poniedziałek, 5 marca 2012

Co to jest „dobrobyt“?

Sobotę spędziliśmy na męskich rozmowach, takich o życiu i śmierci – z Wojtkiem, który odwiedził nas po drodze z Wysp w strony rodzinne. Jednym z najważniejszych tematów, jaki pojawił się w naszej rozmowie, była kwestia „dobrobytu“: rozumianego przede wszystkim jako swoboda wyboru, w tym – wyboru nonkonformistycznego. A więc takiego, który narusza więzi młodego człowieka z jego własną rodziną.

Na przykład, kiedy taki młody, obiecujący człowiek buntuje się przeciw matriarchalnej atmosferze rodzinnego domu i na dodatek jeszcze – robi coś dziwnego i niezrozumiałego dla starszych zamiast podążyć przetartą i wytyczoną ścieżką przez życie, kończąc studia, znajdując pracę w jakimś urzędzie czy korporacji, biorąc 30-letni kredyt na mieszkanie, żeniąc się i płodząc dzieci, by na koniec umrzeć i zanieczyścić swoimi nie rozkładającymi się od nadmiaru konserwantów w żywności zwłokami miejscowy cmentarz.

Poniekąd, mam wrażenie, że ten rodzaj nonkonformizmu jest „w najbliższym otoczeniu internetowym“ aż normą – bo i kolega Racjonalnie Oszczędzający nieraz się na niezrozumienie swoich życiowych wyborów przez otoczenie skarżył, a i sam jestem niewątpliwie dobrym przykładem złego przykładu jak chodzi o trzymanie się rodziny, o stronach rodzinnych które zdradziłem i do których wcale mnie nie ciągnie – nie wspominając.

Bynajmniej nie twierdzę, że to co robię jest dobre. Można być nonkonformistą (nonkonformizm w naszej przynajmniej kulturze na ogół jest oceniany pozytywnie, nie ma się więc czego wstydzić – co innego w Chinach, a podobno też i na Zachodzie..?) i mieć wspaniałe relacje z rodzicami, rodzeństwem, cudowną żonę i dzieci. Nawet, powiedziałbym, że podążanie własną ścieżką a mimo to zachowanie takich relacji – pomimo nieuniknionych rozczarowań jakie brak etatu, emerytury i wnuków utrudzonym rodzicielom przysparza – dowodzi niejakiej dojrzałości. Chciałbym tak umieć! Niestety: kompletnie mi to nie wychodzi. Głównie zresztą dlatego właśnie, że moje matriarchalno – socjalistyczne wychowanie, w ramach którego główny nacisk położony był na unikanie konfrontacji, podporządkowanie, dbałość najpierw o interes rodziny, a dopiero potem o całą resztę – sprawia, że do tej pory jest mi bardzo trudno powiedzieć, że czegoś chcę. Odruchowo próbuję raczej odgadnąć czego pragną inni i spełnić te ich pragnienia – co najczęściej jest niemożliwe i rodzi tylko niepotrzebne żale.

Skądinąd jednak – zjawisko to samo w sobie jest dość ciekawe. Zgodziliśmy się z Wojtkiem, że jest to – kto wie czy nie najważniejszy? – objaw i oznaka dobrobytu. „Koszt“ (nie tylko pieniężny!) takiego buntu jest obecnie relatywnie niski. Nie grozi śmiercią głodową. Nie grozi nawet brakami w podstawowym zaopatrzeniu – bo nie jest już tak, jak było za słusznie minionego systemu, że kto nie miał brata, siostry, kuzyna czy bodaj kochanki w GS-ie, ten przechodził z konieczności na dietę bezmięsną, a tyłek podcierał gazetami, bo na zaopatrzenie w towary deficytowe bez znajomości, a chociażby – bez współpracy kilku członków rodziny „obskakujących“ kilka kolejek – nie było szans.

W pewnym sensie oznaką dobrobytu jest i to, przeciw czemu się buntujemy: uładzony etatystyczno – korporacyjno – matriarchalny światek, woniejący stęchłym ciepełkiem, bez konfliktów, bez ambicji, bez celu – innego, niż zanieczyszczenie nie rozkładającymi się od nadmiaru konserwantów w żywności zwłokami najbliższego cmentarza. Tu jednak – wiele zależy od układu odniesienia. To prawda że fundamenty obecnego dobrobytu założyli śmierdzący krwią i potem, nieogoleni mężczyźni przedzierający się przez góry i dżunglę w pogoni za złotem, sławą i zbawieniem duszy (niekoniecznie w tej kolejności…). Jednak: to było dawno temu. Nawet, jeśli obecny uładzony etatystyczno – korporacyjno – matriarchalny, itd., itp., światek – nie jest już twórczy. Nawet, jeśli sama natura stęchłego ciepełka w którym się nurza wyklucza zdolność do energicznej odpowiedzi na nagłe pogorszenie się warunków zewnętrznych (cokolwiek by nie było tego pogorszenia się przyczyną). Nawet, jeśli jest w nim więcej niesprawiedliwości i gwałtu niż w najgorszych czasach rozbuchanego testosteronu (tyle, że jedno i drugie ukryte jest pod grubymi pokładami obłudy…). Nawet więc, jeśli to wszystko istotnie jest prawdą – to i tak nagromadzonego bogactwa, odkryć które mogą jeszcze bardziej ułatwić życie, a nie zostały do tej pory wykorzystane w praktyce itd. – wystarczy jeszcze na wiele pokoleń.


Tak więc: istnienie owego etatystyczno – korporacyjno – itd., itp., światka – i jest i nie jest oznaką dobrobytu. Jest, bo oczywiście – nie byłoby socjalizmu ani matriarchatu, gdyby wcześniej nie zaistniał dobrobyt. Nie jest – bo tak naprawdę wszystko to idzie siłą rozpędu. I może tak iść – naprawdę długo!

Natomiat łatwość kontestacji oznaką dobrobytu jest w całej rozciągłości. Łatwość ta, to nic innego, jak świadectwo, że nasz etatystyczno – itd., itp., światek – wciąż może sobie pozwolić na łagodność. Wykraczających przeciw panującym w nim regułom – traktując z umiarkowaną surowością.

Oczywiście, jeśli dobrobyt się skończy – i wrócimy do czasów kolejek po mięso, papier toaletowy i wyroby czekoladopodobne w opakowaniu zastępczym: to i cała ta łagodność się skończy jak ręką odjął. I znów zaczną za nonkonformizm brać w kamasze, wsadzać do psychuszek, względnie – przesiedlać w Bieszczady (o ile nie gdzieś dalej…). A biorąc pod uwagę, że ortodoksją nowej odmiany socjalizmu, która nam zapanuje, nie będzie raczej przaśny leninizm, tylko raczej – tęczowa „femi-tolerancja“: najpewniej będą po prostu kastrować. Co Wojtek – biorąc pod uwagę tezy jakie stawia na swoim blogu – jeśli kiedykolwiek „femi-tęczowi“ dorwą się do władzy: ma jak w banku! Jak w Europejskim Banku Centralnym dokładnie…

8 komentarzy:

  1. Co ma swiat etatystyczno-korporacyjny do matriarchatu? Zaczal sie, rozwijal i rozkwitl w czasach, kiedy kobiety mialy g. do powiedzenia w polityce oraz zarzadzaniu na wyzszych szczeblach, gdzie ich dochody byly nikle a wlasnosc tez, zas do ich tradycyjnych rol (do dzis tak jest np. w Japonii, na Tajwanie, Korei) nalezalo zajmowanie sie domem i wychowywanie dzieci.

    Przypominam, ze o ile w takich np. Wloszech tradycja tzw. "mamisynstwa" jest szeroko rozpowszechniona, to w USA dzieci usamodzielniaja sie po pojsciu do collegu i to jest mniej-wiecej wiek "wyjscia z domu".
    A nigdzie kultura korporacyjna nie jest tak silna jak w USA. Gdzie tu jakis "matriarchat"?

    Przypominam:
    matriarchat to ustroj spoleczny i polityczny w ktorym wladze sprawuja kobiety i do nich nalezy ogromna wiekszosc wlasnosci.

    Jesli miales cos innego na mysli to uzywaj innych terminow i nie wprowadzaj pomięszania z poplątaniem.

    OdpowiedzUsuń
  2. XIX-wieczna definicja "matriarchatu" na którą się powołujesz jest archaiczna: to mit, nigdzie i nigdy w dziejach świata takiego ustroju nie było! Takim samym mitem są znane od starożytności amazonki...

    Natomiast kultura "etatystyczno - korporacyjna", od samego początku swego istnienia - w Chinach, czy w Bizancjum na ten przykład - jest kobieca. W tym sensie, że promuje zachowania i wartości kobiece: oportunizm, uległość, dostosowanie się, unikanie konfliktu.

    Przeciwieństwem kobiecej - czyli w tym właśnie sensie: "matriarchalnej" kultury etatystyczno - korporacyjnej, jest męska kultura wojowników. Powstała w czasie II rewolucji neolitycznej, czyli rewolucji "picia i powożenia", kiedy to pijani piwem i somą wojwonicy dosiedli rydwanów i podbili świat. Pisałem o tym ongiś - ale już nie pamiętam, to chyba tylko w "KT" poszło... OK: skrobnę coś na ten temat obszerniej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, że baby są najczęściej oportunistkami, nie oznacza, że oportunizm to tzw. wartość kobieca.
      A co do Amazonek... chyba się mylisz. ;) Muszę to sprawdzić.

      Usuń
    2. Sprawdzaj, sprawdzaj - nie mylę się, niestety :-)

      Usuń
  3. Tylko, ze ta definicja wymyslona w XIX w. nadal jest mniej-wiecej uzywana w jezyku w takim wlasnie znaczeniu. To, ze cos jest mitem nie ma nic do rzeczy - w koncu daje sie w jezyku opisac mitologie, rozowe smoki i butelkowce - czy to znaczy, ze skoro nie istnialy nigdy desygnaty, absolutnie nie powinno sie uzywac pojec?

    A szanowny Pan jak widze coraz dalej posuwa sie w zaklinaniu rzeczywistosci przy uzyciu metod szeroko wykorzystywanych przez komunistow tj. zaczynajac od zmiany jezyka i wprowadzajac nowe znaczenia do pojec juz znanych.

    OdpowiedzUsuń
  4. A jakąż to ja niby rzeczywistość zaklinam..? Nie jestże kutlura etatystyczno - korporacyjna zniewieściała, kobieca i przez to właśnie: matriarchalna, bo męski pierwiastek w mężczyznach niszczy, torując tym samym drogę rządom kobiet - na początek: w domach rodzinnych i wychowaniu dzieci..?

    OdpowiedzUsuń
  5. Racja Jacku. W skrajnym przypadku co najwyżej zostałbym pominięty w dzieleniu spadku. Żyć mogę sobie cały czas bez pomocy rodziców, bo w takim (relatywnie rzecz biorąc do naszych przodków) dostatku opływam!

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiesz, jakbym miał na oku jakiś spadek wart dzielenia, to bym może i miewał dylematy co robić, a czego nie robić. Ale tak..?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...