poniedziałek, 12 marca 2012

Subtelna sztuka warzenia piwa…


Na wstępie chciałbym pogratulować koledze Racjonalnie Oszczędzającemu genialnego wprost w swojej lapidarności wpisu – pod którego konkluzją podpisuję się zresztą oburącz. Swoją drogą: staram się właśnie o posadę w branży winiarskiej – a przynajmniej – uczyniono mi pewne na taką posadę widoki. Jest to paradoks tym dowcipniejszy, że choć bardzo lubię wino – to w zasadzie mogę je co najwyżej wąchać: moja plebejska wątroba tak szlachetnego trunku nie trawi, co się objawia nader dotkliwymi wyrzutami, jakimi mnie zarzuca nazajutrz. Po piwie, nawet całkiem „supermarketowym“, jakoś takowych dolegliwości nie odczuwam, podobnie jak po mocniejszych trunkach…


Skądinąd, przepis na warzenie piwa jest jednak nieco bardziej skomplikowany niż tylko zmieszanie trzech składników: wody, chmielu i jęczmiennego słodu! Z tymi produktami należy najpierw wykonać cały szereg operacji. Dlatego właśnie, aby tę technologię odkryć, potrzeba było aż „drugiej rewolucji neolitycznej“, czy też „rewolucji produktów drugiego rodzaju (drugiej generacji)“, albo wreszcie – i tu przechodzimy do istoty rzeczy: „rewolucji picia i powożenia “. Picia piwa (i somy – napoju uzyskanego z kilku odurzających roślin) – i powożenia rydwanami. A i tak takie piwo, jakie znamy obecnie, czyli klarowane – to i tak jest wynalazek dopiero z połowy wieku XIX.

Gdyby do wyprodukowania dobrego piwa starczyło połączyć w dowolny sposób wodę, chmiel i słód jęczmienny – to by kolega Racjonalnie Oszczędzający nie zastanawiał się, co jest lepsze: Ciechan, Perła czy może jakiś inny trunek? Bo wszystkie byłyby takie same! A jednak – można te same trzy surowce łączyć na różne sposoby i różnym poddawać je operacjom, różne w efekcie uzyskując smaki. Owszem – różnice te są drobne, subtelne, są to niuanse których dostrzegania w innym miejscu kolega Racjonalnie Oszczędzający się wypiera. Ja w te jego zaprzeczenia, jak i w całą pozę „równego chłopaka z blokowiska“ – kompletnie nie wierzę. To tylko taki sposób internetowej autokreacji. W rzeczywistości kolega jest tak samo dzianym wątpliwościami i rozterkami inteligentem jak każdy inny, kto potrafi ze zrozumieniem wysłuchać telewizyjnych „Wiadomości“.

Ostatecznie, czy gdyby kolega Racjonalnie Oszczędzający nie odróżniał subtelnych niuansów smaku – to czy mieniłby się piwoszem? Czy prowadziłby bloga? Różnica między mężczyzną a kobietą też jest podobno tylko subtelnym niuansem – a spytajcie kolegę Wojtka, ile może o tak subtelnej różnicy dyskutować..? Właśnie subtelne różnice są warte dyskusji. To co zgrubne, jawne, toporne i oczywiste – każdy przecież sam widzi na własne oczy, nieprawdaż?

A jeśli nie widzi – to nie to, czego nie widzi jest ciekawe – tylko raczej: co takiego sprawia, że dostrzec belki, już wszystko jedno czy we własnym, czy w cudzym oku – nie może?

Dość już jednak przypowieści, wróćmy do naszej przaśnej codzienności. Prawdą jest niewątpliwą, iż lepiej by było, gdyby reguły rządzące tą codziennością były proste, jasne i oczywiste dla każdego. Tyle – że, po prostu: nie są!

To jest po części skutek nawarstwiających się przez ostatnie stulecie zakłamań, mitów, prób poprawiania Pana Boga i ludzkości (a wszystkie takie próby, co do jednej – wierzcie mi – były i są tak samo nieudane! Skądinąd: wcale nie dlatego, że w naturze czy w człowieku nie ma czego poprawiać…) – czyli tego wszystkiego, co się nam sączy z ekranu telewizora, z głównej strony Onetu czy z innych „przekaziorów“.

Po części jednak: tak po prostu musi być! Człowiek bowiem nie jest istotą racjonalną. O tym, dlaczego – pisałem dawno temu: racjonalny przed podjęciem decyzji, był po prostu odsiewany przez ewolucję, bo nie jest optymalnym sposobem na przetrwanie. Mamy wprawdzie w głowach naprawdę niezłe „maszynki do myślenia“ – ale te „maszynki“ właśnie dlatego są na ogół wciąż jeszcze lepsze od tych elektronicznych – że nie racjonalizują, nie uzasadniają, nie potrafią na ogół objaśnić – dlaczego coś im się podoba, a coś innego – nie.

Ja na przykład nie mam żadnego, ale to żadnego racjonalnego wyjaśnienia dla faktu, że kocham konie, że siedzę na wsi – i że właśnie zacząłem proces likwidacji pensjonatu końskiego, z którego w dużej części żyłem przez miniony rok: bo zajdą wkrótce w Boskiej Woli znaczne zmiany (czytajcie uważnie, będziemy o nich informować…).

„Maszynka do myślenia“ w naszej głowie – znaczną część pracy którą ma do wykonania – wykonuje bez udziału naszej świadomości. Wynik w postaci takiej lub innej konkluzji – po prostu się nam pojawia jako dana. Wszyscy znają przykłady „genialnych rachmistrzów“ – często, w każdej innej dziedzinie: debilnych – nieprawdaż? Nie wiadomo na jakiej zasadzie potrafią mnożyć i dzielić wielocyfrowe liczby – ale robią to nie wolniej od najlepszych Crayów. U normalnego człowieka takiej nieświadomej, odruchowej optymalizacji podlega cała praktycznie motoryka (i dlatego trening sportowy nie polega na uświadomieniu sobie, co należy zrobić – nasze ciało, a właściwie: nasz autonomiczny układ nerwowy – musi się tego nauczyć – i jeden z nas ma do tego zdolności, a inny – nie! Ja na przykład: z natury mam kiepską koordynację ruchową i dlatego jeżdżę konno, mimo wielu lat ćwiczeń – marnie!), ale też – spora część sfery emocjonalno – wolicjonalnej.

W zasadzie świadomość najczęściej „dorabia ideologię do dyszla“ – post factum uzasadniając takie, a nie inne wybory i inklinacje.

Jest to podstawowy powód, dla którego komunizm jest niemożliwy, a europejski „socjalizm z ludzką twarzą“, obliczony na stopniową, dość na razie łagodną tresurę człowieka by wyplenić zeń paleolityczną bestię – skazany jest na spektakularną klęskę. Żeby urzeczywistnić komunizm, czy choćby – europejski „socjalizm z ludzką twarzą“ – trzeba by dobrać się do genów i zmanipulować przyszłe pokolenia nie indoktrynacją – a DNA. A i tu – bardzo wątpię w sukces!

Każdy bowiem „projekt utopijny“ – czy to będzie komunizm, czy „socjalizm z ludzką twarzą“ – jako projekt teoretycznie, w swoich założeniach, racjonalny – stara się eliminować sprzeczności, nielogiczności, konflikty. Tymczasem mocno wątpię, czy sama natura fizyczna tego świata – dopuszcza istnienie bytów tak złożonych jak człowiek BEZ wbudowanych weń sprzeczności i konfliktów! W każdym razie z faktu, że nie da się zbudować systemu matematycznego nie zawierającego sprzeczności – taki wniosek co do fizycznego świata zdaje się wynikać…

Z tego samego też powodu – świadomie używam tu wielkiego kwantyfikatora – nie jest możliwa biurokracja bez korupcji. Nie jest możliwa, nie da się takiego systemu wprowadzić w życie. Korupcja jest absolutnie niezbędna dla sprawnego funkcjonowania biurokracji. Nie stanowi wady, aberracji, skazy na systemie – wręcz przeciwnie: jest jego absolutnie nieodzowną istotą!

Dlaczego? Dlatego że bez korupcji biurokrcja nie jest w stanie podejmować decyzji.

Jak to możliwe? Ano bardzo prosto: biurokracja (zarówno współczesna, jak i każda znana wcześniej w dziejach) jest systemem z natury racjonalnym. Tryb urzędowania i kryteria dla decyzji jakie mają podjąć urzędnicy opisane są pewnymi formalizmami, przepisami mającymi postać algorytmów: jeśli nastąpi okoliczność A w związku z B, weź i zrób C.

Algorytmy te mogą być proste, mogą być skomplikowane (im są prostsze tym lepiej – w pełni się z tym zgadzam!). Ich rolą jest upewnić przełożonych i urzędnika, że decyzje które podejmuje, są optymalne.

No i tu są dwa kłopoty. Po pierwsze – jak już wiemy, taki sposób podejmowania decyzji właśnie optymalny z natury nie jest. Dlatego im więcej biurokracji – tym gorzej (wszystko jedno przy tym, czy jest do biurokracja „publiczna“, czy „prywatna“ – bo funkcjonowania wielkich korporacji giełdowych ten sam mechanizm jak najbardziej dotyczy…). Urzędnik nie powinien się kierować intuicją, wiarą, przesądem, przeczuciem. Ma wykonywać przepisy. No i dupa blada: nie ma takiego systemu, w którym przepisy naprawdę nadążają za życiem (i stąd – ale to może temat na osobny wpis – romantyczny bunt przeciw sztywnym regułom jakie próbował narzucić światu porewolucyjny racjonalizm początku XIX wieku…).

Po drugie jednak i o wiele ważniejsze – wcześniej czy później urzędnik stanie przed sytuacją w której nie potrafi dokonać racjonalnego wyboru. Co zrobić – będąc urzędnikiem odpowiedzialnym za wynajem pewnych powierzchni – gdy jeden z klientów daje wyższą stawkę czynszu gwarantowanego (minimalnego – zależnego od wielkości powierzchni) – a drugi obiecuje wyższą prowizję..? Przykład z praktyki – prawie dwa lata męczyłem się z takim właśnie dylematem. A czas płynął… Gdyby nie inne, niezależne od tego problemu opóźnienia – byłby niezły wstyd i gigantyczne straty!

Skądinąd, rozwiązanie tego nader subtelnego w swej złożoności problemu, jest rzeczywiście proste: nie powinno być znaczącej biurokracji, a własność powinna być prywatna. Właściciel firmy nie musi sam przed sobą uzasadniać, dlaczego wybrał tego czy innego klienta (w sytuacji gdy oferty były tak do siebie zbliżone, że nie dawały jednoznacznego wskazania). Owszem – pewnie będzie to potem sobie racjonalizował, jak każdy kto po zakupie samochodu staje się fanatykiem marki, a czasem i modelu (sam jestem zagorzałym „patrolowcem“ – i próbujcie mi wmawiać, że Mercedes czy Suzuki robi tak samo dobre terenówki jak Nissan!). A że naprawdę wybrał klienta X, bo ten przyszedł na negocjacje z sekretarką której kształt pupy odzianej w spódnicę ze snu fetyszysty wysłał do mózgu decydenta bardzo przyjemny sygnał..? Who cares? Grunt – że interes idzie do przodu, nie ma przestojów, a ludzie się bogacą…

„Prywatne“ powinno też być państwo: monarcha absolutny nie musi sam przed sobą uzasadniać, że wdał się w wojenną awanturę przeciw obrzydłym rewolucjonistom bo ci mu zabili siostrę. Robi to, bo ma taką wewnętrzną potrzebę – uzasadnienia na użytek proklamacji dla ludu mu sekretarze napiszą lepsze lub gorsze, za to im płaci: ale jest szansa na szybkie, sprawne i adekwatne do sytuacji decyzje.

Oczywiście: to są tylko takie fantazje. Zbyt potężne siły czerpią korzyści z tej mętnej i stęchłej wody w której toniemy (no, niektórzy pływają…), żeby cokolwiek z tych fantazji mogło się ziścić.

Tak więc ani biurokracji nie uda się zmniejszyć, ani własności sprywatyzować, a już o prywatnym (jawnie!) państwie – wręcz strach pisać, bo zaraz się jakiś policyjny boot do tak nieprawomyślnej myśli przyczepi… Państwo jest, owszem, prywatną własnością – ale nie żadnego „Króla Słońce“, który własną twarzą na każdej monecie firmuje jego politykę – tylko tchórzy, intrygantów i mięczaków kryjących się w cieniu klimatyzowanych gabintów. Ludzi bez twarzy i nazwisk, których właśnie dlatego – nie sposób obalić! Mistrz Lem to przewidział: polecam lekturę powieści „Eden“…

Jeśli jednak ani biurokracji nie uda się zmniejszyć, ani własności sprywatyzować, a już o prywatnym (jawnie) państwie – strach wręcz pisać – to powiedzmy to sobie jasno i otwarcie: program ograniczenia, czy zmniejszenia korupcji – jest absurdalny. Tępiąc korupcję a pozostawiając biurokrację zawiadującą „publicznym“, czyli niczyim dobrem – polityk tak robiący podcina gałąź na której sam siedzi. Jeśli mu się uda – sparaliżuje własny aparat wykonawczy i doprowadzi kraj do ruiny, bo wszystko, z braku możliwości podjęcia decyzji – stanie.

Owszem – nie od rzeczy jest MÓWIĆ o tępieniu korupcji. To może wynieść polityka do władzy! Ludzie z natury zazdroszczą obrotniejszym, sprawniejszym od siebie – w Polsce podobno bardziej niż gdzie indziej – chętnie więc poprą takiego, który obieca im, że ścięte głowy bonzów „z samego świecznika“, będą się toczyć po bruku ulicy.

Ale robić coś takiego? Robić coś takiego, czyli rzeczywiście tępić korupcję w biurokracji – może tylko ostatni idiota.

No chyba, że ktoś by rzeczywiście chciał rozmontować system. Ale wiecie co..? W Świętego Mikołaja jakoś łatwiej uwierzyć…

Tymczasem skończyła się „doomerska ankieta“. Możecie Państwo zobaczyć wyniki (zostawię to jeszcze trochę):
-       3 osoby trafnie spostrzegły że (jak to otwarcie zresztą pisałem) – i „doomerski quiz“ i ankieta, to tylko taka kpina z mojej strony i zabawa dla Państwa, więc raczej żadnego „doomsday“ nie będzie,
-       3 głosujących ma to gdzieś, bo ich zdaniem ludzkość nie zasługuje na dalsze istnienie,
-       6 z Państwa „w razie czego“ żałowałoby internetu (bardzo dziękuję! Traktuję to jako wyraz poparcia dla tego bloga! Proszę też – jeśli ktoś z Państwa tego jeszcze nie uczynił, a zagląda tu regularnie – dołączyć do „obserwatorów“: też jestem próżny, chciałbym ich mieć jak najwięcej…),
-       6 z Państwa przyznało się do wygodnictwa twierdząc, że brak im będzie codziennych udogodnień naszej cywilizacji dobrobytu,
-       1 osoba wybrała „inną odpowiedź“
Prawdę pisząc, nie wiem co o tym sądzić. Może Państwo coś podpowiecie..?

7 komentarzy:

  1. Po pierwsze piszę w moim poście o trzech podstawowych składnikach złotego trunku w kontraście do tajemniczego zwrotu na etykiecie "zawiera słód jęczmienny". Który to zwrot oznacza w wolnym tłumaczeniu "supermarketowe szczochy piwopodobne".

    Ani słowa o tym, że połaczenie ich jest proste i banalne.

    Skąd ten pomysł w ogóle, że mogę tak myśleć?

    Co do tezy o udawaniu chłopaka z blokowiska to się jeszcze odniosę głebiej w miarę wolnego czasu - ale fakt jest taki, tak jak NIGDY nie zostanę Kociewiakiem, nawet takim przyszywanym, i na Kociewiu będę "obcym złym ludem", tzw. ruskiem - tak też NIDGY nie wyzbędę się dzieciństwa, dorastania i wiekszości dorosłego życia na PRLowskich blokach oraz ojca, dziadka, wuja górników...

    Oczywiście, NIE jestem już tym samym chłopakiem z bloku co nascie lat temu, ale pewnych rzeczy nie przeskoczysz, a im szybciej to zrozumiesz - tym mniejszy ból.

    OdpowiedzUsuń
  2. Te różnice w smaku piwa wcale nie są żadne subtelne i nie wymagają żadnego treningu czy przygotowania.

    Piszę tu o piwie, a nie o chemicznych szczochach reklamowanych w TV, gdzie rzeczywiście jednego od drugiego tylko po etykiecie odróżnić można.

    OdpowiedzUsuń
  3. Inteligenci maja gorzej w internecie i w zyciu. Moze dlatego ludzie przyjmuja inne internetowe osobowosci?
    Ta niezachwiana pewnosc sprzedawcy w produkt, usluge czy idee to czego ludzie pragna.

    To nasze dazenie do obiektywizmu i skromnosc intelektualna (mamy swiadomosc ograniczenia mozliwosci poznawczych ludzkiego umyslu) to forma uposledzenia umyslowego!

    O ile lepiej sprzedawalibysmy ogrodki czy zmiotki Kej-Pej® gdybysmy sami bezgranicznie wierzyli, ze one wylecza klienta z HIV, zona przestanie sie puszczac a dzieci chodzic na wagary...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli sugerujecie, że ja w necie ściemniam - proszę mi to wyłożyć otwqarcie i publicznie na moim własnym blogu - pod właściwym wpisem, np. tym wczorajszym, gdzie o chłopakach z osiedla w dyskusji była mowa.

      Odważnie koledzy, bez chowania się w gąszczach komentarzy.

      Za poglądy nikogo po główce nie bije. (Za bluzgi owszem).

      Usuń
  4. Mniejsza biurokracja - super. Prywatne państwo - kiepski pomysł. Władza korumpuje (chyba) każdego (a już władza absolutna...).

    OdpowiedzUsuń
  5. @boskawola:

    Odnoście wina: jako chemyk (in spe), specjalnie nie dziwią mnie Twoje sensacje po spożyciu powyższego napoju; jego skład jest bowiem zdecydowanie bardziej skomplikowany; zawarte w nim polfenole, ketony itp, jakkolwiek prozdrowotne w mniejszych ilościach, gwarantują mamuciego kaca przy przedawkowaniu; nie chcę zabrzmieć jak hipochondryk, ale możliwe jest, iż Twoja wątroba nie działa w 100% prawidłowo, skoro spożycie małych ilości wina tak się kończy. No, chyba że odniosłeś się do porównania: kac po winie vs. po innych trunkach.

    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  6. No właśnie wino nie wytrzymuje tego porównania - piję w tej chwili płyn karmelem barwiony i nie spodziewam się żadnych sensacji nazajutrz...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...