sobota, 4 lutego 2012

Fart

Jak zwykle - mieliśmy farta! A mogłem wyjechać do pracy 10 minut wcześniej. Mogło się zacząć jarać 10 minut później, albo zgoła w nocy, czy - na ten przykład - w niedzielę, gdy planujemy pojechać na zakupy i zostawić chatkę samą..?

Tymczasem siedziałem sobie przy komputerze mimo, że powoli trzeba się już było zbierać do pracy (akurat fajnie mi szła gierka we Freeciv i stąd zapomniałem, że chciałem jeszcze umyć przed pierwszym spotkaniem Wunderbauma, który zasyfiony jest jak tania dziwka...), kiedy coś mi za plecami zleciało z sufitu. Oglądam się - a tam płomienie na stropie wokół komina...

Prawdę pisząc - sam się sobie dziwię, zawsze sądziłem, że odwagą fizyczną specjalnie nie grzeszę - chyba po prostu: nie zdążyłem się przestraszyć. Nie było czasu.

Drugi fart (pod rząd! Jak nic, trzeba w totka zagrać...): kran pod wiatą, dzięki temu, żeśmy go kapiącego na noc zostawili - był czynny. Tam można było szybko wiaderka wodą napełnić i na strych zanieść. Cała akcja dłużej niż pięć minut nie trwała, to i opisywać jej nie ma co rozwlekle. Grunt, że pożar został ugaszony - z niewielkimi stratami. Bodaj najpoważniejszą jest uszkodzenie piły i zbiorniczka na paliwo, które to utensylia nazbyt energicznie zrzuciłem z zadymionego strychu - ale piła chyba działa, uszkodzenie wygląda mi na pięknościowe...

Oczywiście: komin poszedł w drebiezgi. Już mamy nowy, lubo nie wykończony jeszcze na tip top: sołtys, mistrz robót wszelakich, ukończy tę inwestycję w poniedziałek. Ale palić w kozie już można, co skwapliwie czynimy, bo zimno jak Dyabli: chatka wychłodziła się przez te ładnych parę godzin, lód się tu i ówdzie pojawił, na ten przykład - na głównym zaworze wodnym, co mnie poważnie niepokoi. Na razie dało się zdjąć kufajki i gumowce. Może do północy da się nagrzać na tyle, by wytrzymać bez swetra?

Nowy komin ma być trwalszy i bezpieczniejszy: tym razem wykosztowaliśmy się na przewody dymowe ze stali kwasoodpornej, nie powinny tak szybko skorodować jak poprzednie (zdjęcie, wybaczcie Państwo - jak dobrze pójdzie: jutro. Dziś już za ciemno!). Sama obudowa dokładnie w tej samej technologii co poprzednio, ale tym razem wszystkie przejścia przez drewno, tj. przez strop i przez dach - zabezpieczone blachą. I dodatkowo - izolacja z niepalnej wełny mineralnej. Znaczy podobno niepalnej, na ile to się sprawdzi - zobaczymy. Na razie, trochę śmierdzi, ale to dlatego, że paruje przez nią woda z zaprawy murarskiej...

Oczywiście tak samo jak fart chadza parami, tak i pech również: w dodatku do pożaru, musiałem też zrobić rzeźbę w lodzie i powódź. A to dlatego, że urwał się zawór w tym szczęśliwie dla nas niezamarzłym kranie pod wiatą - no i jeśli zwierzaki miały mieć co pić, to trzeba było kran wymienić. A żeby to zrobić, najpierw musiałem odkuć z lodu dojście tamże - a potem: spuścić wodę z hydroforu, bo akurat kranu pod wiatą oddzielnym zaworem nie odcinamy (takie niedopatrzenie - w końcu: to miało być tylko na chwilę, nieprawdaż..?).

Do spuszczenia wody z hydroforu zwykle używamy kranu pod wiatą, bo największy. A to, skoro ów się nie odkręcał, bo zawór się urwał, wyglądało deczko na błędne koło. Na szczęście sołtys, który już właśnie kończył, bo zmierzchało, przypomniał mi, że mam na strychu solidnej długości rurę wodociągową fi 80 mm. To ją pociągłem. A że zesztywniała z zimna - cały, świeżo wymurowany komin, poszedł wraz z rurą, ledwa ta go dotknęła... I to był właśnie najbardziej dramatyczny moment dnia dzisiejszego - albowiem, tym razem, zdążyłem się przestraszyć..!

Na szczęście, nic wielkiego się nie stało. Czyli fart numer trzy - prawda?

Rura przystawiona do wylotu po odkręconym wcześniej (za pomocą sołtysa, bo łatwe to nie było w tym lodzie) kranie znakomnicie się sprawdziła jako odprowadzacz wody. Konie zatem dostały nowy kran (też tylko tymczasowy, tam powinna być calówka, ale w Praktikerze - a wszystkie inne sklepy były już zamknięte - większego niż 3/4 nie było, więc jest 3/4 z redukcją...) i z pragnienia nie umrą.

Oczywiście, fartem było też i to, że dnia poprzedniego, przy pomocy Radkowego brata, Tomka, udało mi się uruchomić Wunderbauma. Zaś za radą kolegi Racjonalnie Oszczędzającego - trzymałem Wunderbauma przez mroźną noc na jałowym biegu, więc rano odpalił. Dzięki czemu mogliśmy przywieźć wszystkie potrzebne rzeczy. Zwiedzając przy okazji wszystkie składy budowlane i hydrauliczne w Warce i Białobrzegach (a i tak radomskim Praktikerem się skończyło, bo tu się wszystko o 13.00 zamyka, a wieść o urwanym kranie doszła mnie ździebko później...). Co też miało swój urok. Oglądaliśmy i piecyki, bo nasza stara koza zasłużyła już na emeryturę. Koza, w której przesłona rury dymowej nie daje się otworzyć, bo zachodzi na szamotkę - bezcenne! Za wszystko inne zapłacisz kartą Mastercard...

W miarę, jak temperatura w chatce wzrasta - coraz dobitniej czuję, że mam lewą kostkę. Kurza twarz! Biegałem z tymi wiaderkami w klapkach. Czyżbym się po drodze uszkodził? Lepsza Połowa melduje śmierć czajnika który zamarzł i po odmarznięciu - przecieka. Mam nadzieję, że to już wszystkie skutki pożaru i powodzi...

Reasumując natomiast - poddaję Państwu pod rozwagę wybranie mnie na dożywotniego caudillo. Jako że potomstwa nie mam, władza dziedziczna na razie mnie nie pociąga, ale jestem otwarty na propozycje.

Dlaczego powinniście Państwo ten pomysł rozważyć? Ano dlatego, że ja ZWYKLE mam takiego właśnie farta: nawet, kiedy się wali, pali i powodzi - jakoś udaje się wyjść z tego cało, a przynajmniej - z minimalnymi stratami! Co chyba nie jest właściwością bez znaczenia w takim kraju jak Polska..?


10 komentarzy:

  1. Dobrze, że tak się zakończyło, to szczęście.

    Życzę wszystkiego dobrego, Tomek.

    OdpowiedzUsuń
  2. W Polsce zawsze życzy się zdrowia, a nie farta. No to ja mówię, że Ci na Kursku czy w Tupolewie mieli zdrowie.

    OdpowiedzUsuń
  3. "fart" to po angielsku chyba coś innego znaczy niż szczęście

    OdpowiedzUsuń
  4. RO no wlasnie chcialam napisac ze mi sie tytul wpisu skojarzyl raczej z uwalnianiem gazow... a wtedy mozna by stworzyc ognie bengalskie, i palic w kozie nie trzeba :D :D :D

    OdpowiedzUsuń
  5. ad koza,
    uzytkuje w podobnym domku do panskiego koze co sie zwie comforter. pochodzi z panskich stron /Przysucha ?/. kosztowala /2009r/ chyba 1350 zl. jest rewelacyjna

    OdpowiedzUsuń
  6. tak czy inaczej mam wrażenie, że autor bloga ściga się ze mną na oprawę graficzną postów

    niestety tym razem zostałem w tyle :P

    OdpowiedzUsuń
  7. RO:
    polska języka trudna języka....

    ze slownika wyrazow obcych:
    pot. pomyślna okoliczność; powodzenie, szczęście fartowy, fartowny

    OdpowiedzUsuń
  8. mialo byc:

    (jidysz, z niem. Fahrt jazda) pot. pomyślna okoliczność; powodzenie, szczęście fartowy, fartowny

    OdpowiedzUsuń
  9. no proszę, pozytywny fakt, mimo emigracji dbasz o prawidłową polszczyznę,

    patriotyzm się odzywa,

    OdpowiedzUsuń
  10. Też mam Comfortera...szyba mała ale w środku ogrom miejsca na drewno i można w niej palic węglem ( podobno, nie próbowaliśmy) Ogrzewa największy pokój- 50 m2 na prawdę szybko.
    Fajnie jest mieć w życiu farta.....Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...