środa, 18 kwietnia 2012

Złudny urok Dobra Absolutnego

40 wieków kultury, tradycji i historii biega po moim padoku – tyle mniej więcej, ile patrzyło na żołnierzy Napoleona ze szczytów piramid. Możliwość dołożenia własnej cegiełki do tak otchłannego łańcucha konsekwentnie, z pokolenia na pokolenie akumulowanej ludzkiej pracy – to brzemię tyleż zaszczytne, co przytłaczające. Nawet, jeśli na co dzień sprowadza się do wywożenia gnoju, reperowania ogrodzeń, opatrywania ran, łapania uciekinierów, karmienia, pojenia – no i: zarabiania w taki czy inny sposób – potrzebnych na to wszystko pieniędzy.
 


Zaiste nie rozumiem, dlaczego miałbym robić coś jeszcze oprócz tego, co robię? Prawdę pisząc: nie znam bliżej nikogo – kto robiłby chociaż tyle. Ponieważ znakomita większość ludzi wywozi gnój, reperuje ogrodzenia, itd., itp. – bez żadnego wyższego uzasadnienia niż konieczność własnego przetrwania, ani myśląc o tym, czy wpisują się w ten sposób w kulturę, tradycję i historię.

Wiele razy już deklarowałem, że kto pożąda umoralniających kazań – trafił pod zły adres zaglądając na tego bloga. Nie tylko nie czuję się upoważniony do wygłaszania takowych (jako zły syn, zły katolik, zły obywatel i w ogóle: zły…), ale też – mam fundamentalne zupełnie wątpliwości, czy w ogóle warto zajmować się umoralnianiem kogokolwiek i w jakichkolwiek okolicznościach… Zdaje się, że ten mój programowy cynizm co najmniej raz sprawił, że liczba obserwatorów bloga i prowadzących doń linków – spadła. Trudno. Nie zamierzam zgrywać doktora Judyma czy innej Siłaczki tylko po to, żeby się Państwu przypodobać. Po jaką cholerę miałbym udawać przed Państwem kogoś, kim nie jestem..? Abstrahując już od kwestii, czy pisanie bloga mi pomaga czy przeszkadza w dźwiganiu mojego zaszczytnego brzemienia (są pewne przesłanki na rzecz obu tez…) – to by się przecież i tak wydało…

Walę tak z grubej rury, bo ostatnia wymiana uprzejmości z panem Piotrem postawiła mnie w trochę kłopotliwej sytuacji. Otóż, prawda jest taka – że kompletnie, ale to kompletnie nic mnie nie obchodzi los rumuńskich sierot. Ani afrykańskich prostytutek. No nie obchodzi mnie to – ni du, du! Totalnie. Nawet przez chwilę próbowałem się zmusić. Nic z tego. Zero empatii! Żadna rumuńska sierota mi po padoku nie biega, w chatce nie kwili, ani w Lasku się nie ukrywa. A jakoś tak jestem dziwnie urządzony – że jak czegoś nie widzę tu i teraz, to trudno mi wobec takiego zjawiska zająć emocjonalne stanowisko.

I teraz pewnie pan Piotr się na mnie obrazi, a tak się nam fajnie rozmawiało… No i co ja mam zrobić..? To już prawie jak u Gombrowicza z tym Słowackim, co to „nie zachwyca“…

Skądinąd: szanuję ludzi, którzy przejmują się losem rumuńskich sierot. O ile poświęcają tej sprawie tyle samo wysiłku i zaangażowania, ile ja wkładam w moje kobyły. Niestety, najczęściej odnoszę wrażenie – i proszą Państwa o chwilę namysłu nad tą kwestią, bo może jestem przewrażliwiony i to wrażenie jest mylne – że za deklaracjami o empatii wobec rumuńskich sierot zaraz idzie żądanie, abym po pierwsze: bezwarunkowo i bez zastanowienia takową empatię sam zadeklarował (a jak już się przyznałem – nie umiem – i takie żądanie w najlepszym razie wprawia mnie w zakłopotanie, w najgorszym – w irytację…) – no bo przecież: jakże tu nie współczuć sierotom? Po drugie zaś – abym zaraz koniecznie COŚ zrobił. Nie wiem? Zarżnął moje kobyły (po co konie, skoro mamy czołgi, samochody i samoloty? A w ogóle, to cała ta kultura, tradycja i historia, to przecież agresywny, maskulinistyczny atawizm, który POWINIEN zostać jak najszybciej zapomniany!) – a na pastwiskach posadził kartofle, którymi będzie można nakarmić głodnych. Albo przerobić na spirytus, uchlać się – i porozczulać nad losem sierot, używanych na części zamienne… Świat z całą pewnością byłby lepszym miejscem do życia, gdyby każdy pilnował własnego powołania – i nie wtrącał się innym między wódkę a zagrychę, jak zwykł był mawiać mój przyjaciel z czasów studenckich, Siła.(1)

Złudny urok Dobra Absolutnego sprawia jednak, że kto całym sercem uwierzy, że jest dobry i że dobrej sprawie służy – najczęściej kwestii tego, czyja wódka i czyja zagrycha stoi na stole – ani pomyśli brać pod uwagę, nim jedno i drugie skonsumuje.

Pan Piotr zastrzega się wprawdzie, że on akurat nic na siłę, a w ogóle, chodzi tylko o to, aby powstrzymać niemiłościwie nam rządzących przed rozpasaniem. To z całą pewnością szlachetny cel i godny pochwały. Już się jednak pana Piotra przy innej okazji pytałem: kim chce zastąpić niemiłościwie nam panujących i jak zreformować nasze gosudarstwo? Odpowiedział wtedy, że choćby PiS-em, a celem ostatecznym jest demokracja bezpośrednia na wzór szwajcarskiej.

No i OK. Coś przynajmniej wiemy. Prawdę pisząc, PiS-u nie lubię z przyczyn osobistych: rozbiłem się boleśnie na psychopatycznych obsesjach jednoznacznie PiS-owskiej ekipy w jednym z państwowych przedsiębiorstw – i nie dam się przekonać, że tacy trafiają się równie często w każdej partii: Palikot, jednakowoż, ma u siebie zgoła innych wariatów niż Kaczyński! Że jeden i drugi ma u siebie GŁÓWNIE wariatów, to akurat pewnik: bez sporej dozy ekshibicjonizmu i mniejszej lub większej kolekcji psychoz, nikt kariery we współczesnej polityce nie zrobi – tak samo, jak nikt bez takich właściwości, nie ma wielkich szans w show biznesie! Demokratyczna polityka od samego zarania jest odmianą sztuki scenicznej. Aktor, żeby przekazać widzom emocje, które ma zagrać, musi być przerysowany, karykaturalny czasem – nie od parady mówi się o „teatralnych gestach“. Polityk tym tylko się różni od aktora, że ma nienormowane godziny pracy i uprawia swój teatr właściwie na okrągło. Nic też dziwnego, że demokratyczni politycy są z zasady psychicznie pokręceni – tak samo jak prezenterzy sprzedaży bezpośredniej zresztą…

Tak więc: PiS-u nie lubię z przyczyn osobistych, polityków w ogólności uważam za niebezpiecznych wariatów, a demokratyczną politykę – za zajęcie całkowicie bezpłodne, którego uprawianie może przynieść wyłącznie wstyd. Nie bronię jednak panu Piotrowi zastępowania PO PiS-em – ani marzeń o szwajcarskiej demokracji bezpośredniej. Po prostu: sam w tym przedsięwzięciu na pewno udziału nie wezmę. To nie jest moje powołanie!

Konsekwentnie też: dlaczego miałbym w publicystyce tu uprawianej, na tym blogu, w „Najwyższym Czasie!“ i w „Końskim Targu“ (bardzo chętnie pisałbym też do innych gazet – zwłaszcza, gdyby zechciały mi za to płacić – niestety: żadna inna po prostu -  nie chce mnie drukować…) zachęcać kogokolwiek do robienia rzeczy, w których sam nie zamierzam brać udziału..?

Państwo oczekujecie ode mnie nie tylko umoralniających kazań – ale i odpowiedzi na pytanie jak żyć, co robić, kiedy ten system pieprznie… A ja mam 40 wieków kultury, tradycji i historii na padoku – i tak naprawdę: nic więcej mnie nie obchodzi. W ogóle bym nie pisał o takich rzeczach jak nowoczesność, biurokracja, postęp i wiele innych – gdyby nie ten dręczący niepokój za każdym razem, gdy przypadkiem włączy mi się główna strona Onetu – albo telewizyjne wiadomości: to już – czy jeszcze nie teraz..? To już niemiłościwie nam panujące gosudarstwo postanowi, w imię postępu, miłości i tolerancji wziąć się za agresywne, maskulinistyczne atawizmy – czy jednak jeszcze nie tym razem..? Tak więc znowu przyznaję się Państwu do małości: bo niczym innym niż strachem o własny byt spokojny powodowany – w ogóle interesuję się tzw. „wielkim światem“.

Wiecie jaki jest MÓJ wymarzony ustrój? Nie żadna tam szwajcarska demokracja bezpośrednia! Wprost przeciwnie zgoła. Mój wymarzony ustrój to taki, w którym mógłbym w ogóle się nie interesować państwem, jego polityką i politykami, którzy nim rządzą – bo miałbym uzasadnioną pewność, że państwo ani żadna z jego sług – nie zainteresuje się mną… A więc: przeciwieństwo państwa nowoczesnego. Państwo, które nie stara się być kochane – nie mobilizuje sobie poparcia swoich poddanych – nie stara się ich sobą interesować – nie stawia się w centrum Wszechświata, ani nawet – w centrum uwagi. Jak dla mnie – może to być najdziksza zupełnie tyrania, rządzona przez jakiegoś nowego Nerona czy Kaligulę  - byleby ów Neron czy Kaligula wylewał swoje furie na własnych totumfackich gdzieś daleko w stolicy – a nie zaczepiał przypadkowych przechodniów.
 


Oczywiście: to tylko marzenie. Raczej się nie spełni. Nie mam zresztą bladego pojęcia – jak mogłoby się spełnić? No chyba, że rzeczywiście system szlag trafi… Jedyne co mi pozostaje – to cieszyć się każdą chwilą, kiedy po moim padoku wciąż jeszcze – biega 40 wieków kultury, tradycji i historii…


-------------------
(1) Czy do „triumfa zła wystarczy bierność dobrych ludzi“? A bo ja wiem? Komunizm nie dlatego upadł, że ludzie stawili mu heroiczny opór. Ci, którzy stawili komunizmowi heroiczny opór – zostali rozdeptani i najczęściej: ślad po nich zaginął. Komunizm upadł wyłącznie dzięki ludzkim wadom. Nepotyzmowi, korupcji i pospolitej głupocie rządzącej nomenklatury – oraz masowemu bumelanctwu, złodziejstwu i lenistwu jej poddanych, niedostatecznie zmotywowanych w tym systemie do uczciwej i wydajnej pracy. Jedno z drugim – dało gospodarkę już nie tylko „niedoborów“ – ale wręcz: niemożności. Która musiała ulec transformacji, jeśli choć część dawnej elity miała to przetrwać…

„Postęp moralny“ średniowiecznej Europy więcej zawdzięczał kazalnicy – niż sądom, dość podówczas podłym. A jeszcze więcej miłości własnej ówczesnej elity która, szczęśliwie dla jej poddanych – żyła „w jasnym świetle dnia“, publicznie obnosząc się zarówno ze swoimi zaletami, jak i z wadami, przez co owa kazalnica miała wyjątkowo duże znaczenie dla samopoczucia rządzących – fenomen, który raczej się prędko nie powtórzy!

4 komentarze:

  1. To normalne, że każdy z nas ma swoją wizję dobra, swoją wizję powinności wobec innych. Nie rozumiem, dlaczego ktoś miałby obruszać si, że nie współczujesz każdemu poszkodowanemu przez los.

    Poza tym dobro to nie uczucia, nie emocje, nie wzruszenie, nie łzy, nie wrażliwość, nie empatia, nie solidarność w poglądach. Dobro to CZYNY. Dobro to działanie: od czynnego popierania (mającego przynajmniej w teorii przełożyć się na konkrety) po użycie siły fizycznej. Można mieć tzw. dobre serce, jest to piękna cecha, ale tak naprawdę niewiele znaczy nasze wnętrze, jeśli nie umiemy lub nie chcemy wpływać na losy świata. Oczywiście mam na myśli rzeczywistość w ogóle, a nie świat jako planetę.

    OdpowiedzUsuń
  2. @BoskaWola

    Obrazic sie?-o nie nie ma tak latwo Panie Jacku-tak latwo sie mnie pan nie pozbedzie;)Pan ma swoje poglady a ja swoje ale o nic tam sie nie zamierzam obrazac bo niby dlaczego?Jak juz ostatnio stwierdzilem zadnych Gulagow nie mam zamiaru wprowadzac wiec niby czemu mialbym sie obrazac?Nieco mi czasem puszczaja nerwy ale jak ktos mi tam czasem da do wiwatu to mi to akurat TEZ nie przeszkadza-cenie inteligentna dyskusje-a ze nie zawsze dojdziemy do wspolnych wnioskow-coz,takie zycie.Zbyt ciekawie Pan pisze abym sie stad wyniosl:)Obaj mamy nieco INNA KONCEPCJE czlowieka(Pan zdaje sie tylko natura,ja natura+sfera nazwijmy to duchowa)aby dojsc do wspolnych wnioskow ale to przeciez nie przeszkadza w ciekawej dyskusji.TYM BARDZIEJ iz doskonale UZASADNIL Pan swoje stanowisko-NIE tchorzostwo ale CIERPLIWOSC medrca "tao"-coz to nie dla mnie ale rozumiem taka postawe zyciowa.Nie lubie tchorzy ktorzy na dzwiek slowa policja lub opor trzesa sie ze strachu ale jezeli ktos tak jak Pan ma UZASADNIENIE filozoficzne(i to calkiem mocne moim zdaniem)to INNA sprawa.Ja oczywiscie zgodze sie z powyzszym komentarzem Kiry-ale coz-z kims tu wypada mi sie zgodzic na tym blogu zeby nie bylo ze klotliwy jestem;)


    P.S.Zauwazylem iz jest Pan determinista geograficznym wiec jesli Pan nie czytal to spodoba sie Panu ponizsza ksiazka

    http://tiny.pl/hpjws

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdy chodzę na zakupy do centrum miasta, to niemal zawsze zaczepiając mnie golddiggerzy-fundreiserzy (profesjonalni żebracy pracujący dla organizacji dobroczynnych). Gdybym choć co dziesiąty raz się zgadzal zapisać do ich programu, to z pensji nic by mi nie zostało. Wielką ulgę odczułem, gdy pierwszy raz powiedziałem im (szczerze co czuję), że jestem po prostu złym człowiekiem i nie obchodzi mnie to, że ludzie w afryce nie mają studni czy brytyjskie kaleki wojenne nie mają na godne życie...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...