piątek, 4 maja 2012

Aszchabad 27 – 29 kwietnia 2012 roku: po co to wszystko?

Po co zaproszenie prawie setki zagranicznych gości i podejmowanie ich jak na dworze kalifów (że zacytuję Lepszą Połowę…)? Po co, obok stołecznego toru wyścigowego i ośrodka hippicznego w samym Aszchabadzie – jeszcze pięć torów regionalnych, w tym megakompleks 20 km od stolicy? Po co róże, parki, pomniki i fontanny? Po co też – wszystkie te „spontaniczne“ demonstracje ludności, wsiadanie na koń i robienie kółek w stępie..?

Odpowiedzi jest kilka. Po pierwsze i najważniejsze – wszystko wskazuje na to, że Najczcigodniejszy Prezydent Gurbanguły Berdymuhamedow po prostu lubi konie. Bardzo trudno byłoby upozować takie fotografie (nawet z przyjaznymi wobec ludzi aż do przesady tekińcami…) – gdyby ludzki model bał się dużego zwierzęcia!


Jest to cecha, jak dla mnie, jednoznacznie pozytywna – i stąd, skoro Najczcigodniejszy Prezydent lubi konie (które ja też lubię) – to siłą rzeczy, lubię Najczigodniejszego.

Oczywiście, jak znam Państwa, moich Wiernych Czytelników – zaraz pojawią się tu malkontenci, rekrutujący się spośród naszych krajowych względem postkomunistycznego kapitalizmu kompradorskiego opozycjonistów. Jakże to tak? Prezydent za państwowe pieniądze funduje swoim ulubionym zwierzakom klimatyzowane stajnie – a zwykli ludzie mieszkają w rdzewiejących wrakach autobusów i kradną wodę ze zraszaczy, żeby się umyć..?

Od samego początku spodziewam się, wyglądam, czekam na taką reakcję: bo też jest ona aż nadto uzasadniona! Nie przywykliśmy do tego, aby osobiste inklinacje głowy państwa przekładały się w tak jawnie bezczelny sposób na pozycje budżetowe: wszystkie te inwestycje (na zdjęciach zeskanowanych z pierwszego numeru pierwszego turkmeńskiego końskiego pisma „Behişdi Ahalteke Atlary“) wykonano w ciągu niespełna dwóch lat – skala jest podobna, jak w przypadku polskich stadionów budowanych na Euro 2012 (obiekty są w sumie zbliżonej kubatury, choć naturalnie – tory wyścigów konnych aż tak się nie wyróżniają w terenie, jak stadiony piłkarskie…).



Chociaż: czy aby na pewno? Czy Donald Tusk nie jest zapalonym piłkarzem – amatorem – i czy prywatna impreza prywatnego stowarzyszenia znanego pod skrótem UEFA – nie jest aby wydarzeniem wagi państwowej w Polsce..?

Zaraz usłyszę odpowiedź: no tak, ale przecież gros Polaków to kibice piłkarscy! Ludzie chcą tej rozrywki – więc rząd im ją zapewnia…

Zaraz, zaraz! W Polsce jest prawie tyle samo (procentowo): kibiców piłkarskich, katolików, heteroseksualistów i zwolenników kary śmierci. I co z tego? Kibicom funduje się stadiony. Katolikom… no – może coś tam się i funduje, aczkolwiek – nie aż tyle, co kibicom mam wrażenie, a też i – nie wszystkim. O jakichkolwiek koncesjach państwa na rzecz heteroseksualistów i zwolenników kary śmierci – nie słyszałem!

W Polsce jest też ogromna większość praworęcznych. Słyszał ktoś o jakichś specjalnych względach dla praworęcznych w związku z tym? Nie? To w imię jakiej racji ci sami Polacy, którym nic się nie należy od rządu z tej racji, że są praworęczni, że są heteroseksualni i że są zwolennikami kary śmierci – mają coś „dostawać“ dlatego, że są kibicami piłkarskimi..?

W zasadzie jedyne wytłumaczenie jakie przychodzi mi do głowy jest takie, że Donald Tusk z całą pewnością jest zapalonym piłkarzem – amatorem i kibicem piłkarskim. Nic nie wiem natomiast o jego wyznaniu, orientacji seksualnej (no dobra – ma żonę i córkę, ok – widać, orientacja seksualna nie jest dla niego aż tak ważna jak kibicowanie! Skądinąd: dla mnie konie też są o wiele ważniejsze od seksu..!), prawo- lub leworęczności, a co do kary śmierci, to mam wrażenie, że jest jej zdecydowanym przeciwnikiem. Tak więc, jak widać – jednak osobiste inklinacje rządzących potrafią się w Polsce przełożyć na budżetowe wydatki tak samo jak w Turkmenii. Rządowe wsparcie dostaje taka impreza, która się osobiście najbardziej podoba premierowi – i kropka.

Q. e. d. – na tym można by zakończyć.

Żeby jednak postawić tę przysłowiową kropkę nad przysłowiowym „i“: Najczcigodniejszy Prezydent kontynuuje tu niewątpliwie linię polityczną swojego Nie Mniej Czcigodnego Poprzednika. Tyle, że w odróżnieniu od Nijazowa, który był zwyczajnie niewiarygodny jako były pierwszy sekretarz kompartii i który bał się koni tak, że trzeba było robić fotomontaże aby go na tle „ulubionego wierzchowca“ upozować – aktualny Najczcigodniejszy wydaje się czuć w swojej roli „serdara“ (tak średniowieczni Turkmeni tytułowali swoich przywódców…) jak ryba w wodzie.

Na czym polega ta linia polityczna? Pozwolę sobie na cytat – z roku 2005, kiedy żył jeszcze i rządził poprzedni Najczcigodniejszy: Modernizacja polityczna jest potocznie kojarzona z postępowymi przeobrażeniami, prowadzącymi do przekształcenia społeczeństwa tradycyjnego w nowoczesne. Natomiast z perspektywy 14 lat transformacji turkmeńskiej widać, że zmiany w tym kraju zmierzają w przeciwnym kierunku. Wyraźnie wygrywa tradycja, preferując archaiczne i despotyczne formy organizacji życia politycznego. (…) Modernizację turkmeńską należałoby więc postrzegać jako neotradycjonalizację, tj. restytucję tradycji legitymizujących reżim polityczny i model ustrojowy kraju. Przybiera ona postać pastiszu oryginalnych tradycji. Zdaniem J. Staniszkis pastisz oryginalnej tradycji jest efektem selektywnego traktowanie przeszłości, wyłuskiwania z jej podglebia instytucjonalnego potrzebnych składników, które odrywa się od pierwotnych konotacji i przydziela nowe funkcje. (Tadeusz Bodio, Krzysztof Kozłowski, „Oblicza neotradycjonalizacji politycznej“, w: Tadeusz Bodio, red. „Turkmenistan. Historia – Społeczeństwo – Polityka.“, Warszawa 2005, str. 232, J. Staniszkis, „Postkomunizm. Próba opisu“, Gdańsk 2001, str. 137).

Dużo tu mądrych słów, ale fakty są proste – i po części już o nich tu pisałem.

Fakt pierwszy: aż do podboju rosyjskiego w końcu XIX wieku nie istniała żadna „turkmeńska“ tożsamość narodowa i państwowa. Plemiona turkmeńskie żyły sobie między górami a pustynią, czasem formowały mniej lub bardziej efemeryczne konfederacje lub jednoczyły się wokół charyzmatycznych sułtanów – zwykle po to, aby pójść za nimi gdzieś w szeroki świat, szerząc gwałt i zniszczenie i osiedlając się na nowych ziemiach – od Syrii i Iraku po Bałkany.

Fakt drugi: pierwszym państwem „turkmeńskim“ w dziejach była Turkmeńska Socjalistyczna Republika Radziecka, proklamowana 16 września 1924 roku. W ramach polityki „korenizacji“ pierwszymi sekretarzami, przewodniczącymi i ministrami byli w tym tworze Turkmeni – ale już ich zastępcami: Rosjanie. Szkoły i wojsko sowieckie wychowywały „ludzi sowieckich“, a nie – Turkmenów. Turkmeński stał się językiem urzędowym dopiero w roku 1990, kiedy Związkowi Zdradzieckiemu niewiele życia zostało – Saparmurad Nijazow zresztą, prawie do samego końca próbował rozpadowi Związku przeciwdziałać, zdając sobie sprawę, że dziedziczny po nim pustynię. I to nie tylko w sensie geo-klimatycznym! Przede wszystkim niepodległa Turkmenia, proklamowana 27 października 1991 roku – odziedziczyła po ZSRR, obok zdegradowanego na skutek monokultury bawełnianej i rabunkowej eksploatacji zasobów wody środowika – pustynię duchową, nieuchronną pozostałość 70 lat komunizmu.

Fakt trzeci – dostrzeżony skądinąd i przez autorów cytowanej powyżej książki: kto w postsowieckiej Azji Środkowej stawiał na demokrację i modernizację – marnie na tym wyszedł. Jak Tadżykistan na przykład, czy Kirgistan – oba te państwa, próbując się jeszcze w latach 90-tych demokratyzować, skończyły wojnami domowymi i koniecznością zbrojnej pacyfikacji nadto już rozbawionej opozycji. Niewiele lepiej jest w Uzbekistanie (nie mylić z „Ubekistanem“ – mimo licznych podobieństw, w Polsce jednak na razie młodzież nie musi uczestniczyć przymusowo w zbiorach bawełny!).

Kto natomiast od początku do końca był konsekwentnie autorytarny – ten ma, jak na razie, spokój: dotyczy to Kazachstanu i właśnie Turkmenii. Jak długo ten spokój potrwa, tego nie wiadomo.

Mam jednak wrażenie, że tak samo jak drugi Najczcigodniejszy Prezydent całkiem dobrze już wypada w swojej roli „serdara“ – tak i jego poddani coraz to lepiej się czują w roli „neo-tradycjonalistycznych, trybalistycznych Turkmenów“. W czym niewątpliwie pomaga dynamiczny wzrost cen gazu ziemnego, od niedawna – głównego towaru eksportowego Turkmenii…



Oczywiście: minie jeszcze wiele lat nim mieszkańcy rdzewiejącego autobusu przeprowadzą się do budowanych przez tureckie przedsiębiorstwa bloków w Aszchabadzie, a chudą i bardzo muczącą krowę zamienią na rasowego konia (skądinąd dopiero od niedawna wolno w Turkmenii posiadać konie prywatnie – jest już kilkunastu prywatnych hodowców…). Nie mogę jednak w żadnym razie zgodzić się z tezą, że bloki ważniejsze są od róż, fontann, pomników, pałaców, budynków publicznych i koni!



Bloki dziś są, jutro może ich nie być. Zwłaszcza, gdy budują je tureckie przedsiębiorstwa… Natomiast w różach, fontannach, pomnikach, pałacach, budynkach publicznych – i nade wszystko: w koniach – chodzi o coś o wiele trwalszego i bardziej fundamentalnego – o ducha! Trudno to może zrozumieć w kraju, gdzie oficjalne władze edukacyjne odradzają poruszanie „wątków patriotycznych“ przy szkolnej lekturze „Pana Tadeusza“ – cóż: Turkmenia jest po prostu na innym etapie rozwoju „świadomości narodowej“. My już możemy sobie pozwolić na poluzowanie pasa i próby roztopienia się w ciepłym, cuchnącym bagienku bezpłciowej i nieokreślonej „europejskości“. Czy nam to za chwilę bokiem nie wyjdzie – to inna sprawa. Ale możemy sobie pozwolić, bośmy już mieli Gala Anonima, Kadłubka, Długosza, Włodkowica, a też i – Karola Miarkę czy Franciszka Schornacka. Trudno znaleźć w Polsce chłopa (no, może na Podlasiu..?), który by zapytany „kto ty jesteś?“ – odpowiedział „tutejszy“, a nie „Polak mały!“

Turkmeni do tej pory są gdzieś tak między Długoszem a Włodkowicem. I próbują wiele stuleci nadrobić z przyspieszeniem co najmniej dziesięciokrotnym. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że róże, fontanny, pomniki, pałace, budynki publiczne, a nade wszystko – konie – są do tego o wiele bardziej potrzebne niż tureckiej budowy bloki dla mieszkańców rdzewiejącego autobusu. Konie są dla nich jak dla nas „Pan Tadeusz“, czy „Latarnik“ w XIX wieku. A przynajmniej – mają być, w ramach owego „pastiszu“ o którym tak uczenie prof. Staniszkis 11 lat temu pisała…

6 komentarzy:

  1. Demokracja może być męcząca, monarchia/dyktatura może być znośna. Mi żaden układ ani nie odpowiada idealnie, ani go nie odtrącam. Bardziej mnie interesuje, co konkretnie jest zakazane w danym państwie. Pod poprzednim - iście smakowitym, przyznaję - tematem pojawiła się drobna informacja, iż tubylcy nie mają prawa gościć cudzoziemców. No cóż, takie "błahostki" niezbyt dobrze świadczą o prawie. Ale może nie ma ich zbyt wiele...

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj jest, jest. Przede wszystkim: jest to w dalszym ciągu kraj z ogromną przewagą sektora państwowego nad prywatnym. Aczkolwiek, Najczcigodniejszy Prezydent, w odróżnieniu od swojego Nie Mniej Czcigodnego Poprzednika - nie wykazuje już alergii na własność prywatną swoich poddanych i w ciągu tych kilku lat Jego panowania, znacznie złagodzono restrykcyjne wcześniej przepisy.

    Kwestie wolności słowa, poruszania się czy zrzeszania są drugorzędne - żadnej z tych wolności nie ma, ale nawet gdyby były, to przecież póki poddani są (głównie) najemnymi pracownikami gosudarstwa - nic im po tych wolnościach, i tak nie mieliby z nich jak korzystać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś przyjdzie czas i na te zmiany. Wiem, zmian nie lubisz - ale tak być musi. ;)

      Usuń
  3. E tam Panie Jacku-tak LATWO to nas("buntownikow" i opozycjonistow)Pan nie zlapie;)
    Prosze pamietac iz my chcemy tworzyc najlepszy MOZLIWY system a nie jakies utopie i inne gruszki na wierzbie-wiadomo iz duch,finanse,tradycja,geopolityka itp powoduja iz inny system i zakres swobod wszelakich mozliwy jest w powiedzmy Szwajcarii,inny w Polsce a jeszcze inny w Turkmenistanie.Wiec choc to SMUTNE nieco to ja zgadzam sie z Panska opinia iz NA DZISIAJ wazniejsze dla nich sa palace i stadniny niz bloki-waznijesze bo gdyby nie te stadniny i nie ciezka "ojcowska" reka Czcigodnego Przywodcy to te 30 turkmenskich plemion skoczyloby sobie do gardel i dopiero bylaby tam bieda i RZEZ.Oczywiscie kiedys Turkemeni dorosna do demokracji itp(mam taka nadzieje i tego im ZYCZE)ale na dzisiaj wiadomo iz zamordyzm jest dla Turkmenistanu jedynym BEZKRWAWYM wyjsciem-mam tylko nadzieje iz ten Czcigodny Przywodca nie kradnie za duzo i przedewszystkim nie kaze obdzierac ludzi ze skory bo to byloby nieco "niestosowne".Jak Pan widzi my "buntownicy" wbrew temu co Pan o nas sadzi dosc twardo stapamy po ziemi;)


    P.S.Ale Polska choc nie jest Szwajaria to nie jest takze Turkmenistanem i w zwiazku z tym to co robi z tym krajem Tusk ze swoja banda zlodzieji zasluguje na potepienie i opor.

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Piotrze,

    Ale to bardzo ciekawe zagadnienie: jak Pan uzasadnia przekonanie, że Turkmeni "kiedyś dorosną do demokracji"? Czy Egipcjanie dorośli do demokracji? Obalili przecież Straszliwego Tyrana! I czego chcą w efekcie, sądząc po wynikach (wolnych i uczciwych) wyborów? Ano - chcą szariatu, a nie żadnych tam "praw człowieka" czy innych takich? I co teraz? Szanować ich wybór w imię demokracji?

    A Libijczycy? A Tunezyjczycy

    OdpowiedzUsuń
  5. Ściślej: czy uważa Pan, że "rozwój" ludzkich społeczeństw zawsze przebiega w tym samym kierunku, tj. w kierunku "liberalnej demokracji"?

    Jest to teza politycznie poprawna. Bo w przeciwnym wypadku, pojawia się zaraz podejrzenie, że niektórych uważamy za "lepszych" (bo oni tę liberalną demokrację mają), a innych za "gorszych" (bo nigdy się jej nie dorobią...).

    Skądinąd jednak: doświadczenie historyczne JAK DOTĄD tezy tej nie potwierdza. Ale może to tylko kwestia zbyt krótkiej perspektywy? Demokracja święci stopniowo coraz to większe triumfy - ale jak na razie, poza (w pewnym sensie...) Japonią: w zasadzie tylko w naszym kręgu kulturowym. Gdzie indziej - niespecjalnie. Być może, potrzeba do tego więcej czasu. Jeszcze dwóch - trzech stuleci?

    Ale czy w tej sytuacji nie byłoby bezpieczniej powstrzymać się od formułowania jakichkolwiek tez w tej materii?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...