środa, 16 maja 2012

Lepiej być filistrem – czy pożytecznym idiotą?

Urocze jest bardzo gdy młode dziewczę ma dobre serce. Gdy lituje się nad osieroconymi kotkami (osierocone kotki z mlekiem matki wyssały umiejętność manipulowania durnymi dwunogami…), gdy serce jej krwawi jak widzi bitego konika, psa na łańcuchu, rozjechaną na drodze wiewiórkę czy rannego ptaszka. To naturalne (sam łatwo poddaje się manipulacji przedstawicieli Gatunku Dominującego na tej planecie, czyli felis domestica… a i z rannymi ptaszkami mieliśmy do czynienia – i to – niejeden raz!), to piękne, to pożyteczne nawet: świat dzięki takim dziewczętom od razu robi się radośniejszy…

A jeszcze bardziej uroczym jest – gdy dziewczę o dobrym sercu potrafi powstrzymać się przed formułowaniem na podstawie tych swoich odruchów, wniosków natury ogólnej. Szczególnie – opatrzonych tzw. „wielkimi kwantyfikatorami“, czyli takimi podstępnymi słówkami jak „zawsze“, „wszędzie“, „za każdym razem“, „wszyscy“, „nigdy“, „nigdzie“. Lepsza Połowa, która przeczytała mi przed chwilą przez ramię powżyszy wstęp twierdzi, że to problem cywilizacyjny. I wcale nie leży on po stronie tych uroczych dziewcząt!
 


Dziewczęta, jak wiadomo – dojrzewają wcześniej. Z natury zatem – powinny się zapoznawać ze starszymi mężczyznami. Którzy zrobią z nimi i z ich porywami serca to samo, co nasz Król zrobił dopiero co z naszymi krnąbrnymi kobyłami: wezmą za kark i użyją do tego, do czego sama natura je przeznacza. Kłopot w tym – że takich mężczyzn już nie ma…

Od siebie bym dodał, że nie od rzeczy jest tu przymusowa edukacja, a właściwie – koedukacja, która wbrew naturze, łączy dziewczęta i chłopców w grupy rówieśnicze – dziewczęta naturalnie z początku w takich grupach dominują – a nim stopień rozwoju zdoła się wyrównać, u wielu młodzieńców podatność na żeńską dominację już się utrwali – do końca życia.

Nie od rzeczy jest też i (absurdalny) kult młodości. Coś takiego już było – w czasach romantyzmu. Tam to na szczęście trwało krótko, a że objęło mikry promil populacji (czytający wiersze, słuchający muzyki i oglądający obrazy) – nie wyrządziło większych szkód. Dziś jednak, za sprawą telewizyjnej reklamy – wszyscy chcą być młodzi, a nawet – jak najmłodsi. To znaczy: wszyscy chcą być głupi – a nawet: jak najgłupsi! Bo czyż to nie jest to samo..? Jeśli nie – to bardzo proszę o logiczne uzasadnienie, jakimże to sposobem młodszy może być mądrzejszy od starszego..? W romantyzmie stała za tym cała ideologia – że niby „czucia i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko“. Wiadomo – młodszy mniej nawykł do tłumienia popędów swego (dobrego) serduszka, bardziej jest afektowny, łatwiej poddaje się emocjom – ma to sens. Jakkolwiek by on nie był perwersyjny!
 


Ale dzisiaj? Zaiste – czy ktokolwiek na poważnie zgadza się z tym oklepanym, szkolnym, maturalnym cytatem..? Ktokolwiek go w ogóle rozumie – a nie tylko: potrafi odklepać wkuty na pamięć bryk..?

Zresztą – kij w oko! Nic nie mam do tego: jeśli ktoś chce „czuciem i wiarą“ świat poznawać – proszę bardzo. Może nie do końca potrafię taką postawę zrozumieć (bo mi przeszkadza „szkiełko i oko“…) – ale jest ona niewątpliwie urocza, piękna, pożyteczna nawet – świat robi się od razu radośniejszy wokół takich ludzi… Byleby tylko… Tak jest – zgadliście Państwo! Byleby tylko taka romantyczna natura – umiała się powstrzymać przed formułowaniem na podstawie odruchów swego (dobrego) serduszka – wniosków natury ogólnej. Osobliwie – opatrzonych tzw. „wielkimi kwantyfikatorami“, czyli takimi podstępnymi słówkami jak „zawsze“, „wszędzie“, „za każdym razem“, „wszyscy“, „nigdy“, „nigdzie“.

Słówka te, zaprawdę – od Dyabła są! Jedno takie słówko, słóweczko, słóweńko maleńkie – a urocza, piękna i pożyteczna nawet romantyczna natura – zamienia się w tzw. „pożytecznego idiotę“.

Cóż to jest „pożyteczny idiota“? Dawniej, kiedy nie było jeszcze takiego jak teraz dobrobytu i ludzie mieli na głowie poważne problemy (jak wyżywić rodzinę?) – termin ten odnosił się zasadniczo tylko do takich dobrych ludzi, którym serce krwawiło na widok ludzkiej biedy.

To uroczy, piękny i nawet pożyteczny odruch – ale w chwili gdy z odruchu stawał się prawidłem, gdy dobry taki człowiek poczynał mówić, że wszyscy ludzie powinni jeść do syta, że nikt nie powinien chorować na tyfus, czy temu podobne – bardzo przecież, z pozoru – słuszne hasła – człowiek taki nieuchronnie stawał się „pożytecznym idiotą“.

Dlaczego? Dlatego, że taki człowiek poczynał krytykować istniejący stan rzeczy – istniejące instytucje społeczne – hierarchię społeczną, władzę, prawo i porządek. Zaś kontekst polityczny tego zjawiska był taki, że po roku 1789 KAŻDA taka krytyka, jakiekolwiek by nie były intencje krytykującego (a chętnie wierzę, że były jak najzacniejsze…) – służyła li i jedynie szerzeniu rewolucji i jakobinizmu. Nie było bowiem między „porządkiem monarchicznym“, a „rewolucją i jakobinizmem“ żadnej trzeciej drogi, żadnego innego stronnictwa zdolnego praktycznie przejąć i sprawować władzę, żadnej innej konsekwentnej i sprawdzonej w praktyce metody zorganizowania ludzkiego świata.

Po roku 1917 stan ten uległ zmianie. Od tej pory, KAŻDA krytyka stanu rzeczy, instytucji społecznych, hierarchii, władzy, prawa i porządku – czy tego chciał czy tego nie chciał krytykujący – służyć mogła li i jedynie szerzeniu któregoś z lewicowych totalitaryzmów – albo bolszewizmu, albo faszyzmu, albo, w ostateczności – nazizmu. Nie było bowiem między „porządkiem liberalnym“, a „rewolucją bolszewicką/faszystowską/nazistowską“ żadnej trzeciej drogi, żadnego innego stronnictwa zdolnego praktycznie przejąć i sprawować władzę, żadnej innej konsekwentnej i sprawdzonej w praktyce metody zorganizowania ludzkiego świata.

„Pożytecznych idiotów“ były w każdej epoce legiony. I nie na ostatnim miejscu dlatego, że komukolwiek groziło stanie się „pożytecznym idiotą“ – zaraz ulegał w swojej pysze i zaślepieniu złudnej nadziei, że jemu jednak się uda. Że zdoła zachować niezależność. Że wcale nie chce wywracać świata do góry nogami, a tylko NIECO go poprawić, że chce to robić metodą małych kroków, a nie żadną rewolucją, że rewolucje są straszne i wystarczy, gdy się od ich okropności werbalnie odetnie. I tak dalej, i temu podobne. Jak do tej pory – nikomu to się jeszcze nie udało. Każdy zwolennik „trzeciej drogi“ i tak – czy tego chciał czy nie chciał – automatycznie stawał się „pożytecznym idiotą“…
 
Minęło trochę czasu. Lewicowe totalitaryzmy albo upadły – albo przynajmniej: zmuszone były dokonać bardzo głębokiego „taktycznego odwrotu“ tak, że w tej chwili poza jednym czy dwoma miejscami na całej planecie – już się takiego ustroju, wcale powszechnego ledwo 30 lat temu – nie znajdzie.

Jednocześnie – i nie są te dwa zjawiska od siebie niezależne, albowiem ów upadek lub odwrót totalitaryzmów, wynikł właśnie z tego, że nie były w stanie dotrzymać kroku… - spora część świata, w tym także Nasza Umęczona Ojczyzna – cieszy się bezprecedensowym w dotychczasowych dziejach ludzkości dobrobytem.

Już nie jest problemem – jak wyżywić rodzinę? Problemem staje się – jak sprawić, by nie cierpiały osierocone kotki, bite koniki, psy trzymane na łańcuchach, wiewiórki i ptaszki…

Czy to oznacza, że teraz już nie ma „pożytecznych idiotów“? Prawdę pisząc: nie jestem pewien. Może mi Państwo pomożecie rozwikłać tę zagadkę?

„Pożyteczność“ dawnych „pożytecznych idiotów“ polegała na ich działalności mimowolnie destrukcyjnej. Skoro udowadniali, że istniejące instytucje społeczne są niewystarczające, że hierarchia społeczna służy uciskowi, że władza jest skorumpowana i samowolna, prawo niesprawiedliwe, a porządek tłamsi tylko słuszne odruchu buntu wyzyskiwanych i poniżanych – to dlaczego chcieli poprzestać, po takiej konkluzji – jedynie na połowicznych, częściowych, stopniowych, ewolucyjnych zmianach..? Jaka niby przesłanka tak ich ograniczała? „Okropności“ rewolucji..? Zaiste – nie brak ludzi, których te „okropności“ podniecają raczej – niż napełniają trwogą!

Nie ma logicznego powodu aby – skoro odrzuca się instytucje społeczne, hierarchię, władzę, prawo i porządek – zatrzymywać się w pół kroku i nie wysnuć wniosku, że można te instytucje, hierarchię, władzę, prawo i porządek – obalić jakimkolwiek sposobem, także gwałtownym i okropnym – byle tylko wynik ostateczny był lepszy od stanu obecnego.

Reformizm, „trzecia droga“, „metody ewolucyjne“ – przegrywają, bo są po prostu: nielogiczne. Albo – albo. „Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” (Ap 3,15b-16)

Reformizm, „trzecia droga“, „metody ewolucyjne“ – to hasła lękliwych i zakompleksionych. Albo też takich – którym przyrodzona lub nabyta słabość umysłu nie pozwala odkryć ostatecznych konsekwencji wynikających z raz sformułowanego „wniosku natury ogólnej“, opatrzonego „wielkim kwantyfikatorem“.

Na czym zatem może polegać „pożyteczność“ dzisiejszych „pożytecznych idiotów“ – jeśli gdzieś są tacy? A przecież czujemy wszyscy – że być muszą! Wysnuwanie wniosków natury ogólnej, zaopatrzonych w wielkie kwantyfikatory – jest dziś powszechniejsze niż kiedykolwiek wcześniej!

No cóż – dzisiejsi „pożyteczni idioci“ już nie muszą podważać instytucji społecznych, hierarchii, władzy, prawa i porządku. Żadnych „niepodważalnych“ instytucji społecznych, żadnej niekwestionowanej hierarchii, żadnej władzy obdarzonej autorytetem, żadnego prawa i porządku – od dawna już nie ma. Być może lewicowe totalitaryzmy zostały rozmontowane lub dokonały bardzo głębokich „taktycznych odwrotów“ – ale Idea Rewolucji, w jej jak najbardziej pierwotnej, oświeceniowej formie – święci obecnie triumf w skali globalnej. A przynajmniej – w skali tej części globu, która nurza się w dobrobycie, rui i poróbstwie…

Rewolucja ma to do siebie, że nigdy nie może spocząć, nigdy nie może poprzestać na tym, czego już dokonała – musi iść naprzód i naprzód, choćby miała obalać samą siebie. Rewolucja to ruch – choćby bezmyślny! Rewolucja zresztą – jest zaprzeczeniem rozumu – nic więc dziwnego, że gna naprzód, co by się nie działo.

Cóż jeszcze zostało do obalenia, co da się jeszcze sprofanować, zbezcześcić, zgwałcić, poniżyć? Nic – oprócz samego życia. Albowiem – i pisałem o tym wielokrotnie – obecnie rewolucjoniści dążą do likwidacji cywilizacji. A razem z cywilizacją – przytłaczającej większości egzemplarzy gatunku homo sapiens (a razem z nim – także i przytłaczającej większości egzemplarzy gatunków symbiotycznych: jak equus caballus, felis domestica czy bos taurus).

Jaki jest związek między litością wobec osieroconego kotka, bitego konika, psa na łańcuchu czy rozjechanej na drodze wiewiórki – a końcem cywilizacji? Ależ bardzo prosty – źródłem nieszczęść wszystkich tych zwierząt jest człowiek. Trzeba zatem – argumentują rewolucjoniści – zmusić człowieka, żeby przed krzywdzeniem tych biednych zwierząt się powstrzymał.

To logiczne i naturalne. Jeśli żaden kotek nie powinien być osierocony, żaden konik bity, żaden pies trzymany na łańcuchu, a żadna wiewiórka – rozjechana na drodze – to bez odpowiedniej legislacji, bez przymusu wobec ludzi – nic się nie zdziała.

Tu zresztą właśnie widać, jakie zło, jakie dyabelstwo wyrządza to szatańskie słóweczko „żaden“. Dopóki mówimy o moim kotku, moim koniku, moim piesku, czy tej wiewiórce, która właśnie próbuje przebiec na drugą stronę ulicy – mamy do czynienia z czystym odruchem serca, z odruchem uroczym, pięknym i nawet – pożytecznym. Bo zaiste! Nasza planeta może być tylko piękniejsza, jeśli ludzie zadbają o to, aby ich kotki miały mamę, póki same od niej nie odejdą, żeby ich konie nie były bite (co świadczy tylko o bezradności jeźdźca zresztą…), żeby ich pies miał wygodną budę i zagrodę, a nie łańcuch – i żeby nie rozjeżdżać bezmyślnie wiewiórek przebiegających przez drogę. Dopóki mówimy o konkretnych istotach, o konkretnych kotkach, konikach, pieskach czy wiewiórkach – mówimy o moralności, a nie o prawie. Kiedy zaczynamy mówić o wszystkich – przestajemy mówić o etyce, a zaczynamy – knuć Rewolucję…

Do czego prowadzi takie knucie? No cóż – skoro Rewolucja jest ruchem naprzód bezmyślnym i przeciwnym rozumowi – nie należy być zaskoczonym, że na ogół – takie knucie prowadzi do efektów dokładnie przeciwnych planom, zamierzeniom i ideałom. Było tak w roku 1789, tak też było w roku 1917 i nie inaczej jest obecnie.

Co mogą zyskać adherenci postulatu uczynienia z konia „zwierzęcia towarzyszącego“ – czyli, innymi słowy: zakazu hodowli koni na ubój? Ależ to proste, oczywiste i niemożliwe do uniknięcia – uzyskają natychmiastowy ubój wszystkich DZISIAJ hodowanych w tym celu koni. Prawdziwą hekatombę! Owszem: mogą proponować, jak to czynią zresztą – żeby płacić chłopom za samo trzymanie koni. Nie bardzo jednak wierzę, że taki postulat przejdzie – a przy tym: jest on w skutkach jeszcze gorszy! Bo żeby płacić chłopom za samo tylko trzymanie koni, zakazując jednocześnie ich uboju – potrzebne są pieniądze. Skąd wziąć te pieniądze? Jeśli się je zużyje w ten sposób – to czy w efekcie nie zabraknie ich na coś innego? Na przykład – na leki dla chorych na raka ludzi..?

Co mogą zyskać zwolennicy zakazu wyścigów i sportów jeździeckich? To samo – konie, które w tej chwili są trzymane dla udziału w wyścigach i zawodach – zostaną natychmiast zabite. Owszem – można tego zakazać. Trzeba by jednak komuś zapłacić, żeby te konie – bezużyteczne obecnie – trzymał. Za co – albo: czyim kosztem..?

W każdym przypadku, jeśli nawet – kosztem np. chorych na raka ludzi, domów dziecka, czy innych wydatków – uniknie się masowej rzezi: właściciele koni przestaną je rozmnażać. Po co bowiem nowe konie – kiedy nie można z nich czerpać pożytków..?

Ostatecznie zatem – efektem legislacji obliczonej na poprawę „jakości życia“ – może być tylko śmierć.

Taka odwrotność skutku do intencji jest właśnie normalna i typowa. Wystarczy przypomnieć legislację brytyjską, o której niedawno opowiadał Wojtek: wobec malejącej liczby małżeństw, a rosnącej liczby rozwodów, zaniepokojony tymi zjawiskami, ocenianymi jako „negatywne społecznie“ – rząd Jej Królewskiej Mości zaproponował (w przystępie typowej dla rewolucjonistów bezmyślności…), żeby w takim razie przyznać pewne „prawa majątkowe“ parom żyjącym w konkubinacie. Innymi słowy: żeby po roku, góra dwóch wspólnego zamieszkania – kobiecie należały się alimenty.

Jaki może być tego efekt? Tylko jeden! Gwałtowny spadek liczby par mieszkających razem. Tą prostą legislacją rząd Jej Królewskiej Mości skazał znakomitą większość Brytyjek na przygodny seks z nieznajomymi mężczyznami – bo strach będzie od tej pory choćby spotykać się regularnie z dziewczyną, jeśli ma ona z tego tytułu rościć prawa majątkowe…

Oczywiście: nie byłoby ani tego (antycypowanego) problemu, ani spadku liczby małżeństw – gdyby nie poprzednia seria legislacji, które razem sprawiły, że zawieranie małżeństwa jest dla mężczyzny skrajnie nieopłacalne – nie wynikają z tej instytucji bowiem ŻADNE dla niego prawa i przywileje – a cała masa: przykrych obowiązków, głównie finansowych.
 
Ta piosenka "chodzi za mną" od kilku dni. Wszystko przez nader uparte kukułyszcze, które budzi nas co rano...

Nie widzę najmniejszego powodu przypuszczać, że walka o poprawę bytu kotów, koni, psów czy wiewiórek – skończy się inaczej niż walka o poprawę bytu kobiet w małżeństwie: likwidacją. Jak nie małżeństwa – to kotów, koni, psów czy wiewiórek!

Jak zawsze powtarza Lepsza Połowa: prawdziwe życie to nie Kościół katolicki – liczy się skutek, a nie intencja! Z najlepszych intencji – wynikają często najgorsze skutki.

I dlatego właśnie – uważam, że lepiej być filistrem, tj. za Wikipedią: człowiekiem bez wyższych aspiracji, ograniczonym, o ciasnych poglądach – niż „pożytecznym idiotą“. Mniejszą szkodę wyrządza, kto nawet – uroczych, pięknych a nawet pożytecznych – odruchów serca pozbawiony osieroca małego kotka, bije konia (nie mylić z tegoż waleniem…), psa na łańcuchu trzyma czy wiewiórkę rozjeżdża – niż ten, kto o dobro wszystkich istot, zawsze i wszędzie walczy – i nie przychodzi mu do głowy, że cnotą jest się od takiej walki powstrzymać, poprzestając na tym tylko, aby tym konkretnym ludziom i zwierzętom, które od niego naprawdę zależą – dobrze czynić…

70 komentarzy:

  1. Wychwalana przez Ciebie ciasnota umysłowa, którą sam sobie przypisujesz, najwyraźniej nie służy postrzeganiu świata takim, jakim on jest. I - niestety znowu - wyciągasz wnioski natury ogólnej.

    Samo ocenianie, co jest lepsze, bardziej moralne, świadczy o subiektywizmie wpisu. A mylenie poglądów z obserwacją nie daje żadnych szans na dotarcie do prawdy. Twoja bierność nie jest w niczym lepsza od czyjejś aktywności. Niemal każdy czyn ma swoje dobre i złe następstwa - podobnie jak powstrzymanie się od nich.

    Wprowadzanie SWOJEJ moralności do prawa jest tak stare, jak stara jest nasza cywilizacja. Kto ma władzę, tego moralność znajduje odbicie w prawie. Zabraniamy zabijać dzieci nienarodzone, zabraniamy molestować dzieci już narodzone, zabraniamy dręczyć zwierzęta, zabraniamy tego, owego, etc. I to wszystko odbyło się głównie na drodze EWOLUCJI, nie rewolucji. Krok po kroku. Kompletną głupotą jest sugestia, że te wszystkie zmiany są bezsensowne. Ba, że są rewolucyjne! One BYŁY rewolucyjne - teraz są normą. Wiem, że niektórzy "konserwatyści" jęczą nawet, jak JKM, że zakaz bicia dzieci i większa odpowiedzialność (prawna) rodziców za nie - skutkuje mniejszym przyrostem naturalnym. I pewnie mają rację. Ale czy to podważa w s z e l k i sens ochrony prawnej najmłodszych?

    Jeśli kpisz z "pożytecznych idiotów", to kpisz z każdego, kto podważa "istniejący porządek". Tylko że nie ma czegoś takiego, jak obiektywnie słuszny system, obiektywnie słuszne wartości. Ludzie od zawsze podważali istniejący stan rzeczy. To dlatego - między innymi - niewolnictwo zostało zniesione, władza ojca nad rodziną osłabła... Jakie są efekty? Otóż - i dobre, i złe.

    Moralność, która każe nam czynić dobro, ale zabrania innym z a b r a n i a ć zła, jest nielogiczna. Co to w ogóle za moralność? Bierność wobec zła nikomu nie służy - niezależnie od tego, co uważasz za zło. Może być czasami jedynie o p ł a c a l n a (np. nie wtrącasz się w czyjeś "grzeszne życie") dla jednostki/cywilizacji, ale lepsza (bardziej moralna) nie jest nigdy. Jeśli patrzysz na bitego psa i olewasz jego cierpienie, to nie zmyślaj, że robisz to dlatego, że tak jest rozsądniej/lepiej..

    A jeśli jednak reagujesz, kiedy biją psa - to o co kaman? Narzucasz wówczas innym swoją wolę. Co za różnica, czy Ty, czy prawo?

    A ten przykład z końmi - cóż, mnie to akurat nie obchodzi, ale przypominasz mi lewaków, którzy żądają finansowania antykoncepcji, bo jak nieee, toooo - oj, będzie więcej aborcji. No i weź tu podważ taki argument! :)))

    Ale weźmy takie kurki. Nie lepiej, żeby zostały od razu zjedzone niżby miały się parę lat męczyć w klatkach wielkości kartki A4 i POTEM zostać zjedzone? I w ogóle - czy ktokolwiek z obrońców zwierząt, o których piszesz, zakłada, że kury (koniec, etc) muszą w ogóle być hodowane? Nie, tu chodzi o zmniejszenie cierpienia. Tym samym wszelkie groźby, że jak nie będzie można traktować zwierząt wedle swojej świętej woli, to one znikną, jest bezsensowny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Wysnuwanie wniosków natury ogólnej, zaopatrzonych w wielkie kwantyfikatory – jest dziś powszechniejsze niż kiedykolwiek wcześniej!"

      Szczególnie w TYM wpisie to widać. Co od razu podważa jego wiarygodność.

      "Żadnych „niepodważalnych“ instytucji społecznych, żadnej niekwestionowanej hierarchii, żadnej władzy obdarzonej autorytetem, żadnego prawa i porządku – od dawna już nie ma."

      Możesz to wytłumaczyć? To niby kiedyś jakieś instytucje były niepodważalne i dopiero krwawa rewolucja robiła z nimi porządek? A ludzie wcześniej jak bydło pokorne owych instytucyj słuchali? ;)))

      Teraz, jak mniemam, mamy wolność totalną. Cóż... :)))

      Usuń
    2. Tylko jeden drobiazg: jak Ty sobie wyobrażasz "zmniejszenie cierpienia" - poprzez jednoczesne zlikwidowanie "cierpiących istot". Czy istnieje jakieś "cierpienie" w oderwaniu od tychże istot? Jeśli nikt NIE MOŻE cierpieć, bo zgoła nie istnieje - to gdzie tu w ogóle jakikolwiek "stan moralny"..? "Stany moralne" albo "niemoralne" można przypisywać tylko istotom istniejącym. Jeśli nikogo nie ma - to nie ma też moralności.

      Tym samym, redukowanie liczby istot nie jest żadnym "zmniejszaniem cierpienia"! To tylko zabieg maskujący: usuwa się sprzed oczu lekkoduchów istoty cierpiący razem z ich cierpieniem - i to sprawia MYLNE wrażenie, że został rozwiązany jakiś "problem". W rzeczywistości - została tylko zadana śmierć i nic więcej...

      Przy tym - absolutnie nie zgadzam się z Twoim relatywizmem, choć - podziwiam jego konsekwencję. Nie jest wszystko jedno, co uważamy za dobre, a co za - złe. Owszem - nie ma tu żadnej obiektywnej miary w sensie kamiennych tablic czy innych orzeczeń Najwyższego zesłanych z krzaka gorejącego. Potrzeba jednak tylko odrobiny wyobraźni, aby łatwo dojść do tego - co jest korzystne dla gatunku i jego homeostazy - a co nie.

      Z tego punktu widzenia NIEMAL WSZYSTKIE przemiany obyczajowe jakie nastąpiły w ostatnim czasie (po roku 1968 - z grubsza) - są po prostu: niebezpieczne dla przetrwania ludzkości. A z całą pewnością - w oczywisty sposób zgubne dla tych społeczeństw, które się im poddały. Widać przy tym wyraźnie, że i rządy - które same są tych nieszczęść sprawcami - zdają sobie z tego sprawę, skoro próbują z tym zjawiskiem "walczyć". A że "walka" ta daje efekt zgoła odwrotny do zamierzonego..? To jest właśnie powód, dla którego stanowczo lepiej jest nic nie robić - niż robić byle co i byle jak...

      Usuń
    3. Myślałam, że mam do czynienia z poważnym człowiekiem, a Ty, widzę, bawisz się w filozofowanie, odrywając się od faktów. Nie popieram natychmiastowej likwidacji żadnych zwierząt, najlepiej byłoby albo traktować je dobrze, albo - nie mieć ich wcale. Podobnie z dziećmi. Chyba nie powiesz, że lepiej, by ktoś miał dzieci i je katował niżby miał ich nie mieć wcale? Tak serio pytam.

      Jeśli dobro utożsamiasz z korzyścią gatunku, to - chcąc być człowiekiem logicznym - powinieneś poprzeć prawo, które:
      a) nakazuje jednostkom rozmnażać się, kiedy jest ich za mało, by społeczeństwo mogło prawidłowo funkcjonować
      b) zabranie jednostkom się rozmnażać, kiedy jest ich za dużo, by społeczeństwo mogło prawidłowo funkcjonować
      c) zmusza jednostki do podporządkowania CAŁEJ wolności dobru ogółu (co zaczyna mieć miejsce w Unii)

      Ja jednak, mając na uwadze NAJPIERW wartości, potem dobro ogółu (oczywiście według prawa!!! nie moralności, bo moralność moja osobista ma ogół w d...e, jako bezładną zbieraninę nie najszacowniejszych jednostek), uważam, że życie według takiego założenia byłoby tak nieznośne, że rewolucyj byłoby o wiele, wiele więcej. :)

      Oczywiście, że bardzo wiele przemian obyczajowych nie jest dobrych dla ludzkości. (Radzę skupić się na szczegółach, potrafisz CZĘSTO świetnie wypunktować słabe strony konkretnych przedsięwzięć, zmian, etc.) I co z tego wynika? Absolutnie nic. Chyba nie sądzisz, Autorze, że kogoś, kto uważa, że bicie psa jest MORALNYM ZŁEM, że rozwód jest MORALNYM PRAWEM, że to czy tamto, obchodzi w TYM wypadku przetrwanie ludzkości. Ono i tak nie jest pewne. A cały sens istnienia człowieka - bo warto mówić o człowieku, nie o ludzkości tak naprawdę - zasadza się na wartościach oraz szczęściu. A nie na wspieraniu całego gatunku w przetrwaniu.

      No bo powiedzmy sobie szczerze: po co ma przetrwać ludzkość, która jest niemoralna? Przecież to absurd. I nie chodzi teraz o to, by - jak pewnie zaraz byś mi przypisał - wybić homo sapiens. W żadnym wypadku. W tym całym ulepszaniu (które zapewne wziąłbyś w cudzysłów ;)) nie chodzi ani o przetrwanie, ani o zagładę. Choć to drugie teoretycznie mogłoby być skutkiem ubocznym...

      Ale ja jestem dobrej myśli. Obyczaje się zmieniały, zmieniają i będą zmieniać, bo nie ma jednego modelu społeczeństwa. Jedne jednostki będą mieć "autorytety-srety" tam, gdzie słońce nie dochodzi, będą podważać "istniejący porządek rzeczy", inne będą jęczeć, załamywać ręce i uciekać do mysiej nory, jeszcze inne po cichu wytrują te pierwsze i drugie. Ale jako gatunek przetrwamy. Stety czy niestety. :)

      Usuń
    4. Bez wątpienia korzystne dla homeostazy jest, aby praw stanowionych było jak najmniej - i aby się jak najrzadziej zmieniały. Z tego punktu widzenia legislacyjna biegunka Jewrosojuza jest szkodliwa sama w sobie - NIEZALEŻNIE od treści praw, które ze sobą niesie.

      W szczególności: totalnym absurdem jest rozpatrywać takie kwestie jak demografia w kontekście JAKIEGOKOLWIEK prawa stanowionego - cokolwiek się postanowi: będzie to na pewno legislacja chybiona, albowiem trendy demograficzne działają interwałami pokoleń (minimum 30 lat) - a legislacje, w najlepszym razie - od wyborów do wyborów. Zresztą, taka legislacja popada w sprzeczność - opiera się na projekcji którą ma - w założeniu - zmienić...

      Usuń
    5. Aaaa to już co innego, że za dużo przepisów. Tylko znajmy proporcyję: co innego karać za znęcanie się nad żywym zwierzęciem, a co innego chronić obywatela przed nim samym, zakazując/nakazując mu czegoś/coś rzekomo niekwestionowalnie złego, a w rzeczywistości mającego niewielki związek z losem innych ludzi.

      (Nadal upieram się, że nie da się ustanowić prawa opartego na czystym zdrowym rozsądku, bez wprowadzenia doń określonej moralności. Tym samym nie da się zawęzić prawa do zasad, które będą służyć jedynie podtrzymaniu trwania ogółu.)

      Usuń
    6. Ależ oczywiście: np. podtrzymywanie życia kalek mało ma wspólnego z homeostazą (aczkolwiek doświadczenie dziejowe wykazało, że społeczeństwa, które czyniły użytek ze "skał tarpejskich" - nie okazały się ani trochę zdrowsze czy silniejsze fizycznie od tych, które wykazywały się większą oględnością...) - wiele natomiast z moralnością. To samo dotyczy aborcji której zakaz - nota bene - ZMNIEJSZA przyrost naturalny (bo kobiety staranniej się zabezpieczają...).

      Ogólnie jednak - im mniej prawa stanowionego, tym też - siłą rzeczy - mniej w nim moralności, a więcej: homeostazy.

      W ogóle nie byłoby takiego zjawiska jak nacjonalizm, czy waśnie narodowe - gdyby nie pomysł przymusowej edukacji. Aż do momentu jej wprowadzenia władzy było obojętne, jakim językiem na co dzień mówią jej poddani, a poddanym - po jakiemu mówią do siebie urzędnicy. Ale uczyć dzieci trzeba już było - w jakimś konkretnym języku. Niemal nieodmiennie władza uznała, że będzie to ten język, którym sama się posługuje. No i się zaczęło...

      Usuń
    7. Do pewnego momentu można tolerować odmienność nacji, które sobie spokojniutko żyją na jednym regulowanym określonym prawem, pod władzą określonej władzy obszarze. Jeśli jednak tych nacji jest zbyt dużo (lub obywateli jest zbyt dużo), to władza może mieć problem z utrzymaniem porządku. Swoboda, czysty kapitalizm, niewiele prawa stanowionego - to wszystko jest, według mnie, możliwe do jakiejś tam liczby ludności. Później zaczynają się kłopoty.

      Wydaje mi się, że co innego edukacja przymusowa, a co innego - państwowa. Choć, rzecz jasna, jedno wynika z drugiego. Ale nie musi, np. w przypadku ludzi zamożnych.

      Usuń
    8. Doświadczenie historyczne nie potwierdza tej tezy. Mieszkańcy rosnących w siłę i liczbę ludności Stanów jakoś się - do niedawna - obywali bez narodowych waśni. A tymczasem na słabo zaludnionym Kaukazie nie tolerują się sąsiedzi z sąsiednich, lub nawet z tej samej wioski - tak samo na Bałkanach, bynajmniej nie porażających gęstością zaludnienia...

      Usuń
    9. Tu nie chodzi o waśnie między plemionami, narodami czy społecznościami, tylko o władzę nad ludźmi. Nie powiedziałabym, że USA są ostoją wolności oraz niewielkiej liczby przepisów. Przeciwnie! W blogu Futrzaka (nie wiem, czy znasz) czytałam dość ciekawe rzeczy odnośnie prawa:

      http://futrzak.wordpress.com/2012/05/01/umacnianie-pokoju-i-wolnosci-obywatelskich/

      A jak jeszcze weźmiemy pod uwagę pewne dawne idiotyczne prawa...

      http://noelr.hubpages.com/hub/Sex-Trivia

      Usuń
    10. Nigdy nie byłem w Ameryce - i nie wybieram się tam. Mimo wszystko - mam wrażenie, że jednak amerykańskiemu "zamordyzmowi" do "zamordyzmu" panującego w Polsce - jeszcze daleko!

      Przy tym: gdyby rzecz zależała TYLKO od liczebności populacji - to największy zamordyzm powinien panować w Chinach (fakt: jest tam sporo gorzej niż w Stanach, a nawet gorzej niż w Polsce - ale nie aż tak gorzej, jak by wynikało z różnicy w wielkości populacji...), a drugi najgorszy - w Indiach (tymczasem Indie to podobno nawet - demokracja... cokolwiek to znaczy!).

      Usuń
    11. Ach, nie, nie zamordyzm! Chodziło mi o to, że powyżej pewnej liczby ludności, JEŚLI państwo ma być spójne, "zarządzalne", etc , JEŚLI panować ma jaki taki ład i porządek (bo może władca tego nie chce - nie wiadomo ;)), to trzeba zapomnieć o czystym kapitalizmie, o minimalnej ilości praw czy innych "konserwackich" marzeniach. To taka moja ignorancka teoryjka, wybacz. :)

      Usuń
    12. "Czystego kapitalizmu" nigdy nigdzie nie było. To tylko taka teoretyczna konstrukcja. Natomiast XIX-wieczna Wielka Brytania była krajem o wiele bardziej liberalnym - od na ten przykład zdecydowanej większości państewek włoskich mimo, że zarówno pod względem liczebności, jak i mobilności swojej populacji - biła każde z nich na głowę stopniem komplikacji.

      Stany, niezależnie od takich czy innych obsesji kol. Futrzaka - są jednak o wiele bardziej liberalne od mikroskopijnej w porównaniu z nimi Polski...

      Usuń
  2. Mimo, że się nie raz uśmiałem podczas czytania tego artykułu, to jednak przesłanie takie smutnie realistyczne...

    @Kult młodości
    W wielu przypadkach młodzi lepiej radzą sobie w obsłudze komputera i innych urządzeń, które zwiększają dostęp do informacji. Widzę, to po moim ojcu i mamie, których umiejętności informatyczne są gorsze niż mojej 5 letniej kuzynki... Oczywiście wiedza a mądrość, to dwie różne rzeczy. Jakoś się jednak chyba ze sobą łącza?

    A co do zniewieścienia - to mnóstwo czynników się na to składa. Rodzona matka mi mówiła, że to kobieta ma rządzić w domu.

    Swoją drogą napisałem przed chwilą artykuł, w którym poruszam temat tego by z takimi "uroczymi dziewczętami" nie dyskutować, jeśli chce się coś "zdzialać" w myśl sentencji "dicere non est facere"!
    http://daimyoblog.blogspot.co.uk/2012/05/jak-rozmawiac-z-kobieta.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Autorowi wychodzi pisanie o szczegółach, ale kiedy zabiera się za tworzenie teorii na skalę światową... Cóż...

      Jedyne mądre uogólnienie to takie, które mówi, że wszystkie uogólnienia są złe. :) Poza tym, które mówi o uogólnieniach. ;) Teksty typu "Wszystkie zmiany są złe, nie należy niczego podważać" czy "Wszystko ma się zmienić, wszystko należy rozwalić" od razu dyskwalifikują temat, którego są podstawą.



      Odnośnie wieku, mam swoją OSOBISTĄ teorię.

      Czasy, kiedy starość = mądrość, minęły. I to dawno. Najpiękniejszy wiek (choć z pewnością jest całkiem sporo wyjątków) to między 25 a 60 rokiem życia. Wcześniej i później mózg nie działa jak trzeba, tzn. wykazuje poważne oznaki zidiocenia. Objawy:

      a) zaślepienie na fakty

      b) próby dopasowania rzeczywistości (faktów) do swoich teorii, zamiast beznamiętnej obserwacji (nie mylić z próbą dopasowania rzeczywistości do ideologii - to coś innego!)

      c) przekonanie o własnej nieomylności

      d) niechęć do zagłębiania się w istotę problemu, operowanie ogólnikami (ci są zawsze..., tamci nigdy... etc)

      e) traktowanie swojej ideologii (zarówno dążącej do zmian, jak i do zachowania status quo) jako czystego zdrowego rozsądku

      f) paskudny konformizm

      To kretynizmy występujące i u "gówniarzy", i u "staruchów".


      Dodatkowo:

      Kretynizmy typowe dla wieku młodzieńczego:

      a) przekonanie o tym, że "się należy" (typowe dla neosocjalistów, jak roboczo nazywam określony typ ludzi)

      b) skłonność do nadmiernego ryzyka

      c) brak odpowiedzialności za swoje czyny

      d) chęć zmieniania wszystkiego, co "przestarzałe"

      Kretynizmy typowe dla wieku starczego:

      a) zachowawczość posunięta do absurdu

      b) przykładanie swojego doświadczenia do dzisiejszych czasów, nieprzyjmowanie do wiadomości przestarzałości informacji, metod, etc

      c) chęć zachowania wszystkiego w takim stanie, jak "za starych, dobrych, czasów"

      Usuń
    2. Powiedziałbym, że jedną z paskudniejszych cech jest też takie przeintelektualizowanie, które już nie pozwala dostrzegać pojedynczych drzew - albo się widzi od razu cały las, albo nic!

      Pisałem o tym wiele razy. Tak działa współczesne tzw. "dziennikarstwo" - znam to z autopsji dość dobrze. Ot - pies pogryzie dziecko. Zdarza się. Wydarzenie o którym następnego dnia nikt poza dzieckiem, jego rodzicami (i być może psem) pamiętał nie będzie. Ale dla tabloidu lepiej, jeśli "sprawa" toczy się przez czas dłuższy - to zwiększa sprzedaż! Dlatego wyszukuje się specjalnie takie zdarzenia, grupuje je w serie, buduje dramatyzm - i oto, jak Dyabeł z pudełka - objawia się "problem społeczny": psy gryzą dzieci! Coś z tym trzeba koniecznie zaraz teraz zrobić! I politycy - którzy są częścią tego samego "przemysłu rozrywkowego" - naturalnie: "coś" robią... Byle jak - rzecz jasna...

      Zmiany jakie zachodzą w naszym współczesnym świecie NIE są wynikiem jakichś konfliktujących norm moralnych, jakichś wizji przyszłości. To czysto przypadkowy efekt chaosu, sprzecznych interesów, mody i doraźnych potrzeb "pijarowskich". Zaprawdę - w takim świecie powstrzymanie się od działania - jest cnotą najwyższą! Albowiem wszyscy nic - tylko działają. Nie myślą. Nie zastanawiają się. Działają! Bo to jest potrzebne tabloidom, to tworzy newsa, to zwiększa sprzedaż...

      Usuń
    3. Bierność jako lekarstwo na nadaktywność lub złą aktywność! Pięknie! Od jednej skrajności w drugą. :)

      Ja jednak bezczelnie zachęcę: wspierajmy konkretne sprawy, nie usiłując od razu zmieniać całego świata. Jak coś się przyjmie - OK. Nie - trudno, próbujemy dalej.

      A bierność... Cóż, są takie trzy małpki, które zasłaniają oczy, usta i uszy...

      Usuń
    4. Te małpki razem symbolizują mądrość - i bezgraniczną lojalność wasala/podwładnego wobec seniora/przełożonego.

      Usuń
    5. No tak, mądrość - podobnie jak dobro i piękno - jest ideą. A idee nie mają desygnatów. Istnieją w naszych umysłach. A umysł umysłowi nierówny...

      Cóż, wpadam w banał, wybacz. Nie będę się kłócić, skoro masz taki sposób na życie. Ja jednak poszukam tej "trzeciej drogi".

      A może... czwartej? Bo coś mi się zdaje, że całkiem sporo ludzi trzecią drogą uczyniło połączenie tzw. filistra z tzw. pożytecznym idiotą. Taki typ, co to reaguje wtedy, kiedy mu pasuje - i nakazuje reagować. Jak nie pasuje - bierny. I bierność zaleca. ;)

      Usuń
    6. A ja nie ukrywam, że chciałbym wrócić do świata takiego, jakim był przed rokiem 1917 (a w niektórych sprawach - nawet przed rokiem 1789...). Jest to jednak z całą pewnością niemożliwe. Skoro tak zaś - to PO CO mam robić cokolwiek? I tak - co bym nie zrobił - nie przybliży mnie to ani na krok do tego ideału...

      Usuń
    7. Tak, dla Ciebie sprawa jest prosta. :)

      Usuń
  3. Jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Ty nie lubisz dyskutować i jesteś bardzo zakochany w swoich pomysłach. Zawsze szanowałam ludzi, którzy mają odmienne od moich poglądy, a za to konsekwentnie je wyznają i głoszą, szanując zarazem rozmówcę, choćby miał daleko rozbieżne postawy życiowe, nie obrażając nie wyśmiewając. Ot, taka jeszcze jedna naiwna myśl...

    OdpowiedzUsuń
  4. ...i wiesz co jeszcze na samiusieńki koniec? świat wcale nie jest podły i okrutny, on jest po prostu smutny...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ świat nie jest ani podły i okrutny, ani smutny! On jest piękny, wielki i bardzo skomplikowany...

      Zaraz. Czy Ty aby nie odebrałaś tego wpisu osobiście..? Ależ przepraszam! To akurat broń Panie Boże nie było moim zamiarem: dyskusja z Tobą pod poprzednią notką była tylko jednym z bardzo wielu źródeł inspiracji - temat nie jest tu nowy, niczego nowego też nie napisałem w stosunku do dziesiątków poprzednich wpisów...

      Usuń
  5. Ależ absolutnie nie odebrałam tego osobiście, to tylko były takie moje luźne bardzo uwagi...
    A co do stopnia komplikacji świata, to masz absolutną rację, cieszę się, że tak myślisz, bo odniosłam ( widać mylne) wrażenie, iż masz słabość do prostych rozwiązań:)
    Dobrej nocy życzę i idę do garów i jeszcze jedno i, pozdrowienia dla małżonki, którą tak często i miło wspominasz:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Urok prostych rozwiązań polega na tym, że potrafią regulować bardzo złożone zjawiska - o ile tylko wykorzystują ich naturalną dynamikę...

      Usuń
  6. @BoskaWola

    Jest Pan WYJATKOWO inteligentnym czlowiekiem ale takze WYJATKOWYM pesymista.Przeciez tym wpisem Pan NEGUJE SENS ostatnich kilkanastu tysiecy lat ludzkiej historii oraz NIEMAL wszystkie systemy religijne czy kodeksy prawne lub szkoly filozoficzne w historii-wlasciwie neguje Pan NIEMAL cala ludzka CYWILIZACJE(ze dekady od 1968 to nawet bym sie zgodzil ale CALA?)-ja tez bywam obrazoburca ale zanegowanie SENSU ostatnich paru tysiacleci to chyba jednak "drobna" przesada?Nieco SZKODA ze nam nie po drodze ale coz-takie zycie-mamy wolna wole i kazdy wybiera jak uwaza.CIESZE sie jednak ze mozemy sobie podyskutowac bo spojrzenie na rzeczywistosc z tak diametralnie innego punktu widzenia bywa odswiezajace i inspirujace.

    @Kira

    Ciesze sie ze mnie "wyreczylas" w dyskusji z Panem Jackiem bo jako "pozyteczny idiota"(ale urazy nie zywie bo to przeciez tylko OPINIA)wlasciwie juz czulem sie "wywolany do tablicy" a przyznaje iz jakos mi sie nie chcialo(dyskutowanie po raz setny na ten sam temat bywa nieco nudne).Przy okazji-od czasu do czasu wpadam na Twojego bloga i choc nie ze wszystkim sie zgadzam(jestem raczej konserwatysta)to przyznaje iz ciekawie piszesz-byc moze wkrotce zaczne tam trolowac;)

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ zapraszam, Piotrze. :) Nie oczekuję pochlebstw, krytyki nie kasuję. A ognista dyskusyjka tylko przyjemnie podrażni nerwy. ;)

      Pan Boska Wola faktycznie jest człowiekiem inteligentnym, lecz cóż, niekiedy straszliwie błądzi. Wiem, niegrzecznie to pisać w blogu gospodarza, ale niech mi to zostanie wybaczone. ;)

      Usuń
    2. @ Panie Piotrze

      Nie wiem skąd takie zdziwienie - doktryna niedziałania, którą tu prezentuję, jest jedną z najstarszych w dziejach filozofii - a Lao Zi faktycznie krytykował cały tzw. "postęp" od rewolucji neolitycznej począwszy...

      Przy tym: jeśli nawet przesadzam - to również dlatego, że jeśli patrzeć po współczesnych ruchach "anty-systemowych", więc wszystkich tych "oburzonych" czy innych "alter-globalistach" - to jest to sama komuna, jeszcze radykalniejsza i jeszcze bardziej krwiożercza od tej, która się w garnitury poubierała i na salonach rządowych bryluje. Nie mam też najmniejszych wątpliwości, że "w razie czego" - na wierzch i tak wypłyną szuje i szumowiny - i całe to "obalanie systemu" skończy się jak zwykle: jego odrodzeniem w gorszej postaci.

      Co w tej chwili - w sytuacji, gdy już nie chodzi o jakieś próżne tytuły, zastarzałe przesądy czy inne drobnostki - a o życie po prostu (albowiem spora część tzw. "zielonych" nie ukrywa przecież, że ich celem jest - redukcja liczby ludności...): jest już nadto ryzykownym!

      Dlatego rozsądniej jest nie zwalczać "kompradorskiego kapitalizmu", nie podważać ryżych a nawet palikotnych rządów - póki tkwią w garniturach na rządowych salonach może ich instynkt samozachowawczy przed najgorszym powstrzyma. Może. Bo tego satanizmu, który się z "zielonych" pism i stron w necie wylewa - nie powstrzyma nic...

      Jest to przy tym jad wyjątkowo trujący i podstępny - i właśnie nader często: ubierający się dla niepoznaki w naturalne, a nawet piękne i pożyteczne (w granicach rozsądku) odruchy litości wobec wszystkich istot z osobna i całej planety razem.

      Proszę się też zastanowić nad konsekwencją: jeśli Pana zdaniem rewolucja jest dobra - to dlaczego "dobra" jest tylko wtedy, gdy przynosi skutki, które się Panu podobają - a ta ostatnia, z 1968 i lat późniejszych, która przyniosła skutki mniej Panu miłe (choć przecież nie można powiedzieć, iżby rewolucja ta i jej skutki nie wpisywały się w ciąg logiczny zapoczątkowany wiele wieków temu...) - już nie?

      Tu stanowisko Kiry jest bardziej konsekwentne - choć też się z nim nie zgadzam. A nie zgadzam się, bo mi właśnie: nie jest wszystko jedno! Nie muszę się przejmować treścią stanowionego prawa (co dla Kiry zdaje się być bardzo ważne) - bo nie uważam, iżby wszystkie, dowolne poglądy i mniemania ludzi były sobie epistemologicznie równe. Niektóre z takich mniemań - fakt, że to jest mniejszość - dają się "podbudować" rusztowaniem zdrowego rozsądku, a czasem nawet (bardzo rzadko jak chodzi o sprawy "społeczne"...) nauki. Za innymi stoi Tradycja: i te poważam o wiele silniej od nowych i niesprawdzonych. Mam to za minimalizm może - ale przynajmniej: nieryzykowny. Prawo nowe, ani zdrowym rozsądkiem ani chociaż Tradycją nie poparte - nie przestaje być niesprawdzoną hipotezą tylko dlatego, że je 460 pajaców w okrągłym budynku przypominającym cyrk uchwaliło...

      Usuń
    3. @BoskaWola

      "na wierzch i tak wypłyną szuje i szumowiny - i całe to "obalanie systemu" skończy się jak zwykle: jego odrodzeniem w gorszej postaci."

      No wlasnie tego nie jestem pewny-w koncu NIE kazda rewolucja do tego prowadzi-w koncu gdyby tak bylo to by nigdy zadnego postepu nie bylo.Choc im lagodniej(bardziej ewolucyjnie i zgodnie z NATURALNYM trendem)tym lepiej.

      Co do rewolucji 1968 i obecnego zielonego lewactwa-tu jestem PRZECIW tak jak i Pan.Jestem przeciw bo uwazam iz niemal wszystko co ma pocztatek w 1968 roku to objawy UMIERANIA(w sensie powiedzmy spenglerowskim)zachodniej cywilizacji i trzeba to zwalczac z cala sila.

      Piotr34

      Usuń
    4. Co do doktryny taoizmu-coz,jest mi ona znana oczywiscie i dlatego napisalem iz neguje Pan NIEMAL cala historie ludzkosci a nie jednak cala.Doktryna niedzialania to jednak drobny ulamek kulturowego dzedzictwa czlowieka i choc ma swoje racje to patrzac jak czlowiek wyszedl z jaskin i polecial na ksiezyc(oraz zapelnil lodowki swoim wspolbracia)nie uwazam jej za sluszna-tu i owdzie TAKTYCZNIE moze byc uzyteczna ale jako postawa zyciowa zdaje mi sie zbyt ekstremalna-podobnie zreszta jak i przegiecie w druga strone a postaci AGRESYWNEGO progresywizmu bez ogladania sie na koszty.CEL(dla wygody nazwijmy go postepem-choc nie mam na mysli dokladnie tego samego co mainstream)jest dla mnie istotny ale NIE uswieca srodkow.

      Piotr34

      Usuń
    5. @Boska Wola

      Każde prawo było kiedyś nowe. I jeśli ktoś jęczał, że "stare było lepsze", to... przegrywał.

      Notabene nie znam człowieka - włączając w to Ciebie - który swoje rozważania odnośnie słusznego "porządku rzeczy" oparłby na jakimś obiektywnym założeniu. Każde założenie, z którego wywodzimy zasady moralne czy prawne, jest z natury swej subiektywne.

      Osobiście prawo stanowione mam gdzieś - jeśli mi się nie podoba. Nie jest ono żadnym wyznacznikiem moich własnych zasad.

      Usuń
    6. Pirron, duchowy praojciec Twojej postawy filozoficznej znany był z tego, że nieustannie chodził posiniaczony - nie ufał bowiem nie tylko obiektywizmowi ludzkich sądów o rzeczach, ale i świadectwu własnych zmysłów - i nieustannie natykał się na rzeczy twardsze od jego własnego ciała: czy to skały wąwozów lub ściany studni, do których wpadał, czy to koła wozów... I on jednak, zalecał wobec tego raczej afazję (nieorzekanie niczego o rzeczach), za czym przyjść miała ataraksja (a więc wewnętrzny spokój), na koniec zaś - apatia. Twój sceptycyzm aktywny zatem, tak samo wikła się w antynomii, jak każda inna filozofia. Bo świat w ogóle jest antynomiczny - bez sprzeczności i niekonsekwencji, żyć się nie da...

      Usuń
    7. Poznaję świat zmysłami, a także częściowo - rozumowaniem. Jedno i drugie może okazać się błędne, ale MOŻE też - słuszne.

      W przypadku ocen słuszność jest weryfikowana na podstawie ZAŁOŻENIA. A u każdego może być ono odmienne. I wygra silniejszy.

      Usuń
    8. Jeśli uważasz, że zmysły mogą przekazywać prawdziwą wiedzę o świecie - to znaczy, że dopuszczasz także, że da się taką wiedzę sprawdzać i weryfikować. Dopuszczasz zatem, że świat jest poznawalny (przypomina mi się refren starej piosenki:

      - Oj dana, dana - nie ma Szatana,
      A świat realny - jest poznawalny.

      tylko nie pamiętam: kto to śpiewał?). A także dopuszczasz siłą rzeczy, że można utworzyć system sprawdzonej wiedzy o świecie - czyli naukę. Pirron, a za nim inni sceptycy - takiej możliwości nie dopuszczali (byli więc w swoim sceptycyzmie - konsekwentni...).

      Teraz: z czego wynika Twoja opinia, że w sprawach moralnych - możliwe jest tylko rozumowanie dedukcyjne, oparte na jakichś arbitralnych założeniach? Bo to jest dla mnie niejasne. Rozumiałbym, gdybyś była sceptykiem konsekwentnym - dla takiego cała ludzka "wiedza" jest co najwyżej pewną konwencją (niektórym matematykom zdarza się "chorować" na taki pogląd...), całkowicie arbitralną.

      Jeśli jednak nie jesteś sceptykiem konsekwentnym - to dlaczego pozostajesz sceptyczna akurat co do życia społecznego, prawa i moralności? Czy uważasz, że tych dziedzin życia nie da się badać naukowo?

      Ależ da się, zapewniam Cię... że nie daje to - a w każdym razie: nie zawsze daje - jednoznaczne wskazania co do tego, jak postępować? Owszem, to prawda. I prawdą też jest, że nauka nie posiada tu wcale znaczącej przewagi nad religią na ten przykład (nauka, koniec końców, to tylko narzędzie - w dodatku z definicji jej własne systemy aksjomatyczne, których używa - też ZAWSZE muszą zawierać jakąś antynomię: nie da się zbudować takiej matematyki, która by sprzeczności wcale nie zawierała...). Tym niemniej - są takie rzeczy, w tym także taka wiedza o przeszłości i teraźniejszości społecznego życia człowieka których kwestionować - jeśli nie kwestionuje się samej możliwości uprawiania nauki - sensownie nie sposób. Może to robić co najwyżej ktoś - źle poinformowany lub żywiący przesądy...

      Usuń
    9. @Jacek
      Aż sobie ściągnąłem kilka książek o Lao Zi i daoizmie.

      Usuń
    10. @Boska Wola

      A jednak upieram się, że np. filozofia, teologia, etyka - nie są prawdziwymi naukami. Przedmiot badań powinien istnieć w świecie rzeczywistym, nie tylko w świecie idei. A dobro, zło, mądrość (nie inteligencja!), głupota (nie tępota), honor, hańba - to idee!

      Można badać psychikę człowieka, można badać społeczeństwo/a, można wyciągać wnioski - ale to nie ma nic wspólnego z moralnością.

      Instynktownie możesz zwracać się ku pewnym wartościom (uczciwość, prawdomówność, prawo do obrony, niechęć do agresji, chęć współpracy z przyjaznymi Ci ludźmi, etc), może też podobać Ci się porządek na nich oparty; a jak jeszcze spotykasz się z powszechną aprobatą własnych wartości, to jesteś przekonany, że nie możesz się mylić. Ale - to ciągle pozostają OPINIE. Bo wystarczy, że pojawi się ktoś, kto uważa, że np. nie miłosierdzie, a "twardość", i nie uczciwość, a spryt, nie wstrzemięźliwość, tylko lubieżność powinny być podstawą społeczeństwa - i leżysz w dyskusji, bo nie przekonasz tej osoby, że się myli. Dlatego społeczeństwa tak się między sobą różnią.

      W ogóle odróżnianie opinii od obserwacji to podstawa.

      Najpierw coś obserwujesz. "Widzę coś." - NAjPRAWDOPODOBNIEJ FAKT
      Potem interpretujesz. "To jest... (tym a tym)" - BARDZO MOŻLIWE, ŻE TO FAKT
      Potem oceniasz. "To jest (takie a takie)". - CZYSTA OPINIA

      Usuń
    11. "[...] są takie rzeczy, w tym także taka wiedza o przeszłości i teraźniejszości społecznego życia człowieka których kwestionować - jeśli nie kwestionuje się samej możliwości uprawiania nauki - sensownie nie sposób."

      Nie sposób kwestionować, że coś się MOŻE wydarzyć. że coś CZĘSTO prowadzi do czegoś. Że coś ZAZWYCZAJ dawało takie, a nie inne rezultaty. Ale to jest obserwacja! Nie ocena.

      Usuń
    12. To nie do końca tak. Weź się się zainteresuj dwiema dziedzinami badań: lingwistyką i antropologią ewolucyjną. Oczywiście nikt Ci nie powie, że z badań naukowych wynika, że nie powinnaś kraść i dokonywać aborcji. Jednak mechanizm kształtowania się etyki (w tym także etyki prokreacyjnej) da się zbadać i opisać - tak samo jak prawidła rządzące całym uniwersum językowym, w którym człowiek buduje swoje relacje społeczne. Z tego opisu jednak co nieco WYNIKA. M.in. - wynika celowość pewnych rozwiązań.

      Nie jest przypadkiem - co zresztą dawno już wiedziano - że istnieją pewne tabu, takie jak np. incest czy zabójstwo. Nie jest także przypadkowy, tylko wynika koniecznie z samej natury języka fakt, że ludzie postrzegają świat zawsze jako "jakoś zorganizowany" - a to ma dalsze konsekwencje (jak nie ma religii "oficjalnej" - nieuchronnie rodzi się zabobon...)...

      Usuń
    13. Nie no, my się nie rozumiemy. Ty ciągle piszesz o konsekwencjach pewnych poczynań, o relacjach między ludźmi, o psychice, o społeczeństwie, o kształtowaniu się IDEI. I ja tego nie podważam. Zauważ jednak, że coś ową etykę różni od takich praw fizyki: te drugie istnieją naprawdę, a nie tylko w naszych ludzkich umysłach.

      Tym samym kazirodztwo czy zabójstwo mogą być w pewnych warunkach (lub pewnych kulturach) tolerowane (lub nawet zalecane, np. w przypadku faraonów).

      Usuń
    14. Nie jest możliwe (na dłuższą metę) społeczeństwo ludzkie, które nie penalizuje zabójstwa (dopuszczając je jedynie w pewnych wyjątkowych, ściśle określonych okolicznościach), ani też takie, które jako regułę ogólną etyki seksualnej zakłada kazirodztwo. Z czysto socjo-dynamicznych i biologicznych powodów!

      Co oczywiście nie znaczy, że nie ma zabójstw (cała wyrafinowana i subtelna kultura temu służy, aby "instynkty zabójcze" ukierunkować i reglamentować - z pożytkiem dla ogółu!) i nie ma kazirodztwa (jako złamanie tabu - a więc: szczególny przywilej dla wybranych...).

      Etyka istnieje nie tylko w ludzkich umysłach. Jak najbardziej istnieje ona też w świecie fizycznym i to nadzwyczaj namacalnie: albo bowiem chodzimy z czyjąś siekierą w plecach - albo nie...

      Usuń
    15. Ale to, że TY odczuwałbyś krzywdę Ci wyrządzoną jako zło, nie znaczy, że byłaby ona faktycznym złem. Skazany na śmierć morderca może uważać, że jego sędziowie nie są lepsi od niego, bo robią to samo, co on robił swoim ofiarom.

      Moralność musi być osadzona w jakimś kontekście. Jeśli będziemy weryfikować jej słuszność na podstawie korzyści, jakie przynosi ogółowi, to nie dziwmy się, że jest tak często podważana. Marna to bowiem podwalina (założenie) zasad, jakimi warto się kierować w życiu.

      Usuń
    16. Nie zrozumiałaś. Brak penalizacji (i kanalizacji w społecznie użyteczny sposób!) zabójstwa prowadzi z konieczności do rozpadu społeczeństwa. Dlatego historia nie odnotowuje istnienia takich przypadków! Nawet piraci, kozacy czy inni "ludzie marginesu" - też zawsze jakieś reguły i jakiś "wymiar sprawiedliwości" - mieli!

      A brak zakazu (co do zasady...) kazirodztwa - do biologicznej degeneracji. To nie jest niczyja "opinia", "subiektywne odczucie", czy "idea". To twarda rzeczywistość, która wali po ryju bez znieczulenia...

      Usuń
    17. Ależ ja to rozumiem doskonale. Każda społeczność, nawet najbardziej - zdawałoby się komuś z boku - niezorganizowana, pełna wolności, luzacka, etc, ma SWOJE prawa. Tylko proszę, nie mylmy owych praw, obyczajów, etc z moralnością!

      Usuń
    18. A w ogóle to żeby sprecyzować - ja wierzę w prosty podział za p. Kohlbergiem: moralność prekonwencjonalną, konwencjonalną oraz postkonwencjonalną. :) Ta konwencjonalna cechuje się poszanowaniem obyczajów i opinii innych ludzi, a także prawa. Ale ta bardziej rozwinięta (lub zdegenerowana, jak kto woli), post- , już niekoniecznie.

      Innymi słowy: to oczywiste, że PEWNE rzeczy są dla ogółu korzystne, a często nawet - dla jednostek z osobna. Ale jak ktoś uzna, że np. przetrwanie ogółu jest mniej warte od zachowania pewnych wartości, np. prawa do ryzykownych zachowań seksualnych? Jaką z takim osobnikiem prowadziłbyś dyskusję? Bo ja mniemam, iż - żadną. ;)

      Usuń
    19. A po co miałbym z kimś takim dyskutować? Zatwardziały kazirodca po prostu - nie dochowa się zdrowego potomstwa i w ten sposób "sam się ukarze" za swoje zboczenie. Społeczność zatwardziałych kazirodców - musi wymrzeć, jej istnienie zatem (jakkolwiek mało prawdopodobne samo w sobie), to chwilowy fenomen, który po prostu - nie ma najmniejszego znaczenia z punktu widzenia gatunku i jego historii...

      Usuń
    20. A to jeszcze inna sprawa. :)

      Usuń
  7. Bardzo groźnie brzmią konsekwencje wprowadzenia w życie nowego prawa dot. koni jako zwierząt towarzyszących, i niestety nie sposób lekceważyć aspektu ekonomicznego, który dla niektórych jest najważniejszym argumentem dla hodowli.
    Najbardziej groźnie brzmi dla mnie rola szeregowego buntownika, kroczącego w pochodzie rewolucyjnym, nie mającego pojęcia o skutkach rewolucji, o którą walczy.
    Czy jesteś przekonany, że dotyczy to większości?

    OdpowiedzUsuń
  8. Cała sprawa i dyskusja sprowadza się do jednego zagadnienia:

    Czy rząd może zabronić Kowalskiemu spożywania wartościowego i zdrowego mięsa (koniny) czy nie?

    Według mnie taki zakaz jest wysoce niemoralny, nieetyczny i budzi odrazę. Pachnie mi komuną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam pytanie: czy w Polsce ktoś koninę jada? Przeżyłam w kraju nad Wisłą 25 lat, ale koniny w sklepach nie widziałam. Nawet za wołowiną trzeba trochę po mięsnych pobiegać.
      Z resztą i we Włoszech koniny trzeba szukać w wyspecjalizowanych sklepach mięsnych (to tak dla obrony tych wstrętnych makaroniarzy żrących śliczne polskie koniki, wcale nie ma ich tak wielu).

      Nie istnieje (czyżby?) też zakaz jadania psów i kotów, ale uważamy to za powszechnie naganne.
      Może zabierzmy się za jedzenie strusi? ;)

      Justyna

      Usuń
    2. Raz widzieliśmy w Carrefourze (i kupiliśmy - smaczna była) - a raz: było stoisko promocyjne na przeglądzie zimnokrwistych ogierów w Kozienicach, dawali posmakować kiełbasy (rewelacja!). Racjonalne Oszczędzanie twierdzi, że w jego okolicy łatwiej o takie mięso.

      A fakt faktem: wołowiny w sklepach też łatwo się nie kupi - i jest droga. O cielęcinie można na ogół zapomnieć. A przecież - jesteśmy mleczarską potęgą, a skoro mleko to cielęta, a skoro cielęta - to gdzie się podziewa cielęcina..? Czyżby Radek, druh mój serdeczny miał rację - że w większości do Turcji trafia..?

      Usuń
    3. A szkoda, bo cielęcina bardzo smaczna, zwłaszcza nie faszerowana antybiotykami, itp. Osobiście nie mam ochoty eksperymentować z koniną, ale nie wiem dlaczego miałoby to być zabronione. Są rasy mięsne i nie, o co ten cały raban? W swoim czasie rodzice mieli konia, do prac polowych i jako zwierzę pociągowe. Świetne wyjście dla lubiących nadużywać: koń drogę zna i sam do domu trafi, polnymi drogami, oczywiście, nie mówię o jeździe przez miasto.
      A propos, mój wujek mieszka tuż obok remizy, w której odbywają się wesela. Raz nasi sąsiedzi bawili tam na imprezie i zaparkowali konia z wozem przy płocie wujka. Koło 5tej rano miał niezły ubaw, bo weselnicy na czterech przy jego płocie szukali konia. Temu tymczasem czekanie się znudziło, jakoś się oswobodził i sam do domu wrócił.
      :D

      Justyna

      Usuń
    4. Gulasz z koniny bardzo smaczny jest...

      Usuń
  9. Popierając konserwatyzm należy pamiętać, że jest on wewnętrznie sprzeczny. Każda świecka tradycja wynika bowiem z jakiejś zmiany w przeszłości. No chyba, że założymy, że jednak kiedyś po drzewach nie lataliśmy.

    Oczywiście poprawna jest argumentacja, że kiedyś zmiany następowały stopniowo, że okazję przetrwać miały jedynie zmiany mające sens i odpowiadające danym uwarunkowaniom, a dzisiaj mamy do czynienia z takim natłokiem postępu, że to pierdyknąć niechybnie musi.

    Ale.. jest to tylko różnica ilościowa, a nie jakościowa. Jeśli nie damy szansy temu postępowi, który obserwujemy... to się nie dowiemy, czy czasem on nie ma racji w zmieniających się uwarunkowaniach technicznych i ekonomicznych.

    Pozorna emancypacja klas niższych wynika przecież z dobrobytu niespotykanego w dziejach świata. Jeśli ten dobrobyt się skończy, to niechybnie powrócą podziały klasowe w formie bardziej oficjalnej i bardziej dziedzicznej.

    OdpowiedzUsuń
  10. @ Piotr34

    Jak czasem przez pomyłkę włączę Wiadomości i widzę twarze, które tam pokazują - to nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeśli dojdzie w Polsce do rewolucji - wypłyną na niej tylko męty i szumowiny.

    Poza tym: skoro mówi się, że mamy recydywę czasów saskich - to czy nie rozsądniej jest zrobić to, co byśmy chętnie naszym odległym przodkom "za pierwszych Sasów" zalecili: żeby siedzieć na dupie, płodzić dzieci - i czekać na Napoleona..?

    Dlaczego niby upadek Jewrosojuza ma się zaczynać od Polski? Coś żeśmy zyskali na tym, że upadek "obozu wschodniego" zaczął się w Gdańsku? Nie sądzę! Mało kto o tym pamięta w ogóle...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A samego Napoleona też być pouczał, by się nie wyrywał do przodu, nie zmieniał niczego, pilnował własnego nosa? :) Czy tylko maluczkich pouczasz? ;))))

      Usuń
    2. Jeśli masz na myśli generała Buonaparte znanego z podręczników szkolnych - to niewątpliwie, byłoby dla niego wielką korzyścią, gdyby czasem skorzystał z szansy niedziałania. Na ten przykład: po jakiego grzyba pchał się za Pireneje - skoro nie musiał, bo Hiszpanie i tak go słuchali (a przestali, gdy do nich przylazł)? No i po co lazł do tej Moskwy? Zdaniem Adama Zamoyskiego, z którym się zgadzam - sam nie wiedział, po co tam lezie - to i nie mogło się to dobrze skończyć...

      Jednakowoż: ADHD historycznego Buonapartego najwięcej kosztowało Francuzów - kości miliona spośród nich usiały całą Europę. Stąd - jeśli wrócić do metafory, której użyłem - ADHD jakiegoś hipotetycznego przyszłego alter-ego tej postaci: burzyciela obecnego ładu i konstruktora nowego - niekoniecznie musi być moim największym zmartwieniem.

      O ile oczywiście komuś na miejscu, tutaj, w Polsce - nie strzeli przypadkiem do (durnego) łba, żeby się w Napoleona pobawić. Ten jest bardziej niebezpieczny: on będzie się bawił - a ja za to zapłacę rachunek... Takim: bardzo stanowczo doradzam - żeby jednak usiedli i poczekali: a nóż wynajdą lekarstwo na takie swędzenie w nogach..?

      Usuń
    3. Czyli "pożytecznym idiotą" jest ten, kto TOBIE mógłby sprawić jakieś zmartwienie? ;)

      Usuń
    4. Nie. "Pożytecznym idiotą" jest ten, kto z zacności serca i niemożności usiedzenia na miejscu, kierując się najlepszą wolą i najszczerszym zapałem - dopomaga Szatanowi w stworzeniu Królestwa Ciemności na Ziemi. Czyli, innymi słowy: wspiera komunę...

      Usuń
    5. Dbałość o takie "prawa zwierząt" - to komuna??? Czy podałeś ten przykład jako dodatek do faktycznych działań "prosocjalistycznych"? Cóż, gubię się już w Twoim świecie idei, nie na moją małą główkę to wszystko.

      Usuń
    6. "Wszystkie zwierzęta są wspólne" i "wszystkie dzieci są nasze" - czyż to nie jest czysta komuna..?

      Usuń
    7. Nie, to nie jest kwestia własności, tylko pewnego nadzoru prawnego. Ten nadzór prawny dotyczy także dorosłych, wolnych skądinąd ludzi. Oczywiście to ową wolność nieco podważa - ale tylko nieco. :) Nie można zabijać bezkarnie ludzi. Dzieci też nie można zabijać. Czy to jest idiotyzm?

      Usuń
    8. Kto może własność ograniczyć - może też ją znieść całkiem. Między jednym a drugim nie ma żadnej "naturalnej" bariery, która by działanie władzy ograniczała, gdy raz się jego możliwość dopuści.

      Przy tym: absolutne prawo własności dopuszcza nadużycia indywidualne. Ograniczenie prawa własności PROWOKUJE do nadużyć systemowych i powszechnych.

      Nie ma bezpośredniego związku między pojęciem "własności" a pojęciem "osoby", której życiu i integralności cielesnej należy się ochrona (poza Rothbardem i jego teorią "samoposiadania" naturalnie - ale o prymitywach ignorujących dorobek 25 wieków filozofii klasycznej tu nie dyskutujemy...). Dyskusyjny może być ewentualnie czas sprawowania władzy rodzicielskiej (w jakim wieku potomka taka władza ustaje - jeśli ustaje w ogóle?). Jednak logicznym absurdem jest przyjmować, że urzędnik państwowy wie lepiej od rodzica, co jest dobre dla jego dzieci - a tymczasem nasze współczesne prawo TO właśnie - zakłada... I to samo dotyczy też zwierząt.

      Akurat podczas przyjęcia poznałem dziś historię pewnego hodowcy koni z Dęb Wielkich, któremu rok temu odebrano zwierzęta. Akurat w tym przypadku - rzecz podobno, wedle opowiadającego, była zwieńczeniem wielu lat społecznego ostracyzmu. Skądinąd jednak - poczułem się zagrożony: oprócz wielu innych zaniedbań bowiem, "grzechem" tego człowieka miało być i to, że swoim czterokopytnym - stajni nie zafundował... A tego urządzenia - też nie posiadam!

      Usuń
    9. Nadużycia systemowe czy indywidualne - zło jest złem, i trzeba mu się przeciwstawiać. A co jest złem? Cóż, każdy ma swój własny osąd. Prawo jest takie, jaki jest osąd rządzącego.

      Jeśli ktoś uważa, że rodzic ZAWSZE wie lepiej, co dobre dla dziecka, to nawet nie ociera się, ale wpada w fanatyzm. Absolutna władza rodzicielska niejednemu dziecko zdrowie, a nawet życie odebrała. Ale ja już z pieprz.enia JKM wyrosłam.

      Natomiast rację masz, że ZAZWYCZAJ rodzic opiekuje się dzieckiem lepiej, niżby zrobiło to państwo. To naturalne. I tak jest ze zwierzętami.

      Ale czy to oznacza, że albo władza (właściciela, opiekuna) ma być absolutną, albo żadną? Skrajności nigdy nie są dobre.

      Usuń
    10. Władza jest albo absolutna - albo nie ma jej wcale. Nie ma logicznej, naturalnej możliwości "utrzymania środka" - bo jeśli raz się zakwestionuje zasadę - co niby ma powstrzymać przed kwestionowaniem jej coraz to dalej..?

      Z dwojga złego zatem - wybieram cierpliwe znoszenie nadużyć indywidualnych (społeczeństwa bardziej subtelne od naszej współczesnej dziczy - znały wiele sposobów na łagodzenie skutków takich nadużyć BEZ kwestionowania samej zasady absolutnej władzy nad rzeczą, zwierzęciem czy dzieckiem...).

      Usuń
    11. Kwestionowanie władzy/własności/praw wszelakich - miało miejsce wielokrotnie i będzie mieć po wsze czasy. Zarówno ta, jak i inne zasady były, są i będą kwestionowane - w imię INNYCH zasad. Te inne czeka ten sam los.

      Usuń
    12. No i co z tego..? Chyba nie zaprzeczysz - że idee mają konsekwencją. Konsekwencją idei absolutnej własności - jest możliwość indywidualnych nadużyć. MOŻLIWOść - którą w dodatku można zmniejszać, działając innymi niż prawo środkami na osobę właściciela (dobry przykład, moralne pouczanie, przekonywanie, w ostateczności - społeczny ostracyzm czy napiętnowanie).

      Natomiast konsekwencją ograniczenia prawa własności - jest PEWNOść, że dojdzie do nadużyć systemowych, systematycznych, na wielką skalę...

      Sowieci zabili nie tylko kilkadziesiąt milionów ludzi - oni też (o czym jakoś mało kto pamięta...) zabili lub doprowadzili do śmierci jakichś 20 mln koni, 40 mln sztuk bydła, 100 mln sztuk nierogacizny, itd., itp.: na ogół była to przy tym śmierć spowodowana głodem lub chorobami - a więc: dość nędzna.

      Przy tym: niby dlaczego "złu trzeba się przeciwstawić"? No dlaczego? Jaka jest po temu racja - pytam..? A jeśli do wyboru są tylko "różne rodzaje zła"..?

      Usuń
    13. Złu należy się przeciwstawiać dokładnie z tego samego powodu, dla którego Ty postulujesz, by mu się NIE przeciwstawiać - z wewnętrznego przekonania, że jest to lepsze niż bierność (u Ciebie - niż aktywność).

      Systemowe nadużycia muszą prędzej czy później spotkać się ze społecznym sprzeciwem.

      Prawo własności, podobnie jak prawo wolności, zawsze będzie w taki czy inny sposób ograniczane. A już w dobie tzw. własności intelektualnej nie da się przed tym uciec. Jak nie będzie odpowiednich praw, to ludzie skoczą sobie do gardeł, np. kiedy jeden "zaiwani" drugiemu schemat jakiegoś wynalazku i go wykorzysta.

      Usuń
    14. Moje przekonanie o bezpłodności "społecznego sprzeciwu" czy też "aktywnej walki ze złem" wynika z doświadczeń historycznych: na ogół taka walka przynosi bowiem więcej zła, niż miała usunąć.

      Dalej nie znajduję uzasadnienia, dlaczego Ty koniecznie MUSISZ sprzeciwiać się każdemu "złu"? Kto Cię do tego zmusza? Wewnętrzne przekonanie? To ono nie ma żadnego uzasadnienia? Z niczego nie wynika?

      Ponawiam też pytanie: a co - jeśli do wyboru są tylko różne rodzaje zła? Innymi słowy: cokolwiek zrobisz - poprawiając jedną rzecz - inną tym samym pogorszysz..? A to się bardzo często zdarza...

      Usuń
    15. Sprzeciw wobec zła czy przyzwolenie na zło - to wszystko wynika z przekonań - że tak to ujmę niezręcznie - moralnych. To, że Ty pewne aspekty postępu OCENIASZ na gorsze, wcale nie znaczy, że są one gorsze według każdego. A jeśli nawet, to kto może obiektywnie osądzić, że "nie było warto, panie i panowie"?

      Oczywiście, że często mam do wyboru dwa rodzaje zła. I dokonuję wyboru. Bierność to też wybór.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...