niedziela, 18 marca 2012

Odpoczynek od seksu

Do problemu seksu w dawnych wiekach obiecuję powrócić. O ile starczy mi czasu i sił: wiosna idzie - zaczyna się zapieprz!

Wiele już zrobiliśmy - jeszcze więcej jest do zrobienia. W piątek na przykład - radykalnie zmienił się krajobraz wokół naszej chatki. Zasypaliśmy wreszcie (dawno to trzeba było zrobić...) resztę dołów pozostałych po wybieraniu ongiś przez wieś piasku i wyrzucaniu śmieci:


Jako napisałem - dawno temu powinniśmy byli to zrobić. Że nie zrobiliśmy..? To kwestia nastawienia. W tym roku - mamy odpowiednie... Aczkolwiek, muszę przyznać, że trochę mnie własna odwaga przeraża: idziemy do przodu, zaczynając kolejne projekty bez najmniejszych gwarancji, że będziemy mieli środki nie tylko na ich dokończenie, ale chociażby - na samo tylko przeżycie. Skądinąd: skoro udawało się nam przetrwać przez poprzednie lata - to czym tu się martwić..?

Planujemy w tym miejscu docelowy już ogródek. Żeby jednak takowy powstał, potrzeba jeszcze mnóstwo pracy: śmieci, które pozostały na wierzchu trzeba wybrać, trochę powapnować (coby mrówki miały ciut trudniej...), nawozu podrzucić, a potem - albo przekopać, albo przejechać kultywatorem. Na koniec zaś: ogrodzić, bo inaczej zaraz nam to zwierzyna zeżre...

Przekopałem też ogródek zeszłoroczony, ten na miarę mojego lenistwa:
Większość soboty zajęło nam natomiast rozsypanie po pastwiskach tej górki nawozów:

To i tak była tylko połowa teoretycznie zalecanej dawki - ale raz, że zakładam, iż azotu przynajmniej, nasze padoki mają dość dzięki intensywnej tamże działalności naszych podopiecznych, dwa - że ich liczba wkrótce gwałtownie spadnie, nie ma zatem sensu silić się na hodowanie jakichś nadmiernych zasobów trawy (i tak sianokosy - ubiegły rok to pokazuje - różnie się mogą skończyć), no a trzy - wprawdzie wzięliśmy te nawozy na kredyt, ale i kredyt kiedyś trzeba spłacić...

Oczywiście, nie rozsypywałem tych nawozów ręcznie. Zrobił to M. przy pomocy rozrzutnika taśmowego "Kos", normalnie przeznaczonego dla trakcji konnej, choć tym razem zaprzężonego do ciągnika (właśnie sobie uświadomiłem, że równie dobrze mogłem go ciągnąć za samochodem, typowy esprit d'escalier...). Dużo to zajęło czasu - taki rozrzutnik ma mniejszy zasięg od "normalnego" (ale za to - jak twierdzi M. - przynajmniej superfosfat się nie "pali" na szybkoobrotowym wiatraczku: to był powód użycia tego właśnie sprzętu) i wolniej się nim jeździ. Martwe ciągi i podrzuty 50-kilowymi workami nawozu + kopanie ogródka dzień wcześniej + radykalne zwiększenie zapasów drewna i wykarczowanie rzeczonych na wstępie dołów = ból w plecach, stłuczony łokieć i kolano, czyli - starość, nie radość... A Lepsza Połowa chce mnie dziś na konia wsadzić, bu..!

Konie zresztą, stoicki cechuje spokój:



Podobnie jak niektóre koćkodany:

Plan prac na najbliższą przyszłość?

Do końca marca koniecznie musimy zrobić trzy rzeczy:
- sprowadzić dr Witkowskiego, żeby zbadał nasze Trzy Gracje przed sezonem rozpłodowym,
- zaszczepić całe stado (w zeszłym tygodniu zdążyliśmy je odrobaczyć),
- zakończyć porządkowanie terenu pod ogródek. Co w tym ogródku posadzić: chętnie czekam na sugestie! Myślałem o zróżnicowanym pieprzniku na zasadzie "wszystkiego po trochu": wciąż mamy mało miejsca do przechowywania, więc trudno nam się nastawiać na jakąś wielką ilość przetworów. Z "cash crops", to być może - posadzić kilka krzaków machorki? Lepszej Połowie w zeszłym roku dobrze wyszło suszenie ziół na strychu naszej chatki - wydaje się, że i liście tytoniu powinny wyschnąć..?

Do połowy kwietnia natomiast - muszę przeciągnąć stalowy drut wokół całego Pierwszego Padoku. Dobrze by też było podsypć piasku pod wiatę, bo koniowate niezłe błocko już tam wydeptały.

Gdzieś tam na horyzoncie majaczy też pomysł postawienia stodoły. Ale do tego potrzebne są pieniądze, których na razie nie ma.

Chętnie bym też wysłał Lepszą Połowę do Turkmenii, bo jest taka możliwość. Ja w żadnym razie w tym roku pojechać nie mogę: będę zbyt zajęty w drugiej połowie kwietnia, niezależnie od wszelakich możliwych perypetii z pracą. Kłopot w tym, że Lepsza Połowa się sroma. Może Państwo ją przekonacie..?

A na koniec - najlepsze. Piszę ten post od wczoraj - zacząłem czekając na przyjazd M. Cóś nam szwankuje końputer. Literka "a" od kilku dni ciężko chodzi na klawiaturze - a od przedwczoraj połączenie z netem rwie się co kilka minut, od czego czasem aż trzeba restartować. Bardzo trudno jest w szczególności dostać się do wszelkich "googlowych" stron, z pocztą i bloggerem włącznie. Tak więc - kiedy wrócę do seksu w dawnych wiekach, który to temat, mam wrażenie, domaga się wciąż wyjaśnienia, bo wiele się ujawniło mitów i stereotypów w Państwa opiniach - zaiste: nie wiem...

6 komentarzy:

  1. Raczej bym radził odejść od nawozów sztucznych, wyrobić sobie certyfikat ekologiczny i zacząć hodować owce na mięso. Owce wykoszą niedojady po koniach, jagnięcinę z certyfikatem bio można w miarę dobrze sprzedać, a i dopłaty będą podwójne.

    OdpowiedzUsuń
  2. Te króliki i owce to zimą sobie w igloo zamieszkają? I będą tak uprzejme, żeby nie przechodzić pod ogrodzeniem z dolną poprzeczką na wysokości 0,7 m od gruntu..?

    I proszę nie pisać, że mogę sobie jakieś klatki pozbijać. Mogę. Tylko gdzie je postawię? Jeśli na zdjęciach tego nie widać, to tłumaczę: to nie jest gospodarstwo z jakąś odziedziczoną po dawnych czasach zabudową. Poza naszą chatką (4 x 6 m) i wiatą dla koni, nie ma tu żadnych zabudowań. Wieje jak Dyabli, a zimą jest naprawdę zimno - dobrych kilka stopni zimniej niż we wsi, kilometr dalej...

    Już nie pisząc o tym, że wszystkie "certyfikaty" to dodatkowe kontrole, szafy pełne kwitów i koszty - choćby dla "ekspertów". Gra nie warta świeczki. O wiele prościej jest jednak - znaleźć jakąś pracę.

    Zresztą: końmi zajmuję się ponad 20 lat, a wcale się nie uważam za eksperta. O owcach i królikach - nic Dalibóg nie wiem.

    W ogóle, jakoś małe zwierzęta do mnie nie przemawiają. Jak się nasze zołzy nie zaźrebią, to oczywiście wrócimy do projektu pt. "pensjonat dla koni". Nie mam też nic przeciwko trzymaniu paru zimnokrwistych klaczy na mięso i ewentualnie mleko (choć to bardzo trudne). A jeśli będzie stodoła i dodatkowe, solidnie ogrodzone pastwisko - to może przekonam Lepszą Połowę, że moglibyśmy latem podtuczać cielaki..?

    OdpowiedzUsuń
  3. Wołowina z pastwisk będzie pierwsza klasa, pod warunkiem dobrej genetyki. Jedynym problemem może się okazać popyt. Chodzi o znalezienie takiego odbiorcy, który zapłaci za lepszą jakość w porównaniu do byka pędzonego na koncentratach w oborze. W Polsce o takiego trudno. Lepsze knajpy importują wołowinę z zachodu, a przeciętny "kowalski" nie docenia jakości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do tej wołowiny to jeszcze bardzo daleko i wątpię czy w ogóle. Na krowach zresztą też się nie znam...

      Usuń
  4. Podziwiam Pana za odwage i wytrwałość

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...