wtorek, 21 lutego 2012

Масленница

Pytanie na ostatni dzień karnawału: czy je się po to, aby żyć – czy też żyje po to, aby jeść..? Odpowiedź wcale nie jest taka oczywista! Moraliści wyśmiewający lub wyklinający drugą z możliwych odpowiedzi powinni bowiem, nim przyjmiemy ich stanowisko za własne wskazać – po co w takim razie człowiek ma żyć, jeśli nie dla przyjemności? A przypominam, że spośród przyjemności życia jedzenie jest chyba jednym z najmniej kontrowersyjnych: trudno raczej skrzywdzić bliźniego zajadając się – o ile, oczywiście, nie zajadamy się bliźnim, jak niejaki Hannibal Lecter, skądinąd jednak, na szczęście – postać tylko literacka…

Odpowiedź na pytanie po co człowiek ma żyć była kiedyś oczywista: człowiek ma żyć po to, żeby zostać zbawionym. I dlatego powinien przestrzegać Prawa Bożego, które potępia m.in. łakomstwo jako jeden z grzechów głównych (pytanie tylko, czy każdy, kto czerpie przyjemność z jedzenia musi od razu być łakomy? A to nie można się cieszyć posiłkiem i zajadać – z pomiarkowaniem, zwłaszcza co do ilości..?). Niestety, obecnie nie ma tak prosto: odpowiedź na pytanie po co żyć – oczywista wcale nie jest!

Także wśród bogobojnego (na pozór, na pozór... ) prostego ludu, o czym wiele razy pisałem. Problem ten, na pozór oderwany i abstrakcyjny, ukazał się nam w całej pełni przy okazji dyskusji pod poprzednim felietonem. Wariantem bowiem pytania po co żyć, jest także pytanie – po co trzymać konie? Po co robić w ogóle cokolwiek..?

Prawdę pisząc wizja człowieczeństwa polegającego na wypruwaniu z siebie flaków tylko po to, aby na końcu użyźnić glebę najbliższego cmentarza – i aby umożliwić dokładnie taką samą egzystencję następnemu pokoleniu, wielkim nakładem sił i środków spłodzonemu, wykarmionemu i wyedukowanemu – trochę mi się wydaje przerażająca. A taka właśnie wizja wygląda zza pleców tego, kto głosi, że koniecznie to konie muszą zarabiać na ludzi, a nie ludzie na konie i że co by człowiek nie robił, zawsze koniecznie musi mieć na oku jakąś korzyść – jakkolwiek, czasami może niekoniecznie od razu finansową, tylko „szerzej pojętą“.

Nie, żebym flaków z siebie nie wypruwał. Ależ wypruwam, wypruwam. Staram się jednakowoż, podobnie jak ten karaibski rybak , o którym też już kiedyś tutaj wspominałem – mieć na oku nie zysk, dla którego dopiero musiałbym później znajdować jakieś sensowne zastosowanie (a to by mi się chciało jeszcze..?) – tylko sens sam w sobie. A sens sam w sobie daje się odnaleźć tylko wtedy, gdy robimy to, co nas kręci – unikamy zaś robienia tego, co nas nie kręci. No, oczywiście – nie zawsze się tak da! Nie zawsze! A nawet – najczęściej się nie da… Tym niemniej, to jest właśnie ideał, do którego warto – być może, nie wiem jakie jest Państwa zdanie – dążyć..?

Dzisiaj w każdym razie, jak na ostatni dzień karnawału przystało – żyję po to, aby jeść! Te oto wspaniałe bliny które Lepsza Połowa, litewskim zwyczajem, usmażyła (nie chwaląc się, jam ziemniaki utarł – w czasie, gdy Lepsza Połowa rozpalała kozę, która mi zgasła, gdym powyższy tekst pisał… ot – takie karnawałowe zamieszanie w podziale pracy, a wszak i na tym Ostatki polegały, że się szlachcic z Żydem, chłop z plebanem na jeden wieczór zamieniali rolami..!).  I niech mi ktoś udowodni – że źle robię..?

39 komentarzy:

  1. Ależ to najoczywistsza oczywistość, że w końcu użyźnimy ziemię w ten lub inny sposób, chyba, że ktoś ma środki i fanaberię być wystrzelony w kosmos :))
    I rzecz nie w siermiężnym lub nie prowadzeniu własnego życia. Rzecz jest w celu. Gdy go zabraknie, traci ono sens.
    Co do "wykorzystywania" koni w sposób nie ujęty przez Pana w planach - to na miły Bóg nie jest to przymus lecz opcja, która nie koniecznie musi być słuszna. Choć z tego co się doczytałam achałtekiny są wszechstronne :)
    W renomowanych, na ten przykład, hodowlach psów, istnieje praktyka dzierżawy reproduktorów. Nie w Polsce na szczęście. A także masowego uśmiercania wykorzystanych w hodowli. To już Polska i inne kraje stosują.
    Ale nie do końca o tym chciałam napisać. Mam pytanie - trochę z innej parafii - czy myślał Pan o inseminacji klaczy aby mieć w końcu upragnione źrebaki?

    OdpowiedzUsuń
  2. A w kwestii kulinariów :) kocham bliny z kawiorem i śmietaną :)) Pychota

    OdpowiedzUsuń
  3. Łał, ale mi pojechałeś..... ok. odpowiadam:

    Szukanie korzyści i racjonalności w tym co się robi przejąłem akurat po części (i to mi się, przyznaję, wewnętrznie podoba) od Twoich ziomali z Kociewia. Racjonalny to lud bowiem jest, przyjemność przyjemnością, ale...

    Przekazanie majątku, korzyści, pozycji, itp. następnemu pokoleniu jest akurat tym, o czym pisałeś w ostatnim poście - rzecz naturalna, podświadoma i automatyczna...

    ...natomiast moje flaki wypełnione pysznym sosem cebulowo-pomidorowym oraz pyszną kiełbasą wędzoną na dymie olchowym mają się dobrze i wypruwane aktualnie nie są... choć przyznam, żejeszcze na trochę do pracy muszę wrócić, według niektórych to ponoć przesada...

    A czy powrót koni do roli użytkowej, a nie jako żywej pluszowej zabawki dla zblazowanych mieszczuchów nie był przypadkiem jednym z faktów tak zawzięcie dyskutowanych na agepo/1913+?

    OdpowiedzUsuń
  4. Z faktu że ludzie coś robią, albo czegoś nie robią - nie wynika, że coś, co robią automatycznie "ma sens", a coś czego nie robią - "sensu nie ma". To są dwie, całkowicie różne sprawy! Posiadanie potomstwa i troska o nie to instynkt. Ale czy uleganie temu instynktowi jest sensowne? Czemu to służy? Temu, żeby użyźniać glebę kolejnymi warstwami złożonych w niej ciał - czy jednak czemuś innemu? Jeśli tylko użyźnianiu gleby - to ten łańcuszek atawizmów jest w oczywisty sposób absurdalny! Jeśli jednak jest w tym jakiś wyższy sens - to jaki?

    Oczywiście, można do problemu podejść tak jak jedna z bohaterek "Seksmisji", cyt. "organizm zdrowy działa - organizm chory popada w refleksję". Niezbyt się jednak z takim postawieniem sprawy zgadzam...

    @ R - O: kompletnie się nie rozumiemy! Zarówno "pluszowa zabawka", jak i "zwierzę użytkowe" to środki do celu, a nie cele same w sobie. Dla mnie moje konie są celem samym w sobie - nie są ani zabawką, ani "zwierzęciem użytkowym".

    Wyobraź sobie: mają dłuższe udokumentowane rodowody niż ja... To kto tu jest ważniejszy..?

    @ Anonim

    Inseminacja jest mniej pewnym sposobem zapłodnienia niż krycie naturalne. To, o czym w tej chwili myślę, to likwidacja pensjonatu - skoro nie mamy już naszych własnych emerytów, to moglibyśmy wrócić do rozmowy o dzierżawie ogiera z Czech i o prawdziwej hodowli tabunowej w konsekwencji - tylko trzeba się najpierw pozbyć wałachów i klaczy nie przeznaczonej do krycia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pociągnę temat pensjonatu. Likwidacja pensjonatu zlikwiduje część dochodu. Dzierżawa ogiera wygeneruje nowe koszty. Czyli dooopa finansowe się powiększy. Ja zrobiłabym tak - pojechałabym z klaczą, klaczami do ogiera, pobrałabym nasienie i zaraz po pobraniu zainseminowałabym klacz, klacze. Technicznie proste poza pobraniem nasienia. Po pobraniu wlewa się nasienie do soli fizjologicznej i przy pomocy rurki wlewa w klacz. Można to własnoręcznie zrobić ( tj zainseminować ) pozbawiając zysku weta i samemu oszczędzając. Ja tak robiłam z dobrymi rezultatami.

      Usuń
    2. Finanse nie są tu istotne.

      Usuń
    3. Mógłbyś Jacku rozwinąć temat, dlaczego, żeby sprowadzić ogiera będziesz musiał się pozbyć wałachów i klaczy nie przeznaczonej do krycia?

      Z wałachami domyślam się, że mogą być problemy z hierarchią, no ale w czym klacz nie achałtekińska przeszkadza? Jakbym był takim ogierem, to by mi nie przeszkadzało, ze bym mógł sobie więcej podupczyć :)

      Czy może chodzi o to, że wartość użytkowa takiego kundla (1/2 achałtekińca) byłaby zerowa i by po prostu była kolejna gęba do wykarmienia?

      Czy tez może za dodatkową klacz do pokrycia byście musieli więcej płacić?

      Usuń
    4. "Wyobraź sobie: mają dłuższe udokumentowane rodowody niż ja... To kto tu jest ważniejszy..?"

      Wyobraź sobie, że koniowi we własnej osobie to centralnie zwisa, czy ma rodowód lub nie. To zwierzątko chce się wybiegać, zjeść papu, zrobić kaka i pobyć w stadzie. Papiery są mu obojętne.

      Hodowlę rodowodową robisz więc dla siebie, dla korzyści osobistych - jeśli nie finansowych to psychologicznych, z pobudek egoistycznych, itp.

      Z resztą o ile dobrze wczytałem się w Twoje wypowiedzi - te koniki co hodujesz - to rasa użytkowa, a nie pluszowe pupilki do biegania w ogrodach możnowładców.

      W całej historii to koń pracował dla człowieka, a nie odwrotnie.

      Więc z łaski swojej - i z całym szacunkiem dla należnego mężczyźnie hobby - nie odwracaj konia ogonem.

      Usuń
    5. Rasa użytkowa dziś to koń sportowy, a więc zabawka. Tak jak narty albo jacht. Czy jak ktoś pracuje na swój jacht, to też jest to postawione na głowie? Czy jak czegoś nie zaklasyfikujesz, to nie jesteś w stanie zrozumieć?

      W całej historii człowiek pracował na konia, a koń na człowieka. Tak jak kapitalista pracuje na swoich pracowników, a oni na niego. Jak ja pracuje na Ciebie, a Ty na mnie.

      A swoją drogą radzę znaleźć jakąś odskocznie od tego pragmatyzmu i kasy, bo takie życie bardzo spłyca.

      Usuń
    6. Sport to wielki biznes i kasa w czasach obecnych. Może wydaje ci się inaczej, natomiast gwarantuję, że tylko ci się wydaje.

      Lepiej być płytkim realistą, niż szarpać się z rzeczywistością. To pierwsze jest znacznie przyjemniejsze.

      Usuń
    7. Sport konny to wielka kasa, ale do utopienia. Jeśli jest to biznes dla bardzo nielicznych, to tylko dlatego, że istnieje rzesza ludzi, którzy wkładają w to własne, ciężko zarobione pieniądze, nie licząc wcale na jakikolwiek zysk. Koszt wyszkolenia zawodnika skoczka od juniora do seniora waha się w granicach 1-2 mln złotych na dzisiaj (konie, starty, treningi, sprzęt, etc). Pieniądze te wykładają rodzice. Stopa zwrotu zerowa, a chętnych przybywa.

      Jest takie powiedzenie - jak zrobić na koniach duże pieniądze. Trzeba mieć bardzo duże pieniądze i wejść w koński biznes.

      Reasumując - celem każdej działalności zarobkowej człowieka jest konsumpcja, a nie zarobek dla zarobku. Jedni konsumują tak jak Ty, czyli "racjonalnie", a drudzy za pośrednictwem koni, czyli "nieracjonalnie". Znam takich racjonalistów, i wiem, że ich życie jest bardzo nieszczęśliwe. Ale to temat na inną dyskusję.

      Usuń
    8. "Wyobraź sobie: mają dłuższe udokumentowane rodowody niż ja..." i rozumiem, że to one sobie je prowadziły dzięki czemu stoją wyżej nad człowiekiem :///

      Usuń
  5. Aha, ja oczywiście rozumiem idee hobby dla faceta, nawet o tym niedawno było pisane http://tiny.pl/hj37k

    no właśnie, czymś takim jest dla mnie samochód - mimo dużej krytyki idei "posiadania auta", która się co jakiś czas u mnie pojawia

    jednakże, owszem - to także ma dawać jakąś korzyść :>

    OdpowiedzUsuń
  6. Znowu to będzie cliche...

    Życie to podróż a nie cel... Jeśli Jacka kręcą konie, to poprzez niemal codzienne z nimi obcowanie, wywalanie gnoju, ulepszanie ukochanej rasy, to jego życie jest po prostu szczęśliwe, mimo (chwilowej, powtarzam chwilowej!) gorszej sytuacji finansowej.

    Mam tylko nadzieję, że się z okazji karnawału również wyjeździłeś... konno!

    OdpowiedzUsuń
  7. Piszesz:
    "A taka właśnie wizja wygląda zza pleców tego, kto głosi, że koniecznie to konie muszą zarabiać na ludzi, a nie ludzie na konie i że co by człowiek nie robił, zawsze koniecznie musi mieć na oku jakąś korzyść – jakkolwiek, czasami może niekoniecznie od razu finansową, tylko „szerzej pojętą“"

    No, ale czy człowiek może podjąć jakąkolwiek decyzję czy przedsięwziąć jakiekolwiek działanie, które NIE JEST w jego (subiektywnie pojętym) interesie i które nie daje mu (w jego przekonaniu) jakiejś korzyści?

    Niechby był to święty spokój, możliwość oszczędzenia energii życiowej... Nawet kończący swe życie samobójca robi to dlatego, że uważa osiągnięty przez swe działanie stan (zwrócenie uwagi otoczenia, śmierć, odejście w zaświaty) za lepszy niż stan aktualny (życie pełne cierpienia).

    Jestem zdania, że Twoje trwanie z końmi daje Ci przyjemność, a więc korzyść. A, że ludzie tego nie pojmują..? Gdzieś przecież pisałeś, że ten egzotyczny sport - jeździectwo uprawia jakieś 0,1 czy 0,3 % społeczeństwa... Zapewne jeszcze mniejszy odsetek zajmuje się hodowlą.

    OdpowiedzUsuń
  8. Chodzi mi głównie o "moralny obowiązek odkładania przyjemności na później" - w imię, ma się rozumieć, "lepszej przyszłości", "dobra rodziny", "maksymalizacji zysku", czy temu podobnych. Taki "moralny obowiązek" trzeba dopiero uzasadnić - jeśli nie uzasadniamy go Nakazem Niebios (a jest to uzasadnienie znajdujące coraz to mniej posłuchu na tym łez padole...) - to czym..?

    A co do sprowadzenia ogiera, to wałachy by oczywiście pozabijał (nie są nasze, więc na pewno chciałbym tego uniknąć) - a klacz też nie jest nasza, tylko pensjonatowa - a jak znam życie, pierwsza by zaciążyła...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jacku - rzecz nie w odkładaniu przyjemności na później lecz w wyborach - koniecznych dla danego czasu. I nie ma to nic wspólnego z Nakazem Niebios. Ty każdego dnia wybierasz - nakarmić konie czy pospać. Twoja pasja jest twoim wyborem i niesie określone konsekwencje. Wyborem moralnym, bo niemoralne byłoby pozbawienie koni troski i opieki, gdy już podjąłeś to zobowiązanie. A na końcu tego jest proza życia :)

      Usuń
  9. Nie mam pojęcia, co to są bliny, ale ta potrawa na obrazku wygląda jak placki ziemniaczane :-) Uwielbiam :-)
    Co do hodowli. Nie mam pojęcia, skąd przypuszczenie, że inseminacja jest mniej skuteczna od naturalnego krycia. Jako hodowca-wieloletni praktyk, nawet z własnym reproduktorem, od wielu lat stosuję TYLKO inseminację, zawsze z bardzo dobrymi skutkami. Jest łatwiej, szybciej, czyściej, bez scen i nerwów. Mam pewność, że nasienie trafi zawsze do swojego miejsca przeznaczenia, a nie w trawę lub w bujne futro zwierzęcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodatkowo zabezpiecz przed chorobami przenoszonymi drogą pciową. Także u zwierząt :)

      Usuń
    2. To jest oczywiście podstawowa zaleta inseminacji. Generalnie w hodowlach psów preferuje się inseminację właśnie z tego powodu. Łatwiej bowiem zainseminować, niż wymagać od właściciela suk aktualnych badań na choroby weneryczne. Jedno naturalne krycie może uczynić wartościowego reproduktora bezpłodnym.

      Usuń
  10. Klacz jest zdolna do zapłodnienia od kilkudziesięciu minut do góra 2 - 3 godzin w czasie cyklu - a żywotność nasienia wacha się od 7 - 8 godzin do doby. Jedno z dwojga: albo Pan Doktor co 6 godzin mierzy temperaturę i maca pęcherzyki Graffa (i chodzi jak błędny, bo nie śpi), żeby podać porcję nasienia w czasie, gdy prawdopodobieństwo zapłodnienia jest największe - a i tak udaje się średnio raz na 3 - 4 próby - albo zdajemy się na instynkt i zmysły ogiera, który kryje klacze, jeśli tylko ma taką możliwość, właśnie wtedy, gdy jajeczko jest w najlepszym do zapłodnienia miejscu... Stąd największa płodność jest w chowie tabunowym - gdy ogier chodzi swobodnie z klaczami. Coś takiego właśnie nam zaproponowano rok temu, ale odmówiliśmy, nie mając możliwości pozbycia się własnych emerytów - a nie zależało nam na uśmierceniu Glusia i zapłodnieniu starej i chorej Dalii! Teraz nic, poza pensjonatem nie stoi na przeszkodzie - i w zasadzie, o ile nie nastąpi jakaś katastofa, pewnie tak zrobimy. "Dzierżawa" miała być wtedy na zasadzie wymiany - dostaniemy na sezon ogiera i oddamy w rozliczeniu jedno ze źrebiąt, do wyboru.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żywotność nasienia jest sprawą indywidualną ogiera. Jeśli wynosi dobę, to ogier ma bardzo słaba nasienie. Kryją w Polsce ogiery, których nasienie zapłodnienia po tygodniu od pobrania. Zwykle jest zdolne do zapłodnienia przez dwie-trzy doby, jeśli podane zaraz po pobraniu.

      To o czym piszesz dotyczy zapładniania nasieniem mrożonym, gdzie rzeczywiście trzeba trafić w samą owulację i badań co 6 godzin.

      Usuń
    2. Niestety, achałtekińce są jedną z ras najbardziej dotkniętych depresją inbredową - i o ogierze którego nasienie miałoby żywotność znacząco większą od doby - nie słyszałem...

      Usuń
    3. Czyli najsensowniejszy byłby zupełnie nowy ogier, niespokrewniony w żadnej linii z dziewczynkami. Ale czy jest to możliwe przy tak małej populacji. Czy możliwe jest sprowadzenie takiego ogiera?

      Usuń
    4. Nie, to nie jest możliwe. Staram się jednak wybierać ogiera spokrewnionego w stosunkowo niewielkim stopniu - z możliwie najmniejszą liczbą wspólnych bliskich przodków.

      Usuń
  11. A! I jeszcze jedno - oczywiście, niedoświadczony czy chory ogier może sobie rzeczywiście nie poradzić. Generalnie jednak, narząd płciowy męski u koni jest tak zbudowany, że wytrysk następuje wprost do macicy - pewność zapłodnienia jest zatem przy kryciu naturalnym większa od inseminacji podwójnie: raz, że następuje w najlepszym po temu momencie, a dwa - że to co trzeba, trafia od razu tam, gdzie jest potrzebne.

    No i stymulacja jest większa. Co też zapewne nie pozostaje bez znaczenia. Zarówno inseminowałem, jak i kryłem naturalnie moje klacze - jak do tej pory: żadna inseminacja się nie udała, a z krycia naturalnego, jednakowoż, dwa źrebięta udało mi się odchować...

    Reasumując: wskazania do inseminacji u koni są dwa:
    - ogier jest tak cenny i/lub jest tak daleko, że to jedyna metoda z uwagi na koszty i bezpieczeństwo,
    - klacz, skądinąd hodowlanie cenna, ma jakieś schorzenie/rany w obrębie zewnętrznych dróg rodnych, które krycie naturalne czynią zbyt ryzykownym (tak było z naszą Melemahmal - chcieliśmy inseminować nasieniem świeżym w Topolczankach, no tylko alkoholizmu Pana Doktora nie przewidzieliśmy i jego "ciężkiej" ręki...).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej... a można zobaczyć Pampersy, ops źrebaczki :) Wrzuć fotki. Plisss

      Usuń
    2. To było parę lat temu! Fotki owszem mam, ale to już archiwum tylko...

      Usuń
    3. Szukałam w necie i nigdzie nie mogę znaleźć. Są tylko roczniaki. Ale Pampersów niet :(

      Usuń
    4. Zajrzyj na stronę Petry Mareszowej (masz link w kolumnie po prawej stronie). Ona zawsze pokazuje swoje źrebięta tuż po urodzeniu.

      Usuń
  12. Rzeczywiście, gdybym miała ufać osobie trzeciej, czyli wetowi, to bym też była za kryciem naturalnym. Jestem w tej dobrej sytuacji, że inseminujemy sami. Skuteczność zatem wydaje się być kwestią umiejętności i kompetencji weta, a nie samego procesu inseminacji. Pies ma trochę inną fizjologię. Owulacja może trwać dobrych kilka dni i kryje się kilkukrotnie. Szczenięta mogą rodzić się z kilku kryć, dlatego niektóre są wyraźnie mniejsze od innych (jakby kilka dni młodsze). W naturalnych warunkach suka, którą kryje wiele psów, może urodzić miot, gdzie każdy szczeniak będzie od innego ojca.
    To krycie tabunowe, jeśli nie ma wpływu na kondycję konia, wydaje mi się rozsądne. Ja niestety widziałam jedynie krycia koni na siłę. Mocno zagrażające życiu ludzi.
    "Tabunowe" krycie psów nie wchodzi w rachubę u normalnego hodowcy, bo pies przez te kilka dni rui, zabzykałby się i zamęczył na śmierć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i masz babo placek. Szukając czegoś w necie przypadkiem trafiłam na TEN blog. Obejrzałam łobrazki, zdjęcia. I poszłam sobie. Minęło trochę czasu i zerknęłam znów. Potem kolejny i kolejny. No i wpadłam. Zassały mnie te achałtekiny. Powolutku przebijam się przez masę materiału przedstawionego na blogu i już się cieszę. Z prostej rzeczy - że Ruscy badają krew w celu potwierdzenia pokrewieństwa. W psach niestety tak nie ma. Scena z wystawy - Na ring wchodzi pies - sędzia ( znawca, od dziesięcioleci " siedzący" w rasie ) od razu określa po czym jest, po jakim ojcu i matce. A tu siurpryza - papiery mówią zupełnie co innego.
      Może takie badania pomogą w utrzymaniu czystej rasy i linii. Choć wiem, że i to jest do przeskoczenia.

      Usuń
    2. Badania genetyczne u psów w celu ustalenia rodziców wykonuje się, ale niestandardowo. Zasadniczo ufa się hodowcom. Ruscy pewnie muszą badać, bo w kryciu tabunowym nie wiadomo, który ogier dopadł skuteczniej klaczy :-) Jeśli właściciel psa ma wątpliwości, można wykonać badania. To oczywiście sporo kosztuje. Niestety, to o czym piszesz widziałam nie raz na wystawach. Znając niektórych szemranych hodowców, wiedząc, do jakich psów mają dostęp, ze zdumieniem odkrywałam, że wystawiany pies nijak ma się do zapisanych w rodowodzie rodziców. Jak się jest hodowcą opatrzonym w danej rasie, to nie trzeba być sędzią, aby to zauważyć.
      Jeśli temat Cię interesuje, aby nie zaśmiecać bloga Jackowi, zapraszam na mój blog "hodowla psów". Mam wprawdzie blokadę na anonimy, ale rejestracja w google to nie jest jakaś kosmiczna technologia, jak sądzę :-)

      Usuń
    3. Badania polimorfizmu białek krwi lub (częściej!) badania DNA są wymagane przy rejestracji koni NIEZALEŻNIE od tego, czy koń pochodzi z hodowli tabunowej czy nie (nota bene, hodowla tabunowa NIGDY nie polega na tym, że więcej niż jeden ogier chodzi ze stadem klaczy, to są jakieś idiotyzmy...).

      A to dlatego, że konie mogą kosztować nawet i po kilkanaście i po kilkadziesiąt milionów euro - tak drogich psów chyba raczej nie ma, prawda?

      Przy takich cenach nie ma już kwestii, czy się "ufa", czy też "nie ufa" hodowcy. Po prostu - robi się badania i już!

      Rzecz jasna, żeby miało to sens, badania muszą robić wszyscy - bez wyjątku. Także np. wszyscy hodowcy koników polskich, które skądinąd średnio kosztują po 2 tysiące złotych...

      Usuń
  13. @boskawola:

    Nie znam się na kuchni, ale czy przypadkiem bliny nie są z gryki? Bo ja widzę na zdjęciu "zwykłe" placki ziemniaczane (ech, teraz zamiast uczyć się na III termin będę tarł ziemniaki...).

    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  14. Litwini (prawie) wszystkie placki nazywają blinami. Mogą być bliny ziemniaczane (tylko nigdy nie z cukrem, jak placki w Polsce...), gryczane, żytnie - i wiele innych rodzajów...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obie babki pochodziły z litewskiej szlachty i nazywały je po prostu plackami ziemniaczanymi :P

      Usuń
    2. Lepsza Połowa wyjaśnia: placek ziemniaczany jest jak wojskowy koc - oklapły i sflaczały. A blin - jak puchowa kołderka. Bo dodaje się do niego spulchniaczy - sody albo proszku do pieczenia. Oryginalnie, oczywiście - drożdży albo ubitych białek (ale kto na to dzisiaj ma czas?). Zarówno placki jak i bliny można robić ze wszystkiego - są to dwie techniki.

      Na zdjęciu może nie widać, ale to głównie dlatego, że zależało mi na pokazaniu pełnego tależa, no i wyszedł taki skrót perspektywiczny...

      Usuń
  15. "Przynoszą z rzeki, śmiesznie bardzo walcząc z jej bystrym nurtem i urwistym brzegiem, wrzucone tam przez ludzi patyki. Gdyby wyznawały pojęciowy realizm, to nie ruszyłyby się z miejsca wcześniej, póki by im nie rzucono solidnych kawałów mięsa. Łapanie patyków, czyli symboli bez realnego znaczenia, dowodzi skłonności do nominalizmu raczej…"

    Nie wiedziałam gdzie odnieść się do tego wątku ( sprzed 1,5 roku ), więc wklepałam tu. Ruszyła mnie ( z wizgiem ) tematyka (szczątkowa - przyznaję ) nowofundlandów. Przy nich dostaję szwungu :) I uprzejmie donoszę, że niufki, jako rasa ratownicza już tak mają. A jeśli sądzi Pan Asan, że działają bezmyślnie to uprzejmie informuję, ze proces myślowy u W/W jest długi i skomplikowany :)))) Informacja jest przewlekana od mózgu do końca ogona i wraca z powrotem po " dogłębnej " analizie z prędkością właściwą sobie.
    Co niewiele ma wspólnego z nominalizacją . Świr na punkcie niufów. Ludka

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...