środa, 15 lutego 2012

Tamzing - czyli raport z maszyny do mielenia mięsa

Jednym z najczęstszych błędów świeżo upieczonych adeptów jeździectwa jest nadużywanie tzw. „pomocy jeździeckich“. Czyli, pisząc po ludzku – bezustanne kopanie konia po żebrach i szarpanie za pysk. Nic dobrego z tego nie wynika. Konie tzw. „szkółkowe“, a więc wykorzystywane właśnie do nauki dla początkujących – słyną z odporności na perswazję. Jeśli w ogóle daje się na nich jeździć, to głównie dlatego, że każda kolejna jazda jest w najdrobniejszych szczegółach kopią poprzedniej – tak więc koń z pewnym doświadczeniem doskonale wie, co ma w danym momencie robić, niezależnie od takich czy innych ekscesów wyprawianych przez ten dokuczliwy ciężar na grzbiecie. Innymi słowy, takie traktowanie zmienia konia w robota. W automat – który, jak to automat – potrafi wykonywać tylko najprostsze i najbardziej powtarzalne czynności…

Z niezrozumiałych dla mnie (na razie przynajmniej…) powodów, eksperci od ujeżdżania ludzi – wszelkiego rodzaju „guru“ psychologii biznesu – nie widzą niczego złego w stosowaniu takiej właśnie metody na ludziach. I oczekiwaniu, że po takim „ujeżdżeniu“ – skopani po tyłku i z opuchniętymi pyskami – będą w dodatku pracować efektywniej. Niekoniecznie przy tym – machając kilofem czy łopatą, co jeszcze można by od biedy zrozumieć (choć ja tam bym siekiery do ręki nie dał komuś, kto nie potrafi samodzielnie myśleć – i nie reaguje na bodźce!).

O czym piszę? Ano piszę o bezustannym, nachalnym, wrzaskliwym i do bólu trywialnym motywowaniu. Miałem przez ostatnie sześć tygodni okazję doświadczyć na sobie permanentnego prania mózgu: sześć dni w tygodniu, od rana do (późnego czasem) wieczora. To w ramach dość specyficznej pracy, jakiej – bez najmniejszego powodzenia zresztą – próbowałem się w tym czasie poświęcać, czyli sprzedaży bezpośredniej całkiem zresztą fajnych (ale za to pieruńsko drogich!) myjek parowych. Tym razem bowiem, trafiłem na szefa, który „inwestował“ w swoich pracowników, tj. poddawał nas bezustannemu szkoleniu (to akurat nie było takie złe – choć w efekcie zamiast 8 godzin pracy, o których mówił na początku, wychodziło mi tych godzin – razem z dojazdem – czasem i po 16…) – i równie bezustannemu motywowaniu.


Jak Państwo doskonale wiecie, mnie się zwykle kojarzy. I to motywowanie zatem, kojarzyło mi się nieodmiennie z tamzing – taką maoistowską zabawą polegającą na publicznej samokrytyce. Co prawda, szef starał się nas motywować pozytywnie – ale to już akurat różnie mu wychodziło… Dość napisać, że z grona osób, które zobaczyłem na pierwszym takim szkoleniu, jeszcze w połowie grudnia – do połowy lutego przetrwała jedna osoba. Wasz pokorny sługa…

Ano – uparłem się, zacisnąłem zęby i postanowiłem wytrwać jak długo się da. Nie dla pieniędzy – nie zarobiłem praktycznie ani grosza, wręcz przeciwnie, jestem o jakieś dwa tauzeny (licząc tylko paliwo i telefon) do tyłu. Uparłem się, bo pierwszego dnia samodzielnego „sprzedawania“ trafiłem do domu pana Krzysztofa w Zalesiu Górnym. Sprzedać myjki to mu nie sprzedałem – chyba nawet zresztą sprzedać i nie chciałem – ale za to próbowałem (i mam nadzieję, że jednak w pewnym stopniu mi się to udało..?) – sprzedać siebie. Niezręcznie jest chodzić od domu do domu z CV w ręku – prawda? Z myjką która i okno umyje i parkiet wyczyści i szybkę piekarnika czy kominka – a, to co innego..! Czy rzeczywiście coś mi te peregrynacje dały, to się przekonamy wkrótce – albo bowiem uda mi się znaleźć inną pracę, albo nie. Jak zwykle.

Być może, po prostu, byłem za mało zmotywowany? To znaczy – nie dałem się przekonać, że myjkę za 8 czy 9 tysięcy da się sprzedać i to kilka razy w miesiącu tak, żeby z ich sprzedaży dało się żyć? Jeśli tak, to tym bardziej – dowodnie Państwo widzicie, że z tymi „guru“ psychologii biznesu coś jest nie tak. W końcu, skoro było mi to powtarzane kilka razy dziennie, sześć razy w tygodniu przez sześć tygodni – to dlaczego nie uwierzyłem? I dlaczego nikt inny – z grona osób, którym było to powtarzane w tym samym czasie – też nie uwierzył?

Zastanawiam się, czy aby tak właśnie nie miało się zdarzyć? Ostatecznie, nasz (psychopatyczny – na pozór przynajmniej…) szef łatwo mógł uzyskać to, czego od nas chciał, gdyby zamiast swojego czasu i gardła, zainwestował trochę pieniędzy. Chciał, żebyśmy odbywali po 60 spotkań miesięcznie – to było całkowicie nierealne, bo skoro dopiero zaczynaliśmy, to skąd mieliśmy wziąć aż tyle „rekomendacji“, czyli telefonów osób polecanych przez znajomych, u których już odbyliśmy demonstrację? Oczywiście – dało się też inaczej i na ten przykład ja i jeszcze jedna para prezenterów, umawialiśmy sobie demonstracje „z buta“, po prostu chodząc po ulicy i pukając do drzwi – i to też działało, tak właśnie trafiłem do pana Krzysztofa z Zalesia i do pana Artura z Konstancina i jeszcze do wielu innych, sympatycznych i zaradnych osób. Pewnie staralibyśmy się jeszcze bardziej, gdyby nam po prostu płacił za każdą demonstrację – choćby jakieś symboliczne pieniądze tyle, żeby się koszty zwróciły.

Chciał, żebyśmy zdobyte „rekomendacje“ zanosili mu do biura. W porządku – zanosilibyśmy je w podskokach, gdyby za każdą taką rekomendację choć kilka złotych wpadało na konto.

Chciał, żebyśmy pracowali zespołowo, umawiając demonstracje jeden drugiemu, w zależności od tego, gdzie kto ma bliżej. To też by zadziałało – gdyby tak, jak mówił, rzeczywiście płacił za taką czynność. I gdyby, rzecz jasna, ktoś na taką demonstrację pojechał – rozstaliśmy się w poniedziałek po tym, gdy sam szef olał kompletnie bardzo dobrą demonstrację, ze znacznym prawdopodobieństwem sprzedaży, którą umówiłem mu w Milanówku. Nawet tam nie zadzwonił – a kobieta specjalnie otworzyła wcześniej pizzerię, żeby tylko myjkę wypróbować, bo w piątek zrobiłem dobre wrażenie na jej synu w Piasecznie, skutecznie usuwając – na mrozie – zrobiony spreyem napis na szybie!

Reasumując – szef doskonale wiedział, jak mógłby od nas uzyskać to, czego chciał: wiele demonstracji, wiele rekomendacji i „pracę zespołową“ – tylko musiałby płacić, a nie gadać. No, ale – wyciąganie pieniędzy z portfela, jak wiadomo, boli wyciągającego. Wydzieranie się – boli słuchaczy… Być może zresztą, o to właśnie chodzi? To taka „maszyna do mielenia mięsa“. Szef nieustannie rekrutuje nowych pracowników. Nowi pracownicy przynoszą jako swoje „wiano“ – nowe kontakty od których można zacząć łańcuszek rekomendacji – szef sprzedaje kilka maszyn – pracownik idzie won – przychodzi następny – proces zaczyna się od początku. W ten sposób ponosząc absolutnie minimalne koszty (nawet na ogrzewaniu biura oszczędza – zimno tam było w te mrozy!), lub zgoła żadnych – może, nie przemęczając się nadmiernie, dobrze sobie żyć. Trzeba tylko bezczelnie kłamać: że spotkania umawia „firma“ (a gówno prawda! Jak sam sobie nie umówisz – nigdzie nie pojedziesz…), że jest jakaś stała „podstawa“ wynagrodzenia, wypłacana niezależnie od wyników sprzedaży (nikt takowej nawet na oczy nie zobaczył…), że zwróci koszty paliwa, że pracować będziemy w pobliżu miejsca zamieszkania (i dlatego musiał mnie koniecznie gonić codziennie do biura, 70 km w jedną stronę – nawet, jeśli miałem tego dnia umówione demonstracje w Warce czy w Górze Kalwarii!), że zamierza budować większy zespół, do którego poszukuje kierowników (ha, ha, ha!).

No cóż: nieumiejętność mówienia prawdy jest chorobą zawodową w tym biznesie. Szefuńcio ostatni nie jest tu bynajmniej przypadkiem ekstremalnym – facet, u którego zaczynałem terminowanie w sprzedaży bezpośredniej jakieś półtora roku temu (od razu piszę: CHCIAŁBYM robić cokolwiek innego niż sprzedaż bezpośrednią – do sprzedaży bezpośredniej, a konkretnie do ziół, wkręcił mnie jesienią 2010 roku redakcyjny kolega, nawet nie mówiąc, co to za robota, a żadnej alternatywy nie miałem – problem polega na tym, że jak dotąd – nic innego nawet się nie jawi na horyzoncie…) był już tak pokręcony psychicznie, że nie umiał wymówić słowa „wypłata“, czy „wynagrodzenie“ – musiał mówić „konstrukcje finansowe“!

Niestety, choroba ta – jak sądzę – dotyka wcześniej czy później każdego, kto odnosi w tej dziedzinie sukces. Ostatecznie, polega to na manipulowaniu ludźmi. Czyż nie? Ależ proszę bardzo – oto dowód: „11 Złotych zasad sprzedaży“, podyktowanych nam do kajetów przez szefa na pierwszym zaraz szkoleniu:

  1. Wybierz dom klienta
  2. Zgromadź informacje – kto tam mieszka
  3. Zgromadź wszystkich członków rodziny
  4. Postaraj się o aktywną współpracę
a)    Zadawaj pytania
b)    Daj użyć Ökolution [tak się nazywały te nasze myjki]
c)     Nie ignoruj nikogo
  1. Obserwuj i słuchaj klienta
  2. Od początku zamykaj pokaz
i.      Salon – tak!
ii.     Kuchnia – tak!
iii.   Łazienka – tak!
iv.    Sypialnia – tak!
  1. Buduj wartość. Sprzedawaj – nie mów.
Dwie przyczyny kupowania Ökolution
-       Klienci wierzą, że jest to jedyna maszyna na rynku, która optymalnie wyczyści ich dom.
-       Pod koniec pokazu klienci wierzą, że Ökolution jest inwestycją, która przyniesie im więcej korzyści, niż dzisiaj kosztuje.
Zrób 8 termofaz brudnych ułożonych jedna obok drugiej na oczach klienta.
  1. Używaj argumentów zamykających (slogany, prawdy oczywiste)
  2. Zamykaj bezpośrednio po pokazie.
  3. Zamykaj pozytywnie.
  4. Włóż entuzjazm i energię w demonstrację.

Wiem z góry co na ten temat napisze kolega Racjonalnie Oszczędzający! Tylko bardzo proszę, żeby przeczytał sobie powyższy tekst dwa razy, nim skomentuje: czy ja w którymkolwiek miejscu napisałem, że kręci mnie ta robota – i że mam jakiekolwiek szanse odnieść w niej sukces? No nie mam – a to, że sobie ten fakt uświadomiłem, to w ogóle największa korzyść z tego sześciotygodniowego pobytu w maszynie do mielenia mięsa.

Natomiast miarą mojej desperacji w poszukiwaniu jakiejkolwiek innej pracy niech będzie to, że dałem się panu Arturowi zaprosić na spotkanie Amwayowców – oczywiście nie po to, żeby się do tej sieci zapisać (wybaczy Pan, Panie Arturze – ale był Pan u nas, sam Pan widział jak żyjemy – i że kupowanie płynu do mycia po cenie wyższej niż w „Biedronce“ w tej chwili raczej nas nie skusi, prawda..?), ale – żeby poznać ludzi. Sam w końcu na „Agepo“, póki ten portal jeszcze działał (mam teraz trochę wolnego czasu, to może wrzucę gdzieś te stare teksty, żeby się nie marnowały?) pisałem, że największym i najważniejszym kapitałem jaki można posiadać – jest kapitał „społeczny“, czyli dobre kontakty z ludźmi – prawda? Zakładam, że wszystko, co się na takim spotkaniu dzieje, zostało przemyślane w najdrobniejszych szczegółach przez najskuteczniejszych i najbardziej „gurowatych“ ze wszystkich „guru“ psychologii biznesu… I to jest taka porcja kopania po żebrach i szarpania za pysk, że gdybym był koniem, to bym dęba stanął! Co w takim razie jest nie tak z człowiekiem, że co konia narowi i do buntu skłania – człowieka wprost przeciwnie: ma właśnie do lepszej pracy nakłaniać..? Przecież koń to na ogół głupie bydle, mawia się, że gdyby koń o swojej sile wiedział, to by nikt na nim nie siedział..? Czyżby człowiek był JESZCZE głupszy?

38 komentarzy:

  1. Ja to sie zaparlam w sobie i stwierdzilam ze juz zadnego szefa nie bedzie nade mna... Odpukac, na razie mi to wychodzi...

    OdpowiedzUsuń
  2. Powiem Ci Jacku, że IMO był to taki model biznesowy na zasadzie wygrany-przegrany. Wy pokrywacie koszta (choćby paliwo) a on ma pracowników za darmo. A właściwie to ma pracowników, którzy mu płacą... Gdyby miał pokrywać koszty inaczej niż będąc złotoustym, to by się zwinął z torbami...

    Kiedyś również pracowałem jako domokrążca - w ciągu miesiąca "zarobiłem" około 100 euro, kosztowało mnie to chyba z 4x tyle. Chociaż wiem, że byłem kiepskim sprzedawcą, bo inni sporo nawet zarabiali...

    A na ludzi, którzy mnie "motywują" lub nieproszeni i nie z moją wolą wywierają na mnie wpływ mam coraz większą alergię.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jacek:
    zle podchodzisz do rzeczy. Z postawa typu "dajcie mi prace" w kraju, gdzie bezrobocie rosnie, a ludzie poza duzymi miastami pracuja za minimalna krajowa - nie przezyjesz, nawet jesli uda ci sie cos znalezc. Postawa zaprezentowana przez tego pana pt:

    "Szef nieustannie rekrutuje nowych pracowników. Nowi pracownicy przynoszą jako swoje „wiano“ – nowe kontakty od których można zacząć łańcuszek rekomendacji – szef sprzedaje kilka maszyn – pracownik idzie won – przychodzi następny – proces zaczyna się od początku."

    - jest bardzo powszechna i jak widze nie zmienila sie od roku 1997, czyli od kiedy ostatni raz sie z tym zetknelam w Polsce.

    Zamiast szukac pracy pomysl, co daloby sie przewiesc przez granice z Bialorusia. Albo moze nawet i to nie - po prostu kupowac od lokalnych mrowek po naszej stronie granicy a wozic do Wawy. Albo cos innego.

    Na amwayowcow nie licz. Jesli zobacza, ze nie jestes zainteresowany ich biznesem kompletnie ci zignoruja. To zreszta jest bardzo zamkniete srodowisko, skupieni wokol samych siebie i niespecjalnie niczym innym zainteresowani (tak, tez to przerabialam zanim z Polski nie wyemigrowalam...).

    OdpowiedzUsuń
  4. Nio :) Hasło znane od dawna- umiesz liczyć, licz na siebie - niezdezaktualizowało się. Wręcz przeciwnie, nabiera mocy. Proponuję ogłosić się w necie, dogadać z władzami Warszawki i obwozić dzieciaki w parkach warszawskich konno. 50 zyla za 30 minut-? W sobotę i niedzielę zarobisz Szanowny Panie tyle, że będzie na spokojne życie :) Pozdrawiam. Ludka

    OdpowiedzUsuń
  5. Jest dużo racji w tym co pisze Ludka oraz Futrzak. Trzeba liczyć na siebie, ludzie powinni się zastanowić coraz poważniej nad tym żeby samemu tworzyć sobie miejsca pracy.
    A w wypadku osób które potrafią sami działać na własną rękę. To radzę szczerze trzymać się jak najdalej od wszelkich sekt biznesowych to jest firm które bazują na tzw. sprzedaży bezpośredniej z wykorzystaniem akwizytorów.
    Podziwiam upór Pana Jacka bo ja jako dorosły człowiek bym w tego rodzaju pracy nie wytrzymał nawet sześciu godzin. Wiem jak funkcjonują takie firmy ponieważ w czasach studenckich zdarzało mi się parę razy pracować w nich dorywczo.
    Rozumiem też, że w potrzebie szukania zarobku ktoś może się skusić na próbę bycia akwizytorem. Jednak po pierwszym dniu trzeba sobie zawsze odpuścić bo takie prace nigdy nie przynoszą korzyści pracownikowi (akwizytorowi) - to droga donikąd. Już bym wolał się zatrudnić jako pracownik fizyczny gdzieś u rzemieślnika bądź w gospodarstwie rolnym. Taka praca ma w sobie więcej godności i przynosi wymierne korzyści finansowe, może nie na miarę oczekiwań ale zawsze są to pewne pieniądze.
    Pewną alternatywą którą warto poważnie rozważyć jest praca w agencjach ochrony. Wiem, że ochroniarze zarabiają bardzo mało ale ta praca ma też pozytywne strony. Po pierwsze ma się skromną wypłatę która wpływa regularnie i ma się opłacone ubezpieczenie. Po drugie ponieważ pracuje się w systemie zmianowym (12 na 24 godz lub 24 na 48 godzin) daje to duże możliwości dodatkowych zajęć. Jest to ważne na przykład gdy samemu prowadzi się małe gospodarstwo rolne. Czas wolny pozwala się zająć pracą na roli. Albo inaczej będąc ochroniarzem można w czasie wolnym zająć się handlem. Jeden z moich znajomych na ten przykład jest zatrudniony w agencji ochrony jako stróż, a w weekendy handluje antykami na giełdach. Gdy ma wolne dni w środku tygodnia to jeździ w terenie zdobywać towar do handlu. Dzięki pracy ochroniarza nie martwi się o ZUS i ma regularne skromne, bazowe przychody. Przy tym wystarczająco dużo wolnego czasu aby zdobywać towary handlowe i sprzedawać je przez internet lub na giełdach. Szczerze polecam ponieważ wiem, że to działa.
    Pozdrawiam i zachęcam do przemyśleń. No i szczerzę życzę powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcę jeszcze dodać kilka uwag do mojego powyższego komentarza.
      Chcę też powiedzieć, że bardzo podoba mi się dyskusja która wywiązała się w temacie postu i z uwagą przeczytałem wszystkie komentarze.

      Wracając do rzeczy które chciałem dodać to jak już ktoś napisał warto rozejrzeć się we własnych możliwościach.
      Pierwszy z wniosków które mi się nasuwają to jest sugestia aby wykorzystać posiadane konie do pracy zarobkowej. Wydaje mi się, że można zwrócić się do lokalnych samorządów, a w szczególności do osób które są odpowiedzialne za organizację festynów. Należało by sprawdzić terminarz takich imprez. Podejrzewam, że przy okazji wielu z nich można by występować z własnymi końmi i obwozić na ich grzbietach dzieci za odpłatnością.
      Drugi z wniosków który przychodzi mi na myśl to fakt posiadania internetu przez pana Jacka i jego umiejętność pisania tekstów. Chcę zwrócić uwagę, że posiadając internet można się zająć handlem przez Allegro. Jest wiele tematów w których można się realizować w tej dziedzinie. Znam osobę która handluje przez Allegro używanym sprzętem sportowy. Wiem, że autor bloga zna się na jeździectwie i podejrzewam, że ma pewne rozeznanie w sprzęcie do tego sportu. Można też handlować innymi rzeczami używanymi, na przykład antykami o których wspomniałem w kontekście mojego znajomego który pracuje jako ochroniarz.
      Wiem co mówię w temacie handlu przez Allegro bo sam czerpię z tego dochody, nie jest to główne źródło utrzymania tylko dodatkowe. Ja prowadzę firmę usługową i handel w rodzinie traktujemy jako dodatkowy dochód. W każdym razie handlem zajmuje się głównie moja żona. Nasz handel polega na tym, że na okolicznych targowiskach kupujemy używane przedmioty o wyglądzie staroci, lub oryginalne obiekty. Niektóre z nich wymagają oczyszczenia bądź drobnych napraw. Później wystarczy zrobić dobre zdjęcia, opis i czekać aż ktoś kupi od nas. Nie jesteśmy profesjonalistami jak mój znajomy ochroniarz. Lubimy jedynie stare rzeczy, ja lubię też przy nich majsterkować. Podobnie w swoim temacie działa nasz kolega który dorabia sobie handlując sprzętem sportowym.
      W wypadku takim jak nasz nie trzeba zgłaszać działalności ponieważ sprzedajemy rzeczy używane na niewielką skalę i zawsze możemy powiedzieć, że sprzedajemy swoje przedmioty z domu. Z takiego handlu można mieć w miesiącu kilkaset, a nawet więcej złoty czystego zysku. To wystarcza na opłaty domowe, a pieniądze z głównego źródła dochodu można inwestować.
      Nauczyłem się takiego handlu będąc niejednokrotnie w Niemczech gdzie poznałem wiele rodzin które czerpią podobne dodatkowe dochody.
      Trzecia sugestia którą mam na myśli pochodzi z jednego z komentarzy. Ktoś napisał o dawaniu korepetycji. Wiem, że autor pisze drugiego bloga w języku angielskim, więc może by spróbować dawać korepetycje z angielskiego.


      Sam mieszkam w małym ośrodku w którym trudno jest o pracę i wiem, że każdy dochód się liczy.
      Jeszcze raz pozdrawiam.

      Usuń
    2. Anonimie, komentarz jest rewelacyjny i pomysłowy - trafia w mój temat - proszę cię o zgodę na wykorzystanie jego części lub nawet całości na Racjonalnym Oszczędzaniu.

      Usuń
    3. Witam ponownie, zgadzam się na wykorzystanie mojego tekstu z komentarza. Jeżeli nie ma Pan pewności czy jest to zgoda autora wpisu to proponuję opisać treść komentarza własnymi słowami.
      Proszę zwrócić uwagę na wykorzystanie drobnego handlu. Drobny handel często nie wymaga nakładów, można go wykonywać bez ryzyka inwestycyjnego i zobowiązań. Często jest tak, że ktoś ma jakieś zbędne przedmioty w domu które mają pełną wartość użytkowa i nadają się do odsprzedaży. Od tego można zacząć, oczywiście warto pamiętać aby się nie zrażać. Bo prawdopodobieństwo sprzedaży zależy od wartości użytkowej obiektu i jego ceny. Trzeba sobie dać czas aby wyczuć rynek.
      Warto też handlować rzeczami związanymi z tematyką na której ktoś się zna: sprzęt sportowy, elektronika, używane książki, używana markowa odzież, starocie, agd, części samochodowe lub do motocykli, tematów jest wiele. Towary można zdobywać od sąsiadów i znajomych, można też je pozyskiwać na targowiska i w składach rzeczy używanych. Ważne jest aby kupować tanio bo w razie niepowodzenia w sprzedaży nie będzie wielkiej straty.
      Przez wiele lat mieszkałem w Niemczech i wiem, że wielu z moich znajomych i sąsiadów bawiło się w handel na pchlich targach, dzisiaj wykorzystują ebay. Nauczyłem się tam, że nie warto wyrzucać dobrych przedmiotów, zwłaszcza takich które można sprzedać.
      Taka sprzedaż to dodatkowy dochód i recycling który przywraca do życia zapominane sprzęty.
      Ważne aby robić to małym kosztem, bo inaczej można stracić i w miarę rozpoznawania rynku wchodzić w poważniejsze transakcje.
      Taki handel jest dobry bo nie zajmuje dużo czasu i można go łączyć bez problemu z pracą zawodową.
      Szczerze polecam i pozdrawiam.

      Usuń
    4. Jeszcze na koniec chciałem podkreślić aby zwracać uwagę na to żeby sprzedawane przedmioty były odpowiednio przygotowane. Prawdopodobieństwo sprzedaży zwiększa dobry stan zachowania. Rzeczy trzeba oczyścić, gdy są zepsute to naprawić i ładnie zaprezentować. Ważny jest też rzeczowy opis sprzedawanego obiektu.
      Powodzenia.

      Usuń
    5. dziękuję, w weekend popracuje nad tymi wypowiedziami

      jeśli mógłbym się jakoś odwdzięczyć za treść - np. podlinkować Twój profil/aukcje i polecić czytelnikom - proszę o podanie linków

      mój mail: rwks/małpa/tlen/kropka/pl
      u mnie też były posty o sprzedaży rzeczy używanych, ale nie w charakterze handlu i nie tak kompleksowe

      sam coś sporadycznie sprzedaje i kupuje - więc tym bardziej proszę o kontakt - może nawet ubijemy jakiś interes :)

      Usuń
    6. Witam, dziękuję za chęć wyróżnienia na blogu R-O. Jeżeli można to pozostanę anonimowy do końca. Pisząc moje komentarze pragnąłem jedynie pomóc ludziom którzy mogą być zainteresowani tematem i będę szczęśliwy jeżeli moje uwagi się komuś przydadzą.
      Z chęcią zajrzę na to co Pan napisze.

      Jeszcze tytułem dopełnienia do ostatniego komentarza chcę dodać, że warto wyszukiwać do sprzedaży przedmioty wyróżniające się lub poszukiwane w swoim asortymencie. Rzeczy popularne sprzedają się gorzej, chyba, że cena będzie bardzo zachęcająca.

      To już chyba wszystko :-)

      Pozdrawiam.

      Usuń
    7. Anonim, proszę Cię o kontakt do mnie na mail: rwks(małpa)tlen.pl

      cel handlowy/prywatny,

      nie zamierzam publikować/ujawniać kontaktu do ciebie na blogu

      Usuń
  6. ok, obiecuję, że zanim coś napiszę na temat - przeczytam ponownie

    tymczasem racja - warto opublikować teksty pisane dla Agepo, hmm, szkoda także tych dyskusji i komentarzy czytelników

    przez Agepo trafiłem tutaj, na ten blog,tutaj podjąłem decyzję o założeniu mojego bloga

    brakuje mi Agepo

    OdpowiedzUsuń
  7. RO:
    chwilowo sytuacja wyglada tak, ze nieoplacana domena agepo wyekspirowala.
    Czasu tez nikt nie ma: maczeta wyjechal do Argentyny, Wojtek do UK a Jacek jak widac szarpie sie z polska rzeczywistoscia.

    OdpowiedzUsuń
  8. Z rozpaczą i współczuciem czytam opisy działąń w sprzedaży bezp. mam za sobą doświadczenia mojego męża w innej znanej z wyzysku firmie od odkurzaczy parowych - takie jak autora. Też byłam kiedyś w dołku i wyszłam więc mówię - Brawo Ludka! trzeba sprawdzić co się ma i co się umie i z tego wyciągnąć profit. Wysilić niebagatelną inteligencję i wiedzę i wykreować siebie! Ty jesteś produktem lub usługą - a konie ew. dodatkiem. A blogi - jedna ze znanych blogerek wylansowałą się w piśmie dizajnerskim, druga - swoją agroturystykę w cenie 2x standard ( a wszelkie uwagi negatywne starannie usuwa)- więc nie szarp się człowieku tylko myśl.
    I wytłumaczcie mi - dlaczego infrastrukturę domu robią zapite głupki zwane fachowcami skoro kobita "po maturze' po przejrzeniu paru info na necie wie co i jak trzeba zrobić i tylko wprawy w obsłudze gzrechotki, wkretarki etc.jej brakuje? To sprzedaż i lizanie... jest lepsza od pracy fizycznej od 120 zet dziennie w górę? Każdy willowiec marzy o złotej rączce do naprawy różnych rzeczy / ew. ściąganiu włąściwej pomocy, a Ty mieszkasz w okolicy gdzie popyt jest ch... co wiem skądinąd. Tylko porządny willowiec nie chce zapitej gęby, a jak porządny człowiek chce kosić traktorkiem 3 tys. m ogrodu za 500 zet to źle? powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ok, odpowiedź u siebie napisałem - nie wiem czy to jest to, czego spodziewał się Szanowny Kolega - ale napisałem po prostu co myślę i tyle.

    OdpowiedzUsuń
  10. Panie Jacku - bardzo proszę mnie objaśnic - bom ciekawa niezmiernie - co to znaczy - cyt.:
    ... zamykaj pokaz

    i. Salon – tak!
    ii. Kuchnia – tak! ..... " ??????
    Pozdrawia - jak zwykle serdecznie - również Lepszą Połowę i kotowate - także samo poszukująca pracy - Ania B. :-))

    OdpowiedzUsuń
  11. @ Aniu B.

    "Zamknięcie" to termin techniczny. Prawdę pisząc, słaby jestem z teorii NLP, stąd najlepiej wiem co on oznacza, gdy nikt mnie o to nie pyta - a Lepsza Połowa też zapytała - generalnie chodzi o zakończenie, spuentowanie sytuacji, w ramach którego uzyskuje się od potencjalnego klienta jakiś rodzaj decyzji: kupuje, lub nie kupuje... Oczywiście, chodzi o takie spuentowanie, żeby klient mógł tylko i wyłącznie przytaknąć - że tak, chce tego..!

    Dla przykładu "zamknięcie" salonu to uzyskanie odpowiedzi na pytanie: "Czy, gdyby budżet Państwu pozwolił - kupilibyście to ode mnie dzisiaj?"

    "Zamykałem" jednakowoż także i prezentacje ziół. Wtedy "zamknięciem" było podanie słuchaczom ceny - w taki sposób, żeby nabrali nieodpartego przekonania, iż mają właśnie niepowtarzalną okazję wyleczyć się ze wszystkich możliwych i niemożliwych chorób prawie za darmo.

    "Zamknięcie" to w ogóle najtrudniejsza część każdej prezentacji. Na ogół - kiepsko mi to wychodzi. I dlatego właśnie, niezbyt się do tej roboty nadaję. Cóż jednak zrobić, skoro do pracy fizycznej mnie NIE CHCĄ (a próbowałem nie raz...) - i to nawet, kiedy wcale nie wyciągam dyplomu...

    OdpowiedzUsuń
  12. co tu CHCIEĆ? lub nie chcieć?

    cholera oświeć mnie, bo nie rozumiem?!

    ja tu się miesiącami staram, aby mieć w zanadrzu/do dyspozycji osobę do prac fizycznych, nawet drobnych i "niewykwalifikowanych" i ciężko!

    moje wymogi są proste, choć przyznaję, że jest ich bardzo dużo...

    ...mianowicie dwa:

    - niepijący abstynent/tka (czyli na warunki lokalne tak raczej nie więcej niż 100ml wódki przed robotą)

    - NIE złodziej/ka

    Teoretycznie po wielu miesiącach poszukiwań mam już kolegę z treningów, który tą funkcję wypełnia, zobaczymy na jak długo.

    Aaaa... obecnie w oczekiwaniu są dwie przesympatyczne sąsiadki kandydatki do sprzątania biura - tzn. są i zbierają się od 2 tygodni, ale zawsze coś nie pasuje, a to paluszek boli, a to nóżka, a to czasu nie było... mimo że oferuję 2-3x więcej za h niż tam gdzie pracują obecnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Admin. R-O blogHej, hej... to ja się pisze od ręki w ciemno. Nie mam roboty. Gdzie przyjechać ? lkt33@o2.pl :DDDD Ludka

      Usuń
    2. uważaj bo naprawdę odpiszę :)

      z jakiego regionu/miasta jesteś?

      Usuń
    3. Warszawka :/ pozdrawiam :D Ludka

      Usuń
    4. a ja mieszkam i działam na Dolnym Śląsku - sprawy do których potrzebuje obecnie pomocy są tak drobne, że opłacałoby się to osobie (na dojazd) z promienia max. kilkunastu km

      większe inwestycje - już ukończone - na widoku jedynie remont jednego pokoju w domu

      co do innych spraw, np takich które można załatwić w warszawie lub przez net, hmm, lepiej mieć kontakt niż nie mieć :) no nie?

      mój: rwks(małpa)tlen(kropka)pl

      Usuń
  13. Też tego nie rozumiem. Bo z jednej strony - w Polsce niczego takiego jak "bezrobocie" w ogóle nie ma! Nie istnieje takie zwierzę! Kiedy bowiem sami szukaliśmy ludzi do pomocy, czy to przy karczowaniu zarośli, czy przy innych ciężkich pracach - odzew był dokładnie zerowy.

    Z drugiej jednak strony - kiedy samemu szukam pracy: wszystkie drzwi nagle zamykają się na klucz, telefony przestają odbierać, a maile dochodzić. A przecież wcale nie mam ambicji bycia dyrektorem! Bardzo chętnie wykarczowałbym komuś zarośla czy posprzątał obejście... "Złotą rączką" nie będę, bo mi na to wrodzona niezdarność w pracach ręcznych nie pozwala, ale coś tam przecież umiem...

    Podejrzewam, że ma to coś wspólnego z takim ogólnym zjawiskiem, któremu być może kiedyś poświęcę osobny wpis: otóż, kiedy jest kasa do wydania - chętnych, aby w tym zbożnym dziele pomóc - aż za wielu! Kiedy jednak trzeba kasę dopiero zarobić - a, to co innego...

    OdpowiedzUsuń
  14. Panie Jacku. Zjawisko, o którym Pan wyżej wspomniał jest ogólne. JA gdybym była w Pana sytuacji to głową bym sufit wybijała ze szczęścia. To czego mi brak - to możliwości, a Pan ma ich mnóstwo, choćby z racji bycia silniejszym. Nie rozumiem dlaczego Państwo jeszcze nie macie sadu, warzywniaka. To jest dla mnie niepojęte. Mieszkać na wsi i nie mieć kilku kur, gęsi? To JEST JEDZENIE ! Może Pan otworzyć hotel dal psów, Racjonalną hodowlę pcheł :p, czy co tam innego. Rozreklamować się w okolicy w różnych działaniach - nawet na słupach ogłoszeniowych. O! Mam - korepetycje z języka polskiego :) hm... Co Pan na to ? Buziam całe stado ludzko-zwierzowe > Ludka

    OdpowiedzUsuń
  15. Jeśli drogi kolego piszesz serio, że pomógłbyś nawet w karczowaniu i sprzątaniu za kasę trzeba rozpuścić wici po okolicy.

    Dlaczego nie wykorzystać szerokiej bazy klientów z komiwojażerki?

    Puścić masowo ogłoszenie/info/sms/mail w stylu:

    "Witajcie... to ja piszę... Jacek z VeryGoodWare Co. obecnie jestem na dłuższym urlopie i zajmuje się jedynie gospodarstwem, ale przyjmę dorywczo wszelkie prace pomocnicze/zlecone od X... do Y... w promieniu N km od Warki, własny transport, niepijący w pracy... punktualnie, solidnie..."

    nawet na blogu można puścić

    Generalnie sekret sprzedaży jest taki, że nikt nie lubi być nagabywany, nikt nie lubi jak się MU sprzedaje i wciska coś... ale każdy lubi sam kupować i wybierać - w tym pomocnika do roboty.

    OdpowiedzUsuń
  16. aby nie było, że się mądruję tylko

    ja też miałem w życiu etap miotły, zmywaka i ściery

    a za te sprzątaczki co nie przyjdą między innymi ja będę musiał po godzinach posprzątać i "zdjąć białe rękawiczki"

    OdpowiedzUsuń
  17. @ Ludka

    Ależ mamy sad! Tylko trudno, żeby owocował w rok po posadzeniu, nieprawdaż..? Mamy też warzywniak, mamy mnóstwo suszonych ziół, grzybów, itp. Drób odpada z uwagi na alergię Lepszej Połowy (konie zresztą też źle znoszą pierze i kał drobiu, podobnie jak np. żądła pszczół, stąd i ula nie planujemy...)

    @ R-O

    Właśnie to robię...

    OdpowiedzUsuń
  18. Dzięki za próbę objaśnienia kwestii "zamknięcia" :-)))

    I - pozwolę sobie dodac, jako RÓWNIEŻ poszukująca pracy - po takich wpisach pojawiają się TYLKO dobre rady, dobre rady, słowa, słowa, słowa...
    Parole, parole,parole....
    Skąd ja to znam....
    Pozdrawia "odwilżowo" - Ania B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hmm złe i głupie rady też się zdarzają

      natomiast dlaczego nie skorzystać z niektórych porad innych ludzi?

      ja nie raz skorzystałem z rad i pomysłów innych ludzi z dobrym skutkiem

      nie należy traktować tych wpisów w takiej kategorii jak to robisz - ale jako potencjalną skarbnicę pomysłów

      może wtedy pracę ZNAJDZIESZ!

      Usuń
    2. Hmmmm.... i dlatego właśnie nie zostawiam śladów swojej bytności tutaj - bo każdy wpis pociąga za sobą komentarz... Admina .
      Pozdrawia - jak zwykle - Ania B.

      Usuń
  19. No ba! Tak patrząc po własnych "zasobach i umiejętnościach", to w gębie niewątpliwie jestem najmocniejszy. I co z tego? Jedyne miejsce, gdzie jest popyt na takie umiejętności - to właśnie handel bezpośredni. A i to TYLKO dlatego, że firma nie płaci, póki nie sprzedam (o ile płaci w ogóle...). Mam w końcu znajomych - dawniejszych i nowszych - w wielu redakcjach. I co? I gówno - za przeproszeniem - już nawet przestałem ich nagabywać o możliwość posłania gdzieś tekstu, bo nie ma to najmniejszego sensu: utopią, powieszą, spalą - a do "koryta" nie wpuszczą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak pisałem NIKT nie lubi być nagabywany - każdy lubi kupować i wybierać

      nie wiem jaki jest podaż i popyt na rynku dziennikarskim?

      jeśli jakiś choćby śladowy popyt jest - założyć stronę autorską, z referencjami, próbkami artykułów do 'kupienia' za kasę, kilkoma próbkami darmowymi na licencji CC

      nie mówię o blogu, gdzie post o piecyku i kotach miesza się z naprawdę poważnymi artykułami

      a tak para idzie w gwizdek a ewidentny sukces w kanał - piję tu m. innymi do agepo.pl

      Usuń
    2. oczywiście nikt nie lubi być nagabywany, ale także POUCZANY

      co de facto zrobiłem właśnie

      ale jako osoba silna psychicznie na pewno jesteś ponad takie prymitywne reakcje i odbierzesz mój komentarz pozytywnie :)

      Usuń
  20. Tak swoją drogą smuci mnie fakt, że nikt, ale to nikt z komentujących, w ogóle nie odniósł się do głównej tezy, jaką powyżej postawiłem: że mianowicie człowiek jest głupszy od konia, bo co konia by znarowiło, człowieka motywuje...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To smutne ale każdy boi się przyznać, że w kieracie potrafi chodzić lepiej od konia.
      Pozdrawiam

      Usuń
  21. Może dlatego, że każdy ma wędzidło w pysku i już nim rzyga ( za przeproszeniem ). Że każdy marzy o wolności wyboru, o braku przymusu, o spełnianiu się, o spełnianiu marzeń. Może tak boleśnie ma dosyć coraz bardziej doskwierającej rzeczywistości - że radząc - szuka też jakiejś furtki dla siebie :(

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...