czwartek, 31 maja 2012

Pigmalion żmudzki

Gdybym chciał opowiedzieć tę historię jak należy, musiałbym to zrobić kilka razy – jak Akira Kurosawa w filmie Rashōmon. Tyle bowiem z jednego życiorysu energicznej i łapczywej życia Włoszki, którą los rzucił w żmudzkie puszcze da się sklecić historii (i filmów…) – ile może być punktów widzenia, ile ocen, ile interpretacji: ilu zdradzonych mężów i porzuconych kochanków wreszcie! Że jednak właśnie się dowiedziałem z czerwcowego numeru „Nowej Fantastyki“, że Państwo macie już mózgi fizycznie zmienione surfowaniem po sieci i dublujące się informacje odrzucacie bez udziału świadomości – poprzestanę na relacji najkrótszej, jak to tylko możliwe, pomijając przy tym wątki dla istoty sprawy mniej ważne.

Maria Neri urodziła się we Florencji w roku 1778. Nie! Nie musicie w tym momencie włączać Wikipedii. Choć niewątpliwie na to zasługuje – nie doczekała się jeszcze swojego hasła biograficznego. Opowiadam jej historię głównie na podstawie publikacji dwóch jej potomków w piątym pokoleniu, braci Andrzeja i Iwo Załuskich. Trafiliśmy z Lepszą Połową na ślad tej postaci poniekąd przypadkiem – szukając materiałów do historii konika żmudzkiego.
Maria Neri

Rodzina Neri przeniosła się do Wenecji, gdzie jej ojciec prowadził gospodę. Pod dach tejże gospody w roku 1796 trafiło dwóch Polaków – Żmudzinów, emigrantów – wygnańców po powstaniu kościuszkowskim: Tadeusz Wysogierd, wojski wileński i Kajetan Nagurski, chorąży powiatu szawelskiego i ex-członek Rady Najwyższej Rządowej Litewskiej (naczelnego organu administracyjnego na Litwie w czasie powstania).

Wiadomo: klęska, wygnanie, beznadzieja, ale… smalić koperczaki do obdarzonej pięknym głosem i boskim ciałem osiemnastolatki to przecież nie przeszkadza! Obaj goście zakochali się w córce swojego gospodarza – i obaj osiągnęli sukces, tyle że po kolei. Pierwszemu udało się Tadeuszowi, który co prędzej wywiózł kochankę do Florencji. Tam znalazł ich Kajetan – i po ostrym starciu, odebrał dziewczynę przyjacielowi.

Tu kończy się przelotna miłostka w karczmie, a zaczyna – romans. Kajetan Nagurski bowiem, postanowił ze swojej szynkareczki uczynić wielką damę. Maestro Załuski sugeruje, że zrobił tak pod wpływem Jana Jakuba Rousseau „Pigmaliona“.

17 listopada 1796 roku w Carskim Siole zmarła Katarzyna II. Jej syn i następca Paweł I, ogłosił wkrótce potem amnestię dla Polaków. Z amnestii postanowił skorzystać także protektor i kochanek Marii. Zabrał ją ze sobą do Warszawy, podówczas – prowincjonalnego, pogranicznego miasta Prus. Tutaj najął dla niej damę do towarzystwa i nauczycieli, którzy mieli nauczyć ją wszystkiego, co potrzebne jest damie z wyższych sfer: manier i etykiety, panowania nad sobą, francuskiego, poezji, literatury, ogólnej wiedzy o świecie.

Sam zaś – pojechał na Litwę odzyskiwać skonfiskowany przez carat majątek. Co mu się udało – ale zajęło sporo czasu. Nie mogąc – także z powodu jakichś trudności ze strony władz pruskich – wrócić do Warszawy po Marię, wysłał tam w swoim zastępstwie starszego już wiekiem przyjaciela, Apolinarego Morawskiego – ojca słynnego w swoim czasie pamiętnikarza, Stanisława Morawskiego, któremu też zawdzięczamy relację z tego spotkania. Mimo dużej różnicy wieku, Apolinary z punktu uległ czarowi młodej damy – zostali kochankami za plecami niczego nie podejrzewającego Kajetana.

Gdy rzecz się wydała, pan Nagurski zabrał wreszcie Marię z Warszawy na Litwę i tam poślubił. Bardzo się jednak pogorszyło jego zdrowie. Gdy Kajetan zmagał się z żółtaczką przykuty do łóżka, jego młoda żona romansowała z 22-letnim Ludwikiem Pacem, który pomieszkiwał po sąsiedzku. Zdesperowany Kajetan Nagurski przerwał ten romans wyjazdem do Wiednia, gdzie spodziewał się znaleźć lek na swoją chrobę. Nic mu to nie pomogło i w 1802 roku Maria Nagurska stała się młodą, bogatą i niezwykle popularną w arystokratycznym towarzystwie wdową.

W tym samym czasie nowym generał-gubernatorem wileńskim został Levin August von Benningsen. Maestro Iwo Załuski trochę przesadza pisząc, że to generał-major Benningsen zabił Pawła I. Na ogół przyjmuje się, że dokonał tego raczej kapitan Jakow Skariatin. Nieprawdopodobnym jest też twierdzenie, jakoby spisek przeciw Pawłowi I został zainspirowany, czy wręcz zawiązany przez jego najstarszego syna, Aleksandra – skomplikowany, pełen kompleksów i fobii charakter Aleksandra I czyniłby z niego marnego spiskowca. Rola syna w zamachu na Pawła I nie jest do końca jasna. Prawie na pewno wiedział że istnieje spisek i że będzie dążył do detronizacji ojca na jego korzyść. Szczegóły, skoro po ponad 200 latach nie udało się dojść prawdy, pewnie już na zawsze pozostaną tajemnicą. Wydaje się jednak, że spisek był dziełem Płatona Zubowa – ostatniego kochanka Katarzyny II, którego Paweł pogonił w knieje, odsuwając od zaszczytów i dochodów (a te były mu nieustannie potrzebne, bo prowadził bardzo kosztowny tryb życia – do tego stopnia, że zainspirował II i III rozbiór Polski: dla pruskiej łapówki i majątków, które spodziewał się zagarnąć…) – oraz jego kliki, do której generał Benningsen, z pochodzenia Hanowerczyk w służbie rosyjskiej od 1764 roku, jako protegowany Zubowa, również należał. Jeśli ktokolwiek z zewnątrz inspirował ten spisek – to była to raczej brytyjska ambasada w Petersburgu, niż Aleksander I…

W każdym bądź razie klika Zubowa w wyniku udanego zamachu stanu wróciła do łask – a Benningsen dostał generał-gubernatorstwo wileńskie. Oraz piękną wdówkę Marię, młodszą od niego o 23 lata, która szybko została jego kochanką.

Co do wiarygodności melodramatycznej sceny zerwania między Marią a generałem Benningsenem – nie znalazłem żadnych źródeł pozwalających zweryfikować „legendę rodzinną“, którą Maestro podaje. Być może zatem rzeczywiście tak właśnie było: jak Telimena Tadeuszowi w „Panu Tadeuszu“, tak Maria generałowi dała kluczyk do tylnych drzwi swoich wileńskich apartamentów – „zadatek kochania“ – wyznaczając mu jednocześnie konkretne dni i godziny odwiedzin. Generał pragnął jej ciała na wyłączność – i przyszedł nie w porę, poza swoją kolejnością. Zastając Marię w łóżku z Michałem Kleofasem księciem Ogińskim, świeżo rozwiedzionym z Izabellą z Lasockich, matką dwóch jego synów: Tomasza Antoniego i Franciszka Ksawerego. Świeżo też powróconym z popowstaniowej emigracji na ojczyzny łono – i na łono pięknej Marii, którą być może – ale tego nawet ich potomkowie nie są pewni – znał już przed kilku laty w Wenecji.

Według braci Załuskich: Michał Kleofas jest kompozytorem melodii „Mazurka Dąbrowskiego“. I wielu innych utworów, z polonezem „Pożegnanie Ojczyzny“ (który, z kolei, wedle niektórych muzykologów, jest jednak kompozycją jego stryja, Michała Kazimierza – przyznam szczerze, że jako nie-specjalista, nie mam w tej materii zdania, a stryj z bratankiem chyba się, w grobach leżąc o to nie pokłócą..?) na czele.


Wedle „legendy rodzinnej“, kiedy Maria zaszła w ciążę, książę Michał zaproponował jej małżeństwo. I tym sposobem Maria stała się księżną Ogińską i osiadła w Zalesiu, w połowie drogi między Wilnem a Mińskiem. Rzecz jednak jest dość skomplikowana i coś mi się tu nie zgadza z terminami: Amelia (która później poślubiła Karola Załuskiego – i stąd w tej historii pra-pra-prawnukowie Marii i księcia Michała, panowie Załuscy. Galicyjscy hrabiowie zresztą, bo po powstaniu listopadowym ta gałąź rodziny osiadła w Iwoniczu, zakładając tam znane uzdrowisko – dzieło Amelii Załuskiej.) urodziła się albo 10 grudnia 1805 roku (jak podaje poświęcony jej biogram) – albo 10 grudnia 1803 roku (jak podaje Maestro Iwo Załuski). W takim jednak przypadku, niezależnie od tego, czy małżeństwo Michała Kleofasa i Marii datować już na rok 1802, czy dopiero na rok 1804 – Maria żadną miarą nie mogła być brzemienną w chwili jego zawierania: w każdym razie – nie mogły być brzemienna Amelią!
Iwo Załuski

Czy małżeństwo księcia Michała Kleofasa i Marii było szczęśliwe? Wydaje mi się, że „legenda rodzinna“, przytoczona przez Maestro Iwo, wedle której każde dziecko z tego małżeństwa miało innego ojca (a mieli, oprócz Amelii, jeszcze dwie córki: Idę i Emmę, oraz syna, Ireneusza) – jest jednak tylko legendą i niczym więcej. Andrzej Załuski podaje w wątpliwość pochodzenie jedynie Idy Ogińskiej: w zależności od tego, jaki termin powrotu księcia Michała Kleofasa z Petersburga przyjąć – jej poczęcie przy udziale księcia może budzić wątpliwości.

Para żyła w Zalesiu przez około 20 lat (z jedną dłuższą przerwą – na napoleońską inwazję 1812 roku) – muzykując, przyjmując gości, wychowując dzieci (obojętnie, kto był ich ojcem lub matką…) i czyniąc dobrze swoim poddanym. Co było zresztą rodzinną tradycją w klanie Ogińskich – i do czego jeszcze powrócę.

Dopiero w roku 1822 książę Michał Kleofas rozstał się z żoną. Pozostawił jej Zalesie i inne swoje majątki na Litwie i, zaopatrzony w stosowny dochód pieniężny, wypłacany przez małżonkę (która okazała się zdolną i rzutką administratorką rozległych włości), osiadł we Florencji, gdzie żył jeszcze i komponował do śmierci 15 października 1833 roku i gdzie jest pochowany. Maria przeżyła go o niemal 20 lat, opuszczając ten padół łez w roku 1851. Nie wiem, niestety – gdzie! Możliwości są zasadniczo dwie: albo gdzieś we Włoszech (umieranie we Włoszech też było rodzinną tradycją Ogińskich: Amelia, o której była mowa przed chwilą, zmarła 5 września 1858 roku w Ischii)  - albo w żmudzkim majątku Retów (lit. Rietavas), który po śmierci Michała Kleofasa odziedziczył jej syn, książę Ireneusz. Zalesie, jak domniemuję, trafiło w ręce któregoś ze starszych synów, z pierwszego małżeństwa.

OK. Opowiedziałem życiorys Marii niemal na jednym oddechu, powstrzymując się przed dygresjami i komentarzami, gdy nie były bezwzględnie potrzebne – to teraz wybaczycie Państwo – ale muszę rozjaśnić nieco tło zdarzeń.

Po pierwsze – skąd ten Pigmalion? Ano, proszę Państwa – to jest właśnie sprawa zasadnicza, dzięki temu ta historia ma więcej niż jeden wymiar! Albowiem 200 lat temu „szynkareczkę“ od „wielkiej damy“ dzieliła przepaść która nam dzisiaj wydaje się trudna do wyobrażenia. „Wielka dama“ to (zwykle) produkt kilkunastu co najmniej lat bezwzględnej tresury: jest to kobieta nie tylko elegancka w każdym calu, dowcipna na miarę swoich możliwości, zdolna każdego zabawić stosownie do jego upodobań (rozmową, rozmową oczywiście…), nieomylnie i odruchowo stosująca się do skomplikowanej i pełnej pułapek etykiety, płynnie posługująca się w mowie i w piśmie przynajmniej kilkoma językami – w ich literackiej wersji, bez żadnych gwarowych czy „pospolitych“ naleciałości – ale też, a nawet przede wszystkim – odruchowo i bez widocznego na zewnątrz wysiłku – w pełni panująca nad swoim ciałem, mową i emocjami.
Pigmalion i Galatea

Prawdziwą damę poznać po tym jak siedzi. Siedzi idealnie prosto, a zarazem – w sposób niewymuszony, lekki i swobodny. Mimo, że jej mięśnie szkieletowe pracują pełną parą: nie widać po niej najmniejszego wysiłku.

Tak powinien siedzieć dobry jeździec na koniu. Ja tego nie potrafię i nigdy się nie nauczę: już po kilku minutach siedzenia prosto zaczynam się garbić, podpierać, wiercić – a kończę z nogami na biurku, tak nawet pisząc. Już kilka stołeczków (i jedną muszlę klozetową z recyklingu) „załatwiłem“ tym moim niespokojnym siedzeniem przed komputerem.


Gdybyśmy z Lepszą Połową mieli dzieci i gdybyśmy je od maleńkości ćwiczyli w jeździe konnej – może one by się nauczyły siedzieć poprawnie. Jeśli nie na koniu, to chociaż – na krześle?
Tak powinienem: a nie potrafię...

A można i tak! W sumie: ciutek łatwiej - moim zdaniem...

Ta pani poświęciła całe życie tylko temu, aby prawidłowo siedzieć. Żeby być "wielką damą", musiałaby opanować jeszcze kilkanaście innych umiejętności - tak samo perfekcyjnie...

„Wielka dama“ 200 lat temu – to zupełnie inny gatunek hominida niż „szynkareczka“. Odróżnia się je na pierwszy rzut oka. To, że Maria Neri opanowała wszystkie te umiejętności w ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy – to dowód geniuszu! I nie ma się tu z czego śmiać! Naprawdę: opanowanie fizyki kwantowej – nie jest i nie może być trudniejsze od opanowania etykiety, nad komplikowaniem której ludzkość myślała przez 3 tysiące lat!

200 lat temu nasi współcześni celebryci: gwiazdy ekranu i politycy – nie musieliby nawet otwierać ust, by z miejsca wysłano ich tam, gdzie przebywać powinni: do stajni, do kuchni, na folwarczne pole. Żadne „spieprzaj dziadu“ nie byłoby do tego potrzebne – bo to po prostu: widać. Może jeden Korwin – Mikke by się ostał na salonach, ale i to – raczej na zasadzie ciekawostki.

Czy ludzkość straciła, czy zyskała na tym, że prawdziwych dam i kawalerów już nie ma – o tym może innym razem. Tutaj, pozostańmy może przy Marii Neri i możliwych interpretacjach jej losu.

Nie sposób nie porównać Marii do innej „Galatei“ tej samej epoki – do słynnej (dzięki lotnemu pióru Jerzego Łojka…) Zofii Potockiej, czyli „pięknej Bitynki“ – greckiej kurtyzany, która dzięki swoim niewątpliwym talentom w ars amandi i wprawiającej ówczesnych mężczyzn w amok urodzie – niemalże ze stambulskiego rynsztoku awansowała na królewskie dwory i zdobyła dla siebie i swoich dzieci ogromny majątek, liczony w setkach tysięcy „dusz“ pańszczyźnianych. Na tym tle kariera Marii nie jest może aż tak olśniewająca – ale też: mniej w niej pierwiastka destrukcyjnego. Chociaż..?
Zofia Potocka

Nauczyła swojego syna, Ireneusza skrzętnej gospodarki – i mamy stąd dwie kolejne generacje Ogińskich po pozytywistycznemu niosących „kaganek oświaty“ w prosty lud. Konkretnie: w prosty lud żmudzki. Książę Ireneusz już w 1835 roku oczynszował swoich chłopów, znosząc pańszczyznę. Potem sponsorował drukowane dla nich w języku „żmudzkim“ pisemka o hodowli pszczół, owiec i koni, o uprawie lnu czy tytoniu. Fundował nagrody na „włościańskich“ wystawach rolniczych, a przepełniony lokalnym patriotyzmem, do swojego powozu zamiast kosztownych karecianych cugów zaprzęgał wyłącznie „żmudzinki“. Jego dzieło kontynuowali w Retowie i Płungianach (lit. Plungė) synowie, książęta Michał i Bogdan – zakładając szkołę rolniczą dla Żmudzinów, szkołę muzyczną i orkiestrę symfoniczną, hutę i fabrykę maszyn rolniczych, a wreszcie – pierwszą na Litwie elektrownię wiatrową i linię telefoniczną z Retowa do Połągi.

Nie twierdzę, że to był celowy i świadomy sabotaż – wręcz przeciwnie: mając sarmackie (podobne do anglosaskiego zresztą…) pojęcie „narodowości“ – widzieli książęta Ogińscy w pisanych „po żmudzku“ drukach i „po żmudzku“ uczącej szkole – instytucje służące „sprawie polskiej“, tj.: odrodzeniu takiej Rzeczypospolitej, jaką umieli sobie wybrazić. A że wyszło jak wyszło i teraz nie ma numeru „Najwyższego Czasu!“, żeby nie pojawiło się w nim doniesienie o jakichś kolejnych zatargach z „litewskimi nacjonalistami“ („nacjonalista“, to przy tym, jak zauważa Lepsza Połowa, epitet stały w dodatku do Litwina – coś jak u Homera „wolooka Hera“…)..? Może lepiej by było, gdyby książęta przehulali majątki w Monte Carlo, a poddanych traktowali knutem, a nie książką..?

W każdym razie, skutek jest taki, że dla historiografii polskiej ród Ogińskich kończy się na księciu Michale Kleofasie – działalność syna i wnuków Marii Neri poznawaliśmy ze źródeł litewskich.

Malkontent lub moralista – a takich nigdy nie brak – może po lekturze tego tekstu orzec, że rozbiory I Rzeczypospolitej zdecydowały się w łóżkach i buduarach, podczas orgietek metodą „każdy z każdym“ – i coś w tym niewątpliwie jest! Z tym, że obyczaje elity ZAWSZE takie właśnie były. Dziś wcale nie są lepsze – tyle, że współcześni celebryci oddają się rozpuście z o wiele mniejszym wdziękiem. Jak na karczmarzy i fornali, którymi przecież są – przystało.

Co mnie zastanawia – to jednak pewna słabość mężczyzn w porównaniu do kobiet. Względnie: siła pierwotnych atawizmów. Szczęsny Potocki załamał się nerwowo, gdy przyłapał swoją „Galateę“ z własnym synem (z poprzedniego małżeństwa). Michał Kleofas jednak – po 20 latach – zostawił Marię w Zalesiu i wyjechał do Florencji bez niej. W ostatecznym rachunku – obaj panowie, niepewni swojego „sukcesu reprodukcyjnego“ – przegrali z własnymi emocjami, tyle przynajmniej, że obeszło się bez rękoczynów i awantur. I niech mi teraz ktoś powie – że to były „czasy patriarchalne“, gdzie kobieta była tylko „służką i odpoczynkiem wojownika“..?

16 komentarzy:

  1. Być mężem takiej wielkiej damy to płacz i zgrzytanie zębów! nie da się jednak zaprzeczyć, że panie sukces reprodukcyjny osiągały...

    OdpowiedzUsuń
  2. Sugerujesz zatem, że zanik tego gatunku to spisek egoistycznych mężczyzn..?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten gatunek nie zanikł, ot się trochę przepoczwarzył? I nie jest od nich już tyle wymagane. Mam wrażenie, że dotyczy to obydwu płci, co jest konsekwencją panowania egalitaryzmu.

      Mało która (jeśli w ogóle) kobieta poddana jest obecnie tego typu treningowi. Zupełnie to przecież niezgodne z obowiązującą ideologią - dlaczego miałaby się uczyć jak sprawiać przyjemność mężczyźnie - toż to patriarchat czystej wody!

      Usuń
    2. Bez wymagań i treningu gatunku już nie ma. Bo jak chodzi o sam tylko promiskuityzm - to akurat "szynkareczki" były średnio jeszcze rozpustniejsze od dam - a tych przecież obecnie nie brak..?

      W ogóle - wstrzemięźliwość i pruderia to ideologia typowa dla klasy średniej żyjącej z kapitału (rentierów): a ta klasa chyba szczyt swego rozwoju ma już za sobą?

      Usuń
  3. A czy Audrey Hepburn umiała ten motorek prowadzić (a jeśli tak - to czy jeździła na nim) czy tylko sobie usiadła jak laleczka, by zapozować do zdjęcia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem. Sądzisz, że znalazłby się mężczyzna, który by Audrey NIE PODWIÓZŁ, gdyby o to poprosiła..?

      Nawet nasz sympatyczny kolega Daimyo by się dwa razy nie zastanawiał...

      Usuń
    2. Podwieźć może by i podwiózł, ale czy chciałby z taką żyć na co dzień? Pozowanie na motorze, na którym nie umie się jeździć, to dość dziecinne zachowanie; można to robić dla jaj w gronie znajomych. Robienie takich zdjęć do publicznego magazyny wydaje mi się przeczyć właśnie klasie... A może ja po prostu inaczej pojmuję to pojęcie...

      Usuń
    3. 1. Nie ma co dywagować, czy jakiś mężczyzna zechciałby Audrey Hepburn czy nie. Wiemy bowiem - że takich, którzy jej chcieli - nie brakowało!

      2. Nie wiemy, czy umiała jeździć skuterem czy nie. Nie ma zatem po co budować na tym jakichś wyszukanych teorii.

      3. Tym bardziej, że przecież akurat na tym konkretnym zdjęciu - Audrey po prostu jest w pracy: tak pozuje, jak jej fotograf kazał...

      Usuń
  4. Trochę autor przesadza z tym wychowaniem starej daty. Obecnie po dobrej szkole panny na wydaniu również władają kilkoma językami w formie literackiej, potrafią zatańczyć, zaśpiewać, etc.

    W utrzymaniu idealnej figury pomagały natomiast gorsety.

    Oczywiście przepaść między elitą, a dołami była nie do wyobrażenia dla dzisiejszego człowieka, a i elita stała wyżej niż dzisiaj, ale... bez przesady.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może. Nie słyszałem o takiej szkole, ale przecież - nigdy nie twierdziłem że wiem wszystko.

      Patrząc w ekran telewizora, czy też przeglądając Onet (o tym chyba niezadługo osobno napiszę, bo już Dyabli mnie biorą na to zidiocenie...), śladu po jakiejkolwiek "elitarności" ani w żeńskim, ani w męskim wydaniu - nie dostrzegam.

      Średnio uzdolniony przedwojenny maturzysta (miałem babcię z "małą maturą", to coś o tym wiem...) rozniósłby w puch intelektualnie obie izby naszego parlamentu, z rządem i wszystkimi ministerstwami na dokładkę...

      Usuń
    2. Są jeszcze dobre licea w Polsce, z greką, łaciną, etc. Poza tym duża rola rodziców w edukacji dzieci.

      Onet natomiast to taki dzisiejszy rynsztok czy karczma właśnie.

      Ja tego nie mogę pojąć, ludzie oglądają TV czy czytają onet, przeznaczone dla mas z definicji i się dziwią, że poziom niski. A jaki ma być, skoro to dla mas?

      To samo z władzą. Jeśli masy ją wybierają, to jaka ma być władza?

      Usuń
    3. Co racja to racja.

      Z czego jednakowoż wynika, że w dzisiejszych czasach prawdziwa elita musi się konspirować, skoro nie sposób niczego się o niej dowiedzieć z publicznych przecież mediów. Czyż nie jest to paranoidalny wniosek..?

      Usuń
  5. Siedzenie prosto z pomoca gorsetu nie jest takie trudne do opanowania, podobnie jak odpowiednia postawa.
    Gdybym nigdy w zyciu polzawodowo nie tanczyla oraz nie nauczyla sie w wieku lat 30-tu jezdzic na desce od snowbordu to jeszcze bym sobie pomyslala, ze to takie halo.

    NATOMIAST. Nauczenie sie PLYNNIE w mowie i pismie paru jezykow obcych - owszem - do takiego kogos zywie szacunek. Oczywiscie z prywatnym nauczycielem, ktory jest do dyspozycji co najmniej 8 godzin dzienie to znaaaaacznie latwiejsze - ale mimo wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  6. "Są jeszcze dobre licea w Polsce, z greką, łaciną, etc."

    Kiedy ostatnio sprawdzałem (ze trzy lata temu?) były w Polsce bodajże dwa licea z greką (w Krakowie i, co ciekawe, Olsztynie), zaś liczba maturzystów z tego przedmiotu oscylowała w okolicach liczby palców jednej ręki pracownika tartaku.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...