wtorek, 6 marca 2012

Przesądy, obyczaje, zwyczaje – związane z końmi i handlem końmi

Istnieją najwyraźniej pewne wyjątki od prawa malejącej użyteczności. Na przykład – im więcej wypije się piwa, tym większa ochota na kolejne. Im więcj się z kimś rozmawia, tym więcej ma się do powiedzenia. A mnie się spodobało dostarczać Państwu rozrywki. Oto więc: kolejny quiz, tym razem – koński!

Bardzo proszę o przykłady przesądów, obyczajów i zwyczajów – związanych z końmi i handlem końmi.

Skąd wpadłem na taki pomysł? Ano – to będzie temat następnego artykułu dla „Końskiego Targu“.

Zaczynając zaś od początku: zadzwonił do mnie wczoraj rano M. z pytaniem, czy bym go nie podrzucił do sąsiedniej wsi (on niezmotoryzowany), bo konia musi kupić. Poprzednią kobyłę sprzedał gdy okazało się, że nie źrebna – a że żyć bez konia nie może, to go nosi i dłużej nie wytrzyma.

Zgodziłem się oczywiście – nie pierwsza zresztą to nasza z M. wycieczka w tym celu, bo jakoś tak średnio co pół roku nowego konia kupuje. Ponieważ jednak i gnoju miałem trochę do wywiezienia (znowu się nam kółko od taczki z „Mrówki“ rozpada: ta chińszczyzna wytrzymuje niecałe dwa miesiące w naszych warunkach!), i drewna do narżnięcia, pojechaliśmy dopiero pod wieczór, choć jeszcze słońce świeciło – gdzieś tak około 16.00 (to jest istotny szczegół dla dalszego ciągu opowieści…). Jeszcze się namęczyłem – nie chciało mi się rozładowywać i odczepiać od Wendi przyczepy pełnej drewna, więc ruszyłem Wunderbauma a ten, okazało się – wmarzł w grunt, periodycznie ostatnimi dniami rozpuszczający się i zamarzający na nowo…

Objechaliśmy kilku gospodarzy w najbliższej okolicy. Oczywiście – źrebica, która spełniała kryteria M., tj. była szeroka w karku a krótka, na dobrych nogach i w przystępnej cenie (no niestety – gniada: a M. twierdzi, że do gniadych koni ma pecha, nie chowają mu się…) – znalazła się u ostatniego gospodarza jaki nam został do odwiedzenia, dokładnie o godzinie 17.00. Było jeszcze jasno, ale słońce było już za horyzontem. No i M. nie dobił targu. Dlaczego?

Dlatego, że – zacytuję tu relację M. z rozmowy z gospodarzem (zostałem w samochodzie, trochę mi się już spieszyło żeby napoić nasze zołzy z zewnętrznego kranu pod chatką, który na noc też zamarza – a przy tym: po porannym rżnięciu drewna strasznie mnie rozbolała klata, na którą dwa tygodnie wcześniej przyjąłem cios belką zadany przez naszego pensjonatowego tinkera – wlazł do magazynowej części wiaty, a gdy go próbowałem stamtąd uwolnić, przeskoczył przez belkę, „czesząc ją“ wszystkimi czterema kopytami tak, że odskoczyła energicznie i trafiła mnie bez pudła – czyżby mi stłukł żebra, że tak długo nie przechodzi..?):

-       Po zachodzie słońca się nie godzimy.

No i fajnie! Jest temat, jest quiz, będzie tekścik!

Z M. już się umówiłem – w pierwszy wolny wieczór biorę go na spytki, opowiada mi wszystko co wie na ten temat. Będzie trzeba – przejedziemy się jeszcze po starszych gospodarzach, też ich przepytamy.

Państwu, na zachętę i dla wprowadzenia w temat, podaję kilka przykładów z wcześniejszych wycieczek z M.:

-       Konia nie wolno sprzedać sąsiadowi z tej samej wsi. Ma iść „za siódmą wieś“.
-       Sprzedający po otrzymaniu należności musi rzucić na ziemię drobny pieniążek „na szczęście“.
-       Nigdy nie sprzedaje się konia z kantarem, bodaj najgorszym – kupujący musi mieć własny.

No i ostatnie, co mi jeszcze w samochodzie M. opowiedział:

-       Nie wolno sprzedać źrebnej kobyły – bo następne z wielkim trudem będą się zaźrebiać.

Wśród koniarzy „rekreantów“ zwyczajem najbardziej popularnym jest natomiast wznoszenie toastu za zdrowie konia (w przypadku nieletnich: przynosi się jako „wykupne“ czekoladę…), który rekreanta zrzucił – koniecznie z jedną nogą na krześle.

Najczęściej piłem zdrowie nieodżałowanej pamięci Glusia… Ale jakoś tak – strasznie dawno nikt mnie nie zrzucił?

W ogóle, to chętnie bym na taką wycieczkę po gospodarzach zabrał koleżankę Kirę, aktywną poprzednio w kwestii hodowli mięsnej. Owszem: grzechem głównym gospodarzy jest, że swoje konie trzymają w zamknięciu, zimową porą w ogóle nie wypuszczając na zewnątrz. Skądinąd jednak: „odwieczna“ hodowla chłopska ma w Polsce wszystkiego lat 140, może 150. To trochę za mało, żeby każdy chłop był zaraz ekspertem, wiedza praktyczna, nabywana głównie doświadczeniem, nie szkołą – tak raptownie nie przyrasta.


Poza tym, kopyta są na wsi werkowane za rzadko. Ale – nie jest to grzech bardzo poważny.


Generalnie jednak: w zdecydowanej większości miejsc które odwiedziliśmy, konie miały się jak pączki w maśle. Dosłownie zresztą – bo takie tłuste! I choć koniec końców wszystkie te konie skończą we Włoszech – to ze dwóch gospodarzy powiedziało: tego konia handlarzowi do Włoch nie sprzedam. Bo za dobry.

Zapewniam Państwa: krowy mają na wsi o wiele gorzej niż konie. A świnie? W ogóle nie ma czego porównywać…

9 komentarzy:

  1. Mam się teraz czuć zobowiązana do obrony krów czy świń? A może psów łańcuchowych? ;) Ot, człowiek - zwierzę BYWAJĄCE moralne. ;) (To o tych, którzy nie dbają o swoje zwierzęta.)

    Przepraszam za offtop, ale skoro już wywołało się mnie do tablicy, to co nieco o traktowaniu zwierząt napiszę. Jak byłam mała, to za każdym razem, gdyśmy na naszą wiejską działkę jeździli, łaziłam do mieszkającego po sąsiedzku gospodarza, którego siostra nam tę działkę sprzedała i... poiłam jego psy. Miski bowiem zawsze (może raz się zdarzył wyjątek) były puste. Jak one łapczywie piły... A przecież chłop ani głupi nie był, ani podły - przeciwnie. Wnioski?

    A teraz jeden z naszych psów umiera. Rosnący od dłuższego czasu nowotwór w płucach powiększył się tragicznie, ponadto w ostatnich dniach nastąpiło straszliwe pogorszenie po lekarstwie, jakie zaordynował weterynarz (tani jak barszcz, ale niezbyt chyba rozgarnięty). Ja bym uśpiła sukę, bo leży od wczoraj rana, nie pije, nie je, nie sika, nie wydala... Ledwo się rusza (a teraz już chyba nie wstanie wcale), oczy od doby ma wywalone do góry i przekrwione. Ale rodzice twierdzą, że się nie męczy, bo - jak mówi mamusia - "nie piszczy". Myślę, że się mylą (jak można nie pić i nie sikać i się nie męczyć???), ale co ja zrobię? A może to ja jestem bezduszna?

    Co do koni, to się nie znam. To może teraz wpis pt. "Sto dań z koniny"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Konina jest bardzo smaczna i zdrowa.

      Co do Twojego psa: no cóż - trzymaj się...

      Usuń
  2. Myślę, że taki artykuł należałoby podsumować stwierdzeniem dlaczego było i jest tyle przesądów związanych z końmi na wsi, bo przecież nie tylko handlu one dotyczą. Wiązało się to z większą niż w innych gatunkach śmiertelnością koni, związaną z brakiem wiedzy na temat ich chowu oraz pewnymi cechami gatunkowymi, jak podatność na kolki i skręty czy stosunkowo częste problemy okołoporodowe. Chłopi nie rozumieli skąd się bierze ochwat, dlaczego koń zakolkował i padł, dlaczego po porodzie klacz nagle padła, etc. A wiąże się to m.in. z tą krótką historią chłopskiego trzymania koni, o której autor wspomniał.

    Rolą tych przesądów było zastępowanie wiedzy i opieki weterynaryjnej, do których dostępu nie było.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się. Skądinąd - ciekawe, ile z tych przesądów "przeszło na konie" z dawniejszej tradycji, gdy główną siłą pociągową były woły..?

    A - jakieś przykłady przesądów ktoś ma..?

    OdpowiedzUsuń
  4. Co do zwyczajów, to mi żadne szczególny do głowy nie przychodzi. Spotkałem się raz przy okazji takiej transakcji, że po bardzo długich targach, przybiciu "piątki" i wydaniu przez kupującego całej sumy w gotówce - sprzedający oddał kupującemu ostatni banknot pięćdziesięciozłotowy, pomimo, że wcześniej o te 50 złotych za nic nie chciał już z ceny zejść. Ale nie wiem, czy to można uogólniać na zwyczaj.

    Co do innych zwyczajów to rozśmieszył mnie taki, że nie wolno na konia machać tą stroną miotły z miotłą, bo "uschnie" (koń), natomiast można machać tą bez miotły, czyli kijkiem od miotły.

    OdpowiedzUsuń
  5. To z banknotem wygląda mi na wariant sceny, którą sam widziałem: sprzedający rzuca na ziemię drobny pieniążek. Już nie pamiętam, czy kupujący go podniósł, ale chyba tak - dopytam się...

    OdpowiedzUsuń
  6. Przesądy zasłyszane od moich sąsiadów:
    -jak koń choruje (mowa była o kolce) to trzeba odpędzić urok. Konieczne są do tego brudne portki gospodarza którymi przecira się ( koniecznie kroczem) głowę konia i strzepuje na cztery strony świata - efekt ponoś murowany :)...
    -po narodzinach źrebaka należy zakopać łożysko przy progu stajni żeby młode się dobrze chowało.
    -koń z rybim okiem ma na pewno nierówno pod sufitem i nie należy takich koni kupować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czerwone wstążki - od uroku i jako ostrzeżenie ze koń jest " nieprzyjazny " ludziom.

      Usuń
  7. Dużo tego nie mam a to co pisze zasłyszałem od miejscowych rolników ;
    - Żeby koń szedł w wozie trzeba podpalić gazetę i podłożyć ją pod brzuch
    - Kolkę koń może dostać od piór zjedzonych na łące
    - Na urok przepocona koszula ewentualnie onuce /pewnie teraz już nikt ich nie nosi / przetrzeć konia trzy krotnie pod włos
    Jeżeli czegoś się dowiem napisze .

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...