chyba – tak daleko od jego ortodoksyjnie teologicznego obrazu nie odbiega..?

W odniesieniu do własności, o której chciałem powiedzieć dzisiaj słów kilka, wiele zła wynika z przyjmowania utylitarnego punktu widzenia. Utylitaryzm, wszystko jedno jaki, to moim zdaniem idea trywialna i płaska tak, że aż nudna – właściwie: z czym tu dyskutować..? Że nie sposób zmierzyć, co „przyniesie więcej dobra“ – bo to zależy od punktu widzenia i perspektywy przestrzenno – czasowej? Że cokolwiek robimy – zawsze wywołujemy zarówno dobro, jak i zło (z różnym, co najwyżej, rozłożeniem między nimi proporcji – w tej perspektywie, którą jesteśmy w stanie ogarnąć…). Ogólnie: ziewać się chce…

Na gruncie utylitarnym – a taki przyjmuje się obecnie powszechnie w tego rodzaju dyskusjach, często nawet się nad tym nie zastanawiając – w najlepszym razie spór o naturę i zakres własności pozostaje nierozstrzygalny, a najczęściej – prowadzi do wniosku, że oczywiście własność święta nie jest i można ją ograniczyć, jeśli ma to zrodzić „większe dobro“.

To są banialuki! Jak już zdarzyło mi się tutaj pisać – pojęcie własności (nie mylić z pojęciem „hipoteki“…) wspólne jest wszystkim społecznościom ludzkim, jakie kiedykolwiek udało się odkryć na tej planecie – Aborygeni, Tobriandczycy, Buszmeni czy Indianie któregokolwiek bądź plemienia lub ludu – znali własność i w swoich „urządzeniach społecznych“ posługiwali się tą instytucją jako jedną z najistotniejszych. To, że durni Europejczycy nie znajdując wśród tych ludów ksiąg wieczystych, dowodów rejestracyjnych czy świadectw pochodzenia, ubzdurali sobie jakiś wydumany „komunizm“ – to świadczy tylko i wyłącznie o stanie ducha i spostrzegawczości owych Europejczyków i o niczym innym!

Co więcej: własność jest też powszechna w świecie zwierzęcym. Opowiadałem już kiedyś, jak to było z naszą Sylwestrą. Kotka, gdy ją przygarnęliśmy (a bytowała wcześniej przez lat kilka na Placu Grzybowskim w Warszawie), była przez pierwsze dni (i noce!) absolutnie nieznośna, non stop penetrując naszą miniaturową kawalerkę z rozgłośnym miaukotem. Zatyczki do uszu nie pomagały zasnąć… Dopiero, gdy daliśmy jej zabrany ze sklepu kartonik, który stał się „jej własnością“ – mogła go pilnować i spać na nim – kot się uspokoił i nabrał poczucia bezpieczeństwa. Obecnie kartonik nie jest już jej do tego potrzebny – za swoją własność uznała bowiem nas: jeśli któregoś z nas nie ma – kot wpada w taką samą histerię jak wtedy, 6 lat temu…

Oczywiście u zwierząt własność bywa na ogół dość przelotna – koń będzie bardzo niezadowolony, jeśli próbowć mu odebrać ten kęs trawy, który akurat ma w pysku, czy tę zabawkę, którą akurat w danym momencie się bawi – szybko jednak o takiej stracie zapomni. Skądinąd jednak – zwierzęta terytorialne staczają walki i czasem zabijają lub giną w obronie swojego terytorium. Są ptaki, które kolekcjonują w swoich gniazdach przedmioty – i takie, które raz obrawszy miejsce gniazdowania, trzymają się go przez całe życie. Naczelne potrafią nie tylko przywiązywać się do przedmiotów – ale i wzajem je sobie podkradać, wykazując przy tym, gdy na takiej próbie złapane – wstyd i zażenowanie.

Własność nie jest instytucją przez człowieka wymyśloną. Jest częścią naszego zwierzęcego dziedzictwa. Bardzo ważną częścią. Jest bowiem jednym z fundamentów, na których budujemy naszą tożsamość. Nie jest bez znaczenia nie tylko to, z jakimi ludźmi styka się małe dziecko – ale i: jakie je otaczają przedmioty i wnętrza? To, co widzimy jako małe dziecko – na zawsze będzie już z nami.

Ideologiczny minimalizm, nienawiść do własności, ideologiczne zacietrzewienie w tropieniu przywiązania do rodzinnych pamiątek, rodzinnego domu – a choćby i do rodzinnego latyfundium – to są wszystko: podszepty Szatana. To, czy ów rodzinny dom blokuje trasę autostrady, a rodzinne latyfundium przyczynia się czy nie przyczynia do ekonomicznej pomyślności gosudarstwa(1) (tzw. „dobro kraju“ to abstrakcja jeszcze wyższego rzędu i z sensem, tj. nie bełkocząc – w ogóle o tym rozmawiać się nie da…) – jest całkowicie bez znaczenia. Skąd bowiem założenie że przywiązanie ludzi, którzy ten właśnie konkretny dom ukochali (albo owe konkretne latyfundium odziedziczyli) – jest czymś gorszym, niegodnym, mniejszym, nieistotnym – bo ktoś inny chce sobie pojeździć autostradą a jeszcze ktoś inny – uważa się za pokrzywdzonego, bo jego matka nie umiała dać dupy latyfundyście aż tak dobrze, żeby ją z czworaków do pałacu zabrał? Że tych drugich jest obecnie więcej? A co to w ogóle za argumentacja? Niby dlaczego miałoby mnie to w ogóle obchodzić..? Że są silniejsi i mogą mi tę własność zabrać? A! To co innego! Ale nie udawajmy, że stoi za tą grabieżą jakaś moralna racja…

Pozwolę sobie na koniec przytoczyć ostatnią część „Elegii na odejście pióra atramentu lampy“ Zbigniewa Herberta:

Nigdy nie wierzyłem w ducha dziejów
wydumanego potwora o morderczym spojrzeniu
bestię dialektyczną na smyczy oprawców

ani w was – czterej jeźdźcy apokalipsy
Hunowie postępu cwałujący przez ziemskie i niebieskie stepy
niszcząc po drodze wszystko co godne szacunku dawne i bezbronne

trawiłem lata by poznać prostackie tryby historii
monotonną procesję i nierówną walkę
zbirów na czele ogłupiałych tłumów
przeciw garstce prawych i rozumnych

zostało mi niewiele
bardzo mało

przedmioty
i współczucie

lekkomyślnie opuszczamy ogrody dzieciństwa ogrody rzeczy
roniąc w ucieczce manuskrypty lampki oliwne godność pióra
taka jest nasza złudna podróż na krawędzi nicości

wybacz moją niewdzięczność pióro z archaiczną stalówką
i ty kałamarzu – tyle jeszcze było w tobie dobrych myśli
wybacz lampo naftowa – dogasasz we wspomnieniach jak opuszczony obóz

zapłaciłem za zdradę
lecz wtedy nie wiedziałem
że odchodzicie na zawsze

i że będzie
ciemno

------------------------------------------------------------------
(1) Niewątpliwie w żywotnym interesie gosudarstwa jest zastąpienie rolnictwa – jako głównego zajęcia zarobkowego ludności – przemysłem. Wszystkie też lub prawie wszystkie gosudarstwa uczyniły co mogły, aby tak się stało, najczęściej – wcale się nie interesując zdaniem swoich poddanych na ten temat. Dlaczego tak się dzieje – wyjaśnia oczywiście tow. Lenin: wprawdzie wieś produkuje środki konieczne dla życia – ale to miasto produkuje środki konieczne dla sprawowania władzy…

6 komentarzy:

  1. Własność jest jak rodzina - nieludzkim (niezwierzęcym) jest obywanie się bez niej całkowicie, ale potrafi być tez źródłem cierpienia jednostki, kiedy ją za bardzo omota...

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam bardzo silne poczucie własności, nie przepadam, kiedy mi się po mojej własności pętają obcy, za to z przyjemnością goszczę na niej zaufanych przyjaciół.
    Dla mnie własność moja jest tak samo święta, jak cudza/
    Amen :)
    Co do zła i Szatana - staram się nie zastanawiać zbytnio nad siłami zła, one są dość silne i bez mojego myślenia. Wolę wzmacniać myśli pozytywne, pełne dobra.
    A że nie zawsze wychodzi - cóż, ludzka słabość :)
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. No nie,nie,nie.Jak sam Pan pisze poczucie wlasnosci wywodzi sie z naszej konstrukcji biologicznej i w zwiazku z tym to "swietosc".Tyle tylko ze wczesniej pisze Pan(z czym sie z grubsza zgadzam)ze nasza konstrukcja biologiczna i psychologiczna to prowizorka sklecona z roznych ewolucyjnych polproduktow.No to jak to jest?-albo nasza konstrukcja psychobiologiczna to smietnik wiec nie ma sensu sie przejmowac tym co tam z niej wynika albo tez tez jednak jest na tyle sprawnie sklecona ze trzeba brac uwarunkowania z niej wynikajace brac pod uwage?ale jesli tak to WIE Pan przeciez dobrze ze POCZUCIE sprawiedliwosci takze wynika z naszej konstrukcji psychobiologicznej-nawet ekperymenty na malpach wykazuja iz wola one NIE jesc niz byc niesprawiedliwe traktowane.A ze jestesmy ludzmi a nie malpami to latwo sobie wyobrazic ze nasze WRODZONE poczucie sprawiedliwosci buntuje sie nie tylko przeciwko kradziezy slupkow ogrodowych ale takze i przeciw grabiezy w majestacie prawa jakim jest chocby ZUS czy przekrety na "budowie autostrad" itp-przeciez jedno i drugie to zlamanie zasad wspolzycia spolecznego,tylko skala inna.Tymczasem Pan najpierw niekonsekwentnie "traktuje" nature ludzka,potem wyciaga z niej wnioski dla siebie wygodne a niewygodne pomija a wreszcie kiedy juz Pan owe wygodne dla siebie wnioski ustala to mowi Pan-wlasnosc TAK ale tylko do PEWNEGO stopnia-jak ktos kradnie moje slupki ogrodowe albo portfel to zlodziej ale jak ktos okrada mnie na znacznie WIEKSZE kwoty na podatkach w "majestacie prawa" to Pan mowi-e tam,trzeba to zignorowac bo to nowa szlachta "sie rodzi"-mowi Pan-lapaj zlodzieja ale tylko tego MNIEJSZEGO,zlodzieja WIEKSZEGO INGNORUJ.Ze nie wspomne o tym iz ignoruje Pan 99% tradycji homo sapiens ktora mowi ze NIE jestemy tylko zwierzetami ale takze CZYMS WIECEJ.Nie wiem jak jest ale zwyczajne pominiecie w swoich rozwazaniach 99% ludzkiej tradycji filozoficznej i religijnej to chyba jednak nie najlepszy i bardzo stronniczy pomysl.Nie broni sie nijak ta tradycja niedzialania-ma swoje ciekawe implikacje taktyczne ale na dluzsza mete nie broni sie nijak.

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Natura ludzka to doraźna i pozbawiona krzty sensu partanina, pełna sprzeczności i niekonsekwencji. Ale innej nie mamy. W tym sensie jest "święta". Jak zaczniemy przy niej grzebać (wszystko jedno, czy metodą indoktrynacji i terroru, czy też - metodą inżynierii genetycznej, to wszystko jedno) - DLA NAS nic z tego nie może wyniknąć dobrego. Dla nas piszę - bo jeśli nawet, genetycy przyszłości sprokurują nam lepsze, sprawniejsze potomstwo - to przecież "homo sapiens" już ono nie będzie, tylko całkiem innym, nowym gatunkiem - a co mnie obchodzi pomyślność zupełnie innego gatunku istot rozumnych?

      Co do Pańskiego "poczucia sprawiedliwości", to pomijając wszystko inne - nie dam paznokcia za szczerość, poczytalność i uczciwość takich postaci jak Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz czy dowolny inny polityk tzw. (Bóg wie dlaczego...) "prawicy". Pan chce ich wynieść do władzy - bo taki byłby jedyny wyobrażalny skutek ewentualnej "narodowej rewolucji" (cokolwiek pod tym nic nie mówiącym terminem miałoby się chować...). Moim zdaniem - nie ma szans, żeby od tego komukolwiek, cokolwiek się polepszyło...

      Inaczej jeszcze: to, że jest jakaś władza i że ta władza zawłaszcza przemocą owoce pracy swoich poddanych - to prawo natury. Tak zawsze było, jest i będzie aż po skończenie świata. Kwestia tego, czy władza zawłaszcza trochę mniej czy trochę więcej i do czego właściwie tego zawłaszczonego używa - to detal. Na który przy tym, na ogół i tak nie mam najmniejszej szansy mieć jakiegokolwiek bądź wpływu.

      Natomiast żadne "prawo natury" bynajmniej nie skazuje mnie na cierpliwie znoszenie kradzieży moich słupków - skoro przez 3 lata dawało się ich nie tracić w ten sposób, znakiem tego - dałoby się tak samo i w dłuższej perspektywie.

      Co więcej: zgodziliśmy się po dłuższej dyskusji - że także i w sprawie słupków najprawdopodobniej NIC nie zrobię - nie dlatego że nie chcę, tylko dlatego, że nie mam jak. Skoro NAWET w sprawie moich słupków praktycznie nic nie jestem w stanie zrobić - to po co mam sobie hodować wrzody żołądka przejmowaniem się tym, co z kasą którą i tak bym stracił, przy każdym realnie wyobrażalnym rządzie (bo każdy by mi ją zabrał - i cieszyć się powinienem, że nie zabiera więcej, ani nie życzy sobie jeszcze czego innego...) - wyprawia akurat właśnie Pierwszy Piłkarzyk III RP? Jaki ja niby mam na to wpyłw? No skoro nawet na sprawę słupków wpływu nie mam - to o czym tu w ogóle dyskutować..?

      Ergo: przejmowanie się i zajmowanie się polityką nader podobne jest do karania samego siebie za cudze grzechy - bo, jako się rzekło, tylko się spokojny sen traci i wrzody hoduje...

      Usuń
  4. @Piotr 34
    Czy w tej filozofii niedziałania chodzi o szczęście OSOBISTE? Jest to co robi Jacek jest zatem logiczne i spójne. Sam np. jestem pesymistą jeśli chodzi o podejście do spraw gospodarczych (Peak Oil, kryzys), ale optymistą w życiu osobistym.

    Przykładowo by wg. tradycji buddyzmu małego wozu osiągnąć oświecenie (czyli osiągnąć ostateczny "cel") trzeba iść do klasztoru i oddać się odpowiednim medytacjom/rozmyślaniom itp.. Od czasu do czasu wychodzi się do ludzi, by żebrać wśród ludzi świeckich o jedzenie. Co by się stało, gdyby wszyscy Tajowie nagle postanowili osiągnąć oświecenie i iść jak jeden mąż (i żona) do klasztoru?

    Pominięcie 99% myśli filozoficznej i religijnej wcale nie jest takie złe. Po pierwsze nie potrzebujemy tego wszystkiego by być szczęśliwym, po drugie wiele z tych myśli jest po prostu ze sobą sprzeczna...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Piotr34
      Polecę Ci jedną pozycję, która może Cię zainteresować:

      "Dictator's Handbook: Why Bad Behavior is Almost Always Good Politics" W razie czego mam w formie elektronicznej...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...