czwartek, 22 marca 2012

Fałszywy alarm

Zerwałem się dzisiaj z łóżka trochę po 5.00 – a o 5.50 już nie tylko konie, ale i oba koćkodany były nakarmione, a ja kończyłem poranną toaletę. Co się stało?

Ano, wyrwał mnie z objęć Morfeusza hałas taki, jakby się stado czterokopytnych przez nasz Lasek przebijało. Nawiały! – pomyślałem – ani chybi nawiały!

Już po tytule posta wiecie jednak Państwo doskonale, że nie. Przez Lasek raczyło sobie przekicać stado trochę lżejszych wprawdzie (M., który widział je na Wielkim Padoku, po przeciwnej stronie drogi gdy rozrzucał nawozy, ocenia je na jakieś 50 – 60 kilo sztuka…), ale jak się okazuje – wcale nie mniej hałaśliwych przeżuwaczy. Ostatniego z chmary zdołałem cyknąć – jak Państwo powiększycie sobie te zdjątka, to może uda się Wam go dojrzeć za krzakami. Niestety, nim wybiegłem z aparatem, były już po drugiej stronie Lasku, nie mam teleobiektywu, a i światło było kiepskie, bo nasza dzienna gwiazda nie zdążyła jeszcze wzejść zza krzywizny planety:





Płot wokół planowanego ogródka trzeba będzie zrobić solidny… Prawdę pisząc to myślałem, że wystarczy powtykać w ziemię patyków w miarę gęsto i powiązać je sizalem, dodając – dla odstraszenia dzików – kawałków folii. Teraz nie jestem tego taki pewien…

Koniowate w tym czasie zachowały, jak zwykle zresztą, kamienny spokój: Ramzes z Szafranką obgryzali sobie spokojnie gałęzie, plon czyszczenia terenu pod wspomniany już ogródek, a piękny i dzielny koń Lepszej Połowy, pętał się nie wiadomo po co. Albo i drzemał na środku. Reszty nie widać, bo demolowały właśnie magazynową część wiaty, zerwawszy z zaczepów belkę, która dostąpu do niej broni. Ale zaraz wylazły, więc już dałem im śniadanie:



Ze spraw bieżących: „Najwyższy Czas!“, co było skądinąd łatwe do przewidzenia, bo zawsze „biorą“ teksty o seksie (nie ma lepszego tematu dla konserwatywnego tygodnika opinii…) – puścił był w ostatnim numerze moje „Ius primae noctis“. Po sąsiedzku dając pana Jakuba Wozińskiego tekst o estetyce przestrzeni miejskiej. Polemizowałem już z panem Wozińskim na temat pańszczyzny. W „NCz!“, pełni on funkcję „dyżurnego libertarianina“. Jako taki zdaje się ucieleśniać wszystkie wady tej wysoce spekulatywnej formacji intelektualnej. Co i w pomienionym tekście bez pudła widać!

Libertarianie szczycą się tym, że nie poznają świata: podobnie jak marksiści, od razu bowiem, biorą się do jego zmieniania. Najczęściej – bez sensu, bo i tak nic z tego nie będzie, gdyż ich pomysły, tak samo jak pomysły marksistów, idą wbrew przyrodzonym skłonnościom ludzkim. Co czyni ich mniej niebezpiecznymi, to przynajmniej, że jak na razie odżegnują się od wprowadzania tychże pomysłów przemocą – dzięki czemu są i pozostaną tylko intelektualną ciekawostką, wszak dobrowolnie nikt się na wprowadzenie liberatarianizmu nigdzie nie zgodzi…

W każdym razie, połączenie monstrualnego przekonania o własnej wyższości moralnej (to cecha wspólna z marksistami właśnie – skoro dąży się do celu tak wielkiego, to jego wielkość udziela się dążącym – nieprawdaż..?), skłonności do budowania nader subtelnych, a oderwanych od rzeczywistości konstrukcji myślowych oraz pospolita wśród przekonanych ideowców ślepota sprawiająca, że rzeczywistość dawna czy obecna, dociera do nich osobliwie zniekształcona (moim zdaniem: zubożona – ale z tym sądem, żaden prawdziwie wierzący się nie zgodzi!) – daje nader zabawne efekty.

I tak, pan Woziński który kilka tekstów temu, polemizując ze mną przyrównywał gospodarkę folwarczno – pańszczyźnianą do GUŁAGU, a naszych sarmackich przodków do właścicieli niewolników – teraz nagle odkrywa w tej niechlubnej przeszłości jasny element: miasta bowiem oto, miały swoich prywatnych właścicieli! Którzy dbali o ich estetykę i mogli je, w razie potrzeby, zakładać i likwidować – dzięki czemu miejska siatka osadnicza nie tylko lepiej dostosowywała się do rzeczywistych potrzeb, ale i estetyka tak powstających osiedli wytrzymała próbę czasu, czego o obecnych w tej materii dokonaniach powiedzieć w żadnym razie nie można.

Pan Woziński, rzecz jasna, nie zadał sobie przy tym trudu, aby przestudiować (a temat ten nie jest żadną tajemnicą, wystarczą do tego ogólnie dostępne podręczniki – no, może Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Słupsku, jeśli coś o historii wydała, to bym omijał – spotkałem kiedyś na konferencji w Krakowie pracownika naukowego stamtąd, który wychwalał średniowieczne cechy za walkę z partaczami na gruncie… obrony praw konsumentów!) jak rzeczywiście wyglądał samorząd miejski i relacje między mieszczanami, a właścicielami miast. Że nie zadał sobie tego trudu poznajemy chociażby po tym, iż kompletnie myli mu się pojęcie „miast czynszowych“.

Otóż wyjaśniam panu Wozińskiemu, że w Wielkim Księstwie Litewskim zwłaszcza, sporo było takich miast prywatnych, których mieszkańcy odrabiali tak przez niego nielubianą pańszczyznę. I te miasta „czynszowymi“ siłą rzeczy – nie były – inne zaś, w których mieszkańcy płacili panu rentę pieniężną, właśnie nazywano „czynszowymi“.

Skądinąd owe „miasta pańszczyźniane“ (słowo „miasta“ wymaga tu cudzysłowia, bo nie były to osady ani wielkie, ani murami otoczone, ani też – ich mieszkańcy bynajmniej nie trudnili się typowo „miejskimi“ zajęciami jak handel czy rzemiosło, tylko zwyczajnie – pracowali na roli…) to dość ciekawe zjawisko. Upowszechniły się po katastrofach połowy XVII wieku, dla Litwy bodaj jeszcze bardziej niszczących niż dla Korony („pobyt“ wojsk cara Aleksego Michajłowicza na Litwie do przyjemnych dla jej mieszkańców nie należał…). Ponieważ dobra ziemskie zostały spustoszone i wyludnione, trząsące Litwą rody Paców, Sapiehów i Radziwiłłów starały się przyciągnąć osadników, którzy na nowo zagospodarowaliby opuszczone folwarki. Panowie ci konkurowali ze sobą (na sam koniec XVII wieku doszło zresztą do wojny domowej miądzy nimi…) – i starali się oferować osadnikom jak najlepsze warunki. Ponieważ konwencjonalna „wolnizna“, czyli zwolnienie na jakiś czas z powinności pańszczyźnianych już w tak trudnej demograficznie sytuacji nie wystarczała – poczęli lokować nieco fikcyjne „miasta“, których mieszkańcy tym tylko się różnili od mieszkańców okolicznych wsi, że odrabiając, w zamian za przyznane im działki ziemi pańszczyznę – zachowywali, jako „mieszczanie“ wolność osobistą i mogli dowolnie, a nie tylko raz do roku i po spełnieniu dość surowych warunków – przenosić się gdzie indziej…

Jeszcze na marginesie, w warunkach owych zniszczeń wojennych doszło do znacznej dewaluacji waluty kruszcowej na terenie Najjaśniejszej (stąd „dobry żart tynfa wart“…) – o tyle ciekawej, że w ramach rozliczeń wewnętrznych w ogołoconej z żywej monety gospodarce Najjaśniejszej, nie spowodowało to aż tak dramatycznej inflacji, jak można by oczekiwać – a tylko zdolność szlachty do importu dóbr zagranicznych dość drastycznie spadła. Podobnie jak atrakcyjność rent pieniężnych dla właścicieli dóbr ziemskich…

Zresztą: jeśli nawet mieszkańcy tego lub owego miasta prywatnego dalej płacili swojemu panu czynsz, a nie obrabiali mu folwarczne pola – to fakt, że płacili czynsz ani nie był dowodem na to, że nie byli właścicielami swoich kamienic i działek (ależ byli, mogli je sprzedawać, kupować, zastawiać, dzielić – dowolnie, swojego pana ani się o pozwolenie nie pytając…), a właściciel mógł ich z dnia na dzień wyrzucić, miasto „likwidując“ (bo nie mógł…) – ani też, w żaden magiczny sposób nie przekładał się na dbałość lub brak dbałość o domy i mury. Czynsz pieniężny lub renta odrobkowa – to były po prostu mniej lub bardziej równoważne (zależnie od lokalnych warunków) sposoby realizacji przysługujących seniorowi praw zwierzchnich do ziemi, posiadanej przez jego poddanych.

Wracając jednak do meritum sprawy. Uważam, że pan Woziński myli się dramatycznie widząc w „prywatnej własności miast“ (to też trzeba brać w cudzysłów, bo zaiste! Niewiele miała taka własność wspólnego z naszym potocznym o niej dzisiaj wyobrażeniem…) panaceum na estetykę substancji miejskiej. Owszem, jest kilka przykładów na to, że właściciel z wizją i zamiłowaniem, mógł zostawić po sobie potomności prawdziwą perełkę – Zamość Jana Zamoyskiego jest tego najlepszym przykładem.

Najczęściej jednak, właściciele miast aż tak bardzo się ich zabudową nie interesowali. I tak ładne się budowały, co każdy dziś widzi! Dlaczego? Z przyczyn, które pan Woziński wymienia na samym początku swojego artykułu, podając katalog rzekomych przewag naszej współczesnej technologii nad dawną: ponieważ podówczas dysponowano gorszymi materiałami, gorszym sprzętem i gorszymi specjalistami!

Ta bieda, jak prawie każda inna bieda – była przyczyną sprawczą geniuszu. Budując z drewna, cegły i kamienia łączonego naturalną zaprawą z wapna i jajek kurzych (na ten przykład), z minimalnym użyciem drogiego żelaza – niepiśmienni często majstrowie posługujący się najprostszym pionem ze sznurka i ciężarka, najprostszą poziomicą (czyli „waserwagą“), kielnią, młotkiem i drewnianą taczką: musieli swoje zadanie realizować albo doskonale – albo wcale. Przez co formy, które im „wychodziły“, bliskie były – w porównaniu do możliwości dzisiejszych – natury, intuicyjnie zatem, odbieramy je jako przyjazne, ludzkie, zrozumiałe.

Nie było podówczas szkół dla architektów, a sama sztuka architektoniczna sztuką właśnie była – istniały, oczywiście, opracowania teoretyczne (już w starożytności zresztą…), był system kształcenia (mistrz uczył swoich czeladników): generalnie jednak, sztuka ta ewoluowała małymi kroczkami, gromadząc doświadczenia przez wieki. Dzięki czemu dostępne lokalnie materiały wykorzystywano do granic ich fizycznych możliwości – a kąty nachylenia dachów i sposób rozmieszczenia okien był optymalnie przystosowany do miejscowego klimatu i potrzeb mieszkańców. Bieda, doświadczenie, wyzwanie – to są recepty na estetyczny sukces.

Nowe materiały wynalezione w końcu XIX wieku, a rozpowszechnione w wieku XX: zbrojony beton, wytrzymałe szkło, potem tworzywa sztuczne i prefabrykaty – w połączeniu z dopracowaną matematycznie statyką brył – dały dzisiejszym architektom zupełną niemal wolność. Mogą budować co im się żywnie podoba – a nie, co natura im dyktuje. No i teraz powstaje – jak rozumiem, dla libertarianina raczej niewygodne – pytanie: na jaką cholerę nam tam wolność – skoro jej skutkiem są głównie potworki coraz to potworniejsze..?

7 komentarzy:

  1. Szczegół: pisałeś, że chłop nie był "niewolnikiem" należącym do pana, lecz był "przypisany do ziemi" - czy jakoś tak. Wobec tego jak nazwać niemożność opuszczania wsi bez zezwolenia? Czym mogło samowolne opuszczenie wsi skutkować?

    OdpowiedzUsuń
  2. Kira, niewolnictwo sugeruje stosunek pana jako wlasciciela chlopa, z ktorym mozna bylo zrobic co sie chce (tak jak dzisiaj Ty mozesz zrobic wszystko co Ci sie tylko podoba np. ze swoim rowerem, czy guma do zucia).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli nie niewolnictwo, a poddaństwo. Kwestia terminologii, tak?

      Usuń
  3. Tak, chłopi byli poddanymi swych panów. Nie jest to jednak tylko kwestia terminologii, choćby z tego powodu, że po spelnieniu okreslonych warunków mogli swego pana opuścić (czytaj wypowiedzieć umowę).

    Zauważ, że w dzisiejszych czasach działa to podobnie - osoby zatrudnione w firmach nie mogą sobie ot tak sobie pojechać na miesiąc na wakacje - muszą poprosić o pozwolenie... Czy jest to niewolnictwo? To już kwestia nastawienia.

    Jacek pisal o "wyzysku" chlopow pańszczyźnianych tutaj:
    http://boskawola.blogspot.co.uk/2010/03/jak-to-z-wyzyskiem-panszczyznianym-byo.html

    OdpowiedzUsuń
  4. Współcześni pracownicy mogą rzucić pracę - od razu lub z wypowiedzeniem. I nie muszą się w ogóle tłumaczyć. Konsekwencje są czasami, ale chyba rzadko prawne (o ile w grę nie wchodzi jakaś specjalna umowa). Tak więc nie można tego w żaden sposób porównywać z prawem do opuszczania wsi przez jednego chłopa rocznie i to za zezwoleniem.

    OdpowiedzUsuń
  5. a jak powstała Ukraina czy raczej tzw. naród ukraiński, Kozaczyzna? Przecież to byli właśnie chłopi, którzy rzucili "pracę" z dnia na dzień i szukali wolności

    OdpowiedzUsuń
  6. Oczywiście że legalne opuszczenie wsi przez chłopa było trudne. Nawet: bardzo trudne - a z czasem: coraz trudniejsze.

    Co nie przeszkadzało, że jeśli właściciel, kolokwialnie pisząc "przegiął" - chłopi prawem się nie przejmując, zmieniali pracodawcę. Czasem nawet całymi gromadami, co mogło szlachcica w jedną noc do ruiny doprowadzić. Wcale przy tym nie musieli od razu wiać na Ukrainę (daleko i niebezpiecznie!). Starczyło znaleźć po sąsiedzku bogatego, a hardego magnata z prywatną armią, który o pochodzenie osadników nie pytał.

    Ściganie zbiegów było prywatną sprawą poszkodowanego. Policja nie istniała - a, chociaż oficjalna rekrutacja żołnierzy w dobrach prywatnych była surowo zakazana, jeśli zbieg zaciągnął się do wojska, hetmani raczej na szukanie go w szeregach nie pozwalali (i stąd wyjątkową dupą okazał się Kościuszko, który przy jednej okazji oddał zbiegłego chłopa panu wprost z placu ćwiczeń...), a i na pomoc wojska w pościgu za zbiegami, nie było co liczyć - o ile nie wiali do Chmiela, rzecz jasna.

    To się zmieniło wraz z zaborami. I również dlatego zabory gwałtownie i drastycznie pogorszyły położenie chłopów w Polsce: nie dało się już uciec, system przestał się sam automatycznie regulować - a że obciążenia podatkowe wzrosły wielokrotnie, ceny na zboże spadły, chłopów poczęto brać w rekruta - panowie docisnęli śruby ile się dało. Po czym zaborcy przeszli na ręczne sterowanie, wydając specjalne ustawodawstwo chroniące chłopów, bo już od nadmiaru pracy i braku pożywienia, poczęli marnieć tak, że i na kanonenfutter trudno było ich brać...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...