niedziela, 13 maja 2012

Wyścigi jutro i pojutrze. Memoriał o przyszłości wyścigów konnych w Polsce

Nasza Czytelniczka i blogerka Kamphora pyta - co może robić sensownego po powrocie na ojczyzny łono? Pytanie to - a i ostatnie dwa wpisy, które też były swoistymi "recyklingami", naprowadziło mnie na pomysł, aby zaprezentować Państwu materiał, który przygotowałem w roku 2008. Wisiał on potem przez dłuższy czas na mojej dawnej stronie - już nieczynnej, bom ze 2 lata temu nie zapłacił rachunku u Apple'a i stronę mi skasowało. Próbowałem też zainteresować nim różne czynniki oficjalne, nieoficjalne i prasowe - bez skutku, nikogo to nie obchodziło.

Minęły 4 lata od czasu, gdy to pisałem. Po drodze Totalizator Sportowy Sp. z o.o. (gdzieś tak około roku 2003 byłem przez bardzo krótki czas doradcą prezesa tej firmy, stąd wiedza o grach wideo...) zamówił sobie u Francuzów za ciężkie pieniądze "strategię dla Służewca" - Francuzi napisali podobno toczka w toczkę to samo co ja, łącznie z pomysłem wyprowadzki treningu do Kozienic. Nic oczywiście z tego nie wynikło i nie zanosi się na to, aby wyniknąć miało. Omyliłem się też sądząc wtedy, że Kozieniec "były, są i będą państwowe" - bo właśnie je sprzedano. Służewiec zaś po dawnemu jest na najlepszej drodze do zamknięcia i tylko siła bezwładności trzyma go jeszcze przy życiu.

Jaki jest związek tego tekstu z pytaniem Kamphory? Żaden. Po prostu mi się skojarzyło - i tyle. Czego się spodziewam po publikacji tego tekstu? Niczego. Być może niektórzy z Państwa przeczytają go z pewnym zajęciem - acz wartość takich rozważań jest wysoce teoretyczna. W praktyce bowiem - potwierdza się od dawna znana prawidłowość, że w Polsce po prostu - nic nie ma prawa się udać... I to właściwie jest cały związek z pytaniem Kamphory: planowanie biznesu to sztuka. Sztuka dla sztuki. Bynajmniej między Tatrami a Bałtykiem. Natomiast codzienne życie - to zupełnie co innego. Jedno z drugim - nie ma żadnego zgoła związku...
 
 
 Maszyna startowa w Aszchabadzie, 2012
 

 
Wyścigi konne w świecie współczesnym to wyłącznie rozrywka i hazard. Jeśli ktoś się z tym nie zgadza podnosząc strategiczne, selekcyjne znaczenie wyścigów dla hodowli koni, pytam: a ileż to pułków kawalerii nasza niezwyciężona armia wystawia, aby hodowla koni w ogóle miała jakieś znaczenie dla państwa? Otóż, jak wszyscy dobrze wiedzą, ani jednego i to już od 60 lat. Koni można w Polsce w ogóle nie hodować i nie będzie to miało żadnego wpływu na funkcjonowanie państwa, gospodarki czy czegokolwiek w tym guście. Wcale to nie znaczy, że uważam, iż koni w Polsce hodować nie należy – wręcz przeciwnie, sam to robię: bo lubię i mam to za swoje życiowe posłannictwo. Nie mógłbym żyć bez koni, jak kilkadziesiąt tysięcy (jeśli nie więcej) innych ludzi w tym kraju. Odkąd jednak zająłem się końmi poniekąd zawodowo, uważam się za pracownika przemysłu rozrywkowego. Jeśli kogoś takie określenie razi, to widać brak mu dystansu do samego siebie i poczucia realizmu.

Nie znaczy to także, iż w Polsce wyścigów konnych być nie powinno. Niektórzy twierdzą zresztą, że to zbyt okrutne i lepiej by było, gdyby „kochane koniki“ nic nie robiły, tylko pasły się na rozległych sawannach i biegały na swobodzie. To tani sentymentalizm, także pozbawiony jakiegokolwiek związku z rzeczywistością. Wyścigi konne istotnie SĄ potrzebne bardzo wielu hodowcom koni, a przede wszystkim samym koniom – bez ciężkich, najcięższych prób dzielności konie szybko stracą wszystkie te przymioty, których nabyły przez tysiąclecia służby człowiekowi i za które tak je kochamy: rączość, wytrzymałość, energię. Przy tym wszystkim uważam jednak stanowczo, iż ani państwo polskie, ani też żadna z państwowych osób prawnych (jak Totalizator Sportowy Sp. z o.o.) nie tylko nie ma żadnego obiektywnego interesu, ale też nie ma moralnego obowiązku do tego, aby wyścigi konne czy hodowlę koni dotować czy wspierać jakimkolwiek bądź kosztem. Jeśli ktokolwiek w wyścigi inwestuje, powinien to robić kierując się nadzieją na godziwy zysk.

1.    Czy na wyścigach konnych można zarabiać?

Nie trzeba badań marketingowych aby twierdząco odpowiedzieć na to pytanie. Skoro udaje się to setkom torów wyścigowych na całym świecie – nie tylko w takich gospodarczych potęgach jak Stany Zjednoczone czy Japonia, ale nawet w Czechach czy na Słowacji – to dlaczego miałoby się nie udawać w Polsce? Powiedzmy sobie szczerze: wyścigi w Polsce są w takim stanie, w jakim są na skutek szczególnego zbiegu okoliczności, wśród których nie ostatnim jest i ten, że lokalizacja najważniejszego toru wyścigowego, na warszawskim Służewcu, jest tak atrakcyjna inwestycyjnie iż do tej pory, ktokolwiek tylko dostawał ten tor do ręki, wcześniej czy później zaczynał robić co w jego mocy, aby ten koński interes zwinąć i podzielić teren na działki budowlane… Co, w wyidealizowanych warunkach jest rozwiązaniem na pewno optymalnym: za zyski ze sprzedaży Służewca można by kilkadziesiąt torów w całej Polsce wybudować i wcale by jeszcze mała reszta po tym nie została! Nie jest to zresztą takie znowu abstrakcyjne. Skąd w końcu wziął się Służewiec? Jeszcze w latach 30. wyścigi konne rozgrywano w okolicach obecnej ul. Polnej na Polach Mokotowskich. Ponieważ teren ten był coraz to atrakcyjniejszy inwestycyjnie, zawiadujące nim Ministerstwo Spraw Wojskowych zdecydowało przenieść i tor i lotnisko (które też tam wtedy było) 5 km dalej od centrum i część ziemi sprzedać pod zabudowę. Zysków starczyło i na budowę najnowocześniejszego wtedy w Europie toru wyścigowego, który swój pierwszy sezon rozpoczął tuż przed wybuchem wojny, i na budowę lotniska na Okęciu, a i pewnie co nieco zostało. Co ciekawe, nawet nie trzeba było całych Pól Mokotowskich zabudowywać – bo przecież i park całkiem spory po nich pozostał i Biblioteka Narodowa…

Oczywiście, realnie rzecz biorąc, wyprowadzenie wyścigów ze Służewca jest mniej więcej tak samo prawdopodobne jak samolotów z Okęcia. Choćby dlatego, że teren ten nie ma jednego gospodarza, który mógłby o nim samodzielnie decydować – jak zrobił to przed wojną ówczesny Minister Spraw Wojskowych (nazywał się Józef Piłsudski…). Nawet dzierżawiąc teren toru wyścigowego na 30 lat, Totalizator Sportowy Sp. z o.o. musi się liczyć ze zdaniem właściciela, którym jest Skarb Państwa w wielu skądinąd osobach, a także ze zdaniem użytkowników – Polskiego Klubu Wyścigów Konnych oraz ogółu trenerów i właścicieli koni wyścigowych, którzy będą się trzymali Służewca za wszystkich sił i za wszelką cenę. Choćby dlatego, że nie uwierzą w żadne obietnice – nie po tylu latach gorzkich zawodów.

Trzeba zatem skonstruować strategię możliwie bliską optymalnej, a gwarantującą, że wyścigi uda się odrodzić i uda się to zrobić przy okazji na tym zarabiając. Wymaga to spełnienia szeregu warunków:
i)    Wyścigi konne muszą stać się popularną rozrywką, gromadzącą nie kilkunastu „stałych bywalców“, a wielotysięczne tłumy: i to w każdy weekend w trakcie sezonu, a nie w dniu derbowym. W miarę możliwości nie tylko w Warszawie i Wrocławiu. W miarę możliwości nie tylko na żywo, ale i przed telewizorem.
ii)    Stawianie na wyścigach musi być łatwe i możliwe nie tylko na samym torze: z całą pewnością także przez internet i, jeśli to tylko będzie możliwe, także w zwykłych kolekturach lotka. W pewnym stopniu wyścigi konne mogą zastępować nielegalne w Polsce gry wideo o wysokiej wypłacie: gdyby transmisję można było oglądać w całym kraju, mając jednocześnie możliwość stawiania zakładów (np. poprzez telewizję kablową w wybranych kolekturach?), byłaby cała dramaturgia i emocje jakie gry wideo zapewniają i do kolektur mogliby przyjść całkiem inni niż w tej chwili klienci…
iii)    Infrastruktura wyścigowa musi być wykorzystana możliwie intensywnie. Obszar toru wyścigowego na Służewcu powinien zostać ograniczony tylko do terenu i obiektów niezbędnych dla realizacji zakładanych celów. Z całą pewnością obiekty treningowe powinny zostać przeniesione poza Warszawę. Jednocześnie, na terenie toru/torów, powinny się odbywać możliwie liczne i urozmaicone imprezy dla szerokiej publiczności.
 
Finisz w Aszchabadzie, 2012

2.    Służewiec jako rodzinne centrum rozrywki

Nie mając alternatywy dla obecnej lokalizacji toru wyścigowego w Warszawie, trzeba do maksimum wykorzystać jej atuty. W tym celu kompetentny architekt powinien, przy pomocy kilku osób doświadczonych dokonać audytu istniejącego obiektu, kierując się następującymi przesłankami:
i)    Obiekt docelowy powinien być możliwie przyjazny i otwarty dla szerokich rzesz Warszawiaków. Naturalnie, z zachowaniem zasad bezpieczeństwa (bezpieczeństwa dla koni, a nie ochrony!) i nie bez – odpowiednio wyeksponowanej i dobrze ze wszystkich stron widocznej – enklawy snobistycznego luksusu: nic tak nie przyciąga tłumów zwykłych zjadaczy chleba jak możliwość otarcia się o włos o znane twarze i nazwiska, podjeżdżające w wielkich limuzynach i zgrabnych sportowych wozach osobnym (ale dobrze widocznym) podjazdem na własny parking skąd – niezupełnie niewidocznym dla pospólstwa – przejściem udają się na doskonale wyeksponowany taras dla VIP-ów gdzie wdzięcznie przygrywa im kameralna orkiestra smyczkowa w XVIII-wiecznych strojach, a wyfraczeni kelnerzy serwują szampana i tartinetki z kawiorem, dyskretnie przyjmując przy tym zakłady… W dniu rozgrywaniu derb bezwzględnie powinien powrócić konkurs na najpiękniejszy damski kapelusz. Z niemałą nagrodą: aby paniom chciało się w nim wystąpić! Dziennikarze prasy kolorowej powinni być szczególnie hołubieni i w razie, gdy uda się potwierdzić przybycie Ważnego Gościa, odpowiednio wcześnie o tym informowani. Przyciągnie to także samych Ważnych Gości: w końcu ich byt zależy od bywania w miejscach, gdzie są dostrzegani… Akurat istniejące trybuny na Służewcu doskonale się do tego nadają, bo dokładnie wedle takich zasad je projektowano! Natomiast co do zasady, to każdy powinien móc wleźć wszędzie, lub prawie wszędzie – i to z dziećmi, wózkami, lodami, watą cukrową i psem. Także do stajni – gdzie tylko powinien czuwać jakiś przytomny człowiek, który dziecku próbującemu karmić konia watą cukrową da po łapach! Nie ma się czego bać: na Służewcu nie ma hodowli koni, by trzeba było chronić źrebne klacze i małe źrebięta, zachowując minimum zdrowego rozsądku można go w całości udostępnić zwiedzającym i nikomu nie stanie się krzywda. Każde dziecko powinno móc poklepać po szyi konika, czy spróbować go wyczyścić szczotką i zgrzebłem, a także przejechać się na kucyku lub bryczką. Opinia potoczna o koniach wyścigowych jest niezwykle niesprawiedliwa: poza samym dniem gonitwy, gdy każdy prawdziwy sportowiec, a takim przecież jest koń wyścigowy, przeżywa zrozumiały stres, nie ma łagodniejszych i milszych koni niż służewieckie folbluty… W przerwach między gonitwami publiczność powinna być zabawiana przez orkiestrę dętą (np. strażacką – co skądinąd doskonale wpisuje się w zasady rządów koalicyjnych – z PSL; oczywiście jeszcze lepsza byłaby orkiestra konna – jak w 1841… tylko skąd taką dzisiaj wziąć?), klownów, żonglerów lub kaskaderów popisujących się dżygitówką. Ci, którzy nie dojrzeli do wysublimowanej sztuki oceny konia podczas prezentacji na paddocku, powinni móc przejechać się na ustawionej przed torem karuzeli lub na diabelskim młynie (a gdyby tak diabelski młyn na środku toru? Widok z góry byłby jedyny w swoim rodzaju!), albo spędzić całe popołudnie na torze gokardowym lub na kręglach. Innymi słowy – Służewiec powinien być pełnowymiarowym, rodzinnym centrum rozrywki. Dobrym przykładem jest tor wyścigowy Partynice we Wrocławiu, gdzie jest i miasteczko westernowe, i plac zabaw dla dzieci i wiele innych atrakcji – na terenie o wiele od Służewca mniejszym! Oczywiście, wszystko to wymagać będzie remontu istniejących trybun i być może niejakiej ich przebudowy – ale ten koszt jest tak, czy inaczej, nieunikniony… Szkoda tylko robić to bezmyślnie, bez wizji tego, czemu obiekt ma służyć i jak ma wyglądać, aby można było na nim zarabiać pieniądze.
 
 Tor wyścigowy w Aszchabadzie. Widok na tor z trybuny VIP. Lobby z maszynami totalizatora (można obstawiać gonitwy na wszystkich 6 torach wyścigowych w kraju). Wnętrze stajni. Wnętrze salonu VIP. 2012 rok.

ii)    Służewiec potrzebuje przystosowanej do rozgrywania wszelkiego rodzaju sportów jeździeckich hali widowiskowej. W tej chwili jedyną halą która nadaje się do organizacji takich imprez w samej Warszawie jest hala Torwaru – ale określenie, że „nadaje się“, wcale nie znaczy, że jest do nich naprawdę dobrze przystosowana. Wiele ośrodków jeździeckich poza Warszawą posiada o wiele bezpieczniejsze i wygodniejsze (choć nie tak wielkie) hale niż Torwar – i hala na Służewcu powinna się na którymś z nich (np. na wielkopolskim Jaszkowie) wzorować. W służewieckiej hali co tydzień, przez cały rok, powinna się odbywać jakaś impreza jeździecka (jak nie zawody, to chociaż pokazy lub otwarte konsultacje trenerskie – na które, w aglomeracji liczącej sobie co najmniej kilkanaście tysięcy osób czynnie uprawiających sporty jeździeckie, byłoby ogromne zapotrzebowanie!). Co miesiąc zaś, powinna się odbywać jakaś większa impreza. Oczywiście, przy hali musiałby powstać hotel dla koni oraz hotel typu bead&breakfast dla ludzi. Oprócz hali potrzebne są też czworoboki i parkury na wolnym powietrzu do uprawiania sportów jeździeckich. Z uwagi na swoje położenie, Służewiec byłby bardzo konkurencyjny jako hotel dla koni sportowych – pod warunkiem stworzenia ich właścicielom warunków dla treningu. Tego rodzaju klienci zapewniliby pełne wykorzystanie hali przez wszystkie dni w tygodniu – a wraz z dochodami ze sprzedaży biletów, reklamy i z czynszów np. od placówek gastronomicznych i handlowych – zwrot z inwestycji. W tej chwili miesięczna opłata za trzymanie konia w pozbawionej jakichkolwiek udogodnień treningowych stajni w Łazienkach przekracza 3000 złotych. Na Służewcu mogłaby być podobna – i byłoby to bardzo fair, pod warunkiem wybudowania hali i innych niezbędnych obiektów. Mnożąc to na przykład przez 100 miejsc w pensjonancie..?
iii)    Wszystkie obiekty i teren, który nie jest niezbędny dla rozgrywania gonitw oraz organizacji pokazów i imprez na świeżym powietrzu, dla funkcji rodzinnego centrum rozrywki i dla funkcji hotelu – ośrodka treningowego dla koni sportowych powinny, o ile nie podlegają ochronie prawa, zostać rozebrane i przeznaczone pod zabudowę. Deweloper, który przejmie ten teren, powinien m.in. pokryć koszty remontów i inwestycji na samym torze a także, budowy od podstaw nowego ośrodka treningowego poza Służewcem. Oczywiście, ośrodek ten powinien zostać uruchomiony zanim zostanie zamknięty istniejący tor roboczy! Mamy w tej chwili kryzys na rynku nieruchomości. Żaden deweloper nie zdoła jednak tego terenu zabudować w trzy miesiące. Już szybciej zajmie mu to dwa lub trzy lata – a do tego czasu kryzys powinien się skończyć. Poza tym, lokalizacja Służewca jest tak dobra, że żaden kryzys nie zmniejsza jego atrakcyjności…
 
Zaplecze toru w Piatigorsku, 2005 rok. Wkrótce potem obiekt ten przeszedł gruntowną przebudowę - wykonaną przez inwestora francuskiego.

Konieczne są także pewne usprawnienia organizacyjne:
i)    Gonitwy powinny być rozgrywane punktualnie, sprawnie i w miarę możliwości jak najbardziej emocjonujące dla publiczności. Nie wiedzieć dlaczego na Służewcu celebruje się moment wchodzenia koni do maszyny startowej – i często są z tym naprawdę poważne problemy, od czasu do czasu rozsadzające grafik. Ponieważ maszyna startowa na ogół jest daleko od trybun, publiczność niewiele z tego widzi, poprzestając na komentarzu spikera. Jest to dziwaczne, dla wielu nudne, a dla koni – niebezpieczne. Tym bardziej, że od lat wiadomo, w jaki sposób można bezpiecznie nauczyć każdego lub prawie każdego konia sprawnego wchodzenia do maszyny startowej. Na Służewcu robi się to, ale sposobem wielce archaicznym, nie uwzględniającym sprawdzonych na wielu torach wskazówek Monty Robertsa. Uważam, że należy zbudować urządzenie służące do nauki wchodzenia do maszyny startowej wedle metody Monty Robertsa a on sam, lub któryś z jego uczniów, powinien przeszkolić wszystkich trenerów i dżokejów w jej stosowaniu. Oczywiście, będą narzekać – ale to wyłącznie ich problem; żaden koń, który nie ukończył „kursu wchodzenia do maszyny startowej“, nie powinien być dopuszczony do gonitwy.
ii)    W ostatnich czasach sprowadzano do Polski głównie takie reproduktory pełnej krwi angielskiej, które dawały potomstwo późno dojrzewające i raczej wytrzymałe niż szybkie. W efekcie gonitwy na krótszych dystansach, sprinterskie, które z natury są najbardziej emocjonujące dla publiczności, mają zwykle dość słabą obsadę. Na Służewcu jest też dość dużo gonitw dla koni czystej krwi arabskiej, które zawsze są wolniejsze niż gonitwy dla folblutów a – jak słyszałem – mają się jeszcze w dodatku rozgrywać na dłuższych niż do tej pory dystansach, co uczyni je jeszcze bardziej rozwlekłymi. Może to nudzić publiczność. Tym bardziej wskazane wydaje się, przynajmniej przejściowo, póki sytuacja sama się nie unormuje, zwiększyć liczbę gonitw przeszkodowych. Mogą one trwać dłużej i rozgrywać się na dłuższych dystansach, ale i tak pozostają emocjonujące dla publiczności. Rzecz jasna, trzeba w tym celu naprawić bardzo już sterane wiekiem płoty.
iii)    Oprócz wyścigów konnych, na Służewcu powinno się odbywać wiele innych imprez. Najbardziej oczywistym pomysłem są targi i wystawy rolnicze – od początku wyścigów w Warszawie, jeszcze w XIX wieku, te dwa rodzaje imprez zawsze odbywały się razem (najczęściej w maju – i do takiej tradycji można by powrócić). Tu akurat Ministerstwo Rolnictwa powinno pomóc organizatorowi. O ile bowiem hodowla koni nie ma już żadnego znaczenia dla polskiej gospodarki, to hodowla krów, świń, owiec, kóz, uprawa zbóż, ziemniaków i innych roślin, a także produkcja różnego rodzaju przetworów z tychże, produkcja maszyn na potrzeby tejże produkcji, itd. – a już owszem, jakieś znaczenie ma! Fundując nagrody na wystawę, Ministerstwo Rolnictwa o wiele efektywniej wyda pieniądze podatników, niż fundując dotacje. Nagrody dla najlepszych zmobilizują ich konkurentów i sąsiadów – w efekcie, postęp będzie nieproporcjonalnie duży w stosunku do włożonych w organizację takiej imprezy środków. Są to argumenty, których urząd nie może zbyć byle czym. Zresztą, producenci maszyn czy środków do produkcji rolnej z chęcią taką imprezę sfinansują, wykupując pakiety sponsorskie. Przy odpowiedniej organizacji, może to być impreza ciekawa dla licznej publiczności. Jest na nią duże zapotrzebowanie jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że jedyna tego rodzaju duża impreza odbywa się w Poznaniu, jesienią. Oprócz targów, na Służewcu mogą się odbywać wszelkiego rodzaju imprezy plenerowe – a po wybudowaniu hali, także wszelkiego rodzaju imprezy pod dachem. Organizacja imprez plenerowych wymaga skutecznego rozwiązania problemu: w jaki sposób, nie niszcząc wrażliwej murawy toru, przeprowadzić ludzi, maszyny i zwierzęta w obszar najmniej na Służewcu wykorzystany, a zarazem największy – na środek toru? Jeśli to się uda, efektywność wykorzystania infrastruktury wzrośnie znakomicie. Radykalnym pomysłem byłby… tunel?
iv)    Wszelkie imprezy organizowane na Służewcu powinny możliwie jak najszerzej uwzględniać kontekst lokalny – powinny integrować lokalną społeczność. Przysporzy to tysięcy nowych i wiernych klientów, a przy okazji znakomicie ułatwi praktyczne funkcjonowanie tego, hałaśliwego przecież, przynajmniej od czasu do czasu, obiektu. Jest wiele sposobów na taką integrację. Przy okazji targów i wystaw rolniczych nie od rzeczy byłoby organizować pokazy koni hodowanych przez hodowców bazujących w okolicach Warszawy: koszt takiej imprezy dodatkowej jest praktycznie zerowy (komisje: weterynaryjna i sędziowska, które i tak są potrzebne dla imprezy głównej, popracują godzinę dłużej…), a satysfakcja potencjalnych wystawców – którzy nie powinni z tego tytułu ponosić wygórowanych opłat: nieoceniona! Jeśli na hali będzie się odbywała wystawa psów czy kotów rasowych, dla mieszkańców Warszawy można zorganizować konkurs na najpiękniejszego kundla czy dachowca. Mieszkańcy najbliższej okolicy powinni mieć ułatwiony wstęp na teren toru. Dziennikarze lokalnej prasy, radia i telewizji, powinni rutynowo być powiadamiani i zapraszani (z dużym wyprzedzeniem) na każdą organizowaną imprezę. Po wybudowaniu hali okoliczne szkoły powinny otrzymać ofertę odbywania choć części lekcji w-f w siodle za niewielką odpłatnością. Na każde ferie szkolne i święta powinna zostać przygotowana specjalna oferta.
v)    Rzecz jasna, nie powinny w ogóle odbywać się takie imprezy, które nie przynoszą zysku. Z tego punktu widzenia jest kwestią do rozważenia, czy oprócz gonitw weekendowych, organizować też, w trakcie sezonu, gonitwy w dni powszednie? Może – póżnym wieczorem, przy oświetleniu sztucznym? To by było nawet atrakcyjne dla widowni – ale rzecz wymaga kalkulacji, uwzględniającej przede wszystkim oczekiwane dochody z totalizatora…
vi)    Nie wymaga chyba szczegółowych rozważań to, iż wszystkim tym działaniom powinna towarzyszyć odpowiednia reklama oraz nieustanne poszukiwanie reklamodawców i sponsorów.
 
Maszyna startowa w Piatigorsku, 2005 rok.

3.    Ośrodek treningowy poza Warszawą – zło konieczne, czy kura znosząca złote jaja?

Na dobrą sprawę zarządzający torem mógłby zlikwidować jego część treningową bez słowa wyjaśnienia. W końcu trening koni wyścigowych to biznes jak każdy inny i jak kto nie ma gdzie tego robić – to jego problem… Byłaby to jednak postawa mało realistyczna. Po tylu latach nie wypłacania nagród i ogólnego braku środków mało kto z właścicieli koni i trenerów ma środki na przeprowadzkę. Prowokowanie ogólnego rozgoryczenia i buntu to nie jest metoda prowadzenia interesów. Poza tym, czy taki ośrodek treningowy to koniecznie zły interes?

Ośrodek treningu koni wyścigowych nie jest zbyt kosztownym przedsięwzięciem – zwłaszcza, gdy robi się to na dużą skalę, dla 800 – 1000 koni (a taki byłby potrzebny, by zastąpić służewiecki). Stosunkowo najkosztowniejsza jest przestrzeń. Minimalny promień łuku, zalecanego dla toru wyścigowego to 175 m, minimalna długość prostej to 400 m – więc najmniejszy możliwy tor treningowy to działka o wymiarach 750 x 350 m, wcale nie tak mało. Oczywiście, im większy tor, tym bezpieczniejszy (zwłaszcza, jeśli idzie o promień łuku). Teoretycznie zalecany jest tor prosty – bez łuków, o długości od 1200 do 2500 m: mało jest takich na świecie, bo to już bardzo wyśrubowany wymóg jeśli idzie o przestrzeń. Jednak ziemia w odległości zbliżonej do 80 – 100 km od Warszawy nie jest droga. Być może zresztą, ten największy problem można by rozwiązać w ogóle bezkosztowo? Gdyby tak zaprosić do spółki którąś z najbliższych Warszawie państwowych stadnin koni? Najkorzystniejsze komunikacyjnie i najpewniejsze (bo były, są i zapewne po wiek wieków będą państwowe!) wydają się Kozienice. Fakt, bardzo zaniedbane i z nie najlepszą opinią jeśli idzie o utrzymanie koni – ale też właśnie dlatego, budowa u nich takiego ośrodka byłaby dla Kozienic ogromną, historyczną szansą!

Sam tor treningowy, piaszczysty, wymaga dobrego odwodnienia, być może lekkiej poprawy naturalnej nawierzchni (dobrze sprawdzają się drobnoziarniste piaski rzeczne – akurat w okolicach Warszawy powszechne! – zmieszane z odpadową włókniną; badania nad optymalnym podłożem dla jeździectwa prowadzi Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu, warto po nie przy tej okazji sięgnąć) -  i codziennego bronowania. Nie taki to znowu wielki luksus!

Stajnie to generalnie proste, łatwe i szybkie w budowie oraz niedrogie obiekty. Wymagają tylko dostępu do zimnej wody i elektryczności. Nie potrzeba żadnego ogrzewania, konie w najgorszą zimę same sobie nachuchają jak trzeba… Do tego karuzele, jakieś place do jazdy, być może lonżowniki (gdyby – po doświadczeniach z nauką wchodzenia do maszyny startowej – choć część trenerów zasmakowała w metodzie Monty Robertsa). Hotel dla personelu. Być może jakieś działki budowlane, które można by sprzedać trenerom i dżokejom – po niewygórowanych cenach, na kredyt może? Przy okazji budowy, dałoby się pewnie i jakąś niedrogą ofertę budowlaną dla nich zapewnić, zwłaszcza w czasach zastoju na budowlanym rynku – aby ułatwić im organizację „drugiego“, a właściwie to tego ważniejszego domu (w końcu więcej czasu spędza się na treningu niż na gonitwach). Będzie to bolesne tak, czy inaczej, ale da się to zrobić w miarę humanitarnie i co najmniej bez strat finansowych.
 
Finisz w Piatigorsku, 2005 rok.

Wątpliwe, by udało się przenieść poza Warszawę istniejący na Służewcu szpital dla koni. Problemem nie jest infrastruktura – ta jest tam akurat bardzo prymitywna, a odtworzenie dużo lepszej nie stanowi wobec całości inwestycji wielkiego problemu. Kłopot w tym, że większość lekarzy jednocześnie ma praktykę w SGGW – i wątpliwe, by chciała się dokądkolwiek przenosić. Trudno. Na pewno trzeba, przy takim skupisku koni, zapewnić stałą opiekę lekarską w zakresie podstawowych zabiegów ochronnych i pielęgnacyjnych, a także możliwość szybkiej interwencji lekarskiej w najpowszechniejszych wśród koni schorzeniach morzyskowych (kolkach) i najbardziej typowych urazach, jakie zdażają się w czasie treningu. Infrastruktura ambulatoryjna powinna być tak zaplanowana, aby w przyszłości łatwo ją można było rozbudować do rozmiarów pełnowartościowej kliniki.

W perspektywie ośrodek taki może generować zyski! Przede wszystkim, na całym obszarze Wspólnot Europejskich nigdzie nie ma tak niskich cen na usługi związane z treningiem koni, jak w Polsce. Oprócz koni trenowanych na potrzeby wyścigów w Polsce, mogłyby tam zatem przebywać i konie z zagranicy. W miarę rozwoju wyścigów, pojawiałyby się stopniowo także konkurencyjne, prywatne ośrodki treningowe. W tej sytuacji nie od rzeczy byłoby zorganizować przy Centralnym Ośrodku Treningowym dla koni wyścigowych szkołę dla trenerów i dżokejów. W Ośrodku mogłyby także – raz lub kilka razy do roku – odbywać się treningi otwarte dla publiczności lub wręcz gonitwy (albo inne zawody jeździeckie). Wiosną lub latem powodzeniem mógłby się cieszyć Piknik z Koniem Wyścigowym – a jesienią: Wyścigowy Hubertus. Hotel Ośrodka mógłby także oferować wczasy w siodle. Wreszcie – przy Ośrodku mógłby powstać Centralny Rynek Aukcyjny dla koni wyścigowych – z aukcją główną i kilkoma mniejszymi na jesieni każdego roku. Polskie konie wyścigowe są bardzo tanie – i to jest wbrew pesymistom, wielka szansa na zarobek: na ich sprzedaży do innych celów niż wyścigi (do sportów jeździeckich przede wszystkim) i zagranicę.

4.    Wyścigi pojutrze – czyli wyjść poza Warszawę!

Dwa i ćwierć toru wyścigowego (te ćwierć to rzadko używany tor w Sopocie) w prawie 40-milionowym kraju to absurdalnie mało. Oczywiście, powszechna dostępność transmisji z gonitw jest pierwszym i najważniejszym krokiem do popularyzacji tej rozrywki – ale, bądźmy szczerzy, kto nigdy nie doświadczył emocji związanych z gonitwą na żywo, nie zafascynuje się telewizyjnym czy komputerowym obrazkiem! Dlatego gonitwy, przynajmniej sporadycznie, powinny odbywać się w jak największej liczbie miejsc na terenie kraju.

Pierwszym i najważniejszym strategicznie miejscem dla odnowienia wyścigów jest Poznań. W Poznaniu wyścigi mają najdłuższą w całej Polsce tradycję. Jest to jedna z najbogatszych w kraju aglomeracji i stolica regionu przodującego w hodowli koni. Jest to także miasto położone bardzo blisko Berlina, stąd można liczyć i na zagraniczną klientelę. Brak wyścigów w Poznaniu jest niezrozumiały – tym bardziej, że od dawna regularnie odbywają się tam kilka razy do roku duże imprezy jeździeckie, a na terenie Targów Poznańskich – jedyna poważna, ogólnokrajowa wystawa rolnicza, na której prezentowane są także konie.

Dokładne sprecyzowanie liczby torów wyścigowych wymaga przeprowadzenia badań marketingowych. Zasadniczo, można by z góry przyjąć, że tory takie powinny dzielić się na trzy kategorie:
-    pełnowartościowe tory wyścigowe, na których gonitwy organizowane są przez cały sezon (tj. co najmniej od kwietnia do listopada): na pewno musi to być Warszawa, Wrocław, Poznań, ale też, najprawdopodobniej, jakieś miejsce na terenie konurbacji górnośląskiej oraz Kraków; być może więcej, przy czym w zasadzie powinno się to rozwinąć w sposób naturalny i organiczny, stopniowo;
-    tory wyścigowe, na których odbywa się kilka mityngów wyścigowych w ciągu roku, zasadniczo zaś, poza sezonem, służą do celów treningowych i do uprawiania sportów jeździeckich: z całą pewnością Sopot, ale takie tory powinny powstać także w innych popularnych kurortach letnich – na Pomorzu Środkowym, na Pomorzu Szczecińskim, na Mazurach, w okolicach Torunia, być może także wzdłuż tzw. Ściany Wschodniej (Podlasie, okolice nadbużańskie, Lubelszczyzna), której atrakcyjność turystyczna rośnie;
-    tory treningowe oraz miejsca przystosowane (trawiaste lotniska, zamarznięte jeziora, itp.), na których przygodnie mogą się raz do roku odbywać imprezy wyścigowe: w zasadzie powinno tak być wszędzie, gdzie tylko są takie możliwości i pojawi się jakaś lokalna inicjatywa w tym kierunku; koszty organizacji takich imprez są niewielkie, a oprócz doraźnych zysków liczy się także edukacja jak najszerszych mas przyszłych klientów.

W przyszłości, obok koni pełnej krwi angielskiej i czystej krwi arabskiej oraz koni półkrwi i kłusaków (we Wrocławiu), powinny być także organizowane gonitwy dla poszczególnych ras półkrwi z osobna: dla koni małopolskich (na dłuższych dystansach), dla koni wielkopolskich (być może gonitwa przeszkodowa?). Powinien zostać określony maksymalny udział przodków pełnej krwi w rodowodach uczestników takich gonitw i powinny być one organizowane wyłącznie dla koni hodowli polskiej. Miałoby to niebagatelne znaczenie hodowlane, a przy tym, mogłoby przyczynić wyścigom wielu zwolenników: koni wielkopolskich i (zwłaszcza) małopolskich ze stosunkowo niewielkim procentem krwi pełnej w żyłach jest w Polsce wielokrotnie więcej niż koni pełnej krwi, ich udział w wyścigach wrocławskich jest praktycznie żaden (ścigają się tam konie formalnie wpisane do ksiąg półkrwi, ale w praktyce posiadające do 75% pełnej krwi przy 25% krwi… arabskiej na ten przykład!), nie ma dla nich w zasadzie żadnych rozsądnych prób dzielności i ich hodowcy z pewnością chętnie by się do takich wyścigów zapisywali. Mogłaby to być duża szansa dla któregoś z mniejszych/sezonowych ośrodków wyścigowych. W innym takim ośrodku można by, dla odmiany, organizować gonitwy dla ras „egzotycznych“ w naszym kraju: dla koni budionowskich, kłusaków orłowskiego, Quarter Horse, koni achałtekińskich i całej reszty – bardzo kolorowej – która skostniałe ramy odziedziczonego po komunie „systemu hodowlanego“ w Polsce rozsadza.
 
Finisz w Pardubicach, 2008. Gonitwa amatorska

Budowa, a zwłaszcza utrzymanie trawiastego toru wyścigowego jest w warunkach polskich nie lada wyzwaniem – nie tyle nawet finansowym, bo w końcu to tylko trawa – co raczej organizacyjnym: potrzeba naprawdę wielkiej staranności i trochę czasu, by dochować się odpowiadającej realnym potrzebom murawy. Wysiłek przy jej utrzymaniu nigdy nie ustaje: cały czas trzeba dbać o optymalną wilgotność, nasłonecznienie, nawożenie i chronić murawę przed nieuniknionymi uszkodzeniami mechanicznymi. Tym niemniej, w dalszym ciągu jest to o wiele tańsze niż budowa i utrzymanie toru dla Formuły 1!

Remont i przebudowę Służewca, budowę nowego ośrodka treningowego poza Warszawą i odbudowy pozostałych torów dobrze jest przeprowadzić teraz: gdy trwa kryzys, a paliwo, robocizna i materiały budowlane są stosunkowo tanie. Również zapotrzebowanie na hazard i (tanią dla przeciętnego gościa) rozrywkę, które poprawiają samopoczucie, podnoszą samoocenę i dają możliwość do wyładowania frustracji – będzie przez najbliższe, ciężkie skądinąd lata, wyłącznie rosła. Dlatego jestem przekonany, że postępując konsekwentnie i trzymając się raz obranej wizji, nie można na tym interesie stracić…

36 komentarzy:

  1. Dziekuje, drogi Jacku, za wyroznienie ;)

    Wyscigi konne, powiedziec musze to wprost, sa nieoplacalne. Bycie trenerem koni wyscigowych (co tez nieszczesliwie zaliczylam) bynajmniej nie wiaze sie z podniesiona stopa zyciawa - ba, trzeba trafic wybitnego konia, ktory wyniesie na szczyty. Wiadomo od lat, iz to kon tworzy czlowieka (przynajmniej na wysigach).
    Tym bardziej w sytuacji ekonomicznej, jaka obecnie panuje na swiecie, wyscigi jako rozrywka mas zjechaly na pobocze. Zreszta nie nadarmo nazywane sportem krolow; tyle kasy trzeba wylozyc, ze faktycznie jedynie krolowie i ich pochodni mogli sobie pozwolic na utrzymanie koni, vide krolowa Elzbieta, zarowno matka jak i corka. U czempiona brytyjskiego, Sir Michaela Stoute w naszym miescie, koszt treningu 1 konia to ponad 500 funtow tygodniowo dla samego trenera. Plus inne oplaty; w sumie zamyka sie... suma iscie krolewska!
    Sluzewiec, w ktorym wzrastalam od 1988 roku, przewiduje (juz bez zalu i sentymentow) ze jednak padnie w ciagu nastepnych kilkunastu lat. Toz to trup reanimowany wielokrotnie, zimny i sztywny juz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W 2008 roku nie przewidywałem, że chwilowe "zaburzenia na rynku" będą trwać i trwać i trwać... i że po 4 latach nic, ale to nic nie będzie wskazywać na to, że kryzys ma się w jakikolwiek bądź sposób ku końcowi... i prawda: o ile jeszcze 4 lata temu wyścigi gdzieniegdzie na świecie miały się dobrze, remontowano tory i budowano nowe - to teraz została już tylko Turkmenia, gdzie trzyma tę branżę wola Najczcigodniejszego...

      Co nie zmienia faktu, że organizator totalizatora dalej mógłby zarabiać. Gdyby chciał...

      Usuń
    2. Ale, kryzys zapanowal na calym swiecie (no moze oprocz Emiratow Arabskich, gdzie disel jest tanszy niz woda, szejkowie sponsoruja wyscigi, glownie wlasnymi wierzchowcami obsadzane, nie ma podatkow i wogole to mozna lezec pod palma). Trenerzy wyscigowi ledwo ciagna, a Sluzewiec ciagnie glownie dzieki Kazachom i innym obcokrajowcom (uklony w strone Sabiny i Samiha Plavac!) ktorzy sprowadzaja konie z Anglii i Irlandii... bo rodzima hodowla podupada, jak zreszta profesor Grabowski lata tamu pisal, konie pelnej krwi degeneruja sie poza ich naturalnym srodowiskiem, i potrzebny jest ciagly naplyw swiezej krwi... Dlaczego sukcesy Korabia, Omena w latach 80.-tych, a obecnie posucha, latwo sobie wytlumaczyc.
      Pazywiom, uwidim, ale dla mnie wyscigi i hodowla xx to juz z lekka piesn przeszlosci, jako najzwyczajnieszy zbytek!

      Odnosnie Totalizatora, toz to przeciez chodzi o parumilionowy (w zielonej walucie, rzecz jasna) majatek ziemski niemal w centrum miasta... ech tylko koni zal!

      Usuń
    3. Pod względem "zbytkowności" wyścigi niczym się nie różnią od dowolnego innego sportu konnego. Bo konie - inne niż mięsne - w ogóle nie są obecnie nikomu do niczego potrzebne!

      Usuń
    4. Ja od dobrych paru lat obserwuje wyscigi w ich kolebce - tu chodzi wylacznie o blichtr! Pokazanie sie na wyscigach w ciuchach za tysiace (funtow, a jak) jest w jak najlepszym tonie. Podobnie jak wypolerowane, najlepszych marek samochody. Wedlug mojego skromnego zdania, wszystko padnie, na leb, na szyje. Zal tylko tych malych trenerow, ktorzy tyraja od rana do nocy...

      Usuń
    5. Nie widzę niczego złego w snobiźmie. Ten jest i tak lepszy od bardzo wielu jego rodzajów...

      Usuń
    6. Oj, jakbys wlazl w to srodowisko to podejrzewam, ze mialbys nieco odmienne zdanie...

      Usuń
    7. Myślisz że moje konie to do pługa czy na kotlety? To jest snobizm w czystej, jakimkolwiek praktycyzmem nie skażonej postaci..!

      Usuń
    8. Taki snobizm to co innego. Ja mowie o srodowisku zwiazanym z wyscigami; to srodowisko mnie skutecznie wyleczylo z mojej wielkiej, wieloletniej milosci do wyscigow... Paradoksalnie, w swiatowej kolebce wyscigow konnych wlasnie.

      Usuń
    9. Może powinnaś, dla odzyskania "świeżości" wpaść gdzieś, gdzie wyścigi są dalej wielkim świętem i radością - a za 500 funtów to można konia rok trenować..?

      Chciałabyś pojechać do Aszchabadu - albo przynajmniej: do Piatigorska? Wszystko jest do zrobienia...

      Usuń
    10. Za 500 funtow, ale tygodniowo :).
      Znam Piatigorsk, znam wielu ludzi z Kazachstanu gdzie wyscigi dopiero sie rozwijaja (nawiasem mowiac masa polskich koni tam ostatnio trafila), dzieki Bogu wyscigi w Polsce nie sa na takim poziomie jak na zachodzie bo juz dawno by mi obrzydly i nie spedzilabym na Sluzewcu 18 lat.

      Nie Jacku, doszlo juz do tego ze ja na wyscigi nie moge patrzec. Z wielkiej milosci zmienily sie we wstret, niestety.

      Usuń
  2. A, na pierwszym urlopie emigracyjnym, pierwsza osoba spotkana na Sluzewcu byl emerytowany trener, czlonek Komisji Technicznej, Miroslaw Stawski. Dobrze zrobilas ze wyjechalas, powiedzial, bo tu juz przyszlosci nie ma. Nie wracaj.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem przeciwniczką wyścigów i to straszną...
    Jacku, czy gniewasz się jeszcze na mnie...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A z czego ten Twój sprzeciw wobec wyścigów - i to aż straszny - wynika?

      I przypomnij mi, kiedy to się na Ciebie pogniewałem, że mam się "jeszcze" gniewać - bo nie pamiętam :-) ?

      Usuń
    2. Po pierwsze dzięki:)
      Po drugie, z powodu przedmiotowego traktowania tych zwierząt. Jak silnik zatrzesz w wyścigowym aucie, to idzie na złom i jest to normalne, natomiast w wyścigach konnych dzieje się tak samo, tylko, że tam mamy czujące chcące żyć zwierzęta, które niekoniecznie chcą przekraczać granice swych możliwości dla zaspokojenia naszej próżności i przyjemności. Ciągle można przeczytać, czy usłyszeć jak koń padł bijąc rekord, jak złamał nogę, kręgosłup itd. Poza tym wszystkim istnieje jeszcze problem z emerytowanymi końmi, one po prostu idą na mięso. Gdzieś już pisałam jak byłam na zawodach w Bogusławicach i tam było widać stosunek jeźdźców do koni, oni nie stanowią drużyny, reagują agresją w stosunku do konia jeśli im coś nie wyjdzie, to co widziałam tam pokryło mi się z tym co słyszałam, choć uwierz mi, że chciałam zobaczyć coś innego i dlatego powiedziałam, że więcej tak jak nie pójdę do cyrku, tak również nie pójdę na zawody i wyścigi...

      Usuń
    3. i wiem, że są wyjątki, muszą być!

      Usuń
    4. Po pierwsze - w żadnym ze sportów jeździeckich (nie jestem pewien rajdów - to chyba wyjątek...), ani na wyścigach - od lat - ba! - od dziesięcioleci żadnego rekordu nie pobito. Tym samym - nie mogłaś "słyszeć że jak koń padł bijąc rekord". Istniejące rekordy szybkości na wyścigach pochodzą sprzed - średnio - półwiecza. Nie bije się ich (to słynne zjawisko jest...) - bo to się nie opłaca: o wiele łatwiej wygrać dzięki zastosowaniu odpowiedniej taktyki, niż dzięki posyłaniu konia jeszcze szybciej...

      Po drugie - Ty nie jest przeciw wyścigom. W Bogusławicach jako żywo - żadnych wyścigów nie ma i nigdy nie było. Ty jesteś przeciw WSZELKIM sportom jeździeckim, czy tak?

      Po trzecie - oczywiście masz prawo do swojego zdania. Skądinąd jednak: czy ktoś obiecywał, że ten świat to miłe i przyjazne miejsce, w którym wszyscy wszystkich kochają i głaszczą miłośnie po główce..? Sport jest piękny - ale wszystko ma swoją cenę. Na ogół - to, co zaobserwowałaś istotnie jest normą. Dla sportowca koń to tylko narzędzie. I cóż z tego..?

      Po czwarte - akurat wyścigi, wbrew temu co się potocznie słyszy - są, a przynajmniej potrafią być - o wiele "przyjaźniejsze" dla koni od sportów jeździeckich (w "slangu zawodowym" - "wyścigi" i "sport" to przeciwieństwa - i w żadnym razie NIE WOLNO jednego z drugim mylić!). Naprawdę radzę: wpaść na Służewiec. Nie na gonitwę - tylko po prostu, na teren - każdego dnia oprócz niedzieli wczesnym rankiem, od 6.00 do 10.00 pracuje tor roboczy, są treningi, przejażdżki - można zobaczyć "od kulis" jak to działa...

      Usuń
    5. Oj Jacku, rekordy padaja, jeszcze przed moja emigracja na wlasne oczy widzialam, i ze dwa lata temu tez na Sluzewcu jakis rekord zostal pobity. A z perspektywy osoby, ktora od kuchni widziala wszystko przez grubo ponad dwie dekady musze powiedziec, ze nic nie jest tak mile jak sie wydaje, nawet na Sluzewcu...

      Usuń
    6. Jacki jak wyścig można wygrać inaczej niż po prostu gnając konia szybciej? O jakiej taktyce piszesz?

      Usuń
    7. Takiej samej jak na wyścigach kolarskich chociażby: jeśli w gonitwie bierze udział więcej niż jeden koń z tej samej stajni, to już jest drużyna - drużyna pracuje na lidera. Jest to zresztą sztuka wielce subtelna i skomplikowana i Kamphora więcej mogłaby o tym opowiedzieć...

      @ Kamphora
      Jak chodzi o Polskę, to my jesteśmy 100 lat za Murzynami - ale kiedy ostatni raz pobito jakiś naprawdę poważny rekord?

      W Kentucky Derby - do tej pory najlepszy czas ma Sekretariat (1973). Fakt, jak spojrzałem na wyniki z Newmarket - jest sporo rekordów z lat 90., a w Epsom Derby - nawet z 2010 roku. Generalnie jednak, uczyli mnie na zajęciach, że "postęp hodowlany" jako zwiększanie prędkości konia - już ustał, została osiągnięta granica biologicznych możliwości w tym zakresie - i teraz chodzi tylko o to, aby tę sprawność utrzymać.

      Usuń
    8. Mam ksiege rekordow wyscigowych, musialabym zajrzec i cos zacytowac. A o Sluzewiec mi chodzi w tym sensie, ze pobijane sa rekordy lokalne, na danym torze, bo ciezko porownac rekordy z poszczegolnych torow jako ze warunki na nich roznia sie (dlugosc prostej, kat zakretow itp itd)

      Usuń
  4. W kraju naszym wszystko jest nieopłacalne...;)O pomyśle na to co robić w Polsce, nie będę na razie pisać, bo od chyba pół roku chodzę z głową większą od aktualnego brzucha jak sobie urządzić życie, żeby nie powiedzieć przy spotkaniu z kostuchą, że je zmarnowałam...Przynajmniej w aspekcie zarabiania na nie.
    Mnie osobiście wyścigi nigdy nie pociągały. Uczono mnie w szkole średniej o ważności w selekcji folblutów...(bazowaliśmy materiale hodowlanym z SK Jaroszówka); cóż z tego, jeśli i tak największą estymą darzono konie mające sukcesy w WKKW?
    Z resztą, to chyba jednak bardziej wszechstronne sprawdzanie dzielności i użyteczności koni, zamiast gonitw.
    Co do gonitw płotowych- Pardubicka czy Liverpoolska- dla mnie to barbarzyństwo z niektórymi przeszkodami i nikt mi nie powie, że to selekcja najlepszych. Goowno prawda, że tak się wyrażę brzydko.
    Służewieckiego nie wdziałam na żywo.
    Na torze ogólnie rzecz biorąc byłam dwa razy- i to tylko na Partynicach. Raz na gonitwie, drugi - w ramach przeglądu hodowlanego.Sama gonitwa...hmmm... chyba najbardziej ekscytowały się dziewczyny ze stajni- widząc swoich pupili....;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaroszówka, Partynice - znajome tereny!

      Czyżby Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu..?

      A co do wyścigów - jak ktoś bardzo nie chce - bakcyla nie złapie. Myśmy złapali...

      Usuń
    2. Tupaja, wlasnie wyscigi plotowe czy przeszkodowe w zadnej mierze nie sa selekcja pod wzgledem hodowlanym, bo konie pelnej krwi selekcjonuje sie na szybkosc wylacznie... W zasadzie po latach zamydlania samej sobie oczu, ze wyscigi takie fajne sa, i takie naturalne dla koni musze powiedziec (po odmydleniu) ze kazde wlasciwie wyscigi to barbarzynstwo...

      Usuń
    3. Życie jest okrutne - i nieuchronnie kończy się śmiercią!

      Usuń
    4. Jaroszówka- powiązanie z Technikum Hodowlanym w Chojnowie. UP Wrocław- później, ale ja jeszcze z czasów AR, z tym, ze ochrona środowiska na Wydz. Rolniczym.

      Usuń
    5. Ja tylko podyplomowe u pani dr Jodkowskiej - czyli w sumie: nic poważnego. Ale Wrocław - kocham!

      Usuń
    6. Jacku, ale hodowli koni pelnej krwi nie mozna nazwac hodowla, bo to stricte produkcja jest... Jak zreszta kiedys chyba niedawno zmarly prof.Chachula pisal - PRODUKCJA konia :)

      Usuń
  5. 3 maja robiłem z rodziną wycieczkę łódką między wrocławskimi wyspami - podobało mi się, super.

    ja też kocham Wrocław - kocham od soboty popołudnia do niedzieli wieczorem

    od poniedziałku do piątku nie lubię go szczerze, wtedy kocham prowincję

    OdpowiedzUsuń
  6. Jacku, rzeczywiście nikt mi nie obiecywał, że życie będzie łatwe i przyjemne, ale czy to oznacza, że mam się godzić na wszystko, na znęcanie się nad zwierzętami, na gwałty, mordy itd., a może sama mam naciągać granice swojej moralności, albo cieszyć się, że ktoś je rozszerza, bo wtedy mnie też będzie wolno więcej. Właśnie dlatego, że nikt mi nie obiecywał niczego dobrego, ale również dlatego, ze nikt mnie nie straszył niczym złym, mam wszelkie prawo do ustalenia własnych zasad moralności i strzec ich (o ile oczywiście są w zgodzie z obowiązującym prawem i nie naruszają wolności drugiego człowieka), jak również mówić o nich. Zwierzęta są istotami żywymi i czującymi, podporządkowaliśmy je sobie i czerpiemy z nich korzyści, ale czy to oznacza całkowicie przedmiotowe ich traktowanie. Jacku i napisałam, że byłam na zawodach w Bogusławicach, nie na wyścigach i zważ sam, czy nie lepiej czerpać więcej przyjemności i radości z obcowaniem z koniem i jazdą w miarę w zgodzie z nim samym, widzieć jego radość, emocje, stworzyć z końmi prawdziwą stadną rodzinę,niż czerpać satysfakcję siebie samego z wygranych zawodów, czy wyścigów, często kosztem zdrowia konia. Ja uważam, że ten pierwszy sposób życia pozwala żyć bogaciej, uwrażliwia nas i daje nam więcej satysfakcji z życia, dlatego będę promować za wszelka cenę otwarty umysł na wszystko co żywe, w miejsce pustej satysfakcji z wygranej, nikt mi nie powiedział,że świat musi być pełen okrucieństwa i ohydy, to ja kreuję mój świat i rzeczywistość, w której żyję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To bardzo piękne co piszesz. Nie mam najmniejszego zamiaru zabraniać Ci myśleć i robić jak chcesz. Kłopot w tym, że jeśli wyciągnąć dalsze konsekwencje z Twoich założeń - to dochodzimy do wniosku Niewzorowa, że na koniach jeździć w żadnym razie nie wolno. A idąc jeszcze dalej - do ostatecznego wniosku, że najlepiej położyć się i natychmiast umrzeć. Bo póki żyjemy - ZAWSZE jakiejś istocie sprawiamy ból (choćby tym krówkom czy króliczkom, czy innym takim...).

      Jeśli Ty się przed tak daleko idącymi wnioskami powstrzymujesz - to nie dlatego, że między nimi a Twoim założeniem istnieje jakaś logiczna bariera - bo żadnej takiej nie ma. Nie brak też ludzi, którym wystarcza konsekwencji i śmiałości, żeby do tej ostatecznej konkluzji dojść!

      Staram się akceptować ten świat takim, jaki jest. Nie tylko z dobrem, ale i ze złem, jakie zawiera. Albowiem te jego właściwości są ze sobą zmieszane nierozdzielnie. Próba eliminacji zła nieuchronnie prowadzi też do eliminacji dobra.

      Bez sportu, wyścigów i bez przedmiotowego traktowania koni - koni nie będzie w ogóle. To tylko kwestia czasu...

      Usuń
  7. A życie samo w sobie jest piękne, już sam cud narodzin i istnienia samego w sobie jest czymś wspaniałym. Pamiętam jak pełna problemów uczelnianych i osobistych, brałam mojego psa na spacer na łąki, (a mieszkałam wtedy w mieście i byłam panną) szłam pogrążona w myślach, myśląc o różnych problemach i ważnych sprawach i nagle mój pies do mnie podbiegał i tak po prostu z czystej radości doskakiwał mi do twarzy, lizał i odbiegał dalej szaleć (a ważył prawie tyle co ja). To właśnie wtedy zrozumiałam, że życie jest czymś cudownym, że sam fakt istnienia daje radość mojemu psu, wiatr w sierści, bieg, wąchanie kwiatów i to, że jestem obok, zrozumiałam też wtedy że wszystkie problemy kiedyś miną, a życie pozostanie, niesamowity błękit nieba, kolorowe kwiaty na łące, powietrze pachnące, życie jest wartością samą w sobie najwyższą, najcenniejszą rzeczą jaką ma każda żywa istota. Mój pies o którym tu mowa zmarł w wieku trzech lat na nowotwór (wada genetyczna), wszyscy płakaliśmy, nie udało się go uratować, mogłabym rzec, że życie jest okrutne, ale powiem to co czuję, że dziękuję (choć nie wiem komu...)za każdy dzień, każdą chwilę i wszystko czego mnie nauczył mój pies Biżu, zawsze będę go kochać, ale jest to możliwe tylko dzięki podmiotowemu traktowaniu zwierząt, podobną poezję w sercu czuję gdy myślę o koniach...

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie zgadzam się z argumentem, że bez zła nie może zaistnieć dobro jest nieweryfikowalny. Ja nie przeżeram się mięsem, jemy tylko tyle aby nie uczynić sobie krzywdy, nazywa się to umiarkowany wegetarianizm, zamierzam też jeździć na naszych koniach, z jak największym szacunkiem dla nich samych, być może to tylko próby zmierzające do uczynienia świata troszkę lepszym, ale staram się żyć na tyle dobrze na ile pozwala mi rzeczywistość w jakiej się urodziłam, być może to za mało, ale staram się...
    Nie rozumiem też dlaczego bez wyścigów i zawodów koni miałoby nie być w ogóle? Przecież to kwestia promocji odpowiednich wartości, ja wiem że najłatwiej sprzedaje się treści niewymagające, ale kiedyś trzeba przecież zacząć ludzi uczyć przyswajania treści bardziej złożonych, to tak jak z czytaniem książek, promuje się w społeczeństwie telewizję i treści na bardzo niskim poziomie (programy rozrywkowe, seriale) nie wymagające wysiłku intelektualnego. Natomiast czytanie wymaga wysiłku, jest bardziej kosztowne niż płytkie treści, ale za to daje o wiele więcej, refleksji, zmusza do myślenia, wzbogaca nasze życie, rozszerza horyzonty, czytając można z życia czerpać więcej satysfakcji, tylko trzeba to pokazać innym, że można zrezygnować z telewizji na rzecz książek, że to tak jakby żyć w dwóch światach jednocześnie, w tym realnym i tym wirtualnym, że można podróżować, poznawać innych ludzi, inne światy, wzbogacać swoją wiedzę, kształtować wyobraźnie. Ja naprawdę wierzę w to, że można żyć inaczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja wolę nikogo niczego nie uczyć...

      Usuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...