wtorek, 22 maja 2012

Fantomowe ciało króla

Książki nie czytałem – ale swoje zdanie mam! ☺ ☺ ☺ Oczywiście: to żart. A książkę chętnie przeczytam – o ile będzie po temu okazja, oczywiście. Natomiast „Wprowadzenie“ czytałem – i do „Wprowadzenia“ jak najbardziej odnieść się mogę – nieprawdaż..?

Tym co bije po oczach w pierwszym rzędzie, jest typowy dla humanisty snującego rozważania o przeszłości nieco bardziej odległej niż ostatnie półwiecze – brak najmniejszej nawet wzmianki o zagadnieniu, który ja osobiście uważam za decydujące w dziejach gospodarczych Europy: o zagadnieniu gnoju! Guana. Nawozu. Obornika. Jak chcecie – tak nazywajcie: jest to jednak problem najbardziej fundamentalny.

Pan Piotr nazwał mnie kiedyś „deterministą geograficznym“. To nie do końca tak! Jeśli jakikolwiek czynnik natury fizycznej uważam za determinujący w najwyższym stopniu historię społeczeństw rolniczych – to jest nim: ich zdolność do utrzymania żyzności ziemi. Kiedy zdolność ta zawodzi – społeczeństwo rolnicze upada. Niezdolność utrzymania żyzności ziemi w krajach klimatu gorącego grozi najczęściej na skutek braku nawodnienia lub zasolenia gleby wywołanego nawodnieniem przeprowadzonym nieumiejętnie. Jako też – cywilizacji które upadły, miast które opustoszały, królestw po których zostały tylko kupy gruzów na skutek jednego z tych dwóch nieszczęść – legion!

W krajach o klimacie nieco chłodniejszym, nie nawodnienie samo staje się problemem centralnym – a możliwość dostarczenie glebie adekwatnej do potrzeb ilości materii organicznej i pierwiastków potrzebnych do wzrostu roślin.

Marginesowo warto zauważyć, że nawodnienie ziemi zbyt suchej – jest przedsięwzięciem o wiele łatwiejszym (mimo, że wymaga działań na wielką skalę, doskonale widocznych, rzucających się w oczy – i stąd skłonni jesteśmy przeceniać skalę wysiłku takich na przykład Nabatejczyków, uprawiających dzięki złożonemu systemowi nawadniającemu oliwki w szczerej pustyni – w stosunku do wysiłku na ten przykład szkockich górali, utrzymujących żyzność swoich połonin dzięki systematycznemu wypasowi owiec i bydła: w rzeczywistości – to Szkoci musieli napracować się więcej!). Stąd też – wykorzystujące różne techniki nawodnienia i dystrybucji wody – wielkie cywilizacje rolnicze najpierw rozwinęły się na gorącym Południu: trwając w stanie chwiejnej równowagi między naporem demografii, a stałym, ograniczonym zasobem wody, determinującym maksymalny poziom możliwej produkcji żywności.

Tymczasem chłodniejsza Północ, jakkolwiek przyswoiła sobie uprawę roli jako taką – problemu jak przywrócić żyzność wyeksploatowanej glebie nie umiała rozwiązać przez bardzo długi czas. Pozostawiano zatem to zadanie siłom samej natury, uprawiając tzw. „gospodarkę wypaleniskową“: pola przenosiły się z miejsca na miejsce, a porzucone – wyjałowione – porastał młody las, który po odpowiednim czasie – znów szedł pod ogień i siekierę. Narzucało to niską gęstość zaludnienia i polityczną decentralizację: brak było warunków do gromadzenia znacznych nadwyżek żywności, potrzebnych dla funkcjonowania większych ośrodków miejskich, czy też – licznej grupy ludzi nie zaangażowanych bezpośrednio w produkcję żywności (elity władzy). Oczywiście, to rówież była równowaga chwiejna – a periodyczne katastrofy powodowały zarówno wahania klimatu (zmieniające czas potrzebny na to, aby młody las odnowił żyzność ziemi, na której rośnie), jak i – presja demografii.

Ludy Północy, do których i my się zaliczamy – stosunkowo wcześnie zaczęły też eksperymentować nad połączeniem uprawy roli i hodowli zwierząt: celowali w tym m.in. Galowie, osiągając znaczną już dzięki temu gęstość zaludnienia i zamożność. Dzięki rzymskiemu podbojowi Galii i Brytanii, możliwy był import na ich tereny technik rolniczych wypracowanych w Egipcie czy w Afryce Północnej. Dopiero jednak połączenie udoskonalonej techniki orki (pług zaprzężony w woły zamiast radła) z hodowlą – pozwoliło wypracować już po upadku Imperium Rzymskiego, gdzieś między VIII a X wiekiem n.e. (tzn.: tak wynika z zachowanych świadectw…) technologię uprawy roli znaną jako „trójpolówka“.


I tu się zaczyna całe nasze nieszczęście, nasza seria „braków“ – o których pisze p. Jan Sowa!

Albowiem trójpolówka niejednakowe daje plony, niejednakową przede wszystkim – pewność, że uda się te plony uzyskiwać w dłuższym okresie – na Zachodzie i na Wschodzie Europy. Linia owego podziału przesuwała się przy tym w ciągu ostatniego tysiąclecia w rytm zmian klimatycznych -  w czasach średniowiecznego „optimum klimatycznego“, urodzaje nad Odrą dorównywały tym nad Renem czy Loarą – w czasach zaś XVII-wiecznej „małej epoki lodowcowej“: i nad Renem częściej gościł głód. Na ogół jednak – granica tego podziału biegnie na Łabie.

Nie pokrywa się zatem z granicą Imperium Rzymskiego (choć jest do niej podobna). Pokrywa się za to (mniej – więcej) – ze styczniową izotermą 0ºC wyznaczającą przestrzeń, do której sięgają (od zachodu i południa) ogrzewane i nawadniane przez Atlantyk całoroczne pastwiska. Tam, gdzie był możliwy całoroczny wypas zwierząt – można było tych zwierząt utrzymać o wiele więcej – można było wyprodukować dość obornika, aby zyskać uzasadnioną pewność utrzymania wysokiego poziomu plonów. Na wschód i północ od tej linii – uprawa roli była przedsięwzięciem o wiele bardziej hazardowym: bydła, owiec, nierogacizny – utrzymywano tylko tyle, ile dało się wykarmić przez zimę słomą lub sianem (brak było innej paszy, którą dałoby się magazynować, ziarno jedli ludzie – i dla nich nie zawsze starczało do nowych zbiorów…).

Tam, gdzie możliwy był całoroczny wypas zwierząt – mamy indywidualnych farmerów, którzy stosunkowo wcześnie zdobywają sobie wolność osobistą i z czasem, skutecznie – pozbywają się przeżytków feudalizmu. Tam, gdzie całoroczny wypas zwierząt nie był możliwy – mamy, co do zasady (tj. – nie bez licznych wyjątków oczywiście…) gospodarkę folwarczno – pańszczyźnianą. Przy czym – nie jest przypadkiem, że do jej krystalizacji poczęło dochodzić właśnie w momencie, gdy klimat zaczął się ochładzać!

Oczywiście: ochładzanie się klimatu było tylko jednym z czynników przyspieszających narodziny folwarku. Drugim był – rozwój miast i dobrobyt Zachodu, a trzecim – inflacja srebra wywołana napływem kruszców z Ameryki (jak wiadomo, inflacja rozprzestrzenia się z pewnym opóźnieniem – Zachodowi, który wszedł w posiadanie nadwyżek srebra wcześniej niż obszary odleglejsze od Atlantyku – inflacja pozwolała przez dłuższy czas „żyć ponad stan“, kupując surowce tam, gdzie tego srebra wciąż było mniej…).

Zachód, jak już wiemy – uzyskiwał o wiele wyższe plony, produkował większe nadwyżki żywności, był w stanie utrzymać większe miasta i liczniejszą, nieproduktywną elitę władzy. Nie jestem zatem przypadkiem, że to tam narodził się kapitalizm, a produkcja rzemieślnicza po kilku wiekach od upowszechnienia się trójpolówki, osiągnęła tak wielką doskonałość, że mimo tej wyższej wydajności – opłacało się (zgodnie z teorią przewagi komparatywnej Dawida Ricardo!) – oderwać od uprawy roli jeszcze trochę siły roboczej – i skierować ją do warsztatów. Owo jeszcze trochę, jakkolwiek wąski to był margines – zdecydowało o tym, że w ostatecznym rachunku: to Zachód, jakkolwiek po dziś dzień wydajniejszy w uprawie roli od Wschodu (choć różnice nie są już tak istotne, o czym poniżej…) – wyspecjalizował się w przemyśle i handlu, a Wschód – w uprawie roli i wydobyciu surowców. Owo jeszcze trochę naturalnie nie byłoby możliwe, gdyby nie było Wschodu – bo choć (tu niewątpliwie rację ma pan Sowa) import polskiego zboża pokrywał ledwo promil czy dwa globalnej konsumpcji Zachodu – to właśnie ów promil czy dwa – okazały się: decydujące!

Powtórzę to jeszcze raz, żeby sprawa była całkowicie jasna: cała przewaga Zachodu nad Wschodem Europy zaczęła się od tego, że Zachód, mając cieplejszy i wilgotniejszy klimat, był w stanie utrzymać więcej zwierząt, produkujących więcej obornika, dzięki któremu pola z większą pewnością dawały wyższe plony.

NIE ISTNIAŁA żadna „obiektywna“ przewaga Zachodu nad Wschodem nim – dzięki połączonym wysiłkom zmyślnych Galów, rozległości rzymskiego imperium, ułatwiającej przenoszenie „egzotycznych“ technologii i roślin oraz zdrowemu rozsądkowi Franków, którzy tego nie rozpirzyli dokumentnie – nie zrodziła się trójpolówka.

PRZESTAŁA ISTNIEĆ owa „obiektywna“ przewaga Zachodu nad Wschodem, gdy – dzięki stopniowej intrudukcji nowych roślin z obu Ameryk i zmyślnej przedsiębiorczości holenderskich i angielskich farmerów – opracowana została nowa technologia uprawy roli – płodozmian, zwany też „czteropolówką“. Płodozmian ZNOSI wcześniejszą, obiektywną przewagę wydajności rolnictwa zachodnioeuropejskiego nad wschodnioeuropejskim o tyle, że po pierwsze – pozwala na utrzymanie znacznie większej liczby zwierząt dzięki wykorzystaniu pastewnych roślin okopowych, wcześniej u nas nie uprawianych, a po drugie – oddaje do dyspozycji rolników znacznie więcej różnorodnych roślin posiadających, dzięki symbiotycznym bakteriom, zdolność wiązania azotu atmosferycznego, a zatem – możliwych do wykorzystania jako „nawóz zielony“.

Tak więc okres, w którym Zachód miał obiektywną przewagę nad Wschodem jak chodzi o produkcję żywności – był tylko momentem. I ten moment już przeminął.

Oczywiście, nie należy ignorować faktu, że obie te rewolucje rolnicze, tj. zarówno opracowanie trójpolówki, jak i wynalezienie płodozmianu – zaczęły się na Zachodzie, na Wschód zaś – zostały przyniesione jako naśladownictwo. W obu też przypadkach, ów „import kulturowy“ wspierany był przez władzę (trójpolówka rozprzestrzeniała się dzięki lokacjom wsi „na prawie niemieckim“ – zaś płodozmian został przeszczepiony do Europy Środkowej nieledwie siłą – tak intensywne i różnorodne były wysiłki państw, by tę technologię upowszechnić…), której interesom ewidentnie służył – w obu bowiem przypadkach: wprowadzenie innowacji oznaczało NAJPIERW więcej podatków i rekruta – a dopiero POTEM (w gruncie rzeczy: jako skutek uboczny…) zdrowsze i bogatsze życie liczniejszej populacji.

Z pewnością „ustawia to“ Wschód w pozycji pewnej psychologicznej zależności od Zachodu i predystynuje go do przyjmowania za dobrą monetę nie tylko takich czy innych technologii – ale wszystkiego zgoła, co tylko Zachód wymyśli. Nie lubię jednak takich rozważań. Dopóki rozmawiamy o gnoju, orce czy jakości sprzężaju – wiemy o czym mówimy, a jeśli nawet nie wiemy – to łatwo możemy ujednoznacznić pojęcia, w ostateczności sięgając po księdza Chmielowskiego definicję ostensywną: koń, jaki jest – każdy widzi!

Natomiast w momencie, gdy zaczynamy dywagować o „wyobrażeniowym“ i „realnym“, o „habitusie“ czy „innym“ – z miejsca otacza nas tuman tak gęsty, że nie tylko drugiego zrozumieć, ale i samemu ubrać w słowa swoje przekonania – trudno, a czasem wręcz niepodobna.

Wszystko co mam do powiedzenia w tym punkcie zatem, to proste stwierdzenie: obiektywna przewaga Zachodu w produkcji żywności – to już tylko i wyłącznie FAKT HISTORYCZNY. Fakt, który przeminął i już go nie ma. Było tak przez tysiąc lat – ale być przestało.

Trwają rzecz jasna w dalszym ciągu SKUTKI tego faktu. O tym jednak, czy ich trwanie jest naprawdę trwałe – porozmawiamy może za lat 20 lub 30. Nie podzielam przekonania pana Sowy, że przewaga „bogatej Północy“ jest niekwestionowana. Nie sądzę też, że trzeba będzie czekać kolejnego tysiąca lat, na odwrócenie skutków poprzedniego tysiąclecia! Nie widzę też powodu, aby zachłystywać się inżynierą genetyczną czy inną „wysoką technologią“. Inżynieria genetyczna to zabawa nader niebezpieczna – i wcale mi nie chodzi o żadne GMO, czy inne strachy na Lachy – a o prawdziwą grozę budzący, choć zapewne nieuchronny pomysł, by zacząć majstrować przy człowieku. Biorąc pod uwagę zagrożenia wynikające z „bomby megabitowej“, czyli takiego przyrostu ilości informacji naukowej, który czyni nieposilnymi próby skorzystania z niej – wcale nie jest pewne, czy ludzie będą tę zabawę w dłuższej perspektywie kontynuować („bomba megabitowa“ powoduje konieczność specjalizacji: cywilizacja nie jest już w stanie rozwijać swojej wiedzy wszechstronnie – i coś trzeba wybrać…). Natomiast lodówki, pralki, żelazka, odkurzacze i meble – będą potrzebne póki ludzkość istnieje. Póki ludzkość istnieje, będzie też musiała jeść. Czy Zachód wygra wyścig z czasem i zdoła swoje wysoce energochłonne, dotacjami rozleniwione rolnictwo przestawić z ropy na jakieś inne paliwo – zobaczymy…

Skutki owego tysiąclecia obiektywnej przewagi Zachodu mogą trwać dalej tylko i wyłącznie pod warunkiem, że zostanie zachowana zasadnicza ciągłość dalszego rozwoju. W obecnych warunkach „reset systemu“ (taki jak np. totalne bankructwo rozłożonego socjalizmem Jewrosojuza – jak wojna czy jakaś nowa „wędrówka ludów“, itp.) może tylko i wyłącznie niwelować różnice zamożności między Wschodem a Zachodem – żadnej bowiem FUNDAMENTALNEJ przewagi Zachodu (takiej, która by była niezależna od ludzkiej woli i wysiłku…) – już nie ma. Czego skądinąd – bynajmniej sobie nie życzę, bo jednak – powiedzmy to sobie szczerze – byłoby to niwelowanie w dół, a wcale nie – w górę.

Tak samo jak nie podzielam moralnych uprzedzeń pana Sowy wobec szlachty i jej folwarku (co prawda – za istnienie owych uprzedzeń ręczy jedynie recenzent, bo tego we „Wprowadzeniu“ nie ma…) – tak też i nie podzielam jego uprzedzeń wobec kapitalizmu. Owszem: tak samo jak niewolnictwo w Nowym Świecie, tak też i nasza gospodarka folwarczno – pańszczyźniana były pewnym „skutkiem ubocznym“, pewnym „rozwiązaniem peryferyjnym“ kształtującego się międzynarodowego podziału pracy. Obarczanie jednak kapitalizmu jakąś „winą moralną“ za to, że trudno było o ludzi do pracy na wirginijskich plantacjach bawełny, a polscy chłopi nawet tej niewielkiej – w promilach globalnej konsumpcji liczonej – nadwyżki zboża jaką Zachód chciał i potrzebował kupić nie byli w stanie wytworzyć – to czysta mistyka!

Pan Sowa zresztą, jak każdy kto w rozważaniach nad folwarkiem pańszczyźnianym pomija problem gnoju – w mistykę musi popaść. Jeśli bowiem problem gnoju pominąć – wygląda cała ta formacja socjo – ekonomiczna jak jakiś monstrualny kacet, w którym dumni Sarmaci spadają do roli obozowych kapo: a czy ktoś bierze na poważnie idee, jakie ewentualnie mogliby na usprawiedliwienie swojej roli wymyślić jacyś tam kapo..?

Podobnie mistyczny charakter mają dalej idące rozważania pana Sowy o polskich „brakach“. W momencie zaś, gdy zaczyna snuć rozważania o „braku państwa“, czy owym „fantomowym ciele króla“ – odpływa ze świata realnego w przestwór niczym nieograniczonej fantazji. Abstrahując kompletnie od konkretnych okoliczności polityczno – ustrojowych, od przypadkowych, a jednak decydujących dla ostatecznego efektu konfliktów osobowości czy osobistych inklinacji tych lub owych graczy politycznych – dojść można do wniosków najzupełniej dowolnych. Zgadzam się przy tym z recenzentem, że pan Sowa idzie – lubo z przeciwnych niejako pozycji ideowych – tropem „szkoły krakowskiej“, która założywszy logiczność i nieuchronność rozbiorów: na siłę owej logiki i nieuchronności szukała w rzekomej ustrojowej słabości I Rzeczypospolitej. Co jest o tyle niebezpiecznym sposobem myślenia – że usprawiedliwia tyranię gosudarstwa tu i teraz (no bo skoro Rzeczpospolita upadła na skutek braku silnej władzy..?).


Osobiście sądzę raczej, że zarówno długi proces chorobowy, jak i ostateczny upadek I Rzeczypospolitej – to raczej skutek serii nieszczęśliwych przypadków i błędów popełnionych przez konkretne osoby w konkretnych okolicznościach (zaczynając od Władysława IV zgubnych fantazji o „wojnie tureckiej“ – a kończąc na Augusta Aleksandra ks. Czartoryskiego rojeniach o koronie dla syna…). Każdy z tych przypadków i każdy z błędów – był niezależny i stąd, o żadnym spójnym, logicznym procesie dziejowym – mówić tu niepodobna. Niepodobna też ŻADNYCH zgoła wniosków na przyszłość z tej smutnej historii wyciągać…

15 komentarzy:

  1. Faktyczny wzrost podaży srebra (czy jakiegokolwiek innego pieniądza towarowego) nie jest inflacją. Różnica o tyle ważna, że taki wzrost nie wywołuje cyklu koniunkturalnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego nie? Srebro najpierw trafiło do królewskiego skarbca Hiszpanii (drobna część - także do różnych tam Drake'ów...) - spowodowało to znaczny wzrost cen dóbr, które król zwykł kupować (jak żołd jego żołdaków, proch, kule, muszkiety czy choćby - arrasy z Arras...), albowiem ewidentnie - podaż żołdaków, prochu, kul, muszkietów i arrasów z Arras - nie nadążała za przyrostem masy srebra w obiegu. Masa srebra trafiła w konsekwencji do kupców z Amsterdamu, którzy kupowali dla króla potrzebne mu dobra tam, gdzie dało się je nabyć. Z czasem - srebro trafiło i pod nasze strzechy, skąd kupcy ci sprowadzali sobie drewno na okręty, potaż, smołę czy zboże - także i u nas powodując ogólny wzrost cen.

      Jeśli wzrost cen nie jest inflacją - to co nią jest..? To jakieś czysto lingiwstyczne distinguo... ale niech będzie: nie znam się!

      Usuń
    2. Dokładnie tak - ceny wzrosły, ale ten wzrost nie był inflacją. Inflacją jest wyłącznie sztuczny wzrost ilości pieniądza (dodruk, psucie monety, emisja kredytu z depozytów na żądanie), bez proporcjonalnego wzrostu podaży zasobów, na których ten pieniądz jest oparty.

      Różnica tkwi w tym, że wtedy i tylko wtedy, gdy mamy do czynienia z inflacją, występuje cykl koniunkturalny, czyli boom inwestycyjny bez pokrycia w realnych dobrach, kończący się kryzysem. Tutaj wzrost podaży srebra był realny, więc cykl koniunkturalny nie wystąpił - co oczywiście nie wyklucza możliwości "przypadkowego" kryzysu, na przykład w wyniku wspomnianych zmian klimatycznych.

      Usuń
    3. Czy ja wiem? Wkrótce mamy "gorączkę tulipanową" - a cóż to jest innego, niż "bańka spekulacyjna"..? Z punktu widzenia zarówno hiszpańskiego konkwistadora, jak i polskiego rolnika, ten przyrost masy srebra w obiegu był "pusty" - bo ani jeden, ani drugi nie był w stanie kupić sobie więcej dóbr, które potrzebował (dla Hiszpanów ta niemożność dostarczenia za kolonialne srebro tkanin, narzędzi czy innych dóbr potrzebnych kolonistom - w tym nawet towaru zdawałoby się najmniej wymagającego inwestycji, tj. niewolników - była strategicznym nieszczęściem: bo się na niej holenderscy i angielscy przemytnicy dorabiali...), tyle że kieszeń nosił bardziej obciążoną... A "taksy wojewodzińskie" w Polszcze to skąd? Z obawy szlachty przed nadmiernym - spekulacyjnym jej zdaniem - wzrostem cen towarów rzemieślniczych, na które popyt rósł ponad realną podaż...

      Nie ulega też wątpliwości, że najbardziej się na tym "przyroście pieniądza w obiegu" - dorobili Holendrzy, do których srebro trafiało (jako do królewskich bankierów i faktorów) w pierwszej kolejności - im dalej rozchodził się impuls inflacyjny (czy jak wolisz: "nieinflacyjna podwyżka cen"...), tym skutki mniej były istotne: Moskwa i Imperium Ottomańskie wręcz chyba zbiedniały...

      Usuń
  2. Zaraz, zaraz czy Ty twierdzisz, że klimat na Zachodzie i Wschodzie jest równie adekwatny do produkcji żywności? Przecież przy dłuższym okresie wegetacyjnym, który tam mają oczywiste jest, że ich plony mogą być wyższe.

    Czy może chodzi Ci, że nie jest to już istotne, bo i tak nasza (w całej Europie) produkcja żywności nie zbliża się do teoretycznej granicy wydajności aktualnej metody produkcji?

    Przypomnę dla potomności mój artykuł o nawadnianych łąkach w Anglii i Walii, które umożliwiały całoroczny wypas. O ile pamięć mnie nie myli, to cena za zakup 1 akra takiej łąki wynosiła 5 razy tyle co 1 akr zwykłego pola uprawnego...
    http://permakultura.net/2011/08/08/o-gownianej-rewolucji-i-nawadnianiu-lak/

    Skoro przy temacie jesteśmy... Czy Ty dojdziesz do takiego stanu (czy w ogóle do niego dążysz?), że nie zamierzasz nawozić swoich pastwisk nawozami sztucznymi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest to istotne: bo ani różnica nie jest już tak wielka (dwóch czy trzech plonów w ciągu roku i tak nie będą mieli...) - ani tego nawet, jaka jest maksymalna wydajność współczesnej technologii - nie wiemy, ale z pewnością do niej nie doszliśmy...

      Co do moich pastwisk: cóż - w tym roku nie dałem nawozu azotowego zakładając, że przy takiej obsadzie i tak długim wypasie jak w zeszłym roku nie powinien być potrzebny i... trawa nie rośnie! Ale może to dlatego, że bardzo sucho..?

      Usuń
    2. W przypadku suszy ten rolnik, ktory mniej nawiozl nawozami sztucznymi osiaga wieksze plony - tak mi powiedzial ojciec ex narzeczonej. Miejmy nadzieje, ze Ci popada wkrotce!

      Usuń
  3. "Zachod nie posiada ZADNEJ przewagi FUNDAMENTALNEJ"

    Zasadniczo to prawda-posiadaja cala mase przewag niefundamentalnych(kapital,reputacja,organizacja pracy itp)ale fundamentalnej brak.Tylko widzi Pan-ja to wiem,Pan to wie i jak sadze elity Zachodu TEZ to wiedza.Tu Sowa oraz nasz kolega Hans Klos MOGA miec racje-skoro FUNDAMENTALNEJ przewagi brak a rownanie moze byc OCZYWISCIE tylko w dol to "rozwiazaniem" dla Zachodu jest wojna.Wojna(zbrojna lub finansowa) ktora zdewastuje peryferie i oslabi rosnaca konkurencje dla centrum-celem sa tu oczywiscie kraje posiadajace rope(jednak kontrola nad zrodlami energii sie liczy)stad PO CZESCI Arabska Wiosna oraz Chiny(stad pomruki o wojnie handlowej z Chinami)-na szczescie nasz region jako juz Z GRUBSZA wyeksplaotwany raczej nie bedzie pierwszoplanowym celem(co najwyzej zapleczem do ataku i/lub celem drugorzednym).Swoja droga ciekawe(choc dla mnie osobiscie od jakiegos czasu oczywiste)ze teorie "oszolomow"zdaja sie byc znacznie blizsze rzeczywistosci niz gledzenia akademikow-tetrykow z "renomowanych" instytutow.

    Z tym plodozmianem to BARDZO ciekawa sprawa.Wynikaloby z tego iz aby NIEMAL CALA linie historyczna Polski zmienic i 99% naszych narodowych nieszczesc uniknac nalezalo "TYLKO" w swoim czasie rozpoznac ten problem i ow plodozmian wprowadzic w PL znacznie wczesniej(czyli realnie to na poczatku 17 wieku).Pytanie tylko CZY w ogole mozliwe jest na dzisiaj rozpoznanie ZRODLA naszych OBECNYCH problemow czy tez diagnoza jest mozliwa tylko z perspektywy stuleci?-a jesli tylko to jednak nie kwestia perspektywy a tylko narzedzia(tak sie troche ludze)-choc przyznaje iz pomyslu na takowe narzedzie(czyli dzialajce w czasie rzeczywistym)na dzisiaj mi brak.

    P.S.Na dzisiaj moimi faworyzowanym narzedziami sa ekonofizyka,historiozofia oraz wspomniania przez Sowe "dluga perspektywa" ale sam widze mase ich niedociagniec jesli chce sie ich uzywac jako "narzedzi prognostycznych".

    P.S.S.Ciekawa ksiazka(historiozofia).

    http://tiny.pl/hprt2


    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początku XVII wieku bez szklanej kuli nikt by w eksperymenty rolnicze tak wiele i tak konsekwentnie nie zainwestował (z baaardzo wielu względów: nie na ostatnim miejscu było i to, że nasi przodkowie bynajmniej - na nadmiar kapitału nie cierpieli - a takie eksperymenty do tanich nie należały...). Nie do przewidzenia było, że to co nawet w Niderlandach jest nowością (mówimy przede wszystkim o introdukcji nowych roślin uprawnych - takie ówczesne GMO - tylko: metodą prób i błędów...), stosowaną przez garść przodujących farmerów po kolejnym stuleciu stanie się rewolucyjnym systemem uprawy roli, a po dwóch - będzie siłą wprowadzane przez zaborcze gosudarstwa (w ich własnym interesie...).

      Jeszcze w końcu XVII wieku ziemniaki były tak gorzkie i niesmaczne - że stosowano je głównie w gorzelnictwie. Przynajmniej - u nas, bo na Zachodzie jedli je i wcześniej, z braku innych opcji.

      Początek XVII wieku to raczej nierealne. Ale - gdyby nie było wojen z połowy tego stulecia, a potem Wielkiej Wojny Północnej - to pierwsza połowa XVIII wieku jest terminem wcale realnym. Mogliśmy całkiem spokojnie wyprzedzić w tej rewolucji Rosję, Austrię i Prusy (każde z nich - z innego powodu...). Zresztą obawa, że jeśli tylko Polaków zostawi się samym sobie z dobrym rządem, to tak właśnie zrobią - jest wprost wyrażona w raportach pruskiego posła w Warszawie doby Sejmu Czteroletniego...

      Usuń
  4. Czy na południu nie trzeba nawozić pola?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W (jeszcze) cieplejszym klimacie procesy rozkładu przebiegają szybciej - to i nawożenie jest łatwiejsze, a właściwie: sprowadza się przede wszystkim do nawodnienia (bo jak brak wody, to szczątki roślin czy zwierząt użyte do nawożenia, a też i odchody ludzkie i zwierzęce, zamiast się rozkładać - schną). Ale oczywiście tak, nawozić trzeba. Tylko jest to o wiele mniejszy problem niż tam, gdzie chłodniej - a też i nie wszędzie, bo w Egipcie na przykład, aż do czasów faraona Nasera :-/ nawozić pól, jako żywo - nie trzeba było...

      Usuń
  5. I druga rzecz, jeśli Zachód ucywilizował się dzięki wyższym temperaturom, to co ze Skandynawią i Afryką? Poziom życia w nich powinien być dzisiaj odwrócony...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpowiedź na to pytanie zajmuje większość komentowanego tekstu. Wersji dla idiotów nie będzie.

      Usuń
  6. Bardzo fajne podsumowanie gospodarczo-polityczne. Z jednym wielkim ALE: Polska zosta pobita przez państwa naszej, jakby to powiedzieć, strefy klimatyczno-gospodarczej. Zarówno Prusy, Austria jak i tym bardziej Rosja. Nie zapominając o Szwecji. Więc nie warto wzdychać, dlaczego PL nie odkryła Ameryki czy nie wystrzeliła człowieka w kosmos. Warto natomiast się zastanowić, dlaczego "zjedli" nas sąsiedzi. A nie my ich, jak była okazja.

    Czy może jest jakiś szczególny wpływ dorzecza Wisły, który robi różnicę? Jak w tej historii z dżumą, która ominęła nasze tereny, a co zobaczyłem przy innym artykule na tym blogu?

    Drugie moje "ale", już mniejsze, odnosi się do tej przewagi Zachodu. Owszem, Zachód dziś już nie ma tej przewagi klimatyczno-rolniczej. Ale nadal profituje z tego, że pewne procesy rozwojowe zaczęły się wcześniej. Zachód wcześniej przerzucił się z rolnictwa na rzemiosło, wcześniej z rzemiosła na przemysł z przemysłu na usługi, z usług na informatyzację. Owszem, bywały przypadki, że państwa "doganiające" przeganiały państwa "wzorcowe". Japonia, USA, w pewnym stopniu na krótką metę nawet Rosja. Tyle że i tak nie można zakładać, że konkurencja stanie w miejscu tylko dlatego, że my teraz dołączamy do peletonu.

    bert04

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, zaborcy nie posiadali żadnej przewagi gospodarczej ani technologicznej. W niczym to nie przypominało podboju Meksyku, Peru czy Konga. Ani Prusy, ani Austria, a już na pewno nie Rosja w momencie dokonywania rozbiorów nie były ani ciut - ciut "nowocześniejsze" pod względem gospodarczym, społecznym czy technicznym. Dlaczego zatem im się udało, a naszym przodkom nie..? Moim zdaniem to kwestia z jednej strony nieprawdopodobnego szczęścia (por. np. "cud domu brandenburskiego"), a z drugiej - seria przypadkowych pechów...

      A dzisiejsza przewaga Zachodu? No nie wiem - jakie to ma znaczenie, gdy i ich i nas jest z pokolenia na pokolenie - coraz to mniej..? Przecież w tej sytuacji musimy się tak czy inaczej - zwijać!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...