czwartek, 23 lutego 2012

W poszukiwaniu zaginionych Siekluk

Po dwóch dniach herkulesowych wysiłków - uruchomiliśmy dzisiaj nasz nowy piecyk marki "Hercules IV":
Prawdę pisząc, jak na nasze możliwości - dwa dni to jeszcze nic takiego! W zasadzie, można by powiedzieć, że poszło gładko. Pozostaje tylko nauczyć się w tym palić tak, żeby było ciepło, a nie tylko ładnie: i tu jednak, można z pełną odpowiedzialnością pisać o dużym postępie - kiedyśmy 14 października 2009 roku po raz pierwszy rozpalali naszą starą kozę (kupioną - wraz z materiałami na nasz stary, własnoręcznie wymurowany komin - za złote obrączki, których zresztą nigdy nie zdążyliśmy wykorzystać w celu zawarcia związku...), ciepła z tego nie było nic a nic - a za to ile dymu..! Teraz przynajmniej nic się nie dymi (Lepsza Połowa twierdzi nawet, że "przyjemnie pachnie"...), w każdym razie - nie wewnątrz chatki. Że jak na razie trochę mało grzeje..? Chwalić Boga, mamy odwilż...

Ale po kolei, po kolei. Co właściwie robiliśmy przez te dwa dni? Wczoraj pojechaliśmy do niedalekiego Zwolenia, gdzie mieści się firma oferująca wypatrzone przez Lepszą Połowę na Allegro "Herculesy IV". Trafiliśmy na promocję i pod względem finansowym jesteśmy z zakupu zadowoleni.

Cały problem polegał na tym, że "Hercules IV" ma wylot rury dymowej o średnicy 140 mm. A tymczasem nasz (nowy) komin zbudowany jest z rur o średnicy 120 mm. Tym samym - niezbędnie konieczna nam była redukcja 140/120... Wczoraj, idąc za radą personelu sklepu, zaczęliśmy poszukiwania tego utensylium od radomskiego "Praktikera". Co nas tylko zdołowało: owszem, jakieś tam redukcje były, ale dla zupełnie innych wymiarów i przy tym - tak śmieciowej jakości, że aż dziw, że ktokolwiek jest aż tak odważny, żeby to tuż za piecem montować. Personel "Praktikera", jak zwykle zresztą, nic nie wiedział o innych sklepach, gdzie możnaby taki asortyment nabyć i ogólnie - robił co mógł, żeby nas spławić. Co mu się, skądinąd, całkiem spokojnie  - udało!

Wracając do domu przez Białobrzegi próbowaliśmy zahaczyć o sklep, w którym kupiliśmy większość elementów komina, ale był już zamknięty. Tak więc dzień pierwszy montażu "Herculesa" zakończył się wypakowaniem go z samochodu i postawieniem w kącie. Grzać się musieliśmy i tak naszą starą, popękaną w wielu miejscach kozą...

Dzisiaj wróciliśmy do tematu. Oczywiście: po pokonaniu drobnych trudności! W pierwszej kolejności, gównośmy się wyspali. A to dlatego, że naszemu staremu koćkodanowi zebrało się na bohaterstwo: choć ma na karku - na ludzki wiek przeliczając - ósmy albo i dziewiąty krzyżyk, złapała w nocy mysz. Złapała, przytargała do swojej miski, wytarmosiła, ale pożreć nie dała rady - państwo zbudzeni o 1.00 w nocy dali w zamian chrupki (tudzież, w uznaniu bohaterstwa dzielnego kota - nie wyrzucili jej z chatki wyjeżdżając dzisiaj, jest więc czyściusia, cieplusia i milusia...). Tu, proszę bardzo, bohaterski koćkodan razem z jednym z gumiaków swojego pana:
Po drugie - mamy odwilż. A co za tym idzie - piętrzącą się górę nawozu. Który odmarza proporcjonalnie do topnienia kolejnych warstw ubitego lodu przed wiatą. W poniedziałek co prawda, przy pomocy M., wywieźliśmy dwie czubate fury - ale cóż z tego: we wtorek było 8 taczek, wczoraj 10, dzisiaj - 14. W deszczu. Przemokłem do suchej nitki - siedzę teraz przed komputerem w bryczesach do konnej jazdy, bo już mi żadne więcej suche spodnie nie zostały.

Po trzecie wreszcie - Wunderbaum, jak co miesiąc, wymagał zmiany koła. Tyle tylko, że zapasowe za cholerę nie chciało wejść na tylną ośkę. Już zwątpiłem w swoją zdolność przypasowania śrubki do otworu - nie wchodziło i nie wchodziło... W końcu ściągnąłem ze strychu felgę z letnią oponą - i ta weszła. Tak ruszyliśmy w drogę (pierwej zresztą przywiozłem owsa z sąsiedniej wsi: ledwo - ledwo udało mi się przejechać, wygląda na to, że najkrótsza droga do "cywilizacji", przez Brzozówkę i Grabów, jest już, za sprawą roztopów, odcięta!). U wulkanizatora w Warce okazało się, że... majster pomylił koła, gdy dwa tygodnie temu oddawał mi jedno po poprzedniej awarii! Woziłem jako "zapas" koło od Forda, które oczywiście nie mogło wejść na Wunderbauma...

Zaczęliśmy poszukiwania dokładnie w tym samym miejscu, w którym przerwaliśmy je wczoraj, tj. w Białobrzegach. Trzeci lub czwarty z odwiedzonych tamże punktów handlowych, skierował nas do rzekomego producenta galanterii stalowej w rodzaju poszukiwanej przez nas redukcji w Sieklukach. Oczywiście - nazwa miejscowości nie była mi obca, ale gdy o niej usłyszałem, kompletnie wyparowało mi z głowy, skąd. Dopiero mapa, której na szczęście nie wyjąłem z samochodu, bo zapomniałem go posprzątać, przypomniała mi, że to po prostu pierwsza wieś za Białobrzegami przy drodze na Radom. Skoro tak - nie było się nad czym zastanawiać, ruszyliśmy tam nie mieszkając!

Rzeczywiście, trafiliśmy do Siekluk bez problemu. Tylko gdzie ten producent galanterii stalowej..? Miał być obok karczmy "U Jana". A tu jedziemy przez wieś i jedziemy - chałupy bogate i biedne, obejścia większe i mniejsze, ale - żadnego szyldu, ani karczmy, ani producenta galanterii stalowej... Dojechaliśmy w końcu do końca wsi - że było dalej widać jakiś mur, to pojechaliśmy i dalej. Trafiliśmy na urokliwy majątek ziemski z nie do końca zruinowanym jeszcze folwarkiem (musiała tam być albo gorzelnia, albo cukrownia, po okazałym kominie i pięknych zabudowaniach fabrycznych sądząc) - ale, ma się rozumieć, producenta galanterii stalowej - ani śladu!

Co było zrobić? Ruszyliśmy z powrotem, kołując trochę, bo się jeszcze łudziłem, że może to po drugiej stronie "siódemki" będzie, więc wróciliśmy przez Bobrek. Ale tam też żadnego producenta galanterii stalowej nie było...

Ponieważ i tak musieliśmy zrobić drobne zakupy spożywczo - przemysłowe, skierowaliśmy się do Warki, gdzie dziś rano otworzyła się nowa (druga) Biedronka, z tej okazji ogłaszając wielką promocję. Po drodze zajechaliśmy - ja to, prawdę pisząc, bez wielkiej nadziei na sukces - do zaprzyjaźnionej skądinąd hurtowni hydraulicznej. I wiecie co..? Oczywiście, redukcja 140/120 była!

Co przypomina opowieść o Koziołku Matołku, co to szukał po szerokim świecie tego, co miał bardzo blisko... Jak zwykle, jak zwykle...

A w "Pierdonce"..? No cóż: Lepsza Połowa trochę liczyła na ceramiczną patelnię. Bo nasza stara miała już całkiem starty teflon (któreśmy do szczętu wyjedli...) i strasznie do niej BLINY (bliny! Nie placki!) przywierały. Że jednak zameldowaliśmy się w sklepie (wciąż potwornie zatłoczonym...) przed 17.00 - mogła sobie o takowej tylko pomarzyć. Kupiliśmy więc (w tej samej cenie) nową teflonową - na razie też wystarczy, a może, nim ten teflon zjemy, znowu się jakaś ceramiczna trafi...

Największy problem, jaki osobiście mam z "Herculesem IV" jest taki, że nasza stara koza była bardzo głośna. Od razu było słychać - pali się jak należy, czy nie? A tu cisza. Cisza. I cisza. I tylko płomyk sobie pełga za szybką... A mnie, cholera, zimno - bo cisza! Bo przez dwie i pół zimy, jak cisza była - znaczyło, że koza zgasła i zimno i ja już tak odruchowo reaguję..!

17 komentarzy:

  1. wygląda dobrze, cenowo... hmm... ujdzie w tłoku

    po prostu odrobina luksusu

    gratuluję nowego nabytku

    OdpowiedzUsuń
  2. a właśnie.... a ta patelnia ceramiczna za ile?

    OdpowiedzUsuń
  3. Ładny nabytek. Tylko czy spełni faktycznie swoją rolę. Nie mam zaufania do żeliwnych wynalazków. Szybko stygną. Gdyby to cudeńko było obłożone szamotem - a to insza inszość :) Ludka

    OdpowiedzUsuń
  4. Pewnie ma szamot w środku, spokojna głowa. Przypominam sobie, że taką kozą grzałam się niegdyś na daczy znajomej pod miastem, pilnując jej zimą chatki, i... nie mam wspomnienia ciepła. Zresztą aparat ten służył tam głównie za dekorację (ta szybka imitująca kominek) i ewentualnie docieplacz, bo ogólnie grzał gaz. No, ale słabo docieplało... Ale może wy macie nowszy lepszy model, nie straszę więcej. J BYŁABYM SKŁONNA POMYŚLEĆ O WYMUROWANIU latem WŁASNYM SUMPTEM PIECYKA, KUCHENKI, Z CEGIEŁ. Można to samemu zrobić. Co do patelni najlepiej kupić na targu żeliwną lub żelazną, tzw. cygańską, może kapkę droższa, jakieś 10-20 złotych od biedronkowych teflonów, ale nic nie przywiera, nie zjada się teflonu, co najwyżej rdzę zeskrobie i zasmaruje tłuszczem, i może służyć całymi latami, jeśli nie dziesięcioleciami! Mam taką po tutejszej właścicielce i nie wiem ile ma lat, zaraz dokupiłam drugą nieco większą, i nic więcej nie trzeba.
    A u nas też mokro, wręcz nocami leje z nieba deszcz. Kury czują wiosnę. Jak zawsze jest gówniana w pierwszym wyrazie ;-)))) po odmrożeniu. Zdrowia życzę, ES

    OdpowiedzUsuń
  5. Kuchnia węglowa jest the best :)

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja sobie upatrzylam kuchnie na drewno/wegiel z boilerem, uwidoczniona jest na blogu :) Czekam az jakas sie nawinie w najblizszej okolicy, bo pierunstwo 350kg wazy i ciaganac z odleglosci 200km to mi sie nie widzi zupelnie ;))

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciekawa jestem p. Jacku jak minęła nocka. Czy była znacząca różnica w ciepełku panującym w chatynce? L.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeszcze jednej rzeczy się dopatrzyłam. I mam w związku z tym pytanie. Dlaczego rura komin-koninek jest poprowadzona najkrótszą drogą. Przecież poprowadzenie jej choćby metr wewnątrz chatki ( tj nie wprost do komina ) dałoby dodatkowe ciepełko, które niestety teraz idzie w komin.L

    OdpowiedzUsuń
  9. To była akurat najcieplejsza noc od początku "prawdziwej zimy" - a dziś: najcieplejszy dzień. Trudno zatem cokolwiek powiedzieć. Poza tym, że Hercules IV jest dużo oszczędniejszy od naszej starej kozy jak chodzi o zużycie drewna. A rano szamotki, którymi jest od wewnątrz wyłożony, były jeszcze ciepłe.

    Ciepło z komina też ogrzewa chatkę - specjalnie w tym celu ceramiczna obudowa ma otwór wentylacyjny, którym ciepłe powietrze płynie do wnętrza izby. Natomiast na to, żeby tu jeszcze jakieś przewody dymowe się nam na środku chatki plątały - po prostu nie ma miejsca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. fakt, co racja to racja, jeśli w chatce na odludziu nie ma zbyt wiele miejsca grozi nam "cabin fever"

      Usuń
  10. Hm... przeczytalam i szczeka mi opadla. Jak to sie stalo, ze przed zakupem nowego piecyka nie sprawdziliscie (np. dzwoniac do sklepu) jaka ma srednice rura spalinowa do niego?
    A jesli ma inna - to znalezc sklep, gdzie mozna kupic odpowiednia przejsciowke - zanim sie wsiadzie w samochod i pojedzie?

    OdpowiedzUsuń
  11. Co do patelni zgadzam sie z Kresowa: zeliwna albo z kutego zelaza jest nie do zarzniecia i dziala bardzo dobrze. Moja rodzicielka ma taka od 40 lat i dalej jaka byla, taka jest.

    OdpowiedzUsuń
  12. Skąd wniosek że nie wiedzieliśmy? I dlaczego mielibyśmy cokolwiek znajdować skoro nie byliśmy wcale pewni, że kupimy ten piecyk? Boska Wola nie Buenos Aires - tu NIE MA wszystkiego, co tylko na świecie robią, trzeba się trochę nachodzić albo najeździć...

    OdpowiedzUsuń
  13. pROSZE napisac szczerze ,czy jest Pan zadowolony z tego piecyka?Przymierzam sie równiez do herculesa(nad modelem jeszcze mysle).dziękuje za odpowiedz

    OdpowiedzUsuń
  14. Jesteśmy zadowoleni - z tym, że jednak odkąd go mamy to naprawdę wielkich mrozów, które by dopiero prawdziwym testem były - nie było. Na pewno dłużej trzyma ciepło i mniej drewna wychodzi niż w "kozie"...

    OdpowiedzUsuń
  15. Dziękuje za odpowiedz.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...