sobota, 25 lutego 2012

Własność

Kiedyśmy wiele lat temu przygarnęli Sylwestrę kot, już po przejściu wszystkich zabiegów weterynaryjnych i higienicznych dzięki którym z dzikiego kota podwórzowego stała się kotem domowym, okazał się niemożliwym do zniesienia współmieszkańcem 20-metrowej kawalerki na ulicy Bagno w Warszawie, którą podówczas wynajmowaliśmy. Dnie spędzała ukryta pod brodzikiem (nie nazwę tego sprzętu szumnym określeniem „wanny“…) lub pod łóżkiem, a za to całymi nocami wciąż od nowa, z prawej na lewą i z lewej na prawą – zwiedzała swoją tak nagle ograniczoną przestrzeń życiową rozgłośnie zawodząc. Próbowaliśmy różnych metod: ponieważ uspokajanie kota, włącznie z próbami przekupstwa żarciem, nic nie dawało, sprawiliśmy sobie zatyczki do uszu, w ten sposób próbując odciąć się od nieustannego miaukotu. I to jednak – niewiele dawało!

Pewnego dnia przynieśliśmy z jakichś zakupów karton. Taki, jakiego używa się do pakowania drobnych produktów żywnościowych typu serki, masełka, itp. Nie za wysoki, nie za duży. Kot, który pilnie obserwował tę scenę spod łóżka, stanowczym krokiem objawił się w jasnym świetle dnia, czego nie zwykł był robić do tej pory – po czym nie mieszkając zawłaszczył kartonik, zajmując go w całości własnym jestestwem. Nocne miaukoty (za wyjątkiem jednej – na ogół, chyba, że się coś wyjątkowego wydarzy – przerwy na śródnocny posiłek – ale do tego, to się już przyzwyczaiłem…) ustały jak ręką odjął – kot pilnował swojego kartonika, który stał mu się bezpieczną przystanią na tym pełnym wrogów łez padole…

Minęły lata – w tej chwili, jak sądzę, dla Sylwestry „kartonikiem“ to my jesteśmy: nie wykazuje bowiem szczególnego przywiązania do żadnego konkretnego sprzętu w naszej chatce, kartoników (zużywały się po jakimś czasie…) od dawna jej już nie dajemy, ale za to – wpada w histerię, gdy jednego z nas nie ma dłużej w domu.

Jak Państwo zapewne zauważyliście, stałą metodą rozumowania jakiej tu używam jest znajdowanie dla zachowań ludzkich analogii ze światem zwierzącym – i szukanie, w ten sposób, zwierzęcej przeszłości człowieka. Czy z tego wynika, że jestem zaprzedanym ewolucjonistą i P.T. Czytelnicy o kreacjonistycznych przekonaniach powinni ten blog omijać jak zapowietrzony..? Mili moi: jestem zaprzedanym czytelnikiem Mistrza Lema który faktycznie – fanatycznym ewolucjonistą był. Ze wszystkim, obcując na co dzień ze zwierzętami – nie znajduję żadnej nieprzebytej przepaści między „człowieczeństwem“, a „zwierzęcością“. Niczego, co by w oczywisty sposób dowodziło, że przejście między pierwszym a drugim ma charakter nieciągły, dyskretny – a nie jest li i jedynie różnicą stopnia, różnicą przy tym – skalowalną w ramach pewnego kontinuum. Jeśli zatem Pan Bóg tchnął w jedno ze zwierząt nieśmiertelną duszę – to fakt ten, wedle moich obserwacji, pozostaje bez najmniejszych obserwowalnych konsekwencji jak chodzi o takie mierzalne czynniki jak inteligencja, empatia, zdolność odczuwania emocji i nawiązywania więzi społecznych. Wszystkie te cechy człowiek posiada w stopniu najwyższym spośród znanych zwierząt – ale inne też je posiadają! Nawet mowa nie jest wcale zjawiskiem tylko człowiekowi właściwym – zapewniam Was, że trudno o gadatliwsze stworzonko od naszej Sylwestry i sądzę, że niejedną kobietę by przegadała!

wciąż zestresowana Sylwestra pod łóżkiem

i pełen relaks we "własnym" kartoniku

o, proszę

można i w tę stronę...

a, idąc za ciosem: Sylwestra z Pajacem (Kultury...)
oraz Sylwestra na Lodzie. Dukaja...

Skądinąd Pan Bóg nie zwykł pozostawiać widomych śladów swoich interwencji – nieprawdaż..? Bo cóż by zostało z wolnej woli, gdyby dało się prostą obserwacją, bez żadnych aktów strzelistych i doświadczeń mistycznych stwierdzić: tak, zostaliśmy stworzeni..?

Czytam sobie właśnie, po kilkuletniej przerwie Adama Krzyżanowskiego „Raj doczesny komunistów“. Jeśli kogoś z Państwa odstrasza ogromniasta cegła „Głównych nurtów marksizmu“ Kołakowskiego, to zarys najważniejszych gałęzi ewolucyjnych tej religii (przecież nie nauki…) i u Krzyżanowskiego znajdzie – włącznie z kanoniczną, moim zdaniem, analizą osobowości i przekonań kolejnych capo di tutti capi, względnie padrone zawodowych uszczęśliwiaczy ludzkości.

Tutaj chciałbym się zająć jednym tylko z aspektów tego złożonego zagadnienia – własnością.

Jak dla mnie nie ulega najmniejszej wątpliwości, że własność jest wspólną „instytucją“ wszystkich zwierząt terytorialnych. Tak samo jak Sylwestra (koty są terytorialne…) zawłaszczyła kartonik i z tej swojej „własności“ czerpała poczucie bezpieczeństwa, tak samo jak stada koników polskich podzieliły między siebie terytorium rezerwatu w Popielnie i jedno stado raczej nie wkracza na terytorium drugiego – tak też i ludzie ZAWSZE posiadali własność. Zawsze. Nie było żadnego „pierwotnego komunizmu“, żadnej tam „wspólnoty pierwotnej“, czy innych dyrdymałów wymyślonych przez chodzących z głowami w chmurach filozofów z czasów najgłębszego upadku filozofii, czyli z „wieku oświecenia“. Własność, poczucie własności – to jest element zwierzęcej natury człowieka (dla ewolucjonisty: element natury ludzkiej jako takiej…). Bez własności – ludzkość istnieć nie może. Zresztą, o tym już pisałem – przedstawiając na wynikach konkretnych badań antropologicznych, jak absurdalnym pomysłem jest mit „wspólnoty pierwotnej “.

Wie to chyba zresztą każdy czytelnik Karola Maya – nieprawdaż..? No bo co się działo, kiedy członkowie plemienia Komanczów postanowili zapolować na bizony na terytorium uważanym za własne przez plemię Apaczów. No co..? Ano, moi drodzy – wybuchała wojna… Tak samo jak wojna wybucha, gdy ogier Nacios zapędzi się w poszukiwaniu słodkiej trawy na terytorium uważane za własne przez ogiera Osowca (przykład abstrakcyjny, bo nie pamiętam już, czy te dwa żyły w tym samym czasie w Popielnie, czy nie…), względnie – postanowi zapłodnić jedną z „jego“ klaczy… XVIII-wieczne lekkoduchy opisując jak to „dzicy“ traktują ziemię jako „wspólną własność wszystkich dzieci Boga“, z której każdy może czerpać dowoli – mylą brak hipoteki i aktów notarialnych z brakiem własności.

Właśnie odkryliśmy w naszej chatce bezczelną, o pomstę do Niebios wołającą kradzież! Otóż spod szafy wybiegła mysz. Lepsza Połowa dokonując oględzin miejsca pojawienia się myszy odkryła że ta… przegryzła opakowanie i dobrała się do zapasu kocich chrupek! Mina Sylwestry, gdy to zobaczyła – bezcenna..! Niestety: rozładowała się nam bateria w aparacie, nie pokażę tego Państwu na zdjęciu… W każdym razie: nie daję tej myszy za wiele żywota – są pewne granice, których przekraczać nie wolno…

Samo stwierdzenie, że „wspólnota pierwotna“ to mit i że żadnego komunizmu nigdy nie było, nie ma i nigdzie nie będzie – bo jest to po prostu gwałt na naturze ludzkiej i zwierzęcej -  to jest jeszcze względnie trywialna konkluzja. Bardziej mnie dzisiaj interesują dalsze konsekwencje tego stanu rzeczy.

Jak widzimy na przykładzie Sylwestry – tudzież na przykładzie Komanczów i Apaczów, a także ogiera Nacios i ogiera Osowiec – istnieje silna korelacja pomiędzy „poczuciem własności“, a „poczuciem bezpieczeństwa“. To naturalne. Po to zwierzętom terytorialnym terytorium – żeby mieć pewność przetrwania. Terytorium to bowiem określone zasoby, których można używać w celu podtrzymania życia, schronienia i przedłużenia gatunku.

Oczywiście ani Sylwestra, ani Komancze i Apacze, a już na pewno nie ogiery walczące ze sobą w rezerwacie w Popielnie (ogiery są w ogóle dość tępe…) nie rozumują w ten sposób. Połączenie własności z bezpieczeństwem działa na poziomie odruchowym, świadomości bynajmniej nie angażującym.

Stąd – przywiązanie do rzeczy – do miejsc – nawet: do instytucji. Każdy może mieć – i zwykle ma – coś „własnego“ nawet, jeśli nie ma na to założonej hipoteki i aktu notarialnego. Koniec końców nawet mieszkając w wynajętej kawalerce – można się przecież przywiązać do miejsca, traktując je jako „własne“ – nieprawdaż? Jest to ten sam sentyment, to samo uczucie, ta sama potrzeba! Będąc najemnym pracownikiem wielkiej firmy, fanem klubu piłkarskiego w którym bynajmniej nie mamy udziałów – nie tylko zaspokajamy naturalną dla zwierząt społecznych potrzebę przynależności do grupy, ale i – naturalną dla zwierząt terytorialnych potrzebę posiadania „obsikanego“, „zaznaczonego“ terytorium: wszak wielka firma ma swoje hale fabryczne czy biura, a klub – ukochany przez fanów stadion…

Brak takich widomych, materialnych „punktów ciążenia“ wokół których organizuje się indywidualne i społeczne życie człowieka, czyni z człowieka inwalidę. Wielu „zawodowych rewolucjonistów“ (choć bynajmniej nie wszyscy…) to właśnie tacy inwalidzi – a brak przywiązania do miejsca jakoś tam przyczynia się do ogólnego pokręcenia psychicznego takich indwiduów. Ostatecznie – nawet koczownicy zazwyczaj koczują przemieszczając się mniej lub bardziej regulanie po mniej – więcej stałej trasie, gdzie mają swoje święte góry, kurhany przodków, rzeki, pastwiska, względnie (gdy mówimy o koczownikach współczesnych): śmietniki, punkty skupu, jadłodajnie i węzły sieci cieplnej!

Podstawa instytucji własności jest więc nie tylko pradawna, instynktowna i naturalna – ale też: irracjonalna. Jak wszystkie nasze paleolityczne instynkty, które nie nam i naszemu zadowoleniu z życia – a przekazaniu dalej samolubnego genu służą, ani się troszcząc o los jego chwilowego tylko nosiciela… Stąd uprawnionym jest, rzecz jasna, zadawanie przez owego „chwilowego nosiciela“, którego indywidualne zadowolenie z życia nie ma najmniejszego znaczenia dla przyszłości gatunku – pytań. Z tym, że na ogół nie ma na takie pytania odpowiedzi.  W każdym razie – innych niż takie, które jednak wymagają aktów strzelistych i doświadczeń mistycznych…

Owa zwierzęca geneza instytucji własności czyni jej ściśle racjonalną i rozumową analizę bezprzedmiotową. Ściśle racjonalnie i rozumowo podchodzi do własności tylko kupiec, który traktuje własność jak towar – dobro, które nabył i zamierza jak najszybciej i z jak największym zyskiem zbyć. W każdym innym przypadku – pojawiają się emocje.

To dlatego tak dobrze się żyje (na ogół…) deweloperom: ludzie kupujący mieszkania w większości (oczywiście nie wszyscy…) – nie kupują towaru, tylko swoje wymarzone „gniazdo rodzinne“, „bezpieczną przystań“, miejsce gdzie spłodzą i wychowają dzieci. To jest pewna niewymierna, „wartość dodatkowa“, za którą miliony gotowe są płacić dożywotnią niewolą w służbie bankierów. Jest to zapewne nieracjonalne – ale nic na to się nie da poradzić.

Dożywotnia niewola w służbie bankiera to najbardziej niszczący – współcześnie – aspekt własności. Jednak owa irracjonalna własność ma też aspekt twórczy. O swoje – dba się. Często – ponad racjonalną i rozsądną miarę. Czego sam jestem najlepszym przykładem: wczoraj odebrałem po prawie trzech miesiącach (prawie) naprawioną Wendi. Pozbycie się dziur i rdzy z karoserii, wymiana przedniego mostu, naprawa hamulców i trochę innych mniej istotnych napraw – wszystko to kosztowało nas… ocho i jeszcze trochę! Dobrze, że Lepsza Połowa miała trochę odłożone, na „czarną godzinę“, bo byśmy inaczej nie dali rady… Prawdopodobnie racjonalniej byłoby sprzedać Wendi na części – i kupić inny samochód, dokładając pewnie połowę tego, cośmy na remont wydali. Cóż z tego – kiedy my po prostu lubimy naszego Patrola..?

Już o hektolitrach potu i dziesiątkach tysięcy włożonych w naszą posiadłość nie chcę pisać – bo to przecież oczywiste…

W każdym razie: widok Wendi stojącej za oknem działa uspokajająco. Prawie jak ten kartonik na Sylwestrę!

Pogarda dla pieniędzy, dla zysku handlowego, dla dorobkiewiczostwa – o której niedawno pisał kolega Racjonalnie Oszczędzający – była dość ważnym motywem narodzin komunizmu. Tego rodzaju pogardę często przejawiali potomkowie „starych rodzin“, dla których nieustanna troska o zysk arywistów była dziwnym i zubażającym człowieka zjawiskiem – stąd wielu wśród założycieli ruchu komunistycznego ziemian czy choćby: potomków szlacheckich rodzin. Z drugiej jednak strony: przywiązanie do ziemi i dworu przodków było motywem, w imię którego znacznie więcej przedstawicieli tej samej warstwy społecznej – położyło głowy na przykład w rosyjskiej wojnie domowej… Ogólnie: komunizm tak samo jak zapoznaje prawdziwą, zwierzęcą genezę własności – przez co roi sobie bezpodstawnie o możliwości jej zniesienia – tak też całkowicie zapoznaje ten „twórczy“, choć dalej – irracjonalny – aspekt własności. Ten właśnie, że właściciel dla swojej własności zrobi WIĘCEJ niż ta własność jest warta – oczywiście: dla innych, bo dla niego jest właśnie warta tyle, ile dla niej robi. Dzięki temu kraje w których dominuje własność prywatna są w oczywisty sposób bardziej zadbane od krajów z dominacją „rzeczy niczyich“, o które nikt nie dba – prywatne konie są tłustsze i mają bardziej błyszczącą sierść od „komunalnych“ – a prywatne trawniki są o wiele lepiej przystrzyżone od miejskich…

14 komentarzy:

  1. O proszę, żywy dowód jak to Autor dba o swoich czytelników...

    ...i publikuje nasze upragnione zdjęcia kotów.

    OdpowiedzUsuń
  2. aaa... jeszcze jedno... zaraz futrzak tu napisze, że prywatne koleje a Argentynie są gorsze niż państwowe gdzie indziej....

    OdpowiedzUsuń
  3. Problem moim zdaniem nie leży w posiadaniu lub nie czegokolwiek. problemem jest brak logiki w postępowaniu ludzi w przeciwieństwie do żelaznej logiki zwierząt. Jeśli chodzi o ludzi dochodzi tu jeszcze jeden czynnik - duma, pycha czy jakbyśmy to nazwali.
    Co jakiś cza przypomina mi się sławetne zdanie Basi z" Nocy i dni " - Czym to ja się ostatnio martwiłam ?
    Stwarzają sobie problem - który już na starcie, gdyby przemyśleć go logicznie problemem nie jest. Dalej - reagują. Hm.. W sytuacji gdy reakcji tak na prawdę być nie powinno... no i zaczynają działać. Co w konsekwencji w/w jest z gruntu niewłaściwe.
    Logika jest rzeczą, której najbardziej brak ludziom.

    A jeśli chodzi o zwierzęta, :)))) taż przecież to one cały czas nas uczą i wychowują. I robią to z żelazną konsekwencją . L.

    OdpowiedzUsuń
  4. Holendrzy mają takie powiedzenie - problem jest wtedy, jak ludzie robią z niego problem, trudno to przetłumaczyć na polski, ale oni mimo tego całego chłodnego racjonalizmu, a może dzięki niemu, nie robią niepotrzebnych problemów, jak u nas...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowi, weźcie się jakoś odróżniajcie od siebie, bo człowiek kręćka dostaje.

      Podpiszcie się np.: Anonim_z_brodą, Anonim_kudłaty, Anonim_miła_brunetka...

      To chyba nie takie trudne :>

      Usuń
    2. a co z naszą anonimowością?

      Usuń
    3. Anonimów np. z brodą jest wiele, więc dalej będziesz anonimowy.

      Usuń
    4. to był żart

      nie mów, że wszystkim "racjonalnym" typom trzeba dodawać uśmiech albo LOL, żeby zrozumieli kiedy się żartuje...

      Usuń
  5. RO:
    Ty czasem moze uzylbys tych kilku komorek mozgowych co Ci sie (chyba?) jeszcze ostaly?
    Rzeczywistosc nie jest czarno-biala i nie sklada sie z dwoch elementow. Pewne rzeczy daja sie zrobic i funkcjonuja lepiej w inny sposob niz "prywatnie".
    Przyklad: autostrady w USA. Miedzystanowe zbudowane z pieniedzy federalnych, stanowe ze stanowych i utrzymywane przez poszczegolne stany. Podobnie jest z kazdym przedsiewzieciem o odpowiednio duzej skali dotyczacym infrastruktury. Po to wlasnie kiedys wymyslono korporacje (wtedy nie mialy one prawie nic wspolnego z tym, co dzis jest korporacja) - gdy nikomu w USA ani Europie nie snilo sie jeszcze o "socjalizmie".
    Ba. Starozytny Rzym - kto budowal drogi? Prywatne firmy? Skad. Legionisci w czasahc pokoju za pieniadze imperium/republiki.

    A wracajac do wpisu Jacka - zgadzam sie calkowicie. Podstawa do dbania o cos jest poczucie "emocjonalne wlasnosci". Ono dziala bardzo dobrze do pewnej skali - potem sie zalamuje. Przyklad malego biznesu czy niewielkiej fabryki, zarzdzanej w calosci przez jednego wlasciciela (czy rodzine) - tutaj to dziala.
    Korporacje - nie dziala. W korporacji jest rozproszony akcjonariat, a sama firma zarzadza board of directors, ktorzy co prawda udzialow sporo maja, ale zaden do firmy jako calosci sie nie poczuwa. Ich pensje sa uzaleznione od kwartalnych wynikow firmy - po co maja wiec planowac i dbac o perspektywe dlugodystansowa?
    Oczywiscie tutaj tez zdarzaja sie wyjatki, ot chociazby taki Steve Jobs i Apple. Pojedynczym wlascicielem Jobs nigdy nie byl, ale do calej firmy mial stosunek jak do swojej wlasnosci, swojego dziela - wiec emocjonalny.

    Wracajac do tematu: w momencie kiedy powyzszy mechanizm sie zalamuje, wtedy lepiej funkcjonuja chociazby drogi, koleje czy elektrownie budowane z pieniedzy publicznych ale tez i NADZOROWANE publicznie. W Polsce w tej chwili takiego mechanizmu nie ma.
    W USA, na poziomie stanowym (ale juz nie federalnym niestety) tez to jeszcze istnieje. Np. plany budowy superszybkiej kolei w Kalifornii majacej laczyc polnoc stanu z poludniem sa dostepne publlicznie, kazde spotkanie jest otwarte, nie ma zadnych tajnych dokumentow, mozna sobie sprawdzic co, jak gdzie i jak bedzie finansowane. Dzieki konsultacjom spolecznym plany zreszta zmieniano w niektorych miejscach.

    W Polsce sprawa budowy autostrad jest kuriozalna: sa one najdrozsze na swiecie, nie ma nad prywatnymi podwykonawcami zadnej spolecznej kontroli, a przetargi sa czesto ustawiane (zreszta ich mechanizm jest tez kuriozalny).
    No i nie dziala.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie kurde... wiesz.... naprawdę NIE MAM teraz żadnych komórek.

    Komórki zastawiłem w lombardzie.

    OdpowiedzUsuń
  7. RO:
    sądząc po Twoich ostatnich wypowiedziach to całkiem możliwe...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj futrzak, kociaku słodki, przestań już odstawiać te końskie zaloty

      zajęty jestem

      Usuń
  8. RO:
    po pierwsze, nie jestem dla Ciebie zadnym kociakiem, brudzia tez nie pilismy - wypraszam sobie taki ton.
    Po drugie, naucz sie czytac ze zrozumieniem. HINT: nie wszystko co napisane, jest o dupie.
    EOT.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak to nie kociakiem, skoro na zdjęciu jasno widać :P

      logika

      trza ruszyć kijem te komórki...

      P.S. A teraz trochę poważniej: Skoro wypraszasz sobie taki ton - sama nie zaczynaj podskakiwać. Ja niezależnie od naszych różnic poglądowych nie latam po blogach i nie dosrywam ci od braku komórek w mózgu.

      Jesteś zawsze mile widzianym gościem na moim blogu, ale jeszcze raz zobaczę podobną odzywkę - nie opublikujesz już u mnie ani jednego komentarza.

      Flame na blogach też nie zamierzam robić więc to jest mój ostatni komentarz na ten temat.

      Mimo różnic poglądowych, pozdrawiam serdecznie i życzę udanego weekendu w dobrej atmosferze :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...