wtorek, 13 marca 2012

Próżne lamenty sklepikarzy


Polska nie przypomina Włoch czy Francji. Polska – jeśli już – przypomina Niemcy. Co prawda: biedne i zapóźnione. Ale jednak – Niemcy. Polacy lubią niemieckie samochody, niemieckich pracodawców i nawet, podobno – niemiecką pornografię (w każdym razie tylko taka wystaje z półek na stacjach benzynowych, w sklepikach i na regałach niemieckiej sieci handlowej „Media Markt“…): w porównaniu do pornografii włoskiej czy francuskiej – obrzydliwą!

Dlatego próżne są lamenty sklepikarzy. Nigdy nie byłem we Włoszech – i raczej się tam nie wybiorę: nie wychowałem się na blokowisku, tylko w miasteczku tak małym, że niewiele różniło się od wsi. Zawsze mieliśmy jakiś inwentarz – jeśli nie świnie, to chociaż drób. No i kawałek pola. Nie działkę – a jakieś ¾ hektara pod zbożem, kartoflami lub burakami. Tak więc ustawowo należny za PRL urlop był okazją do wykonania prac polowych – a nie do wyjazdów na wakacje. Nie umiem „jeździć na wakacje“. Kiedyśmy byli z Lepszą Połową parą zamożnych mieszczuchów – owszem, lataliśmy sobie na wypoczynek, a to do Francji, a to do Belgii, czy chociażby – na Litwę. Niewiele jednak miało to wspólnego z mieszczańskimi „wakacjami“. Przede wszystkim, mowy nie było o tym, żeby siedzieć na tyłku w jednym miejscu i moczyć zadki w Atlantyku (jakoś tak się złożyło, że nad Morze Śródziemne nie zdążyliśmy dotrzeć – choć mieliśmy takie plany…). Bardziej to zatem przypominało maraton po muzeach, menhirach, kurhanach, klasztorach i katedrach – albowiem siadając na jednym miejscu dłużej niż godzinę lub dwie: zaraz zaczynaliśmy się nudzić i z tych nudów – żreć się ze sobą.

Teraz oczywiście o żadnych wakacjach, przynajmniej we dwoje – nie ma mowy. Ktoś musi stale pilnować gospodarstwa. Najdłuższa nasza w tej chwili pospólna nieobecność w Boskiej Woli nie przekracza 3 – 4 godzin: przez ten czas możemy zrobić zakupy w wareckiej „Pierdonce“, w sklepie sieci „Spartan“ (dawniej „Spaar“), gdzie mają niedrogie okrawki mięsa, w zaprzyjaźnionym sklepiku ogrodniczym, który specjalnie dla nas zawsze ma podpałkę do grilla (niezbędną, aby uruchomić ogrzewanie w naszej chatce – a że właśnie się nam skończyło suche drewno, trochę tej podpałki „wychodzi“…), no i – na targu. Raz na dwa miesiące jeździmy do Kozienic, gdzie obok lekarza Lepszej Połowy, jest też „Tesco“. Przed świętami, czasem, trafia się nam wyskoczyć do „Auchan“ w Piasecznie, do najbliższego „z naszej strony“ Carrefoura w Radomiu, albo do Janek – a ostatnio, byliśmy aż za Zwoleniem po Herculesa IV. A i tak, po tych nie więcej niż 4 godzinach, gonimy do domu jak szaleni – gnani obawą, co też nasi czterokopytni podopieczni zdążyli w tym czasie zmalować?

Tak więc raczej się do Włoch nie wybiorę. Stawiam jednak dolary przeciw orzechom, że Włochy pewnie przypominają pod tym względem Francję. We Francji zabudowa nie tylko miast i miasteczek, ale nawet wsi – jest co do zasady zwarta i w wielu, bardzo wielu przypadkach – zabytkowa. Mowy nie ma, żeby w takim Mont St Michele wcisnąć supermarket. Nie dlatego nawet, że konserwator zabytków się spieni – ale dlatego, że nie ma gdzie. Nawet brzydkie jak sztormowa noc Dom de Bretagne (znane nam głównie z tego, że jest konieczną przesiadką kolejową na trasie z Mont St Michele do St Malo) – miejsca na supermarket w centrum nie posiada. I tak jest w zdecydowanej większości miast, miasteczek, wsi oraz – dziur zapomnianych przez ludzi i Boga, które zdarzyło się nam odwiedzić. Sklepy wielkopowierzchniowe siłą rzeczy muszą się lokować na obrzeżach – najchętniej w pobliżu zjazdów z autostrad, pospołu z dużymi stacjami benzynowymi. Niezmotoryzowany turysta nie ma szans tam dotrzeć!


Tymczasem w Polsce ostatnia wojna i pół wieku komuny zostawiło w substancji miejskiej wyrwy, nader dogodne dla lokowania tam sklepów a nawet całych centrów handlowych. Po pierwsze – są to dobre lokalizacje, bo blisko ludzi (wyjątkiem jest tu Warszawa, gdzie w centrum mało kto mieszka, są głównie biura, ostatnie resztki wymierających emerytów oraz wynajmujący mieszkania od potomków emerytów już wymarłych: Wietnamczycy, studenci i dziwki), dostępne przy tym dla każdego, a nie tylko dla posiadacza pojazdu mechanicznego. Po drugie – takie lokalizacje są uzbrojone we wszystkie media, nie trzeba prądu, wody czy kanalizacji Bóg wie skąd ciągnąć. Po trzecie – dlaczego nie? Skoro miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego przewidują „handel i usługi“ – to jaka to w końcu, z punktu widzenia prawa, różnica, czy ów „handel i usługi“ oferuje 100 sklepikarzy w dziuplach po 30 m2 każda, czy jedno Tesco o powierzchni 3000 m2?

Tak więc fakt, że w Polsce sklepy wielkopowierzchniowe i centra handlowe lokuje się w historycznych centrach miast wcale nie musi wynikać z jakiejś rozbuchanej korupcji! Po prostu: jest taka możliwość. We Francji i we Włoszech takiej możliwości nie ma. Taka możliwość istnieje też w Niemczech – bo i z Niemcami, zwałszcza w ich północno – wschodniej części, najbliższej Polsce i ostatnia wojna i pół wieku komuny obeszły się nie lepiej niż z Polską. Tutaj nie jestem pewien, bo jakoś tak się składa, że przez Niemcy zawsze tylko przejeżdżałem (albo wręcz przelatywałem nad nimi, co jakiekolwiek zgoła obserwacje wykluczało…). Skądinąd jednak – mam wrażenie że trudno znaleźć w Niemczech mieścinę bez „Aldiego“ i to – niekoniecznie na odległych peryferiach… Ktoś może to potwierdzić, lub temu zaprzeczyć..? Bardzo proszę o pomoc.

Oczywiście – jak wszyscy dobrze wiemy: sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie. Weź synku granat! To, że w tej chwili prawo nie do końca odróżnia w Polsce „handel i usługi drobne“ od „handlu i usług wielkopowierzchniowych“ (bo jednak już odróżnia! Chociażby ów słynny zakaz handlu w niektóre święta – drobnych sklepikarzy nie dotyczy…) – ma swoją przyczynę. Jedną i konkretną. Otóż – we Francji (a pewnie też i we Włoszech, choć tego nie wiem…) sklepikarze to „sól tej ziemi“ – to są właśnie, obok wolnych zawodów i innych drobnych przedsiębiorców – owi petit bourgois, „drobnomieszczanie“ – na których opiera się tamtejsza scena polityczna. O względy sklepikarzy walczą wszystkie niemal partie polityczne – może poza (na szczęście podzielonymi na zaciekle zwalczające się frakcje) komunistami i anarchistami. Dlatego sklepikarz we Francji – to potęga! Prawie jak w Polsce chłop. To znaczy – jak chłop z PSL oczywiście, bo nie każdy chłop – jakoś ani ja, ani druh mój serdeczny Radek, potęgą się nie czujemy…

Sklepikarz we Francji potęgą jest i basta. W konsekwencji założenie sklepiku – nie jest rzeczą łatwą ani małą. Tradycyjnie, obok wymogów formalnych, dość podobnych jak w Polsce – tzn.: posiadanie stosownego lokalu w miejscu przeznaczonym przez władze lokalne pod „handel i usługi“, rejestracja podmiotu gospodarczego, tudzież uzyskanie zezwoleń na obrót niektórymi towarami (jak alkohol, tytoń itp.) – istnieją głęboko zakorzenione nieformalne, czy też – mniej formalne – bariery ograniczające konkurencję. Nie tylko ze strony sklepów wielkopowierzchniowych i centrów handlowych – ale i ze strony potencjalnych kandydatów na sklepikarzy.

Przykład który podaję zasłyszałem od Mistrza Krzysztofa w czasie, gdym czekał ostatnim razem w jego warsztacie przy ul. Górczewskiej na wymianę oleju w Patrolu – Mistrz oczywiście, jako drobny przedsiębiorca, wypowiadał się o tych ograniczeniach z wielkim podziwem i aprobatą – zdanie słuchaczy było podzielone. Pan Mecenas, stary Mistrza przyjaciel – stanowczo przeciw takiemu ograniczeniu konkurencji oponował – ja zachowałem milczenie.

Przykład jest z Włoch, a jako że jest jedynie zasłyszany, nie biorę najmniejszej zgoła odpowiedzialności za jego prawdziwość. Otóż pewien Mistrza krewniak, z zawodu i zamiłowania rzeźnik, artysta w swoim fachu, znakomite wyrabiający kiełbasy, wyjechał sobie dorobić do Włoch. Konkretnie – do północnych, ale już naprawdę nie pamiętam, jakie to było miasto. Szło mu dobrze, szybko uzbierał pewien kapitalik – a wraz z kapitalikiem, naszła go refleksje: a po jaką cholerę ja mam z tymi eurosami wracać do Polski i użerać się ze śniegiem, dziurawymi drogami i Tuskiem? Zauważył bowiem, ów przedsiębiorczy, uzdolniony i pracowity fachowiec, że w mieście w którym pracuje – wcale niemałym – jest wszystkiego tylko osiem sklepów mięsnych. „Na dzielnicy“, w której zamieszkał – ani jednego! Szybko dogadał się z właścicielem dogodnie położonego lokalu, pozbierał różne kwity, dał tłumaczowi do przetłumaczenia swój dyplom mistrza rzeźnickiego, dołączył referencje od dotychczasowego (nieutulonego w żalu skądinąd, z powodu utraty tak dobrego pracownika…) pracodawcy – i udał się do miejscowego Magistratu po ostatnią, wydawało mu się że już czystą będącą formalnością pieczątkę. I co? I nic! Urzędnik wysłuchał dobrotliwie jego „biznes – planu“, pokiwał głową, zajrzał w papiery i mówi:
-       To prawda, w naszym mieście (wcale niemałym) jest osiem jatek. Nie ma problemu – może pan otworzyć dziewiątą. Ale najpierw poproszę na piśmie zgodę właścicieli wszystkich ośmiu już istniejących…

No i niestety – przyszło wracać do Polski, do śniegu, dziur na drogach i do Tuska…

Skądinąd – pan Władysław całkiem podobne rzeczy opowiadał o Szwajcarii. Dlaczego w Polsce jest inaczej niż we Francji, we Włoszech czy w Szwajcarii? Po części z powodu komuny oczywiście. Ale i przed wojną – sklepikarze nie byli bynajmniej w Polsce „solą tej ziemi“. Nie byli zresztą także „solą tej ziemi“ ani w kajzerowskich Niemczech, ani w carskiej Rosji – w obu tych krajach tak, jak i w przedwojennej Polsce, czy na przykład we współczesnych całkiem Indiach – „solą tej ziemi“ są aktualni i potencjalni słudzy gosudarstwa: inteligencja .

Nie piszę że to źle. Nie piszę że to dobrze. Tak po prostu jest. To jest rzeczywistość – można się z nią albo pogodzić i próbować jakoś żyć – albo wyjechać tam, gdzie rzeczywistość jest inna – albo też: popaść we frustrację i wypisywać androny…

W Polsce z pewnością można założyć sklep mięsny nie pytając o zgodę właścicieli już istniejących sklepów. Za to żeby skorzystać z niektórych form dotacji rolnych – trzeba być synem lub córką rolnika. Ja byłem – latem 2007 roku – w ostatniej grupie takich, którzy się na program „Młody Rolnik“ załapali „z ulicy“. W kilka dni bowiem po tym, jak dostałem te 50 tysięcy – znowelizowano przepisy w ten sposób, że do dotacji kwalifikuje się tylko ten, kto gospodarstwo rolne odziedziczył lub otrzymał drogą darowizny. Już nie mówiąc o obowiązku „uzupełnienia wykształcenia“ w kierunku rolnym (co oczywiście zrobiłem – frajdę mieli Czytelnicy „Końskiego Targu“, bo studiując we Wrocławiu „hodowlę koni i jeździectwo“, napisałem kilka jak sądzę niezłych reportaży z miejsc, któreśmy z naszym kursem odwiedzili…).

Wszystkie tego rodzaju ograniczenia w ostatecznym rachunku powodują zmniejszenie mobilności społecznej. Syn rolnika zostaje rolnikiem – ale niekoniecznie łatwo jest mu zostać sklepikarzem czy fabrykantem. Syn sklepikarza dziedziczy po nim sklepik i klientów. Syn urzędnika zostaje urzędnikiem, syn adwokata – adwokatem, a wojskowego – wojskowym. Świat robi się bezpieczny, przewidywalny, niektórzy mogliby powiedzieć że – nudny. Nieraz już tak się w dziejach świata działo! Tak właśnie wyglądało późne Imperium Rzymskie, tak wyglądało Bizancjum. Przez długie stulecia zresztą – aż przychodził barbarzyńca który nic sobie z bezpieczeństwa i przewidywalności nie robił – upuszczał trochę krwi i historia zaczynała się na nowo.

W czasach największej ekspansji osmańskiej główną siłą bojową i kręgosłupem Imperium byli janczarzy – faktycznie porywani lub wykupywani od rodziców chłopcy chrześcijańscy, wychowani potem na fanatycznych muzułmanów i wierne sługi sułtana. Nie wolno im było mieć rodzin, nie mieli zatem komu przekazać zgromadzonej władzy i bogactw, a mobilność pionowa w ich korpusie była olbrzymia – można było z niewolnika awansować na wezyra! Z czasem jednak, janczarzy zaczęli się żenić, większość z nich w czasie pokoju trudniła się handlem i rzemiosłem w Stambule i wcale nie miała ochoty maszerować gdzieś na zimne Podole czy do kamienistej Gruzji – a pozycja sułtańskiego sługi stała się dziedziczna. Od czego całą ekspansywność Imperium odjęło – i zaczęło się ono zwijać…

W Polsce, skoro jak widać, sklepikarze wcale nie są „solą tej ziemi“, władza nie ma szczególnego powodu aby się do nich umizgiwać. Długie natomiast lata, w których PSL był koalicjantem tego lub owego – w sposób widoczny przyspieszyły kostnienie kastowej i dziedzicznej struktury naszego chłopstwa. Naturalnie: „chłopstwa z PSL“ – przede wszystkim.

Nie piszę że to dobrze, nie piszę że to źle. Taka po prostu jest rzeczywistość. Swoją drogą – do końca życia pamiętał będę scenę która rozegrała się na schodach wareckiej „Pierdonki“. Rozmawiało ze sobą konspiracyjnym szeptem dwóch panów o bardzo… hmm… spracowanym wyglądzie. Jeden z nich mówi: Ty wiesz, a ja słyszałem że ta „Pierdonka“ to ma jakiegoś zagranicznego właściciela. Jakiegoś Portugalczyka? Na to drugi: A niech sobie będzie i Murzynem – byleby nas nie porzucił!

Ponieważ dochód, jakim rozporządzam nader często (właśnie zbliżamy się do tego momentu – co nie przeszkadza, swoją drogą, snuć daleko idących planów) bardzo jest zbliżony do dochodów panów o tak… hmm… spracowanym wyglądzie – to wiecie co? Razem z nimi: leję ciepłym moczem na próżne lamenty sklepikarzy! Jakąkolwiek by ideologię do swego „klasowego interesu“ nie dorabiali…

10 komentarzy:

  1. a po cóż rozpałka do grila? fanberie waćpanie, a denaturat nie łaska? o ileż taniej, nie śmierdzit jak rozpałka, a że złą prasę ma i w domu nie wypada trzymać, trudno. serio - polecam. nie znoszę zapachu rozpałki więc wlewam denaturat do butli po rozpałce i chlup ( chodzi o lejek z dziurką umożliwiający psiknięcie na odległość czyli zachowanie bhp

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale my używamy podpałki w kostkach. Długo się pali, nie wybucha, nie śmierdzi...

      Usuń
  2. U nas mentalność jest odwrotna niż na zachodzie. Znajomy ma sklepy spożywcze średniopowierzchniowe. Konkurencja z Biedronkami wychodzi mu bokiem i wszedł w sieć franszyzową Carrefoura - Carrefour Express. Jakież było jego zdziwienie, gdy się okazało, że pomimo iż ceny wzrosły (wcześniej miał niższe) to obrót wzrósł mu nawet o 50% w niektórych sklepach. Pracownicy donoszą, że ludzie się cieszą, że już nie dorabiają tego s....yna XXXXX. Innymi słowy ludzie wolą zapłacić więcej, byle nie zarobił swój, tylko jakiś anonimowy Francuz. Koleś się w ogóle w tych sklepach nie pokazuje, udając, że nie są jego. Niezłe jaja.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pisałem nie tylko o zabytkowych miastach, ale i specjalnie podkreśliłem w poscie u siebie Bibione - które znam najlepiej - produkt tej samej filozofii która postawiła nam w PRL blokowiska, nieco tylko utemperwane na modłę turystyczną

    Portogruaro i okoliczne miasteczka poza małym zabytkowym centrum mają także wielkie pseudonowoczesne przedmieścia - nie znam tak dobrze lądowej części Wenecji, ale stamtąd także do marketu jechaliśmy ze 20 km poza miasto.

    Starogard jest miastem, które zachowało dużo z dawnej struktury, jak na miasta tego typu i jest coś takiego jak plan miejscowego zagospodarowania uwzględniający różne funkcje urbanistyczne - raczej drobnomieszczańskie.

    Wpieprzyć tam wielkopowierchniowy handel, wiadomo jakim sposobem to dalsza destrukcja tego urokliwego miasta.

    We Włoszech to by nie przeszło - taki urzędas byłby wyklęty i nawet emigracja mu by nie pomogła - chyba, że do kraju nad Wisłą.

    OdpowiedzUsuń
  4. Osobiście uważam, że korupcja jest zjawiskiem fizjologicznym, choć nagannym.
    Byłam w Starogardzie ostatnio prawie dwa lata temu i budowali coś w miejsce starych zakładów Polfy, blisko Rynku, ale nic zabytkowego nie burzyli. Pomijając aspekty estetyczne, naprawdę nie wiem, po co komu kolejne centrum handlowe w 50cio tysięcznym mieście gdzie ludzie nie bardzo mają co wydawać.
    Co do Włoch, różnie to bywa. U mojej teściowej nad morzem nie można podnieść dachu o metr bez zgody sąsiadów (rzeczywiście, mogłoby to komuś zasłonić widok na Adriatyk), w sąsiedniej miejscowości, na terenie prawie że Parku Narodowego, gmina wydaje zezwolenia na budowę na prawo i lewo.
    Cóż, przepisy, jak to się po naszemu mówi, są po to , by je obejść. Szkoda tylko, że często ktoś obchodzi je dla własnej prywatnej korzyści ze szkodą dla innych.

    Justyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w Starogardzie pęd na budowę centrów handlowych jest spory, 2 lata temu bodajże nie było Centrum Handlowego między kerfurem a netto, netto też chyba jeszcze nie było

      ponoć ma być jeszcze jedno wielkie centrum

      same centra handlowe z małymi sklepikami wynajmowanymi przez wiele podmiotów nie są takie złe jak jeden Tesco w obrębie miasteczka

      lepsze jedno Tesco niż 30 małych sklepików? dobre sobie

      Zysk wypracowany z tych małych sklepików pozostanie w mieście - kerfury, teska i inne netto wytransferują zysk za granicę i tyle - figa z makiem

      obecnie w samym Starogardzie od otwarcia supermarketów zrobiło się ponad 80 pustych lokali handlowych do wynajęcia, mniemam że większość z nich po zwinietych rodzinnych sklepikach

      miasto kwitło jakis czas temu - rozważałem nawet mieszkanie tam na stałe - teraz jest tam smutna beznadzieja

      Kociewiacy dumni, gospodarni i zasobni niczym Poznaniacy - a zostali z gołą pupą - nie uwłaczając

      Usuń
    2. Nie wydaje się Kolegom, że to ktoś strasznie zakompleksiony decyduje o tych wszystkich centrach i super-hiper marketach? Ma ambicje zrobić wszystko "jak na Zachodzie" ale nie wiadomo po co.

      PS.Oczywiście, Jacku, możecie się czuć zaproszeni, choć wiem jak to wygląda z ziemią i zwierzętami, rodzice do tej pory u mnie nie byli.
      Justyna

      Usuń
    3. Justyno - dzięki za zaproszenie. Obecnie, to chyba tylko gdyby nas komornik zlicytował (co nie jest tak całkiem niemożliwe...) moglibyśmy do Was zajechać. Chyba, że mógłbym do Was wysłać samą tylko Lepszą Połowę..?

      Usuń
    4. Komornika Wam nie życzę.
      Pewnie, że możesz! Z Bolonii tylko godzinę jedzie się do Florencji... Jest co oglądać.

      Trzymam kciuki za powodzenie Twoich planów.

      Justyna

      Usuń
  5. wcześniej czy póżniej i centra będą przegrywać z małym sklepami, jak wprowadzą podatek dla wielkich sklepów. Teraz jest moda na centra, ale moda jest zmienna.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...