czwartek, 8 marca 2012

W świecie korporacji…

Jak podsumowała wczoraj jedna z moich znajomych: są takie instytucje, pod które można co najwyżej podłożyć minę i wysadzić. Do niczego więcej się nie nadają. Być może jest to pewna przesada – ale..? Będę enigmatyczny. Co prawda: nie mam nadziei na powrót do branży o której piszę – jednak, czy na tym świecie można być czegokolwiek pewnym? Wolę zatem nie dopowiedzieć. Tym bardziej, że cała ta historyjka ma dla mnie znaczenie przede wszystkim jako ilustracja do tez, które stawiałem dwa posty niżej. Nie ma zatem większego znaczenie, gdzie to się naprawdę dzieje.

Powiedzmy, że jest sobie firma zajmująca się pewnego rodzaju infrastrukturą – którą w toku normalnej działalności udostępnia innym firmom, świadczącym usługi już bezpośrednio dla konsumentów. Firma ta rozbudowała jakiś czas temu obiekt, którym zarządza. Obecnie zaś – planuje remont starej części obiektu. I na tle tych planów znalazła się nagle w ostrym sporze z jednym ze swoich klientów – posiadaczem jednej z najlepiej rozpoznawanych marek towarowych z czasów PRL. Spór ten, wszystko na to wskazuje, skończy się co najmniej bardzo poważnymi stratami dla tego klienta – kto wie, może nawet jego bankructwem? Co prawda, na terenie obiektu działa tylko spółka – córka owego posiadacza jednej z najlepiej rozpoznawalnych marek towarowych z czasów PRL – ale jest to córka na tyle dorodna, że i matkę może za sobą do grobu pociągnąć…


Doniesienia prasowe, których nie będę tu cytował ani linkował, co by nadmiernie Państwu identyfikacji obiektów mojego zainteresowania nie ułatwiać stanowisko stron przedstawiają w ten sposób:
-       Firma infrastrukturalna twierdzi, że klient nie wywiązywał się z umów (nie dostarczał na czas gwarancji płatności i polis ubezpieczeniowych, być może nawet – ale to się jakoś tak półgębkiem wspomina – coś tam się opóźniał z płatnościami), a w ogóle, to jest obrzydliwy zagraniczny (egzotyczny nawet!) kapitalista, który próbuje odebrać chleb polskiemu robotnikowi blokując jakże potrzebny remont obiektu,
-       Klient twierdzi, że podpisał z firmą infrastrukturalną umowę na co najmniej 6 lat – i trochę mu jeszcze do jej wygaśnięcia zostało – a tak w ogóle: to nikt z nim nie chciał w ogóle rozmawiać, tylko kazali mu pakować manatki i brać d…ę w troki i nic z tego nie rozumie, bo umowy podpisywał z tymi samymi ludźmi, którzy teraz chcą się go pod zmyślonym pretekstem pozbyć – jakże to możliwe, że nie przewidzieli, iż chcą ten swój obiekt w którym działa, remontować..?

Tak się składa, że byłem przy tym. Ba! Jestem głównym sprawcą całego nieszczęścia. Od razu się do tego przyznaję. Wiem doskonale, że moi ptasiogłowi prześladowcy mają mnie za naczelnego Schwarzcharaktera i pewnie nawet organizują co jakiś czas „seanse nienawiści“ przy (obowiązkowym, w godzinach pracy!) czytaniu tego bloga – co mi zresztą Google Analytics bez pudła – co do godziny i minuty – ujawnia. To niech mają, niech się zabawią.

Lata temu, pracując dla owej firmy infrastruktualnej, przygotowywałem założenia przetargu w ramach którego wynajęta została zarówno nowa część obiektu – jak i stara, obecnie przeznaczona do remontu. Nawet poprztykałem się w związku z tym z pewnym moim imiennikiem, który uparcie twierdził, żeby starego budynku nie tykać – bo przecież ma iść do remontu? Oczywiście: miałem rację! Remont ów opóźnił się o całe lata – gdybym wtedy ustąpił, pewnie by cały budynek do tej pory stał pusty. A tak, firma zarobiła, klienci – mam nadzieję: też – a ludzie mieli co jeść, pić i gdzie zrobić zakupy.

Skądinąd, oczywiście, perspektywę czekającego obiekt remontu w założeniach które przygotowałem – uwzględniłem. Kandydaci na klientów byli o tym poinformowani zarówno na piśmie, jak i ustnie – a klienci podpisali umowy zawierające klauzule umożliwiające zawieszenie ich biegu na czas, kiedy obiekt będzie zamknięty. No, chyba że „coś“ te klauzule – już po moim odejściu – zjadło..? Tego mogę nie wiedzieć…

Co się zatem stało takiego, że cały interes się rypnął..? Złożyło się na to kilka rzeczy. Jednak absolutnie najważniejszą z nich są specyficzne cechy charakteru moich ptasiogłowych prześladowców – rzecz do bólu trywialna, przy tym – nie do uwierzenia dla kogoś, kto tych państwa nie zna (stąd usłyszałem – pytając o istotę tego głośnego w branży sporu – tyle teorii spiskowych , że chyba nawet wypadek w lesie smoleńskim się tylu w tak krótkim czasie nie doczekał…).

Po pierwsze: jedynym, ale to absolutnie jedynym motywem działania moich ptasiogłowych prześladowców jest chęć utrzymania za wszelką cenę swoich stołków. Kompletnie ich nie interesuje ani możliwość zarobku dla firmy w której pracują, ani jej potencjalna strata – ich interesują tylko i wyłącznie ich stołki. Koniec, kropka.

Po drugie (tu się zaraz powinien kolega Racjonalnie Oszczędzający oburzyć: swoją drogą przepraszam Kolegę, niechże już Kolega się nie boczy – trochę Go tu jednak brak…): każdy klient jest dla nich wrogiem, a każdy, najniewinniejszy nawet kontakt z klientem, nie mówiąc już o próbie spełnienia najprostszej nawet prośby klienta – wonieje dla nich straszliwym smrodem najpotworniejszego z grzechów: korupcją! Jak dla mnie, jest to kompleks typowo PiS-owski (i stąd właśnie spodziewane oburzenie Kolegi, który zaraz zacznie pisać, ileż to PiS dla przedsiębiorców zrobił…) – skąd zresztą tej wyjątkowo skutecznej w trzymaniu się stołków, choć ptasiogłowej ekipie wyrastają nogi. W ich przypadku – przybrało to już formy karykaturalne: doszły mnie nawet na mojej dechami zabitej wsi słuchy o klientach, którzy po trzy, po cztery lata nie są w stanie doprosić się spotkania, wszelki kontakt sprowadza się do wymiany pism, przy czym odpowiedzi jakie klienci uzyskują, do złudzenia przypominają dziecięcą zabawę w „pomidor“…

Ze względu na tak monstrualny strach przed posądzeniem o korupcję, a także ze względu na upierdliwy do bólu formalizm (nader przydatny, skądinąd, przy trzymaniu się stołka…), moi ptasiogłowi prześladowcy po prostu NIE MOGLI skorzystać z klauzul w umowach umożliwiających ich zawieszenie na czas remontu. Raz dlatego, że przecież nie wszyscy klienci takie klauzule posiadali (część ma już zwykłe umowy na czas nieokreślony, które można po prostu wypowiedzieć…) – dlaczego więc jedni mają być traktowani lepiej niż inni? Dwa, że to by jednak wymagało przezwyciężenia wstrętu wobec fizycznego kontaktu z klientem i spotkania się z nim choćby po to, żeby wytłumaczyć jak człowiek człowiekowi o co chodzi.

Tak więc nie spotkano się, nie wytłumaczono – poszukano mniej lub bardziej wydumanego pretekstu do zerwania umów – no i mamy: wojnę. Przy tym nie wierzę że działania podjęte przez zrozumiale zaskoczonego klienta, tj. jakieś tam wnioski do sądu czy próby składania skarg w instancji wyższej – coś mu dały. Psychopatologiczne korzenie tej chorej sytuacji są zbyt trudne do zrozumienia dla kogoś, kto nie miał bliższego kontaktu z tymi osobami. Zaś sytuacja w której instytucja jest atakowana – choćby była atakowana jak najsłuszniej, bo ani w prawie, ani przy słuszności nie jest – budzi grupową solidarność i tym bardziej umacnia pozycję moich ptasiogłowych prześladowców w strukturze firmy…

9 komentarzy:

  1. jestem, cały czas... raczej biernie, niż czynnie co prawda, ale jestem

    jednak moje ostatnie pisanie, że PIS to "mniejsze zło" niż PO skończyło się drobnym zgrzytem między nami, więc zastanów się, czy naprawdę chcesz abym odpisał

    OdpowiedzUsuń
  2. W tym konkretnym przypadku uczciwi idioci są o wiele szkodliwsi od sprytnych złodziei...

    OdpowiedzUsuń
  3. nie rozumiem dlaczego projektujesz cechy których nie lubisz na PIS

    jak dla mnie można przypisać je niemal każdej opcji politycznej - tzw. "ormowcy" zdarzają w kazdej formacji

    dla mnie właśnie komunistyczne wręcz donosicielstwo, gorliwe trzymanie się zasad to domena środowisk około-GazWy i około-platfusowych


    inna sprawa że w "terenie", w samorządzie... podziały na PIS czy PO, czy SLD, itp. zupełnie NIE są odzwierciedleniem idei i przekonań politycznych

    są wyrazem podziału na sitwy i strefy wpływów - tak więc dzieci i rodzina znanego PSLowca są automatycznie, dożywotnio 'chłopami', mimo że na oczy w życiu konia czy traktora nie widziały - przeciwna, nielubiana rodzina lokalnych biznesmenów jest PIS - sitwa administracyjna to czesto SLD, sitwa rodzinna, która obsadziła lokalną gastronomię i dom kultury to PO, itp.


    ale ja rozumiem, że Ty jako wielkomiejski człowiek z Warszawy możesz nie być świadomy realnej polityki w terenie, na prowincji...

    OdpowiedzUsuń
  4. 1. Ci konkretni akurat - po prostu są z PiS.

    2. PiS najgłośniej i najdobitniej wyrażał tezę, że systemu zmieniać nie trzeba - wystarczy podmienić ludzi. Na uczciwych. I to wystarczy, aby kraj płynął mlekiem i miodem. Czy może być szkodliwszy pogląd..?

    OdpowiedzUsuń
  5. Po pierwsze o ZMIANIE systemu nie decyduje PIS ani PO - jesteś chyba zbyt inteligentny aby w to wierzyć.

    Tezy nie mają większego znaczenia. Co w sumie napisałem w nowym poście.

    Dla mnie PIS w skali kraju poobniżał podatki, wyraźnie poluzował śrubę zwykłym ludziom, wziął za mordę stary układ i pogonił kota korporacjom. Zrobiło się przez chwilę jak po wywietrzeniu salki konferencyjnej, gdzie dyrektorzy w garniturach puścili o kilka bąków za dużo.

    Niestety lokalnie - u mnie - PIS to akurat skretyniali staruszkowie i cwaniactwo, które jednak nie dostało się do rządzenia miastem. W skali kraju jednak - mniejsze zło.

    Ja sam jestem starym upeerowcem, ale nie podzielam korwinowskiej kaczofobii.

    OdpowiedzUsuń
  6. PiS rzeczywiście chce zmienić ludzi na "uczciwych", nie zmieniając za bardzo systemu. Ale nie jest to najbardziej niebezpieczna opcja. Inne również nie chcą zmieniać systemu, a jedynie zmienić ludzi na "swoich". Mimo wszystko wolę "uczciwych" niż "swoich".

    Poza tym to za PiS-u rozwiązano WSI, co się towarzyszom BARDZO nie spodobało, za PiS-u obniżono podatki, ukrócono większość korupcji i, co najważniejsze, PRZEDSIĘBIORCY PRZESTALI SIĘ BAĆ URZĘDNIKÓW. To urzędnicy zaczęli się bać petentów. Teraz sytuacja wraca do punktu wyjścia. Najbardziej zacietrzewieni wrogowie PiS-u to środowiska najbardziej skorumpowane - urzędnicy, lekarze, służby. Nie mówiąc o próbie prowadzenia własnej polityki zagranicznej.

    Jedyne dwie partie, które coś zmieniały w kierunku poluzowania śruby od 89 roku to SLD za Millera i PiS.

    OdpowiedzUsuń
  7. Problem polega na tym, że urzędnik który boi się petenta (albo pracownik państwowej firmy który bardziej niż Dyabeł święconej wody boi się posądzenia o korupcję...) w sytuacji, gdy państwo zarządza bezpośrednio lub pośrednio większością majątku narodowego - to tragedia! Urzędnik czy pracownik skorumpowany coś może zmarnuje bo kupi za drogo czy sprzeda za tanio - ale przynajmniej: kupi i sprzeda. Urzędnik czy pracownik który się boi po prostu - nie będzie NIC robił.

    Skutek? Niedługo zbankrutuje jedna z giełdowych spółek z udziałem indyjskiego i cypryjskiego kapitału. A to zapewne tylko jeden z bardzo wielu przykładów...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. powtórzę się raz ostatni - gorliwi służbiści/ormowcy będą w kazdej opcji politycznej

      sprawa druga - zgodzę się z kolegą powyżej: bardziej pro-wolnościowe, o ile można tego słowa użyć, jest SLD i PIS niż niektóre środowiska które deklarują się jaki liberalne

      tak, to jest banda socjalistów - ale ci socjaliści myślą

      Usuń
  8. Urzednicy nie chca robic zle. A ze zle nie robi, ten co nic nie robi..?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...