sobota, 10 marca 2012

W pogoni za Mańkiem Strupkiem…


Z tym nie godzimy się po zachodzie słońca to jednak mogła być podpucha… Bo przyjechaliśmy wczoraj na miejsce – dobre dwie godziny przed zachodem naszej dziennej gwiazdy – a tu się okazuje, że źróbka sprzedana…

Cóż było robić? Ruszyliśmy dalej. M. przypomniało się, że w Skaryszewie spotkał ogiernika spod Białobrzeg, który opowiadał mu, że w jego wsi źróbek dobrych na sprzedaż mnóstwo. Nie bez trudności (M. był u tego ogiernika tylko raz, jakieś 5 lat temu) dotarliśmy na miejsce, by dowiedzieć się, że wszystkie źróbki sprzedane. Ale może mają jakieś w sąsiedniej wsi, trzeba tylko przed kościołem w lewo skręcić…

Pojechaliśmy. Pierwszy zaczepiony gospodarz mówi – a tak, miałem źróbkę – ale sprzedałem. W to miejsce kupiłem sobie taką zabiedzoną na „trzymanie“ (czyli w celu odpasienia). Więcej źróbek tutaj nie ma. Ale może w sąsiedniej wsi..? Ma się rozumieć – w tej, w której byliśmy poprzednio…

Gospodarz zawołał syna. No i syn zaczyna nawijać. Ni kuta z jego nawijki nie rozumiem: nie dość, że terkocze jak karabin maszynowy i samymi regionalizmami wali, to jeszcze sepleni… Dopiero M., lepiej z wymową lokalną obeznany tłumaczy: Maniek Strupek z Wyśmierzyc (kompletnie w drugą stronę niż byliśmy względem Białobrzeg, swoją drogą…) kupił taką bidną latośkę od jednego takiego, co pod rzeczonymi Wyśmierzycami ma 30 koni, a same chude, bidne, handlarze ich nie chcą, tylko na „trzymanie“ kupować, tanio idą. A ino jedźta tam rano, tak do ósmej, co by Mańka zastać, inaczy na robocie może być.

Jak Mańka Strupka znaleźć? A jedźta do Wyśmierzyc, stańka w środku i pytajta, każdy powie. Na flaszkę mu dacie, to was do tych bid zaprowadzi. Tylko rano jedźta… I tak – ze cztery razy. Ażeśmy wreszcie zrozumieli…

M., jak już wyjechaliśmy z tej wsi, po dłuższej chwili milczenia, wycedził: żadnego Mańka Strupka szukał nie będę!

Co prawda – to prawda: głowę dam, że po pierwsze – nie Maniek Strupek, a Zdzisiek Krostek, a nawet jeśli naprawdę Maniek Strupek, to już na pewno nie 30 bid, a 3 zapasione na śmierć – i jeszcze pewnie: nie pod Wyśmierzycami, a pod Grójcem… Albo pod Suchą!

Już w drodze powrotnej zajechaliśmy do jednak takiego, o którym M. wiedział, że ma dwulatkę. Dwulatka, jak dwulatka. Ani zła, ani dobra. Droga trochę – to na pewno. Za to wyjątkowo zgodnie, chórem jej przepowiedzieliśmy (a jeszcze była z nami żona M.), że długo nie pożyje – i że zginie śmiercią tragiczną, rozbijając sobie łeb o powałę. A to dlatego że stoi – razem z koleżanką – na bez mała półtorametrowej warstwie gnoju i maluśko, a będą się musiały czołgać – już w tej chwili uszami strop obcierają… Uświadomiłem M., że spokojnie może z tą rewelacją pójść na policję, albo do powiatowego weta – a chłop wyrzuci ten gnój w podskokach i jeszcze piosenkę kobyle dla polepszenia nastroju zaśpiewa! Do M. należy decyzja – w końcu, nie będę mu psuł stosunków z sąsiadami…

Jedyne co mogę od siebie dodać to, że to był PIERWSZY przypadek tak jaskrawo zaniedbanych koni, jaki w czasie wycieczek z M. po wsiach okolicznych spotkałem.

Poza tym, mamy święto: kran pod wiatą odmarzł!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...