poniedziałek, 19 marca 2012

Seks w dawnych wiekach

Warsztat historyka polega na umiejętności konfrontowania wiedzy, jaką o przeszłości dostarczają różnego rodzaju świadectwa – zarówno pomiędzy nimi (jako że ZWYKLE świadectwa dają informacje sprzeczne), jak i z tzw. „wiedzą pozaźródłową“. Owa „wiedza pozaźródłowa“ brzmi dość tajemniczo, ale tak naprawdę – chodzi głównie o zwykły zdrowy rozsądek.

I tak: nie można brać bezkrytycznie relacji Herodota o milionowych armiach perskich maszerujących na biedną Grecję. Do krytycyzmu skłaniają nas zarówno dane skądinąd (archiwa perskie chociażby, dające zgoła inny obraz możliwości mobilizacyjnych państwa perskiego, jego zaludnienia i skarbu – tudzież archeologia, której odkrycia raczej nie pozostawiają wątpliwości, że cała Hellada razem wzięta nie liczyła podówczas tylu mężczyzn, kobiet i dzieci – gdyby więc Kserkses rzeczywiście milion wojowników przyprowadził nad brzeg Hellespontu: zaiste inaczej wyglądałby wynik tej wojny…), jak i prosty zdrowy rozsądek, który każe widzieć w takich frazach zwykłą hiperbolę, zabieg stylistyczny, a po części też i propagandowy, pokazujący, z jak wielką grozą musieli się zmierzyć Spartanie i Ateńczycy.

Skądinąd „krytykę źródeł“ uprawiał już wspomniny Ojciec Historii. Opowiadając bowiem o wyprawie fenickiej dookoła Afryki, podjętej za rządów faraona Necho (Fenicjanie wypłynęli z brzegów Morza Czerwonego i wrócili do Egiptu od strony Morza Śródziemnego), podaje w wątpliwość ich relację, jakoby przez niemal połowę podróży mieli widzieć słońce górujące nad północnym nieboskłonem. Ta jego wątpliwość, oczywista w świetle „wiedzy pozaźródłowej“, którą sam posiadał (nigdy nie widział słońca górującego na północy – podczas gdy współcześnie nawet, gdyby ktoś w tę szkolną informację nie chciał uwierzyć – w każdej chwili można zapytać mieszkańca Argentyny, co mu wskzuje igła kompasu gdy patrzy na słońce w południe…) – jest skądinąd koronnym dowodem na to, że Fenicjanie rzeczywiście opłynęli w tym czasie Afrykę dookoła.

Świadectwa pozostawione nam przez dawne wieki można „od metra“ podzielić na intencjonalne i mimowolne. Świadectwem intencjonalnym są oczywiście herodotowe „Dzieje“, które celowo napisał dla potomności – jak i monumentalne inskrypcje władców, ich pomniki i świątynie. Świadectwa mimowolne to wszystkie takie, które bynajmniej nie były tworzone z myślą o odległych w czasie potomkach. Takimi świadectwami są oczywiście znaleziska archeologiczne – ale też np. rachunki domowe, raporty poborców podatkowych, pałacowe archiwa, donosy szpiegów czy wyroki sądowe -  wszystkie więc zapiski czynione bez intencji ich rozpowszechniania.

Generalnie wszystkie świadectwa intencjonalne traktuje się z dużą podejrzliwością. Aby uznać ich prawomocność, wymaga się na ogół potwierdzenia skądinąd. To oczywiste: inskrypcja naskalna której celem jest sławienie tego lub owego kacyka jeśli nawet nie mija się z prawdą całkowicie (udało się nam kilka takich przypadków zidentyfikować – np. egipska relacja o bitwie pod Kadesz uchodzi w świetle źródeł hetyckich i treści zawartego potem traktatu pokojowego, który udało się odnaleźć – za dzieło czysto propagandowe…), to na pewno wiele przemilcza i wygładza. Śmietnik nie kłamie, bo kłamać nie potrafi! Dlatego to archeologia jest ostatecznym sędzią wszelkiej historii. Relacja o istnieniu tego lub owego miasta czy nawet całego państwa lub cywilizacji pozostaje w sferze mitów i legend tak długo, póki pracowity pędzelek archeologa nie odkopie ruin, wysypisk śmieci, dołów kloacznych i cmentarzy.

W ten sposób „w Nibylandii“, jako – na razie byty czysto potencjalne – istnieją herodotowe Amazonki czy platońska Atlantyda. Tudzież „Eldorado“, zaginione plemiona Izraela i cała masa innych miejsc rutynowo odkrywanych przez filmowego Indianę Jonesa czy innego „Tomb Ridera“.


Dla uczciwości trzeba przyznać, że dawni historycy a nawet poeci – kłamali zaskakująco mało. Albowiem pracowity pędzelek archeologa odkopał w ciągu minionego stulecia całą masę miejsc o których na zdrowy rozum, trudno było wierzyć, że istniały! Nikt przecież nie wierzył w XIX wieku, że indyjskie eposy opowiadające o burzeniu miast tysiące lat wcześniej, nim nad brzegi Indusu dotarł Aleksander Macedoński są czymkolwiek więcej niż tylko płodem fantazji. A tu – proszę: jak najbardziej, miasta istniały i nawet zostały faktycznie zburzone… Ten sam test prawdziwości przeszły cywilizacje Azji Środkowej, starożytnych Chin, czy choćby Troja – lubo stanowczo nie aż tak wielka, jak to Homer opisywał…

Obawiam się, że weryfikacja tego, co o sobie opowiadali lub opowiadają kacykowie XX i XXI wieku – okaże się i trudniejsza i mniej dla opowiadających chwalebna! Już nawet raporty tajnej policji, niegdyś prawdomówne (o tyle, o ile oczywiście…) – fałszuje się bowiem podobno w dzisiejszych czasach jako że ich autorzy – czego dawniej nie było – liczą się z góry z możliwością ich odkrycia, chcą więc wypaść lepszymi, niż są naprawdę…

No dobrze, a co ma cały ten przydługi wstęp wspólnego z seksem..? Cóż: w świetle zdrowego rozsądku, czyli właśnie „wiedzy pozaźródłowej“ – jedno nie ulega wątpliwości: nasi przodkowie seks uprawiali!

Gdyby tego nie robili, to by nas nie było – nieprawdaż..?

Jest to może wątły punkt zaczepienia, ale lepszy taki niż żaden – ten przynajmniej wydaje się niewzruszenie pewny, a wierzcie mi – nie jest o takie pewniki łatwo w dziejopisarstwie!

Problem „świadectw intencjonalnych“ polega nie tylko na tym, że sieją propagandę, więc kłamią – to się zwykle daje dość łatwo wykryć, mimo wszystko! Problem prawdziwy polega na tym, że skoro pisze się dla kogoś – to pisze się tak, by czytelnika zainteresować. Tyczy się to nawet źródeł bardzo pierwotnych i mało „obrobionych“, takich jak pamiętniki czy diariusze – nikt przecież nie będzie notował informacji tak trywialnych jak „zjadłem dziś na śniadanie sadzone jajko i owsiankę“. Na ogół przynajmniej! Tymczasem bywają sytuacje, w których menu jakiegoś konkretnego posiłku może mieć dość kluczowe znaczenie.

Brak jest na ogół w „świadectwach intencjonalnych“ tego, co autor uważał za oczywiste dla swoich zamierzonych czytelników – a co, z powodu upływu czasu, wcale nie musi być oczywiste dla nas. Skarżyłem się już, że niewiele wiadomo o wierzchowcach z dawnych wieków. Autorzy nie pisali o tym, wychodząc z założenia, że „koń jaki jest – każdy widzi“. Świadectw mimowolnych zaś, przetrwało bardzo mało i są one trudno identyfikowalne (konie nigdy nie były znaczną częścią trzymanego przez ludzi inwentarza, zaś ich kości doskonale nadają się do produkcji kleju, co – niestety – odkryto na tyle dawno temu, że się tych kości znajduje tyle co kot napłakał…).

Takich przypadków jest jednak wiele. Gdyby nie Grecy (Polibiusz głównie) – nic byśmy prawie nie wiedzieli o organizacji  i taktyce rzymskich legionów, bowiem autorzy rzymscy uważali te sprawy za tak oczywiste, że nie wymgające opisów. O taktyce polskiej husarii też lepiej się dowiadywać ze źródeł szwedzkich czy rosyjskich.

O seksie pisze się na przestrzeni wieków bardzo dużo. Tylko – czy prawdziwie..? Jeśli popatrzeć na zawartość współczesnego internetu, możnaby łatwo wysunąć wniosek, że Ziemianie nie kopulują inaczej niż przed kamerą, a układ pokarmowy kobiety koniecznie musi mieć jakieś połączenie z układem rozrodczym: 90% stosunków bowiem, kończy się połknięciem nasienia…

To oczywiście bzdura i każdy to wie. Dzisiaj. Co będzie za 100, 200 czy 1000 lat?

Jeśli Herodot dawał swoim czytelnikom relacje o obyczajach seksualnych odległych ludów – to oczywiście skupiał się na tym, o czym sądził, że ich zainteresuje. Powstałą w ten sposób opowieść nieuchronnie cechuje jednostronność i przesada zapewne mniej – więcej taka, jak zarysowana powyżej. Co mogło bowiem interesować greckich czytelników Herodota..? Przede wszystkim to, co wydawało im się egzotyczne, podniecające, odmienne – czego nie robili, a przynajmniej – nie ośmielali się otwarcie sami robić.

Zdecydowana większość tego, czego się dowiadujemy o seksie w dawnych wiekach, to relacje o takich właśnie odmiennościach, ciekwostkach, zboczeniach czasem – wyolbrzymione, przejaskrawione, celowo skandalizujące.

A myślicie że po co dałem taki a nie inny tytuł tego posta? Co miałem napisać? „Metodologia nauk historycznych – kurs wstępny“..? Toż pies z kulawą nogą by tu nie zajrzał w takim razie – sesja zimowa już się skończyła, do letniej kupa czasu..!

Sprawa oczywiście nie jest tak całkiem beznadziejna. Ratują nas do pewnego stopnia „świadectwa mimowolne“. Jeśli bowiem wiemy z zachowanych rachunków, że mieszczanie tego lub owego niemieckiego miasta zakwaterowali swojego cesarza i jego dwór, odbywający właśnie „gospodarską wizytę“, w miejscowym burdelu – nie przypuszczamy, że zrobili to z braku innych, równie lub bardziej reprezentacyjnych wnętrz w swoim grodzie i raczej, póki nikt nam tego wprost nie udowodni, nie dajemy wiary sądowi, że na czas tego kwaterunku zamknęli normalny personel tego przybytku w sąsiednim klasztorze, do obsługi gości wysyłając kleryków… Jeśli wiemy, że wielcy mistrzowie Zakonu Domu i Szpitala Niemieckiego Najświętszej Marii Panny płacili „dziewkom bosym“ za występy podczas uczt – nie mamy podstaw sądzić, że „dziewki“ wcale nie były „bose“, tylko wręcz przeciwnie: zapięte na ostatni guzik… Jeśli wreszcie wiemy, że za panowania Zygmunta Augusta dziewki publiczne w królewskim, stołecznym grodzie Krakowie przeniosły się z nadwiślańskich krzaków i grot podwawelskich (niektórzy sądzą, że stąd poszedł „hyr“ o apetycie Smoka na dziewice…) do kamienicy przy Rynku – to nie uwierzymy, jeśli ktoś nas będzie próbował przekonywać bez należytych dowodów, że mieszkańcy grodu Kraka i ich goście nie korzystali w połowie XVI wieku z płatnego seksu i że byli skąpi (jak się o nich utarło twierdzić później…). Na koniec – jeśli Władysław IV Waza własnymi ustami informuje nas, że w swojej ulubionej leśniczówce w Mereczu (gdzie zresztą zmarł) trzyma „kurwy“ – to nie mamy powodu mu nie wierzyć, póki ktoś nie udowodni, że się tylko przechwalał…

W konsekwencji, owszem, da się napisć „historię życia seksualnego“. I kilka takich prac powstało. Polecam na początek wielotomową „Historię życia prywatnego“ mnogich autorów – wydawnictwo nie najnowsze i nie najbardziej specjalistyczne, ale na miarę możliwości: rzetelne.


Na koniec zaś – jedna jeszcze uwaga a zarazem najważniejszy powód popełnienia tego posta. Otóż współcześnie nie tylko kłamie się więcej niż kiedyś (tj. zachwiana została zdrowa proporcja między „świadectwami intencjonalnymi“, a „mimowolnymi“) – zmienił się także i tembr tych kłamstw. Mitologizowanie własnej przeszłości to nic nowego. Dawniej jednak, trzymano się i w tej mierze zdrowej miary o tyle, że najczęściej wystarczało ludziom do dobrego samopoczucia opowiadanie takich mitów, o których i opowiadający i jego słuchacze z góry wiedzieli, że są mitami – nikt zatem nie domagał się żywych dowodów na ich prawdziwość. No bo jak niby udowodnić, że Goci są ulubieńcami Odyna i Frei? A królowie Sparty pochodzą w prostej linii od Heraklesa, czyli od Zeusa?

Gdzieś tak od XVIII wieku jednak i kłamiący i okłamywani oczekują, że kłamstwo które opowiadają i którego słuchają, poparte będzie autorytetem „nauki“. Nie tylko zwąpienie w Boga jest przy tym tego zadziwiającego oczekiwania powodem! Także fakt, że od tego mniej – więcej czasu, gosudarstwa poczęły sobie „wychowywać“ poddanych. I robią to przy pomocy i w duchu „racjonalizmu“ i „racjonalnie“ (w teorii) zorganizowanej biurokracji. Skoro tak zatem, to przecież dzieje z konieczności muszą być rozumne – czyż nie? Hegel powiedział tylko głośno to, co każdy biurokrata z krwi i kości czuje instynktownie i podskórnie: dawniej ludzie musieli być głupsi, dziksi, rozpustniejsi i mniej produktywni – jakże mogło być inaczej, skoro nie prowadził ich, nie oświecał i nie kierował nimi ktoś tak doskonały i światły jak ów biurokrata właśnie..? To był okres „dziecięctwa ludzkości“, „ciemnoty“, czy też „wieków średnich“ (to w najlepszym razie!). Ale już przeminął i teraz, prowadzona, oświecona i kierowana przez biurokratów ludzkość nie może nie kroczyć od wspaniałego do jeszcze wspanialszego postępu…

Jeśli wiele razy pochwalałem korupcję, jeśli podawałem i podaję w wątpliwość sens powszechnej edukacji czy studiów wyższych, jeśli wskazywałem, wskazuję i będę wskazywał Państwu ten lub ów absurd uchodzący za pewnik fundamentalny naszego życia – to dlatego właśnie, że nie wierzę w tę bajkę. W bajkę o oświeconym biurokracie, postępie, rozumie i racjonalności – oczywiście. To nie jest tak, że szkodzą nam „błędy i wypaczenia“ systemu! Nie! To sam system jest absurdalny. Najbardziej zaś absurdalne jest w nim to, że swojej absurdalności tak intensywnie i od tak dawna zaprzecza, że Państwo en mass bronicie się „rękami i nogami“ przed konstatacją jego absurdalności – nawet mając dowody podane na tacy, przeżute i przetrawione!

Jak mam bowiem inaczej interpretować Państwa komentarze pod poprzednim „problemowym“ artykułem..? Wydajecie się Państwo wierzyć w „czarną legendę“ feudalizmu, namalowaną przez znanego wielbiciela Najjaśniej Oświeconej Semiramidy Północy, czyli Katarzyny II, pisarza tyleż błyskotliwego co płytkiego – Voltaire’a?

Tymczasem – jeśli nawet ktoś nie ma czasu czy usposobienia, by dowiadywać się ze specjalistycznych dzieł, jak to było naprawdę – to najzupełniej podstawowa zasada metodologicznej ostrożności, prawdziwy fundament „wiedzy pozaźródłowej“, każe nam odrzucać opinie i obrazy skrajne, jaskrawe – jako szczególnie podejrzane i wymagające naprawdę mocnych dowodów!

To nie ja powinienem dowodzić, że „prawa pierwszej nocy“ nie było. To zwolennicy tej legendy, muszą jej prawdziwość dopiero udowodnić – i kto im wierzy, póki tego jasno i bez wątpliwości nie dokonali – jest co najmniej naiwny.

Każdy z Państwa, jeśli się nad tym bezstronnie i rzetelnie namyśli, musi mi przyznać rację. Sięgnijcie pamięcią do wspomnień Waszych ojców i dziadów (może już i pradziadów?) o ich przeżyciach w czasie ostatniej wojny. Wiele tam jest gwałtu, bohaterstwa, grozy i niezwykłości – a wiele kłopotów z zaopatrzeniem, szmuglu, zwykłego życia, tyle że trudniejszego nieco, bez dobrego chleba i prawdziwego mydła? Oczywiście – to pierwsze lepiej się zapamiętuje. Ale treścią ludzkiego życia przez te 6 lat było raczej to drugie.

Groza i gwałt przydarzają się ludziom – nie mogą jednak być treścią ich życia! Tego nikt by na dłuższą metę nie wytrzymał… Ludzie zresztą, potrafią obie zorganizować w miarę normalne życie i pośród najdziwniejszych i najgorszych rzeczy – i w kacetach i w łagrach też byli lepiej i gorzej „ustawieni“, mniej i bardziej lubiani, dobrzy i trochę gorsi tacy, którym mimo wszystko udało się przeżyć i tacy, którzy się poddawali i ginęli.

„Czarna legenda“ feudalizmu, czyni z tego legalistycznego do przesady porządku – jakiś trwały, grozą i śmiercią wiejący terror, w którym nieliczna garstka uprzywilejowanych bez pohamowania wyżywa swoje najgorsze żądze na milczących tłumach pokornych kmieci, każdego dnia, wciąż od nowa i wciąż bezkarnie zadając im gwałt, któremu ci nie śmieją się przeciwstawić. I tak przez 1000 lat – w całej Europie.

Taki obraz, utrwalony w Państwa głowach niewątpliwie przydatny jest naszemu „oświeconemu biurokracie“: na tym tle co by nie zrobił – ludzki z niego pan! Mógł zabić – a tylko dziecko odebrał i w sierocińcu zamknął…

Zresztą, jak słusznie zauważył MarkOwy – nie tylko średniowiecza ta manipulacja dotyka. W ustach feminazistki zapewne każdy „patriarchalny ustrój“, w którym władzę sprawują „dysfunkcjonalne społecznie samce“, to nieustające pasmo gwałtów i rozbojów najdzikszych.

Przykro mi – ale tak samo, jak nie wierzę w żaden „raj arkdyjski“, gdzie „lew pospołu z barankiem leżał“, tak i nie przekonuje mnie obraz przeciwny, przenoszący na rozległe krainy i długie wieki klisze z Oświęcimia czy Kołymy. Chyba, że ktoś przedstwi nie budzące wątpliwości dowody..?

Dzieje ludzkości nie są ani dziejami potworów – ani świętych. Zdarzali się w nich i święci i potwory. Jednak, wracając może do meritum sprawy – zdecydowana większość kobiet i mężczyzn w dawnych wiekach żyła sobie ani strasznie, ani rozkosznie, kochając się lub nienawidząc, a najczęściej – przywykając do siebie i przyjaźniąc się, w „nudnych“ monogamicznych związkach, w których płodzili i wychowywali kolejne pokolenia. Jeśli nawet, nie zawsze wszystkie z tych dzieci miały tego samego ojca – to z całą pewnością, na ogół nikt o tym głośno i często nie opowiadał. Bo i po co..?

8 komentarzy:

  1. Z Troją robisz ten sam błąd co wielu trojoznawców - wzgórze, na którym mieści się archeologiczny zabytek to nie tyle miasto właściwe, ale coś w rodzaju cytadeli.

    To tak jakbyś porównywał np. stare miasto na Ibizie co całej Ibizy (w sensie: Eivissa-Vila).

    Oczywiście w ostatnich latach istnienia jako "miasto" Troja to była zabita dechami wiocha, a jej rolę przejęło Bizancjum, ale to już inna historia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Między ostatecznym opuszczeniem Troi (co zresztą nastąpiło sporo po zagładzie hipotetycznego "miasta Priama"), a założeniem greckiego Bizancjum (o Konstantynopolu nie wspominając), które zresztą było aż do czasów rzymskich raczej prowincjonalną dziurą - wiele wody w Skamandrze upłynęło :-)

      A na Ibizie nie byłem i się nie wybieram.

      Tak, czy inaczej - istniało takie miasto jak Troja. Ale raczej nie biły się pod nim tysięczne tłumy, jak by to wynikało z "katalogu okrętów" w "Iliadzie"...

      Usuń
  2. no tak, zapomniałem, po upadku Troi to raczej Ateny zyskały na znaczeniu

    Co do Ibizy, nie chodzi mi o namawianie do wizyty, ale można w necie oglądnąć zdjęcia o jaki układ miasta mi chodzi

    poza sezonem, z resztą, bez pijanych Angoli i hałaśliwych Helmutów to jest całkiem sympatyczne miasto

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie jestem historykiem, więc większość Twoich postów ostatnio czytam, ale rzadko komentuję, jako że mi wiedzy brakuje. Jednak czytam (w chwilach nielicznych wolnych) z ciekawością i podziwiam erudycję - podobnie zresztą, jak z ciekawością śledzę komentarze :), często równie ciekawe, jak same posty.
    Co do meritum (a tych wyłapałam w tym poście kilka) zawsze byłam ciekawa, jak wyglądało prawdziwe codzienne życie w tych minionych wiekach.
    Szkoda, że po latach tak wiele spraw oczywistych pozostaje zagadkami.
    Pozdrowienia i dzięki za zabranie mnie w tę historyczną wyprawę :)
    iw

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja osobiście - jeśli chodzi o zamierzchłą przeszłość - w nic bezwzględnie nie wierzę, ani niczego nie odrzucam (poza skrajnościami lub rzeczami, które wydają mi się naprawdę nieprawdopodobne). Ale post ciekawy.

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja się tak zastanawiam, czy to dawne życie, to Cię tak naprawdę fascynuje i pociąga czy też nie...? Ja interesuję się kultura i sztuką XIX i pocz. XX wieku, mogę polecić "W salonie i w kuchni", Samozwaniec wspomnienia, "Salony krakowskie", Stanisława Milewskiego o życiu warszawy o różnych jego stronach, Książki o dawnych tradycjach, a przygotowane czekają następne " W ziemiańskim dworze", o rodzinie Tarnowskich, wspomnienia Sztaudyngera, o Franciszku Fiszerze, a ponieważ to wszystko przeplatane jest mocno fantastyką, to tak sobie leży i czeka na swoją kolej. Kiedyś prowadziłam na forum wątek książek i bardzo za nim tęsknię i tak sobie dlatego myślę, że może na blogu troszkę zacznę pisać o książkach, choć miało być tylko o konikach i wsi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Życie dawne" nie jest zamkniętą księgą, która może nas interesować lub nie. To właśnie owo "życie dawne" sprawiło, że jesteśmy kim jesteśmy i żyjemy tak, jak żyjemy. Nie jest to zatem kwestia ciekawości lub jej braku - tylko konieczności!

      Usuń
    2. czyli konieczności poznaia historii, w celu odnalezienia własnej tożsamości? W końcu historia toczy się każdego dnia... kwestią jest tylko czas. Ja chyba po prostu nie lubię kultury masowej, w której muszę żyć i choć chętnie korzystam z osiągnięć cywilizacji, to mam nadzieję, że nie ślepo, nie mamy na ten przykład telewizji...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...