środa, 21 marca 2012

Poza obyczajem

To, że w Polsce musi dojść do Kulturkampfu, czyli – najogólniej rzecz biorąc – wojny gosudarstwa z Kościołem: przepowiadałem już dawno. W tej chwili przepowiednia ta staje się ciałem.

Wojna jest nieunikniona – i, w gruncie rzeczy, nie ma większego znaczenia to, że u władzy akurat znajduje się Donald Tusk z Palikotem jako „rezerwowym“ (na wypadek, gdyby koalicja z PSL miała się jednak rozlecieć…). Ostatecznie, PPS do którego tradycji odwołuje się współczesny PiS, był przed wojną partią równie wściekle antyklerykalną, jak obecnie – Ruch Palikota…

Wojna jest nieunikniona, ponieważ gosudarstwo jako takie – „oświecony biurokrata“ o którym pisałem wiele razy – wszedł „na kurs kolizyjny“ z Kościołem jakieś dwa wieki temu. Odkąd tylko doszedł do (niczym nie popartego zresztą…) przekonania, że wie najlepiej, jak i po co ludzie powinni żyć. Od tamtej pory Kościół, który „oświeconemu biurokracie“ od samego początku wydawał się główną przeszkodą w realizacji jego oświeconych planów (już choćby tylko dlatego, że twierdził – co wykraczało poza rozum i zrozumienie – że jego misja nie jest z tego świata…), systematycznie spychany jest – krok po kroku, barykada po barykadzie, dom po domu niemalże – coraz dalej ku katakumbom. Czyli: do punktu wyjścia.

Ów „postęp postępu“ rozbity jest właśnie na kolejne kroki, na przemiany dyskretne, nieciągłe – mierzyć go można upadkami kolejnych, z pozoru niewzruszonych rubieży, poza które ingerencja gosudarstwa w życie zwykłych ludzi wybiegać nie miała. Albowiem myli się gorzko kto wierzy naiwnie, że owo „wyzwalanie“ kolejnych obszarów ludzkiego życia spod władzy Kościoła – równoznaczne jest ze wzrostem autonomii jednostki! Po prostu władzę arbitralną ojca – feudalnego pana – biskupa – zajmuje wcale nie mniej arbitralna władza anonimowego urzędnika. Że mniej może obecnie niż dawniej dotkliwa? To raczej niezamierzony i uboczny skutek dobrobytu, w którym tarzamy się po uszy – niż działań celowych gosudarstwa. Wiadomo, że kiedy jedzenia w bród, ciepło, na łeb nie pada – lud może jeść i popuszczać pasa, a i całkiem zdjąć odzienie i hasać na golasa też mu nikt nie zabroni – to i gosudarstwo, chcąc nie chcąc, popuszcza cugli – bo swego się nachapie i tak, niekoniecznie puszczając przeciętnego Kowalskiego w ostatniej koszuli i skarpektach…

Problem w tym, że te czasy zdają się jednak kończyć – a przynajmniej: wzmaga się poczucie zagrożenia. Gosudarstwo, a raczej jego Wierne Sługi – nie mają najmniejszego zamiaru rezygnować z bezpiecznego i wygodnego życia, które do tej pory prowadzili. Trzeba więc docisnąć śrubę Kowalskiemu. Na wszelki wypadek. Nawet, jeśli wcale to nie spowoduje, że Kowalki dostarczy oświeconemu biurokracie więcej środków umożliwiających wygodne życie (to racze niemożliwe, Krzywa Laffera się kłania…) – to przynajmniej: WZGLĘDNIE, tj. w porównaniu do poziomu życia Kowalskich – Wiernym Sługom gosudarstwa się nie pogorszy – a może nawet: poprawi się trochę..? Wiadomo przecież, że nie o to chodzi, żeby się w ogóle miało – ale żeby się miało (dobrze!) w porównaniu do sąsiada..!

Wierne Sługi gosudarstwa mogą zaakceptować stoczenie się jakości życia w Polsce do poziomu Korei Północnej – i nawet okiem nie mrugną – pod jednym wszelako warunkiem: że same zachowają w tym systemie pozycję uprzywilejowaną (nawet, jeśli obiektywnie, „w skali bezwzględnej“ – ta ich uprzywilejowana pozycja będzie ostatnią nędzą w porównaniu do tego, co mają teraz…). Jeśli zaś zjawisko będzie miało zasięg ogólnoeuropejski – to już nawet i o mruganie okiem nikt się nikogo pytał nie będzie, tak się po prostu stanie i szlus.

Żeby jednak w ten właśnie sposób „wybrnąć z kryzysu“ – trzeba przygotowań. Po pierwsze – trzeba spetryfikować istniejącą strukturą społeczną jak tylko się da. Wszelką mobilność ograniczając, w miarę możliwości, do zera. Stąd rośnie liczba „zawodów reglamentowanych“: jestem przekonany, że akcja pana posła Gowina z rzekomą ich „deregulacją“ da koniec końców skutek zgoła odwrotny do głoszonego. Skądinąd, nie pamiętam, aby JAKAKOLWIEK akca pana posła Gowina skończyła się innym wynikiem..? Czy może ktoś z Państwa zna taki przykład..?

Po drugie – trzeba uczynić „rząd dusz“ nad Polakami – niekwestionowanym i bezwzględnym. I właśnie dlatego, oprócz kagańcowych przepisów odnośnie internetu czy innych mediów – konieczne jest uderzenie w Kościół. Który potencjalnie mógłby „koreanizacji“ (nie mylić z „korenizacją“ ☹) stawić opór.

Takie uderzenie jest obecnie gosudarstwu koniecznie potrzebne (bo raz, że doskonale odwraca uwagę od wszelkich innych, równolegle podejmowanych działań przygotowujących „koreanizację“ w skali jewrosojuznej zresztą…, a dwa – że jeśli nie teraz, to kiedy, jeśli nie Tusk z Palikotem – to kto? Dlaczego właśnie teraz – o tym poniżej…) – a jednocześnie: bieg wypadków daje po temu sposobność.

Na czym polega sposobność owa?

Otóż katolicyzm w Polsce to są tak naprawdę dwie religie, niewiele mające ze sobą wspólnego. Dla przytłaczającej większości wiernych – i dla pewnej części kleru (oby było to tylko moje mylne wrażenie…) – katolicyzm jest rodzimą „religią obyczaju“. Taką samą, jak dawne, rodzime religie Greków, Rzymian czy Słowian. Jest to po prostu zespół obrzędów które wykonuje się przy różnych „okazjach życia“, mierząc nimi jego przebieg – od chrztu, przez kolejne sakramenty, aż po pogrzeb. Taka „religia obyczaju“ nie posiada właściwie żadnej treści metafizycznej, bo rozważania o życiu przyszłym, sądzie ostatecznym, Niebie i Piekle – powiedzmy to sobie szczerze – stanowczo przekraczają zdolności intelektualne jakichś 93% Polaków. Podobnie zresztą, jak przekracza to możliwości 93% Niemców, Rosjan czy Amerykanów – którzy wszyscy, podobnie jak tak samo przytłaczająca większość Polaków – zdają się w tej sprawie na bezrefleksyjnie przyjmowaną papkę kultury popularnej i podchwycone przypadkiem fragmenty tego lub owego kościelnego nauczania.

Tak samo zresztą, 93% Polaków, Rosjan, Niemców czy Amerykanów – nie jest zdolnych i NIGDY nie będzie zdolnych do tego, aby z sensem dyskutować o teorii względności, czy o ewolucji. Są to po prostu zbyt trudne wyzwania intelektualne, aby kiedykolwiek sprostał im umysł specjalnie do tego nie trenowany – co zajmuje wiele lat ciężkiej pracy i czego nie można oczekiwać po przeciętnym człowieku nawet, jeśli panujący dobrobyt daje mu po temu dość wolnego czasu i pozostawia do jego dyspozycji wszelkie środki, jakich tylko potrzeba, aby konieczną biegłość osiągnąć.  To tyle w kwestii oświeceniowego mitu „powszechnej edukacji“, czy marksistowskiej koncepcji „wyzwolenia pracy“. Dając prostym ludziom wolny czas i środki materialne – nie przerobimy ich na filozofów! Mamy za to wielkie szanse doczekać się masy hulaków, utracjuszy, nihilistów, rozpustników – i co tylko jeszcze chcecie. Po prostu – entropia! Nic innego jak entropia: ŁATWIEJ jest się stoczyć, zapuścić, zagrzęznąć w rozpuście, lenistwie, rui i poróbstwie – niż mozolnie pracować nad sobą, cierpieć katusze zwątpienia i gorycz burzenia kolejnych, z pozoru tylko niewzruszonych pewników. Kto rozsądny, mając do wyboru trakt szeroki, łatwy i wiodący w dół – wybierze wąską, stromą ścieżkę, ostro wspinającą się w górę? Takich szaleńców jest w dowolnej populacji średnio 7%.

Większość z nich zagląda na tego bloga…

Tak więc jest katolicyzm popularny, ludowy, „religią obyczaju“, ani lepszą, ani gorszą od pogańskich religii Grecji czy Rzymu. Jako taki – skazany jest na druzgocącą klęskę w starciu z gosudarstwem!

A to dlatego, że obyczaj, w katolicyzmie ludowym spetryfikowany – obyczaj polskiej wsi lub małego miasteczka drugiej połowy XIX wieku – właśnie nieodwołalnie przechodzi do historii. Nie da się go już uratować. Niezależnie od tego, czy „koreanizacja“ nastąpi już w ciągu kilku lat – czy dopiero: pod koniec następnej dekady (jak bym raczej typował…).

Pewnych odkryć już się nie uda zapomnieć. Koszt energetyczny wytwarzania pigułek antykoncepcyjnych jest pomijalny w ogólnym bilansie. A skoro można mieć przyjemność bez konsekwencji – kto rozsądny będzie się kierował jakimiś tam przesądami sprzed stuleci..?

Gosudarstwo na trwale, w sposób nieodwracalny – zajęło miejsce wszystkich wcześniej istniejących „wspólnot naturalnych“, takich jak rodzina, sąsiedztwo, klan, plemię, prowincja. Bez jakiejś kosmicznej katastrofy – już się tego nie „odkręci“. Kto miałby to zrobić..? Jeszcze najbliżej tego byliby fani klubów piłkarskich – stąd: nie jest przypadkiem, że i z nimi Donald Tusk poszedł na wojnę…

Tak więc „katolicyzm ludowy“ odchodzi w przeszłość razem z ludową kulturą i ludową obyczajnością, której był wyrazem. Różne mogą jeszcze się pojawić konwulsje tej agonii. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby (w Łagiewnikach..?) pojawiła się sekta próbująca pod starym znakiem towarowym – sprzedawać nową, nowej odpowiadającą obyczajności – „religię praw człowieka“, czy też „religię tolerancji“. Jeśli tak – będzie to widowisko niezmiernie wręcz żałosne…

Czy jest to koniec Kościoła jako takiego? Oczywiście że nie! Niezależnie od tego, czy wierzy się w proroctwo, wedle którego „bramy piekielne nie przemogą…“. Po prostu: nic ten kryzys nie ma wspólnego z katolicyzmem jako religią skandalu i rewolucji. Katolicyzm spośród wszystkich wyznań chrześcijańskich najwięcej jeszcze przechował pierwotnie skandalicznej treści Wcielenia. Skandaliczność i rewolucyjność tego przesłania – umyka dziś wielu z nas, przesłonięta słodko – cukierkową pozłotą ludowej „religii obyczaju“. Gdy ktoś próbuje o owym „skandalu założycielskim“ przypomnieć – jak zrobił to Mel Gibson swego czasu – rozlega się głośny klangor oburzenia. Sam fakt, że tak się dzieje – dostateczną jest gwarancją, że Kościół przetrwa. Skoro bowiem Ewangelia nie straciła zdolności oburzania, wywoływania skandalu, zgorszenia i grozy – to znaczy: że dalej pozostaje atrakcyjna dla tych 7%, którzy z natury nie idą za obyczajem „stojącym jak kamień przydrożny“ (jak się ktoś wyraził o poglądach moralnych Greków przed Sokratesem…), tylko zadają pytania światu…


Co będzie dalej? Któż to wie, któż to wie..?

14 komentarzy:

  1. Słudzy Gospodarstwa są niczym żule, którzy swego czasu chcieli skraść Drzwi Gnieźnieńskie i sprzedać je na złom. To nic, żeby zniszczyliby zabytek wart miliony złotych (o wartości kulturowej nawet nie wspominając), ważne, że oni by zarobili kilka tys zl - na wino by wystarczylo na dobry rok!

    Wczoraj oglądałem film "The Enemy of The State" jeden z bohaterów tego filmu (który dysponował materiałami, które mogły pogrążyć wpływowego polityka) został wrobiony w morderstwo, by w razie czego (gdyby chciał ujawnić sekrety) stracił wiarygodność w oczach opinii publicznej... Mam wrażenie, że od dłuższego czasu Kościół podobny proces przechodzi. A to dopiero przygrywka!

    I jeszcze jedno - mój nauczyciel aikido, który również wykłada matematykę na Uniwersytecie w Southampton powiedział, że obecne smartfony mają moc obliczeniową kilkaset czy tysiąc ileś razy (nie pamiętam jakiego mnożnika użył) niż komputer, który umożliwił wylądowanie Apollo 13 na księżycu. I jak przeciętny człowiek wykorzystuje ten potencjał? Głownie do grania w "Angry Birds"...

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko że aby wierzyć, trzeba zaprzestać zadawania pytań. One zawsze prowadzą do zwątpienia.

    Co do "religii obyczaju", to nic dodać, nic ująć. Sama kiedyś o tym pisałam, no ale trudno tego nie zauważyć. Uroczy folklor, nic więcej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam wrażenie, że katolicyzm czy szerzej wszelkie religie muszą mieć jednak poparcie u ludu, choćby z powodów finansowych. Inaczej może się z nim stać jak w z buddyzmem hinajana w Indiach - po inwazji barbarzyńców tamtych czasów - muzułmanów (VII wiek i później) buddyzm z religii niemal "panstwowej", bardzo elitarnej "intelektualnie" (tylko mnisi mogli dostąpić oświecenia) praktycznie przestał w Indiach istnieć. Zburzenie klasztorów i uniwersytetów przez najeźdźców sprawiło, że dziś buddyści w tym kraju to niecały 1% populacji.

    Atak na Tv Trwam to jeden z przykładów tego Kulturkampfu.

    OdpowiedzUsuń
  4. No cóż, trudno się nie zgodzić..
    No i poczułem się bardzo elitarnie w tych 7%...
    Natomiast jako tropiciel prawdy objawionej w filmach błędnie zwanych s-f :) mogę napisaż, ze Zakon Rycerzy Jedi też przegrywał z aparatem państwowym. Ale ostatecznie tylko Prawa Natury są wieczne - a jednym z nich jest to, że nic nie trwa wiecznie - również aparat państwowy..
    Adam

    OdpowiedzUsuń
  5. to, że większość ludzi zazwyczaj nie zajmuje się górnolotnymi rozważaniami nie oznacza, że istnieją dwa różne Katolicyzmy

    trochę naciągana teza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @RO - bez obrazy, ale zauważyłem ze taki pogląd prezentują głównie przedstawiciele właśnie "religii obyczaju". Dlaczego? własnie dlatego, że nie zastanawiają się "dlaczego w zasadzie ja to robię?"
      Adam

      Usuń
    2. nie obrażam się

      Religia generalnie nie jest id tego aby się za dużo zastanawiać.

      Jeśli zaczynasz to robić, zaczynasz analizować, jeśli zaczynasz analizować, zaczynasz kwestionować... to ścieżka donikąd.

      Uważam, że właśnie w religii obyczaju jest najwięcej duchowości i bliskości z tym co jest wyżej, a w religii... właśnie jakiej... analitycznej... to żadna już religia, tylko co najwyżej religioznawstwo, w ekstremalnym przypadku jakieś sekciarstwo.

      Nie ma dwóch religii Katolickich, jest tylko i wyłącznie jedna, ta sama "piosenka", może w nieco rożnych "aranżacjach", ale w swojej istocie dokładnie ta sama.

      Usuń
    3. Ładnie powiedziane.
      Jednak w tych "obyczajach" nie ma już żadnej duchowości, wręcz przeciwnie służą tylko do zaspokojenia niskich potrzeb samolubnej jednostki. Ot, byłem w kościele w niedzielę to teraz mogę nagrzeszyć.
      Gdyby było jeszcze tak, jak
      piszesz...nie było by problemu.
      Adam

      Usuń
    4. nie zgodzę się

      w obyczajach duchowość jest, i to czasem głębsza i starsza niż sam Katolicyzm (nic Katolicyzmowi nie ujmując)

      tyle, że ty już wchodzisz w sumienie i moralność danej jednostki, która rzekomo grzeszy - a to już jest odchodzenie od tematu rozmowy

      Usuń
  6. Nie byłoby sprzeczności pomiędzy "religią obyczaju", a "religią intelektu", gdyby spełnione były łącznie dwa warunki:
    1. Obyczaj uświęcony religią pozostawał żywy i był przestrzegany (a przynajmniej, byłyby czynione takie pozory...) przez znaczną część zainteresowanych.
    2. Istniałaby żywa, funkcjonująca "wspólnota wiernych", publicznie wyznająca religię.

    Tymczasem:
    - obyczaj, którego broni polska "religia ludowa" jest martwy i nic już go wskrzesić nie zdoła. No, może poza natychmiastowym "doomsday" w stylu wieszczonym przez wielu bloggerów - ale ja w gwałtowne pogorszenie się warunków życia, a co za tym idzie - w powrót do szybko zawieranych małżeństw, wielodzietnych rodzin i ciężkiej pracy - nie wierzę...
    - ludzie dali sobie wmówić, że religia jest "sprawą prywatną". Od tej pory, żadnej "wspólnoty wiernych" już nie ma (poza bardzo nielicznymi wyjątkami - najczęściej zresztą, gdy parafianie wspólnie i w porozumieniu wyganiają z parafii nadto pazernego proboszcza, co czasem się zdarza na wsiach...), każdy sobie rzepkę skrobie - i "lud Boży" nieuchronnie stacza się do poziomu holywoodzkich bajdurzeń i gazetowych horoskopów.

    @ RO

    O jakich Ty obyczajach piszesz..? O chodzeniu na Pasterkę? I to zanika, nie tylko w miastach, na wsi też. Mnie jednak przede wszystkim idzie o styl życia. Taki, który jest wedle polskiego "kościoła ludowego", "obiektywnie uporządkowany", a więc - zgodny z tradycją: ślub około 18, góra 20 roku życia, dużo dzieci, żadnych rozwodów, żadnego bara-bara przed ślubem czy na boku... Gdzie Ty takie cudo jeszcze w skali ponadjednostkowej dostrzegasz..?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie jestem aż tak radykalnym katolikiem, generalnie obserwując wieś i prowincję widzę raczej przywiązanie do obyczaju jako takiego, choć bardzo wiele się zmienia i nie jest on już aż tak restrykcyjny

      ale jednak żyje, według mnie

      no i co to w ogóle za zjawisko "religia intelektu", pierwsze słyszę - może opisujesz tak swoje poglądy religijne?

      jeśli tak - to nawet i 7% nie uzbierasz

      Usuń
    2. @RO - "nie jestem aż tak radykalnym katolikiem" - wlasnie opisales na swoim wlasnym przykladzie "religie obyczaju". Religia sobie, zasady wiary sobie, a ja po swojemu przed slubem panne ... no bo jak to inaczej?
      Z religia i grzechem jest jak z technika cyfrowa - sa tylko 2 stany - albo jestes katolikiem i akceptujesz W PELNI NAUKE KOSCIOLA, albo nie. Nie da sie byc tak w polowie..a jezeli tego nie widzisz, na te 7% i tak sie łapiesz, sorry...
      Prosty i juz mocno wytarty test - spytaj na wsi jakiej narodowosci byla Maria i Jezus i co RZECZYWISCIE mysla o Zydach.
      Adam

      Usuń
    3. Mialo byc "NIE LAPIESZ" - co za idiotyczny blad...

      Usuń
  7. Ujmując rzecz najlapidarniej: dawniej ludzie też się bzykali na sianie czy po krzakach - ale przynajmniej wiedzieli, że grzeszą. Dziś twierdzą, że "ta część nauczania Kościoła im nie odpowiada" - a poza tym, oczywiście: jak najbardziej - czują się katolikami...

    Różnica niby subtelna - ale w zasadzie, samą ideę Kościoła sprowadzająca do nicości. "Coś takiego" - bo nie wiem nawet, jak to nazwać - ofensywie palikotowo - tuskowego Kulturkampfu nie przeciwstawi się ani sekundy.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...