wtorek, 24 kwietnia 2012

„Uwaga, ogier!“

Wygląda na to, że w kiepskiej jestem kondycji, skoro tak mnie byle drobiazg irytuje… Wczorajsza „przygoda“ skończyła się w sumie dobrze. Fakt, że niewiele więcej udało mi się przez cały dzień zrobić z tego zdenerwowania. Odnoszę zresztą wrażenie, że długi weekend już się zaczął: nie tylko koło nas natężenie spacerowiczów prawie wakacyjne (jak sądzicie Państwo, czy powinienem powiesić na płocie tabliczkę „Uwaga, ogier!“..? Gelshah jest przesłodki i na pewno celowo nikomu krzywdy nie zrobi, ale jak jakieś dziecko wlezie do środka i wpakuje się przypadkiem pod kopyta gdy będą się gzić..? Jak dotąd, publiczność raczej poprzestawała na głaskaniu przez płot: miastowi boją się dużych zwierząt…), ale i próby umawiania się w stolycy skończyły się tylko wysłaniem paru maili – bo P.T. projektanci są już na urlopach. Cóż: będzie czas pomyśleć, a to też bywa potrzebne…


Końputer zachowuje się dziwacznie. Dziś rano znowu nie chciał się odpalić (próbowałem go nie wyłączać – prawie dobę przepracował usypiany tylko, gdy nie był potrzebny: tak postępowaliśmy z nim w czasach jego młodości i wydaje się to jednak zdrowsze dla elektronicznych bebechów – ale na koniec i tak trzeba go było wyłączyć, bo zaczął intensywnie buczeć wiatraczkiem, nie reagując na próby przebudzenia – objaw ten, który pojawił się na pewnym etapie życia naszej maszyny spowodował, obok irytującego Lepszą Połowę w nocy mrygania dwóch diód, jednej na końputrze, drugiej na blueconnect’cie, żeśmy już ze dwa lata temu z tej praktyki zrezygnowali: teraz też powrót do niej się nie udał). Wystartował jednak bez protestu gdy, oprócz przedmuchania styków obu dysków, trochę nim potrząsłem. Wygląda na to, że jest zwyczajnie brudny w środku..? No fakt, na podłodze stoi, a kurzu u nas, jak to na wsi – nie brak… Popracuję zatem zaraz z odkurzaczem, może to pomoże na trochę dłużej.

Wracając zaś do naszych baranów, czyli do koni. Jak już niedawno wyjaśniałem – usiłuję rozmnożyć moje kobyły z poczucia obowiązku. Są fajne, należą do rzadkiej i ginącej rasy – powinny mieć dzieci.

Natomiast nie wiążę z tym faktem żadnych oczekiwań natury finansowej. Raczej, spodziewam się kosztów: co najmniej trzeba będzie odwieźć Króla do domu (już mi się słabo robi… może ktoś z Państwa chce go kupić? Petra co prawda, chciała go sobie pod siodło zatrzymać, ale ma tyle innych… a w Polsce to przynajmniej bliżej by było – a jeśli nawet nie bliżej, to może niekoniecznie sam musiałbym go wozić..?). A jeśli choć jedna z naszych leniwych latawic raczy się jednak, w drodze absolutnego wyjątku, zaźrebić i nie zresorbuje ciąży – to nawet nie chcę myśleć, co się będzie działo… Jak dotąd, na dwie ciąże i dwa porody (Dalii wlkp i Melemahmal) – oba mieliśmy z komplikacjami i to takimi, że w obu przypadkach odechciewało mi się na dłużej jakichkolwiek eksperymentów z rozrodem. Tylko fakt, że minęło już dużo czasu, a ja celowo wyparłem te wspomnienia ze świadomości sprawia, że w ogóle coś robimy.

Absolutnie jednak – nie widzę uzasadnienia dla stosowania jakichkolwiek środków nadzwyczajnych, wykraczających poza rutynę i prawa natury. Jeśli Król się z nimi w końcu dopasuje i zdoła je skutecznie pokryć, a te utrzymają ciąże – będę się cieszył, choć będę też na pewno - przerażony. Jeśli nic z tego nie wyjdzie poza kwikiem i rozpustą – trudno. Płakał też nie będę świadom, że może to i dla nich lepiej. Melemahmal żyła by sobie szczęśliwie dalej, gdybym jej nie próbował inseminować w Topolčiankach… Stąd i poprzednie niepowodzenia w zaźrebianiu – przyjmowałem z mieszaniną żalu i ulgi. A ten eksperyment – jest ostateczny i ostatni: jeśli tym razem się nie zaźrebią – dam im już spokój do końca życia.

Może się wybiorę na konną pielgrzymkę z kawalerzystami, jak mi w niedzielę pan O. proponował..? Albo, wzorem naszego przyjaciela Sebastiana – wsiądziemy i pojedziemy nad Morze Czarne..?

Jedno wydaje się w tych okolicznościach pewne: dopóki sprawa się nie wyjaśni – nie liczcie Państwo na spokój, opanowanie i zimną krew z mojej strony. To, co się w tej chwili dzieje na naszym padoku, to najważniejsza sprawa w moim życiu – jak do tej pory. Nie uspokoję się, póki nie będzie wiadomo – nie zaźrebiły się, ogier wyjeżdża. A jeśli któraś się zaźrebi – czeka mnie i Państwa, jeśli nadal zechcecie tu zaglądać – bardzo nerwowe 11 miesięcy…

2 komentarze:

  1. Z zakupem takiego ogiera jest taki problem, że dla potencjalnego kupca w Polsce może on być warty maksymalnie 10-15 tysięcy, tyle co ładny, zdrowy, młody koń do rekreacji. Ani się on w Polsce nie rozmnoży ani do sportu konnego nie nadaje za bardzo. Ale zgaduję, że do sprzedania będzie nie za 10-15 tysięcy, a raczej 30-40...

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam,
    Z tabliczką "Uwaga ogier" może być przewrotnie. Dzieciaki ciągną do niebezpieczeństwa jak muchy do lepu. A co się stanie, gdy przekroczę plot? Czy porazi mnie prąd? Czy bestia rzuci się z zębami, a może z pazurami? Zobaczmy...

    Może lepiej, gdyby nie wiedziały......

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...