niedziela, 19 lutego 2012

Ten samolubny gen i czemu nie wierzę w rewolucję..?

Istnieje wiele dowcipów skonstruowanych wedle tego samego wzorca. Na przykład: czym się różni sprawiedliwość od sprawiedliwości społecznej? Tym samym, czym krzeszło, od krzesła elektrycznego… I tak samo można o demokracji i „demokracji liberalnej“, itd., itp.


Nie zawsze jednak taki bon mot ma sens. „Demokracja szlachecka“ bowiem (abstrahując już od kwestii, że nazywania w ten sposób subtelnie złożonego ustroju I Rzeczypospolitej jest zwykłym barbarzyństwem. No ale cóż! Przyjęło się i uleżało…), jak w ogóle wszystkie ustroje ancient regime , wliczając w to na równych prawach absolutyzm francuski, oligarchię wenecką i parlamentaryzm brytyjski w wersji aktualnej gdzieś do połowy XIX wieku – a nawet i samodzierżawie carskie – różni się jednak od „demokracji“ współczesnej znacznie większą ilością szczegółów niż krzesło od krzesła elektrycznego (ostatecznie: mebel służący do siedzenia DA SIĘ przerobić na mebel służący do uśmiercania – tu natomiast, mamy do czynienia z przepaścią, ze swoistym „punktem osobliwym“, w którym wątek dziejów ulega przerwaniu i zawiązuje się na nowo).

Skądinąd jednak, najważniejszą z tych różnic można, mimo wszystko, streścić stosunkowo zwięźle: za czasów ancient regime rodzice nie wstydzili się promować swoich dzieci. Syn markiza dziedziczył po ojcu tytuł, włości, koneksje na dworze i – jeśli tylko tego zapragnął – pozycję polityczną. Młody wojewodzic mógł się spodziewać, że i sam zostanie senatorem – jeśli tylko nie będzie się tej, naturalnej kolei losu, aktywnie sprzeciwiał.

Już Cyryl Parkinson zwrócił uwagę na jedną z ważniejszych konsekwencji tego stanu rzeczy: skoro pozycja w hierarchii społecznej jest – w ogólnych zarysach oczywiście, wszak nikt nie był w stanie zapobiec temu, aby młody markiz czy wojewodzic okazał się utracjuszem, wariatem lub w inny sposób zmarnował pozycję swoją i swego rodu – dziedziczna, to dzierżyciele poszczególnych jej szczebelków nie tracą czasu na wzajemne podgryzanie się, w celu uzyskania promocji. To jest oczywiście grube uproszczenie, bo rywalizacja między rodami i między ambitnymi jednostkami istniała zawsze i wszędzie – ale, przynajmniej, nie każdy musiał zaczynać karierę od zera. A skoro nie musiał zaczynać od zera – to mógł dojść do pozycji dającej mu znaczący wpływ na sprawy państwa gdy był jeszcze młody i pełen sił. Parkinson miał przy tym przed oczami „rządy starców“, charakterystyczne dla wieku XX (z takimi Matuzalemami jak Adenauer, Churchill czy – toutes proportions gardee – Breżniew na czele…) i, typową dla większości biurokracji „ścieżkę kariery“, w ramach której promocja uzależniona jest przede wszystkim od stażu pracu, koncentrując na najwyższych szczeblach tejże biurokracji – osoby w wieku przedemerytalnym. Skrajną antytezą tej sytuacji jest oczywiście wypadek, gdy władzę absolutną obejmuje monarcha, który ma lat osiemnaście (albo i mniej!). Które państwo będzie bardziej dynamiczne, bardziej agresywne i bardziej otwarte na zmiany – rządzone przez starców nad grobem – czy przez młodzieńca, który dopiero zaczyna smakować życia i chwały..?

To jest jednak tylko jedna strona medalu! Albowiem z faktu, że po obaleniu ancient regime (co swoją drogą wcale nie jednej rewolucji wymagało i w zasadzie skończyło się na dobre dopiero I wojną światową…) promowanie własnego potomstwa stało się rzeczą wstydliwą i haniebną, wcale nie wynika, że troskliwi ojcowie przestali wspierać swoje dzieci. Po prostu – robią to od tej pory tak, jak dawniej robili tylko kardynałowie i biskupi: po cichu, pod stołem, przy pomocy kolegów, układów i pieniędzy. Najchętniej zresztą – nie swoich pieniędzy, tylko pieniędzy podatników, lokując potomstwo na różnych szczeblach machiny państwowej.

Dzieje się to na skalę masową. Skądinąd – nawet wśród pederastów, grupy obecnie najmocniej promowanej jako ten „proletariat zastępczy“ (skoro mówienie o „wyzysku klasy pracującej“ w systemie, gdzie realną pracą zajmuje się góra 1/5 ludności traci sens…). Kto bowiem powiedział, że koniecznie trzeba promować w ten sposób wyłącznie własne dzieci, a młodego kochanka – to już nie? Pytanie zresztą – ilu ambitnych młodzieńców nie posiadających żadnego innego talentu poza zgrabnym zadkiem, tylko dlatego daje się przecwelować, żeby zrobić w ten sposób karierę? I to niekoniecznie w przemyśle filmowym..! A poza tym, dążenie do przekazania następnemu pokoleniu nagromadzonego majątku i pozycji, jest jednym z najsilniejszych atawizmów ludzkości – i stąd tak zaciekła walka „kochających inaczej“ o prawo do adopcji…

Jaki jest skutek tego masowego nepotyzmu? Ano – zaczynamy się jako „formacja cywilizacyjna“ re-feudalizować. Po to istnieją korporacje prawników, żeby synom i córkom ich członków łatwiej było odziedziczyć majątek i pozycje swoich rodziców. Po to ogranicza się i koncesjonuje działalność gospodarczą, aby dzieciom i wnukom tych, którzy obecnie są przedsiębiorcami, nie zagroziła przypadkiem młoda konkurencja (a przy okazji stwarza się „żerowiska“ dla zaprzyjaźnionych, spokrewnionych i spowinowaconych biurokratów – też dziedziczne, rzecz jasna…).

Jest to zjawisko naturalne, oczywiste i nieuniknione. Podobnie działo się w Imperium Rzymskim – i nawet inwazja barbarzyńców tego nie zmieniła, bo wprawdzie dziedziczna przynależność do poszczególnych klas społecznych (z najbardziej uciążliwym „dziedzictwem“ w postaci przynależności do najwyższej klasy majątkowej – poddanych osobistym majątkiem i głową odpowiedzialnych za zbieranie należnych Imperatorowi podatków!) została na chwilkę rozluźniona – ale za to zaraz potem powstał „klasyczny“ feudalizm, czyli właśnie: opisywany powyżej ancient regime. Czyli: naturalny ustrój ludzkości. Dążenia do przekazania dziedzictwa potomstwu bez głębokiej ingerencji genetycznej usunąć się bowiem z ludzkości nie da. Tym samym, próżnym strzępieniem języka i klawiatury, utopią i lekkoduchowym wymysłem są wszelkie „anarcho-kapitalizmy“, czy „libertarianizmy“. Nic z tego nie będzie! Jak pytał nas zawsze na seminarium z utopizmu prof. Wnuk – Lipiński: who keeps the rules? Kto ma strzec reguł gry? I jak sprawić, żeby ten kto reguł gry strzeże – nie począł ich sam nadużywać dla własnej i swojego potomstwa korzyści..?

Odpowiedź: nikt nie pilnuje reguł, ludzie rządzą się sami, nie ma nad nimi żadnego gosudarstwa – to zła odpowiedź. Państwo nie jest tworem sztucznym, narzuconym ludzkości przez kosmitów. Państwo jest nieuchronne, tak samo jak nieuchronne jest istnienie hierarchii społecznej – u wszystkich zwierząt stadnych, a człowiek jest zwierzęciem stadnym. Pytanie tylko – co jest lepsze? Sytuacja, w której naturalne instynkty i atawizmy mogą znajdować sobie ujście jawnie, bez naruszania „reguł gry“ (bo ich zaspokojenie samo jest tychże reguł elementem…) – czy sytuacja w której rządząca szlachta uprawia systemową hipokryzję udając, że nie istnieje i że przynależność do niej – nie jest dziedziczna..?

W tym właśnie momencie przechodzimy zgrabnym skokiem jucznego wielbłąda od rozważań ogólnych do sytuacji obecnej. Koledzy zza Wielkiej Wody i nie tylko wieszczą nam rewolucję – latem, może jesienią. A może nawet już na wiosnę, jak tylko puszczą lody..?

Prawdą jest, że mamy – przynajmniej w skali kontynentu (o sprawach pozaeuropejskich nie chcę się tu wypowiadać…), klasycznie marksowską sprzeczność pomiędzy „bazą“ (która jest do szpiku kości „feudalna“ od Atlantyku po Ural!), a „nadbudową“ (w której wciąż przechowywane są oświeceniowo – rewolucyjne „memy“: wolność – równość – braterstwo, mit skoku przez płot stoczni i temu podobne bzdury…).

Tyle tylko, że sprzeczność ta jest lustrzanym przeciwieństwem sprzeczności z roku 1789: wtedy biurokratyzująca się monarchia absolutna zniszczyła realną treść nominalnie wciąż istniejących stosunków feudalnych, torując drogę równości. Obecnie kostniejąca biurokracja faktycznie odcięła się od „prostego ludu“, stając się „nową szlachtą“ – dziedziczną i obwarowaną przywilejami – nominalnie jednak, wciąż istnieje równość (inna sprawa, że nawet nominalnie wyraźny jest już podział na „równych“ i „równiejszych“ – a to za sprawą od półwiecza uprawianej „dyskryminacji pozytywnej“…).

Na czym więc właściwie miałaby polegać owa wieszczona przez Kolegów rewolucja? Prosty lud ma obalić rządy „nowej szlachty“ i zaprowadzić „prawdziwą równość“? Czy „nowa szlachta“ ma zerwać z pustym frazesem równości i ogłosić się szlachtą z prawdziwego zdarzenia?

Ale na czym właściwie ma polegać owa „prawdziwa równość“..? I jak szybko powstanie „jeszcze nowsza szlachta“, równie skutecznie promująca swoje potomstwo – biologiczne czy przybrane, a czasem tylko ideowe – jak obecna? Wreszcie: : dlaczego lud miałby powstawać w imię równości, czy też – nie daj Panie Boże! – wolności? Owszem, memy które mu się wpaja, nieźle go do takiego powstania przygotowują – a już merdialna histeria na tle „arabskiej wiosny“ wyglądałaby wręcz na samobójstwo, gdyby istotnie lud miał „nową szlachtę“ rzezać…

Przecież jednak lud wcale niekoniecznie musi powstać w celu rzezania „nowej szlachty“! Prawdą jest bowiem, że czasy robią się coraz cięższe – a jeśli wredny, semicki spisek przeciw naszym aryjskim braciom z Iranu skończy się wojną – to nam od tej walki o pokój włosy dęba staną. Na sam widok ceny litra ropy!

W tej sytuacji dalsze utrzymywanie tego teatru marionetek, tej całej dekoracji udającej „rzeczywistość polityczną“, całej tej hipokryzji – staje się powoli ciężarem nadmiernym i nieposilnym, skoro na to wszystko musi łożyć ledwie 20% wołów roboczych realnie pracujących i ciągnących do przodu cały ten kram. Żeby wołom ulżyć – można przecież z dekoracji i hipokryzji zrezygnować. Będzie biedniej – ale taniej. Może nawet: szczerzej, bo i na zmianę memów z czasem przyjdzie czas.

Przeciw komu zatem może powstać prosty lud? A, co to za różnica? Mało to kozłów ofiarnych na tym świecie? Na Zachodzie gniew prostego ludu łatwo rozładować, dając mu rzezać imigrantów, zwłaszcza kolorowych i muzułmańskich. U nas – nie ma ich aż tylu, żeby to całkiem gniew prostego ludu rozładowało. Może jednak lud da się napuścić na „czarnych“ (czyli na kler) i na ich „sługusów“ (czyli na inteligencką, ale „nieszlachecką“ młodzież maszerującą w różnych tam „Marszach Niepodległości“..?). Już tam Palikot szykuje noże, już mu agenci jawni, tajni i dwupłciowi szykują bojówki… Nie wierzycie? No cóż: taki scenariusz przynajmniej wydaje mi się realistyczny. Ma jasno określone przesłanki, istnieją siły które mogą go przeprowadzić i nie zawachają się tego zrobić, gdy uznają, że tak trzeba. A rewolucja „niepodległościowo – wolnościowa“..? Wolne żarty…  

42 komentarze:

  1. a nawet sobie o tym rozmawiałem jeden post temu u mnie

    znajomości, układy, rodzina...

    norma od zawsze u mnie na prowincji... z resztą w Poznaniu gdzie studiowałem jest to samo, wielkie miasto, ale z prowincjonalnym klimatem biznesowym - wybić się choć trochę i tam i u mnie... ho ho... trudne


    swoją drogą jedyna droga do wybicia się to własna działalność, choćby zaczęcie sprawy od handlu - co z resztą też dobrze opisał jeden z anonimów


    a co do kleru i buntu przeciw niemu, hmm, myślę, że sam kler zachowując się jak pewien rodzaj szlachty, w sposób czasem arogancki jest temu winien

    miałem w ostatnich latach potrzebę "kontaktu" z kancelarią parafialną, i za każdym razem był to kontakt ekhmm poniżający mnie trochę, czego nienawidzę - ehhh gdyby nie delikatne już sprawy rodzinne i moja lojalność względem bliskich (gorliwych katolików)... to by się skończyło inaczej

    jeśli kler nie zmieni swojego stosunku do wiernych - prędzej czy później jakiś Paligłup da im popalić

    OdpowiedzUsuń
  2. Sieć więzów rodzinno - towarzyskich, determinujących całe życie jednostki od narodzin aż po grób to podstawowa bariera przeciw wszelakim rewolucjom - jeśli ktoś tego nie rozumie, to najprędzej "młodzi, wykształceni z wielkich miast", którzy się wyalienowali. Tylko czy "młodzi, wykształceni..." itd. - będą robić jakieś zadymy przeciw "nowej szlachcie", do której sami chcieliby awnasować..?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Narazie mlodzi wyksztalceni pojechali szukac szczescia gdzie indziej, ale zawsze to oni (plus mlodzi niewyksztalceni) robili rewolucje.

      Przy czym zalezy jak sie rozumie rewolucje - ja mowie, ze w Polsce juz niedlugo zaczna sie rozruchy na ulicach i zadymy podobne do Grecji - a to nie jest rownoznaczne z obalaniem istniejacego systemu, zmian klas spolecznych etc.
      Stan anarchii w ktorym rozpada sie panstwo, ludzie wylaza na ulice robiac rozpierduche wywolac jest bardzo latwo.

      Usuń
    2. E tam - ci, którzy wyjechali nie mają racji, bo ich nie ma. W kraju jest za to przepaść między "młodymi wykształconymi" (którzy aspirują do bycia "nową szlachtą", a tylko - z przyczyn pokoleniowych - już nie mają szans na taki awans, bo system się zamknął...), a "młodymi niewykształconymi", którzy siedzą na zasiłkach (jak 80% całego społeczeństwa: licząc razem emerytów, budżetówkę itp.). Jedni drugich szczerze nienawidzą i w razie czego "młodzi niewykształceni" w try miga zrobią porządek z "młodymi wykształconymi" - i tak się te całe rozruchy skończą...

      Usuń
    3. "zrobia porzadek" czyli co? Dopoki ich sytuacja sie nie zmieni - tj. nie beda mogli podjac pracy pozwalajacej na normalnie zycie, to rozruchy sie nie skoncza. Ile da sie wyzyc z paru ukradzionyc/wyszabrowanych rzeczy przy okazji jakiejs demonstracji?

      Usuń
    4. "Dresy" z blokowisk spałują studentów i "młodych wykształconych" z korporacji, jeśli ci zaczną zadymę - i nawet Tusk nic im nie będzie musiał obiecywać, zrobią to sami z siebie, z czystej nienawiści do "posiadaczy".

      Z kolei ewentualne zadymy organizowane przez samych "dresów" to zwykłe chuligaństwo, którym nie ma się co przejmować...

      Usuń
    5. I tu nie masz racji, bo pretekst w postaci proby przeforsowania ACTA pokazal, ze te wszystkie na pozor zupelnie sklocone ze soba grupy potrafia zgodnie wyjsc na kilkudziesieciotysieczna demonstracje i to w srodku zimy w trzaskajacym mrozie. A zjednoczyly ich nad wyraz aroganckie i debilne dzialania rzadu.

      Usuń
    6. To były tam jakieś "dresy"..? Zresztą, ta sprawa jest tak niepoważna, że aż śmiech o tym pisać...

      Usuń
    7. aha, futrzak, gdzie ty realnie widziałaś jakieś protesty?

      ja NIE widziałem

      Usuń
    8. Dresy z blokowisk nie maja takich aspiracji. Dla nich najważniejsze to obić mordkę - komukolwiek - w ramach treningu, przelecieć pannę , wydansować się i schlać się na maxa. Oni polityce nie zagrożą. Nie ma obawy.

      Usuń
    9. Anomim, zapomniałeś napisać o skrojeniu komuś portfela i/lub komóry...

      Usuń
  3. czy ja wiem, czy aż tak determinujących - ja się trochę wyłamałem i poszedłem swoją niezależną drogą drogą - w innej wersji rzeczywistości byłbym albo pracownikiem budżetówki, może z aspiracjami do lokalnej, drobnej polityki i spraw unio-europejskich albo już jakimś młodszym kierownikiem w lokalnych zakładach (ale bez wielkich możliwości na skok znacznie wyżej)...

    ...co w sumie nie byłoby aż takie złe i głupie...

    ...tyle że wybrałem inną drogę

    i jak na razie nie żałuje - przynajmniej jest ciekawiej

    OdpowiedzUsuń
  4. pytanie się rodzi, kolego drogi, jakie było to twoje miejsce we wszechświecie, które zamieniłeś na chatkę na prowincji i stado kopytnych?

    (nie domagam się oczywiście pilnej odpowiedzi, w sumie twoja sprawa)

    OdpowiedzUsuń
  5. Stado kopytnych było na długo przed chatką. W ogóle nie było żadnego "wyboru", żadnej "decyzji o wyborze drogi życiowej", czy temu podobnych bzdur z podręcznika psychologii biznesu - tak się po prostu samo z siebie ułożyło i już. Najpierw był jeden koń, potem od razu cztery, a potem jasnym się stało, że trzeba dla nich poszukać miejsca (i tu od razu wyjaśniam - konie nie po to mamy, żeby na nich zarabić - my zarabiamy po to, żeby nasze konie utrzymać! a już pomysły, żeby na naszych koniach obwozić jakieś bachory..? Nie używa się Ferrari jako taksówki - bo to nieopłacalne, biorąc pod uwagę możliwy zysk i potencjalne straty...). Jedyny błąd jaki się po drodze zdarzył, to że dałem się "załatwić" kilku psychopatycznym idiotom i straciłem pracę o 2 - 3 lata wcześniej, niż sam planowałem ją rzucić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. Nie było " wyboru", bo go nie było. Były moim zdaniem emocje i pragnienia. Ok. Ale to kaprysy zamożnych ludzi. A nie zwykłych zjadaczy chleba. Koń jaki jest każdy widzi :)) I zawsze było to zwierzę pracujące dla człowieka. A tu, moim zdaniem, nieco wszystko stoi na głowie. Człowiek utrzymuje konia. Stado koni. I nie mówię to jako laik tylko hodowca w innej dziedzinie. Beż dużego zaplecza finansowego NIE WOLNO takich rzeczy robić. Bo kiepsko się to kończy i dla ludzi i dla zwierząt. Bardzo sprawdza się tu powiedzenie - Miało być pięknie a jest jak zwykle.

      Usuń
    2. no właśnie też mi się zdawało, że to koń/świnia/kaczka... utrzymuje człowieka, a nie człowiek konia/świnię/kaczkę...

      świat postawiony na głowie

      a może to relikt wychowania na prowincji, na przedmieściu o charakterze półwiejskim

      w świecie 'warszawskim', najwyraźniej człek haruje na dobrobyt konia, a nie odwrotnie :>

      Usuń
    3. @Anonimowy
      Jacek robi takie rzeczy bez dużego zaplecza finansowego... No i co mu zrobisz?

      Usuń
    4. Gwoli ścisłości: Anonimowy ma wiele racji - jak się bierze odpowiedzialność za zwierzaki, to trzeba na to mieć środki i już. Kiedy zaczynałem tę zabawę - miałem środki: wystarczające, a nawet w niejakim nadmiarze. A że potem się popsuło? No cóż: na razie dajemy radę i nie widzę powodu, żeby się poddawać tylko dlatego, że przez trzy lata wiodło się nam trochę gorzej niż poprzednio - bywało już tak w przeszłości i zawsze jakoś stawaliśmy na nogi, a nawet - na cztery kopyta!

      Usuń
  6. pomysły z obwożeniem są nie moje - jednakże się od nich nie zdystansuję - a na twoim miejscu bym się także nie bulwersował

    na swoich konikach rasowych, dla których masz większe plany, niż przyziemne zarabianie na życie, może rzeczywiście obwozić dzieci nie warto z różnych powodów - ale są koniki/kucyki czy inne stwory, które to znoszą relatywnie dobrze - może warto się w takiego zaopatrzyć

    chyba lepsze to niż akwizycja

    oczywiście to NIE MOJA sprawa - roztrząsam tą sprawę raczej jako 'case' biznesowy a nie z chęci wchodzenia w twoja prywatność

    załatwienie cię, przed paru psycholi, traktuję jako potwierdzenie moich teorii o budowaniu kariery na własną rękę, raczej niż na etacie

    nawet jeśli na tym etacie mam total luzik i mogę pykać 75% czasu pracy we FreeCiv

    OdpowiedzUsuń
  7. Wokół Warszawy - w lepszej lokalizacji niż moja - jest może 100, może 200 "szkółek" jeździeckich, które wszystko do oprowadzanek i innych sposobów ciągnięcia kasy z klienta mają gotowe. W ogóle nie ma sensu myśleć o wejściu na ten rynek, bo to jest szarpanina o wiele gorsza od akwizycji - przy morderczej konkurencji i głodowych cenach! Takie pomysły może surfować jedynie kompletny laik...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ma pan rację. Jestem w tej dziedzinie laikiem. Ale to był luźno rzucony pomysł. A swoją drogą, w czasie wojny jadano marmoladę z buraków na porcelanie miśnieńskiej. Ludka

      Usuń
    2. Ludka, musimy dać spokój, autor bloga najwyraźniej jest nie zainteresowany pomysłami na biznes i zarobienie jakiegoś grosza.

      Nie wypada się więcej narzucać.

      Usuń
  8. są różne strategie biznesowe

    jedne polegają na wejście w niszę - odkrycie czegoś nowego i czerpanie jak długo się da profitów

    inne polegają na wejście w oklepaną i pospolitą dziedzinę, ale wraz z zaoferowaniem czegoś nowego, jakiegoś czynnika X, wygryzienie konkurencji i osiągnięcie zysku

    ...czasem laik ma świeższe i mądrzejsze spojrzenie na daną dziedzinę... lepsze... bo nie skażone uprzedzeniami i "faktami"

    choć i tak 9/10 nowych biznesów MUSI paść

    taka jest niepodważalna zasada w biznesie

    OdpowiedzUsuń
  9. Po raz kolejny dyskusja zamiast dotknąć w ogóle problemu o którym piszę, skupia się na moich całkowicie nieistotnych z punktu widzenia problemu jako takiego perypetiach finansowo - zawodowych. Rozumiem, że P.T. Dyskutanci chcecie mnie doprowadzić do samobójstwa? Bo skoro to się tak dzieje, to zaczynam wierzyć, że i publicysta ze mnie jak z koziej dupy trąba - skoro, co bym nie napisał, rozmowa tak czy inaczej zejdzie na sprawy najzupełniej trywialne, przyziemne i nieistotne..?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozmowa zejdzie na sprawy trywialne, przyziemne i "nieistotne" bo takie jest zycie - najpierw trzeba zaspokoic przyziemne potrzeby takie jak dach nad glowa, ogrzewanie i papu a dopiero potem mozna sie zabrac za filozofowanie.
      Prowadzisz rozwazania z gatunku tych ostatnich podczas gdy z zaspokojeniem podstawowych potrzeb szarpiesz sie codzien. Sam stawiasz to wszystko na glowie a potem dziwisz sie, ze czytelnicy sprowadzaja to wszystko na ziemie :)

      Nie zrozum mnie zle - sama przez ladnych pare lat zajmowalam sie tym ostatnim (z racji studiow) i to bylo piekne, ale... juz dawno doszlam do wniosku ze czas, ktory strawilam na bezproduktywnych rozwazaniach i dumaniach nad czyms-tam mozna spedzic na konkretach czyli zastanawianiu sie i dzialaniu w strone zabezpieczenia sobie bytu. Wszelakie rewoucje, ewolucje etc. zawsze lepiej obserwowac z oddali spod cieplego pieca. Nie dziw sie, ze wieksze zainteresowanie wzbudzaja instrukcje na temat jak zrobic, zeby piec byl cieply niz "czy i kiedy wybuchnie rewolucja i co wlasciwie przez to mozna rozumiec".

      Usuń
    2. Patrząc w ten sposób, nie powinienem blogować w ogóle. Bo z całą pewnością nic mi to finansowo nie daje...

      A tak szczerze: to w niedzielne popołudnie, kiedy pada deszcz i wokół roztopy i tak NIC nie można zrobić - poza snuciem rozważań.

      A że nie są to rozważania nad "poprawą bytu"..? Po prostu nie uważam mojego bytu za szczególnie istotny. Dajemy sobie radę - i chętniej widziałbym takie czy inne przygody i doświadczenia jakie nas spotykają jako pretekst do rozważań bardziej ogólnych, niż jako dramat sam w sobie.

      Dajcie spokój: czym ja się mam martwić..? Dzieci nie mamy, jakaś kasa jest i zawsze będzie - w sumie, jedynie bank mi wisi u gardła, ale cóż: bez tego życie byłoby po prostu zbyt piękne...

      Usuń
    3. nie będzie żadnej rewolucji

      Tusk wprowadził darmowy internet

      a potencjalni buntownicy łupią w gierki sieciowe

      Usuń
  10. Piszesz Jacku:
    "Które państwo będzie bardziej dynamiczne, bardziej agresywne i bardziej otwarte na zmiany – rządzone przez starców nad grobem – czy przez młodzieńca, który dopiero zaczyna smakować życia i chwały..?"

    To akurat bardzo dobra rzecz! Pomyśl co by się działo, gdyby w dzisiejszych czasach do władzy zamiast bandy rozmemłanych, lecących na kasę staruchów dobrał się jaki młody, SPRAWNY i broń Panie Boże silnie wierzący w jakąś ideę władca lub grupa osób? Niechby tą ideą było np. "wyzwolenie koni od wyzysku jeździectwa", co na końskim forum niejaka Ania promowała...

    Aż strach się bać! Sam o tym w innym kontekście pisałeś http://boskawola.blogspot.com/2010/06/katastr-jozefinski-czyli-temu-panu-juz.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jeszcze dla porządku: Józef II był NAPRAWDĘ specyficzny. Taki "Herkules biurokracji" (jak o innym waryacie na tronie - Boskim Klaudiuszu - napisał Herber). Nawet jak na pełną szaleństw epokę Oświecenia - wyróżniał się... Za to taka Katarzyna II, obejmując władzę w wieku lat 33 (jak na tamte czasy dość późne, ale dziś - byłaby co najwyżej asystentką posła!), dobrze się Rosji przysłużyła - chyba jednak lepiej niż Putin, o Jelcynie nie wspominając..?

      Usuń
    2. Mam wrażenie, że starzy władcy są dobrzy dla starych (tych co mają już pieniądze, pozycję), bo raczej swoimi poczynaniami zachowują status quo. A młodzi władcy - z nimi dużo się dzieje, jest dynamicznie, więc "starsi", mający pozycję tego nie chcą, bo mogą już tylko stracić. Młodzi widzą w tym swoją szansę, bo dużo stracić nie mogą. Pieniędzy zwykle nie mają, o życie się nie boją bo myślą, że co złego to mi się nie przydarzy...

      Usuń
    3. Podobno Bonaparte twierdził, że najlepszy układ to "młodzi pułkownicy - starzy kapitanowie". Młodzi pułkownicy wyznaczają ambitne cele - doświadczeni oficerowie niższego szczebla wiedzą, jak je osiągnąć przy akceptowalnych stratach...

      Usuń
  11. @ Wojtku

    Oczywiście masz rację. Tyle tylko, że możemy sobie na taki luz pozwolić wyłącznie dlatego, iż wszystkie liczące się państwa świata rządzone są przez taką samą indolentną gerontokrację (nawet w Korei Północnej, choć tam władza jest dziedziczna: może to skutek postępu w medycynie - władcy żyją dłużej, to i następcy tronu już nie tacy młodzi..?). Być może jest to jakiś gatunkowy mechanizm obronny, oddalający od nas ryzyko totalnej zagłady - ale wszystko ma swoją cenę: gdyby teraz mieli na nas napaść kosmici - weszliby jak w masło!

    No i jeśli ten monopol indoletnej gerontokracji zostanie gdzieś przełamany - biada całemu światu! Nikt się nie zdoła przeciwstawić agresji ewentualnego Tyrana...

    OdpowiedzUsuń
  12. No zupełnie nie chcę, przynajmniej ja, oby się drogi kolega dajmy na to powiesił na klamce w klopie :)

    Przy zbytnim drążeniu niektórych tematów to się jednak co niektórym trafia :>

    Moja teoria jest też taka - bardziej czytelników interesują zdjęcia kotów, kopytnych i nowa praca autora, niż rzeczy na które nikt z nas nie ma żadnego wpływu. Po co się frustrować?

    OdpowiedzUsuń
  13. Pozwolę sobie zabrać głos odnośnie jednego z poruszonych wątków. Nie znoszę takiego podejścia, że zwierze ma pracować na człowieka, że jest tyle warte ile pieniędzy może zarobić, względnie ile kg mięsa waży.

    Jeden żyje żeby pracować, a drugi pracuje żeby żyć. Co w tym dziwnego, że ktoś tyra na konie, jeśli w owych koniach widzi sens swego życia, tzw. szczęście?? Żeby podać przykład bardziej przemawiający do wyobraźni - na jednego, tzw. alfonsa, pracują k...y, ale większość z nas pracuje jednak na te k...y.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chyba to sam autor bloga wyjaśnił

      swoją drogą każdy z nas rozumie co to hobby, nie musisz tego wyjaśniać

      jednak w normalnym/naturalnym układzie, nieskażonym przez wielkomiejskie fanaberie jest właśnie tak, że zwierze utrzymuje człowieka, a nie odwrotnie

      głupimi porównaniami tego nie zmienisz

      Usuń
    2. Konie to nie jest hobby tylko styl życia, to coś więcej niż rybki czy zbieranie znaczków.

      W "normalnym" układzie, czyli w biedzie zwierze pracuje na człowieka. Po przekroczeniu pewnego punktu zamożności zaczynamy mieć więcej potrzeb niż tylko napełnienie żołądka i podupczenie starej. I nie są to żadne fanaberie, tylko natura ludzka, objawiająca się w każdej kulturze i w każdym czasie, częściej zresztą na wsi niż w dużym mieście. Przy każdym zamożniejszym dworze szlacheckim utrzymywane były, oprócz koni wierzchowych, również sfory psów, a w bogatszych domach również sokoły do polowań, a nawet gepardy i inne osobliwości. Nie miało to sensu ekonomicznego, ale ludzie się bawili, za co im chwała.

      Usuń
    3. wydaje mi się, że to jednak miało cel ekonomiczny, choć czasem nie bezpośredni i w szerszym aspekcie niż Ci się wydaje

      Usuń
  14. Post o k....ach - bezcenny :-(((

    A ja - po raz pierwszy - zgadzam się z ADMINEM - cyt. : "bardziej czytelników interesują zdjęcia kotów, kopytnych i nowa praca autora, niż rzeczy na które nikt z nas nie ma żadnego wpływu. Po co się frustrować? "

    Nawet jeśli kolegi Jacka blogowanie jest UCIECZKĄ od codzienności - bardzo prosimy - niech się nie "podłamuje " psychicznie . Grono wiernych czytelników - byc może niszowych :-)) - świadczy jednak o czymś....

    A swoją drogą - trudno oczekiwac, że taka przypadkowa zbieranina czytelników z netu (mówię tu również o sobie, niech nikt się nie obraża....) - sięgnie Bóg-wie-jakich wyżyn intelektualnych i podejmie z panem dialog na ważkie tematy :-)))
    Pozdrawia jak zwykle - Ania B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bo my, grono stałych czytelników w gruncie rzeczy Jacka lubimy i chcielibyśmy go jakoś wzmocnić psychiczne

      a że nie zawsze wychodzi

      cóż

      dobrymi chęciami.....

      Usuń
    2. Lubimy...:) Dla mnie ten blog to ożywcza, intelektualna kąpiel, zmywająca brud prozy życia. Tyle i aż tyle. Pozdrawiam. Ludka

      Usuń
    3. dla mnie nie tylko

      moje dziecko nieraz przybiega jak tu buszuję i domaga się zdjęć kotów

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...