piątek, 11 maja 2012

Za nogami – na szczęście!

Vox populi - vox Dei. Skoro pojawiło się żądanie zaprezentowania urobku przesądnego - a nie mam nadziei na jego publikację w inny sposób, to proszę bardzo... Żeby nie było, że malkontencę: nie jest to udany tekst. Nie byłem w formie, pisząc - i wyszło zapewne nazbyt subiektywnie, gawędziarsko i rozlaźle. Blog jest lepszym miejscem na takie wynurzenia niż drukowany magazyn. Co nie zmienia faktu, że tak jednoznaczna niechęć do samego tematu (przecież tekst mogłem poprawić, co najwyżej - zainwestowałbym w tym celu w "Golden Lochę", dla natchnienia...) trochę mnie zaskakuje...

I tu mój apel do Państwa – wcześniej już zresztą ogłoszony: spisujcie, zbierajcie, przesyłajcie (np. na adres: jacekpkobus@gmail.com) przesądy, zwyczaje i obyczaje związane z końmi. Albowiem – wszystko wskazuje na to, że świat, którego te przesądy były częścią, właśnie umiera. A że wiele się w tej materii zmieniło od czasów Oskara Kolberga, zmarłego w roku 1890 (w przypadku chłopskiej hodowli koni, jest to zmiana epokowa, a wcale niedawna: dopiero od lat 70. XX wieku, chłopi w Polsce hodują konie tuczne, na mięso – a nie do pracy – zresztą konie do pracy hodowali też niedługo, bo dopiero od uwłaszczenia, czyli generalnie – od drugiej połowy XIX wieku…), wątpię zaś, żeby ktoś współcześnie ten akurat aspekt naszego folkloru badał – całkiem możliwym jest, że świat ten, świat „końskich“ przesądów, zwyczajów i bajęd – który zaistniał tylko na chwilę, przeminie bez śladu. Jeśli w ten, amatorski przyznaję sposób, choć część „materiału źródłowego“ ocalimy pospołu – przyszli magistranci i doktoranci folkorystyki będą nam wdzięczni!

Dlaczego uważam, że świat magiczny w wiejskiej hodowli koni umiera? No cóż, jeśli nawet M., od dzieciństwa końmi zafascynowany – sam się przyznaje do niewiedzy – i sam ową zmianę, owo łuszczenie się skorupy starego świata dostrzega – jakże można się z nim nie zgadzać?

Jak twierdzi M.: Kiedyś więcej trzymano koni na chów. Teraz dobiera się pod Włocha: ma być koń krótki, a szeroki, wyłupany w plecach, na grubej nodze – nie wiem po co, ale im krótszy i im grubszą ma nogę, tym lepiej. Po to się sprowadza ardeny szwedzkie i miesza z belgami, żeby były krótsze, szersze i wyższe.



Przy tym, w naszych stronach przynajmniej – hodowla i chów koni coraz to bardziej są „naukowe“. Do kolki raczej woła się weterynarza, niż eksperymentuje ze starymi portkami gospodarza czy rajstopami gospodyni. Był kiedyś we wsi „znachor“ – ale, lata temu, skompromitował się nieudaną interwencją, kiedy to chłop pojechał w zabiedzonego konia do lasu po drewno, tam mu ten koń padł (podobnoż z wyczerpania), a znachor stwierdził, że mu się gówno zapiekło – i wyciął nożem 3 metry kiszki stolcowej, od czego zwierzę natychmiast wyzionęło ducha. Jeszcze potem odrąbał sobie siekierą końską szynkę, niby to „dla psa“ – od tej pory żadnych „znachorów“ już nie ma. Owszem, trzeba uważać i byle komu konia, krowy czy świni nie pokazywać, bo ludzie mają różne oczy i urok mogą rzucić. M. jednak sam się na tym nie zna.

Żeby się czegoś o rzucaniu i odczynianiu uroków dowiedzieć, poprosiłem o pomoc Ewę Seydlitz osiadłą na Podlasiu, autorkę bloga Kresowa Zagroda, która w ten sposób temat naświetla:

Spotkałam się z tym samym w swoich rodzinnych stronach w Piotrkowskiem, w czasach, gdy konie były jeszcze częste na wsi i każdy właściciel konia zaprzęgowego znał ten sposób.
Ale od początku.

Co to jest złe oko?
Moja babka, akuszerka (ważne, bo to zawód owiany pewną magiczną mocą przekazywaną dawniej z położnej na położną od wieków, o mierzeniu dzieci, prostowaniu kostek niemowląt, o różnych przesądach związanych z dziećmi i rodzeniem, o tym, co robić, gdy dziecko płacze i dziwnie się zachowuje itp.) miała takie "złe oko". Odnosiło się do kwiatów, które sama uwielbiała, miała różne dziwne gatunki w domu i była zazdrosna o to, że ktoś ma coś piękniejszego, niż ona. Opowiadano mi, już po jej śmierci, że ludziska, gdy już ją wezwali do rodzącej i chłop furmanką po nią się wybrał, to kobiety czym prędzej wszystkie kwiaty wynosiły z pokoju i chowały w jakimś zakamarku. Bo musowo po jej wizycie schły i więdły!
To przykład, aby wytłumaczyć skąd bierze się to, że ktoś ma "złe oko", a ktoś inny nie.
Konie, w ogóle zwierzęta hodowlane są bardzo podatne na taki urok. Może on być zadany przypadkowo i bez złej intencji, ale także świadomie, gdy robi to "zły człowiek". Można to poznać, gdy coś sobie do siebie szepcze niezrozumiale pod nosem, albo odwraca się i jeszcze patrzy, i ogólnie jego spojrzenie jest ponure.
Na Podlasiu wiem o kilku wsiach, o których ludzie tutejsi mówią, że "tam złe ludzie mieszkają" i są nawet przysłowia, żeby kawaler z takiej wsi panny nie brał, bo to się źle skończy. Rzucanie uroków to jeszcze bywa sport różnych dziwaków wioskowych. Nie mówię o leczeniu zaklęciami czy modlitwami, bo tacy są bardzo szanowani, i nawet batiuszkowie ich wspierają, ale o takich, co umieją tajemniczy węzełek zrobić i podrzucić komuś za płot. A gdy go się rozwiąże to nawet umrzeć można w prędkim czasie w kwiecie wieku! Jeśli nie węzełek to podsypią ci ziółek pod dywan i zaczynasz chorować nie wiadomo skąd. Albo np. 50 zł podrzucą, między sztachety włożą. Jak weźmiesz i wydasz to wszystkie pieniądze od ciebie odejdą i bieda cię dopadnie. (Wtedy najlepiej ten banknot do cerkwi zanieść, Broń Boże nie wydawać!).
Wydaje się jednak z ilości opowieści, że konie jakoś specjalnie są wrażliwe na czary i złe oko. Albo to "źli ludzie" najczęściej właśnie konia zazdrościli gospodarzowi, bo to był nie tylko pojazd ale i reprezentacja domu.
Znam kilka historii z końmi, których głownym motywem jest to, że chłop sobie jechał swoim wypasionym, pięknym konikiem zaprzężonym do furmanki gdzieś tam i po drodze minął jakąś osobę, np. starą babkę z błyszczącym spojrzeniem. I ona przystanęła i spojrzała. Czasem znał mijanego, a czasem tylko wiedział, kim jest. Czasem sobie pogadali, przyjaźnie, i chłop podwózł okazyjnie zachwyconego koniem człowieka do jego domu.
I nagle coś się zaczynało ze zwierzęciem dziać.
Koń zwalniał, wlókł się, nie działały na niego ponaglania, ani nawet bat, zaczynał się pocić i robić bokami. Chłop musiał zleźć z woza i pomagać koniowi go ciągnąć, aby z trudem, powoli dowlec się do swojego obejścia.
A czasem koń stawał w drodze i nie chciał ruszyć. Drżał i dyszał. Wtedy chłop albo sam wiedział co robić, albo spotykał znajomego, który pomógł mu sprawę zrozumieć.
Sposób na ten urok stosuje się do każdego uroczonego zwierzęcia, i człowieka też. Bo człowiek również może tego stanu dostąpić. I ja go kiedyś doznałam, nawet dwukrotnie, od przypadkowych klientów w czasach stałej pracy zarobkowej, więc mogę ci go z grubsza opisać, jak to jest subiektywnie. Przede wszystkim zaczyna bić serce bardzo mocno i nienormalnie przyspiesza oddech, robi się niesamowicie gorąco i wydaje ci się, że zaraz upadniesz. Kiedyś pomogłam dziewczynie, na którą pewien odrzucony przez nią chłopak rzucił taki zły czar i ona rzeczywiście zemdlała po drodze 2 razy, zanim do mnie dotarła.
Ale wracając do konia i sposobu na ten podstawowy urok.
Trzeba zdjąć z siebie bieliznę, koszulkę lub kalesony, albo nawet gatki (te najlepiej działają, he!), czyli ubranie mające najlepszy kontakt z ciałem, nasycone potem i zapachem człowieka i dokładnie przetrzeć całe ciało uroczonego zwierzęcia.
W jednym trudnym przypadku, o którym słyszałam, gdy koń położył się, mężczyźni z domu biedzili się nad nim pół nocy, przecierając go ubraniami, także sianem i słomą i dmuchając mu w nozdrza. Wreszcie wstał, urok przeszedł.
Jeśli chodzi o człowieka przecieranie jest ok, działa, ale najskuteczniejszy jest prysznic. (Mówię to, co sama sprawdziłam na sobie i znajomych). No, ale go czasem nie ma pod ręką, wtedy przetrzeć się można nawet własnym ubraniem, też pomaga.

Oprócz złego oka może być urok zadany na odległość. Na Podlasiu prosperują jeszcze takie czaruchy po wioskach, które za pieniądze zrobią co się chce, żeby zaszkodzić. Szkoda wtedy wydaje się przychodzić od losu i nie mieć żadnego związku z czarami. Opwiadano mi, że jednym gospodarzom młoda, piękna klacz, biegając po pastwisku nieszczęśliwie wplątała się w drut kolczasty, usiłując się uwolnić zrobiła sobie wielką ranę aż do kości na lewej przedniej pęcinie. Rana nie goiła się, mimo pomocy weterynarza, który ranę zdezynfekował, dał zastrzyk przeciw zakażeniu, dał też maści gojące. Noga nabrzmiała ropą i wydawało się, że zakażenie powiększa się i idzie w górę. Gospodyni poszła w tej sprawie do babki, czyli do szeptunki zamawiającej choroby. Mamy tu taką przed-dobrą staruszeczkę w sąsiedniej gminie, legendę Podlasia. Babka pomodliła się, poszeptała (zaklęć niestety nie znam, jest to tajemnica przekazywana z matki na córkę, z ojca na syna, podobno zdradzone niepowołanym i zapisane w internecie czy książce tracą moc działania), spytała czy koń liże sobie chorą nogę, ale gospodyni stwierdziła, że nie. "W takim razie ktoś źle życzył" - stwierdziła babka. Modlitwa pomogła o tyle, że zaraz jakoś gospodyni spotkała znajomą, której przypomniało się, że na takie ropne rany pomaga zielę arnika. Akurat kwitło w znanym jej miejscu. Nazbierała i przyniosła. Gospodyni robiła wywar z kwiatu arniki, moczyła w nim szmaty i nimi opatrywała chorą nogę klaczy. I cud się stał. Bardzo szybko ropa wyszła na zewnątrz i rana zabliźniła się bez śladu!

Opowiadano mi jeszcze, że zdarza się, że można samemu rzucić urok na swoje zwierzę, całkowitym przypadkiem. "Ale to musi być taka dziwna chwila, to tylko czasem działa. Człowiek nagle sam się zachwyca swoim koniem czy krową, staje się bardzo dumny i wtedy zaczyna się źle dziać"... Ważne jest więc, żeby nie popadać w euforię i pychę hodowcy w żadnym wypadku. Bo licho nie śpi. (Ten sam obyczaj potwierdza na Lubelszczyźnie pani Oliwia Górniak: wychwalanie źrebiąt, zwłaszcza młodych, może spowodować zauroczenie – w żadnym też wypadku, gospodarz nie może za takie pochwały dziękować!).
Także przy handlu zwierzętami są jakieś gusła. Pewnie i do koni się tyczą też. Najlepiej nigdy nie wpuszczać obcego człowieka do obory czy stajni, bo nie wiadomo co może nabroić i czego pozazdrościć. A jeśli już trzeba, i kupujący zwierzę ogląda przed zakupem dobrze jest trzymać w kieszeni uciętą słomkę. Czemu? Gdy spytałam, nie umiano mi wytłumaczyć. Chroni przed stratą pieniędzy chyba. Można też gdzieś w niewidocznym miejscu przy wrotach do obory czy stajni zawiązać czerwoną wstążeczkę od uroku.


Z informacji, które udało mi się zebrać poza tym, idąc chronologicznie. Konie na wsi przede wszystkim się karmi. Jest to czynność najważniejsza, decydująca, wszechogarniająca nawet, bo (obfite) karmienie uchodzi za panaceum na wszystkie problemy. W tym także np. – na zbliżający się poród, którego na wsi nie poprzedza stosowana w chowie racjonalnym głodówka.

Kiedy urodzi się źrebię, niektórzy powiadają, że dobrze jest dmuchnąć źrebięciu w nos, to będzie chodziło potem za człowiekiem. Czasem pomaga się klaczy wytrzeć mokre po urodzeniu źrebię wiechciem siana. Oczywiście – i słusznie – zwraca się uwagę na to, by źrebię jak najszybciej wstało i napiło się siary.



„Domowym“ sposobem na sprowokowanie oddania smółki jest zaś podanie klaczy w jakieś 12 godzin po porodzie 3 – 4 kg marchwi. Gdy źrebię napije się mleka tak nakarmionej kobyły – samo dostaje chwilowego rozwolnienia i potem lepiej się chowa.

Naturalnie – nie należy zapominać o czerwonej wstążeczce, chroniącej przed urokami.

Ojciec M., przez pierwsze 9 dni życia źrebięcia miał zwyczaj podawać mu jajka z cukrem: ile jajek kury zniosły, tyle źrebię (raz dziennie) zjadało.

Oczywiście ważną rzeczą przy ocenie źrebięcia (oprócz cech wskazanych powyżej, a cenionych przez handlarzy z uwagi na upodobania kulinarne Włochów: skądinąd – słusznie pytają czasem chłopi – czyż nie jest kabanosom albo salami wszystko jedno, czy miały za życia proste, czy krzywe nogi..?), jest jego maść. M. uważa, że ma w życiu pecha do koni gniadych, gniade mu się nie trzymają – lubi za to brudne kasztany.



W Świętokrzyskiem, czyli w rejonach dla których miejscem targowym jest Bodzentyn, kasztanów się zwyczajowo nie ceni, mawiając, że kasztany to gałgany i sprzedając za pół ceny. Z kolei, jak mi podaje p. Oliwia Górniak, z internetowego forum Re-Volta, w lubelskiem zwyczajowo nie ceniło się siwków, zbywając je czym prędzej i za byle co – dopiero ostatnio, jak podaje jej informator, gusty się odmieniły i teraz siwy koń zimnokrwistych pod Lublinem (na terenie gminy Firlej, skąd informator pochodzi) się ceni. Za to właścicielka zaprzyjaźnionej stajni arabskiej w Puszczy Mariańskiej, komentując moje ogłoszenie o zbieraniu tego rodzaju informacj, podaje, że w jej okolicy gospodarze przestrzegają przed końmi z rybim okiem, bo te mają na pewno „nierówno pod sufitem“. Podaje też sposób na kolkę i inne uroki, szerzej omówiony wyżej przez Ewę z Kresowej Zagrody, z tym jednakowoż szczegółem, że konia należy przecierać koniecznie kroczem starych portek gospodarza, a po przetarciu, strzepać owe portki na cztery strony świata. Po porodzie zaś – zakopać „żeby się młode dobrze chowało“ łożysko klaczy pod progiem stajni.

Gdy młody koń skończy około roku, czasem (coraz rzadziej – i też, coraz to trudniej idzie…) zaczyna się go przyuczać do ciągnięcia wozu, czyli „zakładać“. M. ceni „zakładanie“ najpierw w parze z bardziej doświadczonym koniem (a że o takie coraz trudniej, stąd i mało już „źróbek“ i „źróbków“ zakładanych…), a dopiero potem w pojedynkę. Każdy gospodarz mu tu przy tym swój „system“. M., jako że nie lubi bić konia, po udanym założeniu uprzęży i podpięciu wozu, bije batem w wóz. Jak koń raz ruszy do przodu – będzie chodził. Anonimowy komentator pod moim wpisem (stąd nie wiem, z jakiej okolicy…) relacjonuje sposób zasłyszany, wedle którego w tej sytuacji należy podpalić koniowi pod brzuchem gazetę – a pójdzie na pewno! Ten sam Anonimowy potwierdza, jako kolejny świadek, sposób z przepoconą koszulą lub onucami – dodając wszelako, że koniecznie należy przecierać pod włos i koniecznie trzy razy. Przy tym, wedle przekonań tamtejszych gospodarzy, koń może dostać kolki, jeśli na pastwisku zje… pióra!

Inny Anonimowy relacjonuje wierzenie, wedle którego w żadnym razie nie wolno machać na konia miotłą – bo „uschnie“. Wolno natomiast machać kijem od miotły, o ile trzyma się go tak, żeby machał kij, a nie „część robocza“ miotły.

Moi informatorzy uzupełnili ten obraz o cały szereg innych szczegółów. „Bicia w rękę“, czyli przybijania ile za ile, przy dobiciu targu – sam nigdy nie widziałem, choć to zwyczaj ogólnie znany, bo jeszcze staropolski, o ile nie starszy. Nigdy też nie widziałem litkupu, o którym pisze mi p. Oliwia z Lublina, choć zwyczaj ten i w moich stronach nie jest nieznany, a tylko coraz rzadziej się go stosuje (plus dla zwolenników trzeźwości narodu!): kupujący winien postawić i wypić ze sprzedającym flaszkę.



Kupujący powinien mieć ze sobą kantar, bo "nie sprzedaje się konia ze skórą". Skórą = skórzanym kantarem (za p. Oliwią). M. potwierdza, że obowiązkiem sprzedawcy jest wydać kupującemu konia (naturalnie, odkąd obowiązują paszporty – z paszportem!) i postronek – żeby mógł go sobie na postronku odprowadzić – ale nie kantar.

Pani Oliwia podaje także, że w Lubelskiem: Kiedy sprzedaje się konia handlarzowi, nie można pozwolić by to on wyprowadził konia ze stajni. Trzeba wyprowadzić ze stajni i dać konia przed stajnią. Jeśli handlarz wyprowadzi konia – to za tym jednym, wyprowadzi potem całą stajnię. (Jak widać, taki sam zwyczaj, choć szerzej uzasadniany i wzbogacany o pewne szczegóły, przestrzegany jest także na Podlasiu).

Ponadto, nadal stosuje się stare dobre porzekadło: "darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby". To obowiązywało zawsze, dlatego, że jak np kupiec brał 3 konie i sprzedający dorzucał konia (oczywiście zazwyczaj chorego), nie powinno się zaglądać mu w zęby, żeby nie urazić sprzedającego.

Zarówno w Lubelskiem, jak i w Radomskiem, gdzie my gospodarzymy, po zakończeniu transakcji i dobiciu targu, sprzedający musi oddać kupującemu pewną kwotę (zwyczaj ten potwierdza też jeden z komentujących mój wpis Anonimowych). Tyle tylko, że u nas zwyczajowo rzuca się te pieniądze na ziemię. M. mówi, że za nogami – na szczęście. Przy tym, czym więcej sprzedający rzuci, tym więcej się szczęści, a czym więcej drobnych, tym więcej ma źrebiąt kobyła. W Lubelskiem, jak podaje informator pani Oliwii, takie traktowanie uchodziłoby za obraźliwe dla kupującego: Sprzedający daje kupującemu kilka złotych w monetach, tzw za kopytami. Powinno się je dać do ręki. Jeśli sprzedający rzuci je na ziemię i kupujący podniesie te pieniądze - ten koń pójdzie do piachu. Nieraz po zakończonej transakcji sprzedający rzucając monety na ziemię obraża kupującego. W normalnych warunkach powinno się je dać do ręki.



W obu wypadkach w każdym razie, kupujący powinien te pieniądze dać dziadowi pod kościołem, lub księdzu. Zwyczaj ten wydaje się szeroko w Polsce rozpowszechniony, bo i jeden z Anonimowych komentujących mój wpis, musiał zaobserwować jego zastosowanie: po bardzo długich targach, przybiciu "piątki" i wydaniu przez kupującego całej sumy w gotówce - sprzedający oddał kupującemu ostatni banknot pięćdziesięciozłotowy, pomimo, że wcześniej o te 50 złotych za nic nie chciał już z ceny zejść. Ale nie wiem, czy to można uogólniać na zwyczaj.

Jak na razie tylko z Lubelskiego, dzięki pomocy p. Oliwii, mam informacje nt. „zmory“. Co to takiego zmora? Podobnoż siódma córka gospodarza ☺. Zmora odpowiedzialna jest za uparte i złośliwe plątanie grzywy koniom – gdy się przyczepi, ile by nie czesać i ile odżywek na włosie nie stosować, rano grzywy zawsze splątane! Sposób na zmorę? Powiesić w stajni lustro. Gdy się w nim przejrzy – ucieknie ze strachu. Gdy lustro nie pomaga, trzeba końcówki włosia w grzywie podciąć sierpem – koniecznie przerdzewiałym. Jest też i trzeci sposób: przybić nad stajnią wronę albo srokę…

Jest to wszystko powyżej tak, jak w podtytule zaznaczyłem, tylko „wstępny zarys tematu“. Na dłuższe poszukiwania już nie miałem czasu, choć M. twierdzi, że zna w bliższej lub dalszej okolicy kilku starych gospodarzy i starych handlarzy, których opowieściami niejedno grube tomisko dałoby się wypełnić. Oczywiście, jeśli tylko nadarzy się po temu okazja (a pewnie się nadarzy, M. ciągle nie kupił sobie „źróbki“..!) – wrócę do tego fascynującego tematu. Jeśli ktoś z Państwa zechce się przyłączyć i wspomoże mnie tego rodzaju informacjami – tym lepiej!

Nawet, jeśli żadna z końskich gazet nie zainteresuje się tematem - to może uzbieramy razem tyle materiału, że z tego wyjdzie książka..?

3 komentarze:

  1. W Kołbieli też nie ceniło się siwków.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mieszkam w mazowieckim i też o zmorach słyszałam, ale tylko tyle, że grzywy koniom plątały i że nawet dokładne zamknięcie drzwi do stajni/obory nie pomagało, gdyż mogły się one przez najmniejszą nawet dziurkę od klucza przecisnąć...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...