środa, 4 kwietnia 2012

Wycieczka przez wieki

Że nie piszę od kilku dni to tradycyjnie – bo nie mam czasu. Do wszystkich zajęć, których mi ostatnio nie brak, dołączył się w sobotę dobry kolega z dawnej pracy „zielarskiej“. Męczył mnie i molestował – aż zgodziłem się i, trochę dla świętego spokoju, podjechałem dzisiaj do Dęblina, gdzie właśnie miała się odbyć prezentacja „zielarska“.

Kolega męczył mnie i molestował, żebym tę prezentację obejrzał nie bez ukrytego powodu. Otóż prowadzić ją miała para najskuteczniejszych ostatnio prezenterów, przynoszących do firmy po 40, a czasem i po 50 tysięcy utargu tygodniowo. Przy prowizji rzędu 20% - wychodzi z tego niezła „tygodniówka“, nawet jeśli do podziału na dwóch!

No i właśnie kolega chciał sobie znaleźć partnera, z którym mógłby pojechać w trasę i sukces tamtej pary powtórzyć. W tym celu, trzeba ich by było najlepiej nagrać – a przynajmniej: obejrzeć i wysłuchać. A potem powiedzieć, czy to się w ogóle da naśladować – czy nie..?

Wybitnie mi ta propozycja była nie na rękę, bo akurat mam inne plany na najbliższą przyszłość. Że jednak, nauki nigdy za wiele, nigdy też nie wiadomo, co człowiek będzie jeszcze musiał w przyszłości robić, a kolega bardzo mi kiedyś pomógł i byłem mu winien przysługę – zgodziłem się na tyle, żeby pojechać i obejrzeć. Pojechałem, ale obejrzeć, to raczej niewiele obejrzałem, bo prowadząca, która mnie oczywiście natychmiast poznała – wyrzuciła mnie z sali gdy tylko wszedłem. Ponieważ robienie scen nie leży w mojej naturze – posłusznie zawróciłem na pięcie i wróciłem do samochodu.

Przynajmniej tyle, że skorzystałem z lepszego niż u mnie na wsi zasięgu komórki i podomawiałem kilka spotkań w Warszawie na jutro – wycieczka zatem nie była całkiem bez korzyści. Po powrocie zresztą, spadł na mnie miły kłopot w postaci konieczności rozdysponowania dopłat, które właśnie się zaksięgowały – nim je nienasycony Potwór Bankowy o północy pożre i strawi bez śladu – a że internet mamy akurat bardzo kapryśny, to pewnie nieprędko ruszę się od komputera.


Wycieczki do Dęblina zresztą – za dnia byłem tam wcześniej tylko raz, za to kilka razy zdarzyło mi się forsować Wisłę tamtejszym mostem nocą, gdy najbliższa mnie przeprawa w Górze Kalwarii z takich lub innych przyczyn była nieczynna – nastrajają mnie zawsze nostalgicznie. Przebijając się krętymi dróżkami przez Sieciechów, czuję się tak, jakby mnie maszyna czasu do epoki piastowskiej przeniosła! Pewnie dlatego, że dróżki te, nieudolnie udające drogi asfaltowe, nic się od czasów komesa Sieciecha nie zmieniły…


Potem za to, korzystając z nieoczekiwanie wolnego przedpołudnia, pozałatwiałem kilka innych spraw niezbędnych przed czekającą mnie wkrótce podróżą (wyglądajcie Państwo relacji na ten temat w sam dzień Wielkanocy!), co z kolei zaprowadziło mnie na drogę Grójec – Warka, gdzie dla odmiany, mijając klasycystyczne pałacyki i dworki tamtejszych folwarków (niestety, wygląda na to, że opuszczonych prawie tak jak folwark w Brzózie, którego ogromne pola, przyległe wprost do drogi na Kozienice, drugi rok z rzędu nie znają ludzkiej ręki – zastanawiam się: jak to możliwe, że komuś się NIE OPŁACA uprawiać takiego kawału roli? Ja, gdybym miał tyle ziemi, to bym się w żadnym razie jakimiś prezentacjami w Dęblinie nie przejmował… no jak już nie z innego powodu, to chociażby właśnie – dla owych dopłat!) – mam wrażenie, że znowu zapanował błogosławiony wiek XIX…

Odbywając tę „podróż przez wieki“ wte i wewtę, tak sobie myślałem: co ja Państwu opowiem – dlaczegóż to moja koleżanka (zapominając zresztą z miejsca, że ongiś byliśmy na „ty“) nie wpuściła mnie na swój pokaz..?

Zacznijmy może od samego początku. Zakładam bowiem, że niewielu jest wśród Państwa emerytów – głównych bywalców tego rodzaju rozrywek..? Zapewne zatem, świat sprzedaży bezpośredniej, jest dla Państwa tak samo egzotyczny i obcy jak dla mnie, gdy ponad dwa lata temu, ani wiedząc co mnie czeka, przekroczyłem próg domu mojego pierwszego z tej dziedziny pracodawcy – skierowany tam przez redakcyjnego kolegę, który też nie uznał za konieczne informować mnie, z czym to się je i o co chodzi.

Naprawdę, pojęcia nie miałem, że coś takiego w ogóle istnieje! Jeśli kiedykolwiek wcześniej zdarzyło mi się trafić na ulotkę zapraszającą na tego rodzaju „spotkanie“, albo – przez nieuwagę – odebrać takowy telefon – to wyrzucałem ulotkę i przerywałem połączenie ani się zastanawiając o co tu chodzi. Aż nagle, nie stąd ni z owąd – znalazłem się nie tylko „po przeciwnej stronie barykady“ – ale w dodatku: w samym środku samego środka tego biznesu.

Jak mi wyjaśnił mój mentor (fakt, że dobry rok po naszym pierwszym spotkaniu…): w tym biznesie nic nie ma sensu! No bo popatrz: zabierasz ludzi do świętego miejsca na pielgrzymkę – i co robisz? Wciskasz im gary albo pościel wełnianą. Gdzie tu sens, gdzie związek między jednym a drugim? Sprzedajesz im gary, które w sklepie kosztują góra 400 złotych – za 8 czy 9 tysięcy: a oni to kupują tym chętniej, im wyższej ceny zażądasz!

Jak to się robi? Generalnie całą operację można podzielić na kilka etapów, a sposobów jej realizacji, ja przynajmniej znam, cztery. Sposoby te zależą od tego, gdzie i w jakich okolicznościach odbywa się sprzedaż. Jeśli w domu u klienta – mamy do czynienia z tzw. „domówką“. Jest tu też pewna subtelna różnica – niektóre firmy wymagają, aby gospodarz „domówki“ zaprosił jeszcze dodatkowo jakichś sąsiadów lub znajomych dla zwiększenia audytorium – inne (jak np. ta od myjek parowych, na których sparzyłem się na początku roku): zgoła wprost przeciwnie. „Domówki“ są fajne dla firmy prowadzącej sprzedaż, bo nic nie kosztują (poza, oczywiście, telefonem, paliwem i czasem prezentera – ale tym akurat, mało kto się przejmuje…). Pierwszy etap sprzedaży, czyli rekrutacja publiczności odbywa się poprzez zbieranie, a następnie – obdzwanianie, tzw. „rekomendacji“, czyli osób, które wskazują gospodarze poprzednich „domówek“. Ponieważ są to znajomi, którzy jakoś tam ufają osobom, które ich „rekomendowały“ – jest dość duże prawdopodobieństwo, że i sami zgodzą się prezentera przyjąć. Średnio udaje się umówić jedną osobę na 8 – 10 „rekomendowanych“.

Szczebelek wyżej w skali trudności są „domy kultury“ – czyli spotkania organizowane w domach kultury, klubach osiedlowych i innych – co do zasady: niedrogich raczej – wynajętych salach. Trzeba oczywiście zapłacić za salę, a to jest koszt rzędu kilkuset złotych – no i trzeba: zrekrutować jakoś publiczność. Są firmy, którym to się udaje, są takie, które wiecznie mają z tym problem. Standardowo, za udział w takim spotkaniu, publiczność dostaje jakieś prezenciki – i te, absurdalne najczęściej gadżety – są motywacją dla emerytek i emerytów, stanowiących do 90% publiczności aby, pokonując reumatyzm i schodki (domy kultury z lat 70. XX wieku z zasady były tak budowane, żeby przypadkiem nie dostała się tam osoba na wózku inwalidzkim…) – przydreptać na spotkanie. O spotkaniu potencjalna publika najczęściej dowiaduje się z ulotek, czy to rozsyłanych pocztą, czy to rozkładanych w blokach, względnie – wciskanych do ręki (jest to tzw. „ankieter“, czyli najdroższa forma rozprowadzania ulotek – ma sens, jeśli prezenter który będzie prowadził spotkanie jest naprawdę dobry – bo gwarantuje publiczność, ale – przy wysokich dość kosztach własnych…). Bardzo rzadko i tylko dla wyjątkowo skutecznych prezenterów – opłaca się zatrudnić telemarketing.

Rekrutacja publiczność to „wąskie gardło“ tej formy sprzedaży o tyle, że na takie spotkania w ogromnej większości przychodzą stale ci sami emeryci – znajdujący w nich, Bóg wie dlaczego, wielkie upodobanie. Raz, że jest to publiczność zepsuta i zblazowana, na której byle prezent wrażenia nie zrobi i bywa, że niezadowolona, wygwiżdże czy wykpi prezentera (osobliwie – niedoświadczonego…). Dwa – że takie osoby mają już zwyczajnie bardzo bogatą historię kredytową i często – brak im możliwości dokonywania kolejnych zakupów… Stąd firmy prześcigają się w wynajdowaniu przede wszystkim – coraz to nowych przedmiotów, których „magia przyciągania“, wyciągnęłaby z domu innych niż do tej pory ludków. Ziółka są, jak na razie, wcale niezłe pod tym względem – na prezentacje materacy do masażu na przykład, przychodzi znacznie więcej „gadżeciarzy“, niż na prezentacje ziółek (no i na prezentacjach ziółek w zasadzie nie daje się prezentu, sam wykład jest prezentem dla publiczności, ewentualnie – rozdaje się bony uprawniające do zniżki – o ile, naturalnie, ktoś coś kupi…). Z garnkami czy pościelą nie miałem do czynienia, ale wyobrażam sobie, że w tych, najgęściej obsadzonych i najbardziej konkurencyjnych niszach na rynku – jest pod tym względem najtrudniej.

Jeszcze szczebelek wyżej, są tzw. „hotele“ – czyli spotkania nie w domach kultury czy klubach osiedlowych, a w – najczęściej – hotelowych restauracjach, połączone z poczęstunkiem, najczęściej – z obiadem dla gości.

Najdroższą dla organizatora formą sprzedaży bezpośredniej są tzw. „wycieczki“. Polega to na tym, że dystrybuuje się ulotki zapraszające do skorzystania z wycieczki – najczęściej do jakiegoś sanktuarium, aczkolwiek, gdy księża i dziennikarze zorientowali się, co się dzieje, podobno proceder ten został ograniczony. Wycieczka jest oczywiście płatna (jak coś jest całkiem za darmo, to nikt tego nie szanuje…) – ale na tyle nisko, że udział w niej, jak również poczęstunek na miejscu, są oczywiście – prezentem od organizatora dla uczestników, za który uczestnicy powinni czuć i czują – wdzięczność…

Z tym kosztowniejszymi formami sprzedaży nie miałem do czynienia – nigdy nie byłem tak dobry, żeby ktoś chciał we mnie aż takie pieniądze zainwestować – znam je więc tylko od strony „organizacyjnej“, bo i pracą przy organizacji takiego biznesu, też się pokalałem.

Kiedy publiczność – wszystko jedno: na „domówce“, w „domu kultury“, w „hotelu“, czy na „wycieczce“ – jest już obecna, a prezenter wychodzi na mównicą – zaczyna się magia. Bo jak to inaczej nazwać..? Na starożytnych Grekach zresztą, którzy nie znali telewizji, siła żywego słowa robiła daleko większe wrażenie niż na nas, współczesnych. Czyż retor, sofista – to są postaci nieznane miłośnikom dawnych wieków, a w swoich czasach – pogardzane może, czy mało cenione..?


Tak więc niesłusznym zupełnie – tu uniosę się zawodowym honorem – jest pogardzanie tą retoryką, której musi użyć prezenter, aby zbudować wartość produktu, który sprzedaje, pokazać jego odmienność i sprawić, że słuchacze jak niczego innego na świecie zapragną go posiąść. Tu i teraz! Bo z biegiem czasu – magia słabnie i zwykle już w kilkanaście minut po prezentacji, opinie niedawnych słuchaczy o produkcie (o ile go nie kupili rzecz jasna, bo jeśli kupili – inne mechanizmy psychologiczne zaczynają pracować na korzyść sprzedawcy…) są daleko mniej pochlebne niż w trakcie występu – a po kilku godzinach większość słuchaczy nie pamięta już, o czym właściwie prelegent mówił…

W związku z czym każdy prezenter zna mnóstwo zabawnych historyjek – ale to może następnym razem, bo tekst już robi się długi.

W każdym razie: dlaczego moja – była jak sądzę – koleżanka nie wpuściła mnie na swoją prezentację? No cóż – potwierdza się, to co na jej temat dawno mi mówiono – że jest po prostu dziwna. Ta branża przyciąga ludzi odrobinę niestandardowych jak chodzi o sposób postrzegania świata i bardzo intensywnie potęguje ich problemy – o czym już niejeden raz pisałem.

W dużych firmach, których też trochę jest na tym rynku, przebieg prezentacji jest bardzo ściśle określony, a całe zadanie prezentera sprowadza się do przekonującego aktorstwa. Przebieg jego show jest oczywiście ściśle kontrolowany – ponieważ z zasady wszystkie scenariusze takiej sprzedaży eksploatują przede wszystkim motyw zdrowia i zdrowego stylu życia – jest taka firma, gdzie prezenter, na którego ktoś z publiczności doniesie, że widział go z papierosem w ustach: wylatuje momentalnie z pracy.

Ale w małych firmach różnie to bywa. Prezenterzy nie lubią, gdy się im patrzy na ręce. Niektórzy twierdzą że to z zadrości o gromadzoną latami wiedzę (trochę to chore! Biorąc pod uwagą liczbę emerytów w Polsce – i liczbę prezenterów – miną dziesięciolecia, nim ten rynek się wyczerpie…). Na ogół jednak – dlatego, że mówią i robią rzeczy, za które kierownictwo firmy raczej nie chciałoby brać odpowiedzialności. Gdyby o nich wiedziało – rzecz jasna.

Oczywiście nie podejrzewam byłej koleżanki, o której mawiano w firmie, że jest – excuse le mot – „świętojebliwa“ o to, że stosuje jakiś niedozwolony NLP, czy inne brudne chwyty… Tylko – dlaczego jej kolega odziany był, gdym wszedł na salę, w niebieski kitel podobny do wdzianek personelu medycznego, trochę tylko, w porównaniu – kusy..? O ile dobrze pamiętam, z wykształcenia to on jest dziennikarzem i z medycyną nigdy nie miał do czynienia… No cóż – dajmy pokój, niech im ziemia lekką będzie!

Prawda jest taka, że wcale a wcale nie czuję się aż tak dobrym retorem, aby kontynuować karierę w tej branży – i cieszę się, że zamiary mojego kolegi tak szybko spaliły na panewce – i nie z mojej winy.

30 komentarzy:

  1. Na początku chciałam Ci napisać, że to niemoralne nieetyczne i niesmaczne i dodatkowo nie potrzeba NLP, aby to wszystko było po prostu zwykłym kłamstwem i oszustwem. Później pomyślałam o tych wszystkich reklamach w telewizji, gdzie wszystko jest cudowne i jest właśnie tym czego potrzebujemy -jakość gwarantowana!!! (jak to dobrze, że nie mam TV!)i pomyślałam, ze to to samo, choć trzeba mieć niezłe jaja czy tupet jak kto woli, aby tak prosto w oczy kłamać. Pewnie istnieją jakieś mechanizmy psychologiczne, które bronią Was przed poczuciem dokonania oszustwa, podobno jak ktoś powtarza nieprawdę często, to po pewnym czasie sam zaczyna wierzyć w to co mówi... No cóż, to bardzo ciekawe tak posłuchać od drugiej strony, bo ludzi naciągniętych już słuchałam, interesująca za to wydaję się rzecz następująca, czy Ty w ogóle masz poczucie winy, skrupuły, albo Twoi koledzy po fachu, nie pytam złośliwie tylko z ciekawości tak czysto poznawczo i czy słyszałeś o jakiejś "babci", którą to wpędziło w tarapaty, a jeśli tak to co czułeś?

    OdpowiedzUsuń
  2. @wieś:
    Czyste sumienie też jest wartością w jakimś stopniu wymierną. Też uważam, że to czyste złodziejstwo, ale jak widać 95% ludzkości nie- przynajmniej wtedy, gdy to ona ma zarobić...

    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  3. @wieś
    Nie rozumiem czemu zarabianie na głupocie mas ma być niemoralne. Krowy są od tego żeby je doić. Także dla ich dobra - nie dojone padną.
    W sytuacji gdy rynek działa normalnie pieniądze płyną od głupich do mądrych. Mądry zapewne lepiej je wykorzysta, nie zrobi sobie nimi krzywdy, w przeciwieństwie do głupiego. Gdzie tu miejsce na wyrzuty sumienia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co za czasy... chamstwo uważa, że cwaniactwo = mądrość. Taka logika rodem z chlewa. Też uważam, ze mądry powinien "wygrywać". Ale jeszcze trzeba wiedzieć, co to znaczy...
      Adam

      Usuń
    2. Czyżbyś miał syndrom wiecznej ofiary?

      Usuń
    3. Czyżbyś uważał, ze jesteś największym cwaniakiem na świecie? Powodzenia...dojna krówko. Każdy zawsze trafi na większego cwaniaka - życzę choćby "mądrej" wg twoich kryteriów kobiety..
      Adam

      Usuń
    4. Można nie być ANI ofiarą ANI s-kurwy-synem.

      Usuń
  4. 1. Nie uważam, żebym był "mądrzejszy" od moich słuchaczy podczas prezentacji. Sam często podejmuję decyzje pod wpływem impulsu. I generalnie - mam niskie mniemanie o "racjonalności", "rozumności" ludzi jako gatunku. Jeśli coś mnie różni od tych ludzi (i od większości ludzi w ogóle...), to przekora: motywowany, przekonywany, poddawany erystycznym sztuczkom - najprawdopodobniej postąpię odwrotnie niż sądzę, że się ode mnie oczekuje. Dlaczego tak się dzieje - nie wiem, ale nie uważam tego za "mądrość"...

    2. Mimo wszystko odróżniłbym "retorykę etyczną", od "retoryki nieetycznej". Nigdy nie kłamałem ani nie podawałem się za kogoś, kim nie jestem. W zasadzie, tyle tylko, że prywatnie nie podzielam entuzjazmu wobec produktów, które przychodziło mi zachwalać - niektórzy twierdzą, że prezenter powinien wierzyć w to, co sprzedaje. Być może istotnie tak być powinno - i ten brak wiary jest powodem, dla którego generalnie szło mi kiepsko. Na to też nic nie poradzę - zawsze miałem z "wiarą" kłopoty...

    3. Należy ostrożnie szermować potępieniami jak chodzi o reklamę, retorykę czy inne tego rodzaju sytuacje. Idąc tym tokiem rozumowania, łatwo dojść do wniosku, że KAŻDY handel jest "złodziejstwem". Takie opinie przejawiały się w dziejach. Na tym blogu jednak - ich nie podzielamy...

    OdpowiedzUsuń
  5. Handel, to handel absolutnie go nie potępiam, ani prób sprzedaży towaru po przez reklamę, ale czym innym jest reklama, a czym innym świadome wprowadzanie w błąd, wiedząc, że się sprzedaje coś co można jak sam wspomniałeś kupić o wiele taniej w innym miejscu, mówiąc jednocześnie odbiorcy, czyli potencjalnemu klientowi, że jest to okazja jego życia i nigdzie taniej nie kupi. Mnie ten rodzaj sprzedaży zawsze będzie bulwersował, gdyż odbiorcami w tym przypadku (a firmy świadomie kierują do takich odbiorców ofertę) są ludzie naiwni, niewydolni intelektualnie, dementywni, słyszą tylko okazja, opłaca się, że sprzedawca z całego serca chce dla nich jak najlepiej itd. Sprzedawcy są szkoleni pod kątem właśnie dezorientowania kupca i manipulowania nim w taki sposób aby był przekonany, że dokonuje wyboru najlepszego, okazyjnego i byłby głupi gdyby nie skorzystał, gdyż kołdra wełniana jest tym wszystkim czego potrzebuje, płaci za nią kilkaset złotych, a następnie widzi w Biedronce tą samą kołdrę za 99.00 zł, ale cały czas słyszy w głowie głos, który mu powtarza, że ta jest wspaniała wyjątkowa inna cudowna... Zarówno miejsca werbowania ofiar, jak i oferta wycieczkowa są skierowane do głównie do ludzi biednych pozbawionych nadziei, dla których taka wycieczka jest wyjątkowym wydarzeniem, może jedynym w życiu, wiem bo na wsi widziałam tych ludzi, którzy wierzyli, że wydarzyło się coś wyjątkowego w ich życiu, że może jedyny raz będą mogli w życiu pojechać na wycieczkę - bo tanio... Wracali "zahukani", z jakimiś rzeczami, papierami z ratami, przerażeni, nie rozumiejący co się stało... Nie chcę Cię obrazić, ja Cię nawet polubiłam i masz prawo żyć tak jak Ci dyktuje sumienie, to Twoje wybory, ale ja wierzę w to co mówię (piszę) i naprawdę uwierz mi że warto zajrzeć za kurtynę, bo po drugiej stronie często jest strach i cierpienie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wszystko prawda. Natomiast:

      1. To nie był z mojej strony żaden "wybór życiowy". Zajmowałem się tym przez pewien czas (i mam nadzieję, że te czasy już nie wrócą), bo nie miałem innego wyjścia. To znaczy owszem: mogłem paść z głodu...

      2. Nie jest tak, że 100% publiczności to wiktymizowani, dementywni, zahukani emeryci. Emeryci owszem - ale mnie jakoś w znacznie bardziej przeważającej większości trafiali się aktywni, otwarci na świat i całkiem przytomni. Dementywnych bywało do kilku procent - i wcale to nie oni najczęściej kupowali. Naprawdę: poopowiadam kiedyś "historyjki z życia prezentera", własne i zasłyszane - a się Państwo zdziwicie!

      3. Nigdy nie handlowałem pościelą. W przypadku ziół - sprawa jest, moim zdaniem, dość jasna i wiele razy tu o tym pisałem: owszem, można te same zioła kupić w sklepie zielarskim po 5 zł/kilo. I co? I nic. Jakoś kolejki się do tych sklepów nie ustawiają, nic nie słychać o cudownych uzdrowieniach, generalnie - a rozmawiałem ze sprzedawcami z takich sklepów - egzotyczny towar sprzedaje się słabo i nie jest poszukiwany. Mimo że są miejsca w sieci, gdzie pienia zachwytu nad tym towarem przekraczają wszelkie granice śmieszności... Tymczasem te same zioła, które sprzedawałem po nie mniej niż 1000 zł/kilo - NAPRAWDĘ ludziom pomagały! Wniosek: właśnie ta atmosfera na prezentacji - no i cena - leczą. W czym zresztą nie ma nic dziwnego. Zwykły efekt placebo. Od razu zaznaczam, że jak mi się trafił naprawdę chory - kazałem mu iść do lekarza, a nie szlajać się po prezentacjach. Na szczęście: naprawdę chorych, wbrew pozorom, nie ma tak wielu...

      4. Oczywiście, że wolę robić cokolwiek innego niż sprzedaż bezpośrednią B2C. Ale nie dlatego, że mam wyrzuty sumienia, tylko dlatego, że nie uważam, iżbym robił to dobrze, w sensie: skutecznie. Z zasady, jak już pisałem, jestem cynicznym sceptykiem - i wzbudzanie w sobie, nawet bardzo tymczasowej, wiary - jest dla mnie bardzo wyczerpującym psychicznie zadaniem...

      Usuń
    2. Co do ziół, to bardzo prawdopodobne, że zadziałał efekt placebo. Słyszałam, że robiono doświadczenia w których lekarz również nie zawsze wiedział co przepisuje, czy substancję czynną czy wodę powiedzmy i okazywało się, że w tych przypadkach gdzie sam lekarz nie wiedział, efekt był lepszy. Ciekawe prawda? Nie wiem niestety czy późnij badano te dwie grupy lekarzy, świadomych i nieświadomych i co mogło powodować, że nieświadomość nie tylko pacjenta, ale i lekarza miała znaczenie...

      Usuń
  6. Arturze, czysty cynizm przez Ciebie przemawia, a poza tym czy Ty pytałeś krowy czy chce być dojona w nieskończoność??? ...i jeszcze jedno, taką krową staniesz się również Ty kiedyś, procesy dementywne dopadają wszystkich i słabnie nasz intelekt i pędzący świat (techniczny naukowy) zaczyna nas w pewnym momencie wyprzedzać, tak że za nim nie nadążamy. Magiczne myślenie, wszyscy tylko nie ja, nie uchroni Cię przed tym, rozejrzyj się dookoła na starsze osoby jakie są zagubione i nieporadne, też będziesz taki, jeśli oczywiście będzie dane Ci dożyć sędziwego wieku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że pragmatyzm, a nie cynizm, ale nie będę się sprzeczał. Takie są mechanizmy rynkowe na całym wolnym świecie, że gdy jest klient (popyt) zawsze znajdzie się produkt (podaż). Można samemu zaoferować ten produkt lub przyglądać się z boku jak robi to ktoś inny. Etyczne dywagacje tu nic nie zmienią.
      Jak ktoś czuje, że traci nad sobą kontrolę lepiej żeby oddał dowód wnukowi.
      P.S. Nie zajmuję się sprzedażą bezpośrednią. Doję więcej krów na raz. ;)

      Usuń
    2. @wieś... - podoba mi się Twój sposób myślenia
      Najwyraźniej @Artur nie trafił na swój limit...jeszcze.
      Adam

      Usuń
    3. Mam nadzieję, że świat w którym żyjemy zmieni się, ale obawiam się czy tego doczekam.

      Usuń
  7. Hm....kolezanka Cie nie wpuscila zdaje sie z dwoch powodow (mowie to w oparciu o doswiadczenia wlasne plus mase lektur - ktorych na ogol w Polsce nie ma - z dziedziny tak zwanej psychologii sprzedazy. Polecam na poczatek Cialdiniego "Wywieranie wplywu na ludzi" - mozna to sciagnac torrentem nawet za darmo).

    1. Kolezanka pewnie zdaje sobie sprawe z tego, jak maly jest to rynek. Emerytow niby w Polsce duzo, ale kupia tylko Ci, ktorzy dadza sie przekonac I MAJA KASE. A to juz baaaardzo ogranicza liczbe ludzi - po co ma sobie robic niepotrzebna konkurencje? Zwiekszenie ilosci prezentacji i zasigu wyjazdow to sa koszta, wiec mniej zysku dla niej.

    2. Techniki ktore stosuje nie sa ani wiedza tajemna ani magia. Jesli nie jest w tym specjalnie dobra, to pewnie obawia sie, ze ktos podpatrzy i bedzie w praktyce LEPSZY ergo zabierze jej zarobek.

    W USA mialam sporo do czynienia z ludzmi zyjacymi z takiego sposobu sprzedazy. Zwykle nie maja oporow przed tym, zeby inni z branzy przychodzili na ich prezentacje - po prostu, zeby wyciagac duza kase i byc w tym dobrym dowcip nie polega na slepym kopiowaniu cudzych zagrywek, ale trzeba wiedziec ktora kiedy zastosowac plus byc bardzo ale to bardzo przekonywujacym aktorem. Oni to wiedza i nie boja sie amatorow.

    Na ogol ktos, kto jest bardzo dobry w tym co robi nie obawia sie konkurencji. Dobry lekarz albo np. programista nie ma problemu z podzieleniem sie swoja wiedza - wie, ze nawet jesli ktos mu ukradnie jego kod to daleko na tym nie zajedzie, bo przyjdzie nastepny nowym problem do rozwiazania (nowa diagnoza czy potrzeba wymyslenia specyficznego algorytmu) i amator sie wylozy.

    Ot i tyle...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sorry, że nie na temat, ale jesteś kolejną osobą, Futrzaku, która popełnia rażący błąd: piszesz "ci" z dużej litery, pomimo iż NIE używasz tego słowa jako celownika słowa "Ty". "Ci" w przypadku, gdy chodzi o "tych ludzi" piszemy z małej litery.

      Usuń
    2. Ok.
      Przyznaje ze mam problemy z pisownia duzych liter po 13 latach poslugiwania sie dwoma jezykami, w ktorych zasady sa zupelnie inne (z czego zreszta wiekszosc na pismie byla po ang przez ostatnie 7 lat).

      Usuń
    3. Ten sam błąd popełniają Polacy siedzący w kraju. ;)

      Usuń
  8. Powiem Wam tak najszczerzej jak potrafię, nie ma ludzi świętych, natomiast są rzeczy, których nie powinniśmy uznać za normalne, alternatywne, dopuszczalne, bo one z natury są złe. Nie jestem osobą religijną, a mój światopogląd w pewnych kwestiach mimo moich 34 już lat niestety nie jest całkiem ustalony, z wyboru zmieniłam życie z miejskiego na wiejskie, gram w gdy na PC i PS3, ale zrezygnowałam z TV. Kiedy jadę do miasta, to cieszę się z wyboru jakiego dokonałam, patrzę na ludzi, na moich rodziców, ojca - matematyka z wykształcenia i widzę jak jest zagubiony, jak bardzo boi się podejmować decyzji, jak nie wie co ma zrobić, bo ludzie wokół niego są jak hieny, które tylko czekają aby go na coś naciągnąć. Żal mi go i tak sobie myślę, że za 30 lat będę taka sama i wtedy czuję tak naprawdę dogłębnie, że nie tak to wszystko powinno wyglądać...

    OdpowiedzUsuń
  9. jasne... krowy istnieja po to by je doic drzewa wyrosly aby czlowiek mogl z nich wykroic deski klient w supermarkecie sluzy do strzyzenia z kasy a Twoj portfel mosci Arturze istnieje dla wysokiej klasy fachowca od kieszonkowej roboty... ach zapomnalbym dodac ze mali chlopcy zostali stworzeni dla pedofilow a staruszki poza oszwabieniem mozna jeszcze rozjechac na przejsciu dla pieszych...

    OdpowiedzUsuń
  10. Potępiam kłamstwo, celową i ordynarną manipulację uważam za żałosną, a wciskanie kitu... cóż, smuci mnie. Ale jeśli ktoś NIE kłamie, nie wmawia ludziom, jaki to produkt jest cudowny (choć wie, że jest przeciętny lub - co najwyżej - dobry), to nie widzę niczego złego w podawaniu nawet bardzo wysokiej ceny. To już nie jest oszustwo.

    Z pewnością takie prezentacje są dla mnie mniej irytujące niż nagabywanie telefoniczne. Dzwoniła do mnie kiedyś baba z Plusa i usiłowała mi wcisnąć nowy telefon oraz... 2-krotnie większy abonament. W ramach oszczędności! :) Kiedy powiedziałam, że nie wychodzę poza obecny abonament, chciała mi - w ramach "dodatku" do nowego telefonu - DODAĆ dwa razy droższy - płaciłabym zatem TRZY razy więcej. O mało jej nie sklęłam. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I po co sie tak denerwowac? To sa najczesciej osoby, ktore maja liste osob do obdzwonienia, konkretna oferte, ktora musza zaoferowac oraz musza wyklepac tzw. "script" czyli taki a nie inny tekst zachecajacy do sprzedazy.
      To wszystko jest rejestrowane w systemie i z tego sa rozliczani.
      ROBIA TO.
      Jak Cie oferta nie interesuje, to mowisz ze nie, dziekuje i prosze wiecej nie dzwonic, po czym odkladasz sluchawke. W ten sposob ta soba moze sobie odfajkowac w bazie danych ze zadzwonila pod dany numer a nastepnie przejsc do kolejnego. Od tego jej placa, ot i tyle.

      Usuń
    2. Tylko że:

      1) Baba najpierw mówi, że są prezenty, srutu-tu-tu, nowy telefon, oszczędności, a o abonamencie potem.

      2) Jest upierdliwa, bo kiedy mówię jej, że nie jestem zainteresowana zmianą taryfy, proponuje mi to samo, ale nie jako zamianę, a jako dodatkowy abonament (czyli miałabym mieć 2 telefony), wszystko w ramach robienia dobrze "stałej klientce".

      3) Akurat nie ona, ale inne baby są równie upierdliwe, jeśli chodzi o wciskanie Internetu do komórki.

      I właśnie ta:
      a) upierdliwość
      b) manipulacja, która nabrałaby zapewne ileś tam starszych, bezkrytycznych osób

      wkurza mnie strasznie.

      Mam od razu kazać takim babom sp...ać?

      Usuń
    3. Ja po prostu mówię, że mnie nie interesuje oferta i proszę o usunięcie numeru z bazy danych. Potem odkładam słuchawkę i koniec. Nawet nie słucham, co chcą mi wcisnąć.

      Justyna

      Usuń
    4. No, akurat w Plusie to ja mam telefon. Powinna nagrywać te rozmowy lub chociaż je zapisywać od razu po ich zakończeniu - i umieszczać w blogu. :)

      Usuń
    5. Kira:
      ale Ty w ogole nie przeczytalas tego, co napisalam. Ci ludzie maja z gory narzucony "script" czyli tekst, ktory musza odbebnic, a ktory dostali od szefostwa.
      Jak Cie tak strasznie wkurza jego tresc to skladaj zazalenia do dyrekcji rzeczonej firmy.

      Usuń
    6. Doskonale o tym wiem, Futrzaku. Dlatego przede wszystkim mam pretensje nie do tej kobiety, a do całej firmy.

      Z drugiej strony - jak się pracuje jako prostytutka czy polityk, to też ma się narzucone pewne obowiązki, prawda? A przecież zarówno prostytutki, jak i politycy są często traktowani jak osoby gorszej kategorii (choć te pierwsze są na marginesie społeczeństwa, a ci drudzy - niejako w jego centrum). Nie dziw się więc, że odczuwam obrzydzenie TAKŻE - choć w mniejszym stopniu, niż do jej pracodawców - do owej nagabującej mnie pani. Tego typu praca, polegająca na manipulacji, jest dla mnie czymś uwłaczającym godności człowieka.

      Tak, wiem, bieda może przycisnąć człowieka do robienia stokroć gorszych rzeczy. Ale to już inna kwestia.

      Usuń
    7. A ja dzisiaj taka jedna zaczepiajaca mnie w centrum handlowym co mi chciala sprzedac jakis produkt do twarzy przekabacilem i jutro na herbatke idziemy...

      Usuń
  11. a gdzie ten ogier?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...