środa, 14 marca 2012

Kronika kryminalna


Historyjka zasłyszana – jak zwykle zatem, nie biorę odpowiedzialności za jej prawdziwość. Zmieniam też pewne szczegóły, co by na donosiciela nie wyjść. Otóż właściciel pewnej firmy miał kłopot z sąsiadami. Nie podobało im się, że pewne przykro woniejące odpady miast oddać do (kosztownej) utylizacji – zakopał pod płotem.

Sąsiedzi chodzili, grozili, smęcili – w końcu przyjechała telewizja i sprawa się rypła: odkopali mu śmieci na wizji. Klapa, klęska, kompromitacja. Właściciel, nie w ciemię bity, zwalił wszystko na niesubordynowanych pracowników, którzy bez jego wiedzy i zgody tak postąpili. A, żeby na przyszłość podobnych wypadków uniknąć: zamontował na placu kamerę CCTV.

I nawet nie wie, biedak, z jakiej go to wybawiło opresji: otóż stróż nocny, co noc rozlewał z usytuowanych na tymże samym placu zbiorników ropę zaufanym, a spragnionym paliwa gospodarzom. Walnie w ten sposób łagodząc skutki kryzysu w okolicy, bo oczywiście, nie odprowadzał ani VAT, ani akcyzy, ani też – co jest niewątpliwie naganne – marży dla właściciela…


Nawet, jeśli to bajka, to życiowa. Nie ma w niej ani jednego pozytywnego bohatera, wszyscy zaś czują się poszkodowani. Jak w życiu.

Druga historyjka nie tak jest piękna, ale za to na pewno prawdziwa. Mamy oto run na bank. Konkretnie: na bank spółdzielczy w sąsiedniej wsi. Postawiono tam bowiem w stan oskarżenia jedną z urzędniczek (rzecz jasna, wieść gminna, jak to zwykle bywa, tokiem przewodu sądowego się nie przejmując, bez zastrzeżeń uznaje że pani ta, wcześniej bardzo lubiana i szanowana przez wzgląd na życzliwość dla petentów – jest bez wątpienia winna zarzucanych jej malwersacji…). Od tej pory, bank jest oblężony. Nawet nie chodzi o wycofywnie wkładów (mało kto u nas ma co wycofywać…) – po prostu: każdy kto nie rozumie pisma, które z banku dostał, albo uważa, że ma jakikolwiek inny powód – jedzie i zamęcza pozostałe panie urzędniczki i tak już zapewne nielicho przestraszone ostatnimi wypadkami. Najczęściej bezzasadnie…

W naszej chatce (nasza chata z kraja…) rozgrywają się natomiast kolejne sceny mysiego dramatu. Do tej pory parcie na chatę myszy przejawiały głównie jesienią. Tymczasem w tym roku – opędzić się od nich nie można. Ledwośmy z Sylwestrą na spółkę zlikwidowali parkę bezczelnych złodziei kocich chrupek, a już cała chatka trzęsie się nocami od pisków, tupotów (czy te myszy to z betami i bagażami się do nas wprowadzają..?) i pochrupywań.

Ja tam wprawdzie spałem w miarę twardo (nie ma jak porąbać drewna przed snem!), ale Lepsza Połowa skarży się, że oka nie zmrużyła. Spać nie mógł też nasz dzielny koćko koćkodan. Który jedną z myszy zadusił i nawet próbował pożreć (zaniósłszy pierwej – jako kulturalne zwierzę – mięso do swojej miski…). Co prawda, jako że dysponuje tylko jednym kłem z czterech „etatowych“ – udało jej się odgryźć i połknąć tylko łeb i przednie łapy. Reszta denata trafiła razem z popiołem z Herkulesa IV do dołu za chatką.

Lepsza Połowa suponuje, że takie parcie gryzoni na nasze gniazdo domowe to skutek żarłoczności Krystyny i obecności zabiegających o jej względy (na próżno, oba koćkodany są wysterylizowne przecież…) amantów: w chatce jest jeszcze dla myszy najbezpieczniej…

Zdjęcia sprzed tygodnia. Dziś pochmurno, mży i nie ma światła do fotografowania.

Sylwestra:
 

 
Krystyna:

 Amant (zwany przez nas „Białym“ – przychodzi ze wsi, nie tylko po nasze śmieci):
  
Krystyna z Białym:


1 komentarz:

  1. U nas też się lekko "zamysiło". Pewnej nocy jeden z kotów cztery razy przynosił zagryzionego gryzonia. Na szczęście teraz spokój... ale na jak długo?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...