czwartek, 29 grudnia 2011

Zdziwienie

Przeforsowałem się wczoraj przy robótkach ręcznych, tj. przy machaniu siekierą i dziś zwyczajnie nic mi się nie chce robić. Najpierw długo siedziałem przed komputerem, a potem, po wywiezieniu kilku taczek guana, zabrałem się do leniwej, międzyświątecznej lektury. W ramach bowiem chwilowego rozpasania, kupiłem sobie zbiór opowiadań pt. „Głos Lema“ – rozlicznych autorów piszących „w stylu“ Mistrza.

Zdziwienie ogarnęło mnie przy czytaniu wstępu autorstwa Jacka Dukaja. Dowiedziałem się oto, że… Lema się już dzisiaj nie czyta! Że to taki sam „starożytny“ dla młodzieży autor, jak jakiś tam Mickiewicz, Sienkiewicz czy inny Białorusin znany głównie z podręczników szkolnych, skrótowych bryków i mniej lub bardziej nudnawych ekranizacji na które obowiązkowo chodzą całe szkoły. Z tą tylko różnicą, że ekranizacji Lem ma jednak stanowczo mniej od Sienkiewicza…

Cóż: nie jestem w stanie polemizować z tą tezą. Bo po prostu nie wiem. Nie robiłem żadnych badań na młodzieży w tej materii! Jeśli tak jest istotnie, to po raz kolejny przekonałem się, jakim jestem beznadziejnym zgredem… Skądinąd: dlaczego miałoby mnie to w ogóle obchodzić? Jeśli ktoś nie czyta lub nawet coś tam czytając nie ceni Mistrza – tym gorzej dla niego! Oznacza to li i jedynie, że jest idiotą, z którym nie warto rozmawiać, bo i nie ma o czym… Czy to mój problem? W żadnym razie..! To wyłącznie problem tych, którzy Lema nie czytają, lub nawet coś tam czytając – nie cenią.

Czy w związku z tym należy zmuszać do czytania Lema, na ten przykład zwiększając liczbę jego dzieł w szkolnym curriculum? Ależ w żadnym razie! Po pierwsze – czytanie Lema to jedna z największych przyjemności intelektualnych, jakich można doświadczyć w życiu. Jeśli ktoś sam, dobrowolnie się tej przyjemności pozbawia..? Co komu do tego?

Po drugie zaś – liberalizm liberalizmem, wolność pięści kończąca się na granicy cudzego nosa wolnością pięści i nosa – a świat byłby o wiele lepszym miejscem do życia, gdyby ludzie RZADZIEJ używali generalizacji. Osobliwie, gdy nie potrafią tego robić. A naprawdę mało kto potrafi.

Na ogół nie istnieją żadne „problemy społeczne“. Tak samo jak nie istnieje (bo istnieć z definicji w ogóle nie może!) „społeczny problem nieczytania Lema“ – tak też nie istnieje żaden „społeczny problem pijanych kierowców“. I sympatyczni skądinąd blogerzy bredzą jak potłuczeni i niestworzone opowiadają androny twierdząc inaczej!

Żeby wykazać istnienie statystycznie ważkiego związku pomiędzy spożywaniem lub niespożywaniem alkoholu a jakością prowadzenia samochodu nie wystarczą durne wyzwiska, bezmyślne powtarzanie medialnej papki czy odwoływanie się do „wiedzy potocznej“ (nad czym popastwię się jeszcze niżej!). Do tego potrzebne są żmudne badania i niezgorsza matematyka. Jeśli wierzyć autorom „Superfreakonomii“, które to dzieło recenzowałem tu dawno temu, takie badania podjęto, a matematykę zastosowano. Jak w wielu innych sprawach wynik okazał się z „wiedzą potoczną“ nieuzgadnialny. Albowiem siadając za kierownicę po alkoholu rzeczywiście mamy większą szansę spowodować wypadek drogowy niż prowadząc na trzeźwo. Mniej więcej: trzynaście razy większą szansę. Problem jest jednak jeszcze poważniejszy,  gdy jakiś biedak po kielichu decyduje się wracać do domu pieszo – wówczas jego szanse na udział w jakimś „zdarzeniu drogowym“ rosną w sposób statystycznie ważki. Pijany pieszy ma – po uwzględnieniu wszelkich statystycznych poprawek – jeszcze pięć razy większą szansę na to, że spowoduje wypadek, niż pijany kierowca!

Dlaczego zatem policja nie poluje na pijanych pieszych – tylko na pijanych kierowców, którzy są o tyle mniej groźni dla otoczenia..? Dlaczego nikt nie kontroluje przechodniów alkomatem, a kierowcy są kontrolowani regularnie? Czyżby dlatego że z kierowców można – potencjalnie – więcej zedrzeć finansowo niż z pieszych..?

Można się na to obrażać, można nie przyjmować do wiadomości, można powtarzać swoją mantrę – proszę bardzo: można! Czy to jest mój problem? Nie! To jest problem idioty, który się z wynikami badań naukowych pogodzić nie potrafi…

Skąd się w takim razie bierze ta mantra, owa „wiedza potoczna“? Powtarzana przecież nie tylko przez sympatycznych skądinąd blogerów, ale i przez policję, przez ustawodawców i sądy?

Pewnie już tę historyjkę Państwu opowiadałem, możliwe że niejeden raz – ale co mi szkodzi powtórzyć? Tak samo jak nie widzę najmniejszego powodu przejmować się faktem, że biedni idioci nie czytają Lema – tak też nie widzę najmniejszego powodu by przejmować się, że być może niektórych z Państwa nudzę. Za długie teksty? Obiecuję pisać jeszcze dłuższe! Zbyt dużo trudnych słów? OK – w takim razie koniec ze słitaśnymi zdjęciami koników i przyziemną prozą dnia codziennego – w końcu prowadzę ten blog trzeci już rok i wszystko, co się w gospodarstwie dzieje dzień po dniu pewnie ze dwa razy opisałem. Od tej pory będzie tu tylko ciężka metafizyka z socjologią. To – ze specjalną dedykacją dla czytających bloga służbowo. Kupcie sobie słownik, biedni durnie…

Alors, reverons a nos moutons! Wiele lat temu zdarzyło mi się pracować w „Super Expressie“. W dziale zagranicznym konkretnie – przez co uczestniczyłem w tej akcji tylko doraźnie, nieledwie z boku. Chodzi o akcję „psy gryzą dzieci“. Jak już z całą pewnością pisałem i tu i w „NCz!“ – jeśli mamy pewną populację psów i pewną populację dzieci i te dwie populacje nie są od siebie izolowane, to liczba wypadków pogryzień dzieci przez psy (a także – nigdzie nie zgłaszana i przez to „ciemna“ liczba wypadków pogryzień psów przez dzieci!), zależy li i jedynie od liczebności obu zbiorów. Nic się na to nie da poradzić. Z czego łatwo wywnioskować, że jak ktoś próbuje „coś na to poradzić“, to niechybnie wyjdzie na durnia. Co oczywiście w niczym nie przeszkadza – próbować! Albowiem głupota ludzka jest niewyczerpana – i jest to jedyny rodzaj nieskończoności, którego istnienia możemy być całkowicie i bez najmniejszych wątpliwości pewni.

„Super Express“ gdy doń trafiłem był właśnie głęboko zaangażowany w podpuszczanie ówczesnego wicepremiera Tomaszewskiego do tego, żeby „coś zrobił“ w kwestii dzieci pogryzionych przez psy. Przynajmniej raz w tygodniu dawaliśmy opis jakiegoś incydentu. Jako pracownik działu zagranicznego zbierałem oczywiście informacje na temat incydentów spoza Polski – tudzież opracowywałem tzw. „ramki“, w których podawane były przykłady zagramanicznych uregulowań prawnych w kwestii trzymania psów. Nie umiem wskazać zleceniodawcy tej kampanii – zbyt nisko stałem w hierarchii, żeby się tego chociażby domyślać. Tym bardziej, że oprócz macierzystego „Supera…“, takie same teksty puszczała w tym czasie „Wybiórcza“ i cała reszta merdiów, z telewizyjnymi na czele. Sporo to musiało kosztować! Ale tego, że kampania jest celowa i sterowana, nikt nawet nie próbował ukrywać – zresztą jak to można było zrobić, kiedy po każdej odprawie bezpośredni przełożony przychodził i kazał znowu szukać czegoś o psach..?

Inna sprawa, że w dziennikarstwie jak w żadnej innej dziedzinie życia sprawdza się mądrość z „Rejsu“: ludzie najbardziej lubią te filmy, które już znają! Skoro temat dzieci pogryzionych przez psy okazał się nośny, podchwyciły go inne media – to siłą rzeczy trzeba go było ciągnąć, bo widać: tego właśnie oczekują czytelnicy! Tak więc absolutnej pewności rozróżnienia, co było polityczną intrygą, a co zwykłym we współczesnym dziennikarstwie owczym pędem – mieć nie można.

Tak się jednak złożyło, że ledwo po kilku miesiącach pracy trafiłem do przeciwnego obozu – do Biura Informacji i Propagandy… tfu: Promocji, oczywiście że Promocji – MSWiA. Jak tylko tam trafiłem, zaraz podniosłem alarm, że z tymi psami to podpucha jest i sprawa nie może się dobrze skończyć: trzeba koniecznie ten nawał publikacji zignorować, po jakimś czasie same wygasną, a ludzie zapomną i nie będzie sprawy. Oczywiście – kto by tam słuchał takiego leszcza jak ja? Prace nad rozporządzeniem o obowiązku rejestracji psów niektórych ras były już zresztą zbyt zaawansowane – i wkrótce potem zostało ono podpisane.

Efekt? Efekt był bardzo łatwy do przewidzenia. Z dnia na dzień wszystkie merdia jednogłośnie zmieniły front o 180 stopni i wicepremier zamiast zebrać laur obrońcy niewinnej dziatwy przed krwiożerczymi rotweilerami czy amstafami – dostał nową (wcześniej był znany jako „taksówkarz z Pabianic“) ksywkę: „hycel“. Ksywka się przyjęła.

Tak właśnie rodzi się „wiedza potoczna“. Jest to efekt albo celowych manipulacji, albo – typowego dla współczesnego dziennikarstwa owczego pędu. Prawdziwość czy nieprawdziwość informacji która u podstaw jednego lub drugiego leży – nie ma przy tym najmniejszego znaczenia. Jak będzie się to dostatecznie często powtarzać – ludzie uwierzą, przyswoją, zapamiętają i będą od tej pory powtarzać z najgłębszym przekonaniem! Choćby i na blogach…

Co do pijanych kierowców – to oczywisty interes policji i polityków w ich prześladowaniu widać jak na dłoni. Taki sam związek można by spokojnie udowodnić w odniesieniu do wieku kierowcy czy też jego płci. Kierowca starszy wiekiem jest oczywiście mniej sprawny, częściej go trapią różne ograniczające orientację i sprawność psychomotoryczną przypadłości – co więcej: niektóre z tych przypadłości mogą się objawić nagle i nawet obowiązek przechodzenia częstych badań kontrolnych przypadku nagłego zawału za kierownicą nie wykluczy. Z łatwością można by znaleźć nawet i codziennie – jeden lub dwa incydenty spowodowane przez starszych kierowców. Pobombardować tym publikę przez kilka tygodni – a prace nad nowelizacją kodeksu drogowego ruszą jak z kopyta… Podobnie z płcią. A trudno by to było znaleźć przykłady wypadków powodowanych przez kobiety w stanie PMS?

Dlaczego zatem tak się nie dzieje? Odpowiedź: bo to się nie opłaca! Odebranie prawa jazdy wszystkim którzy kończą 65 rok życia (na ten przykład) – zmniejszyłoby wpływy niemiłościwie nam panującego gosudarstwa z akcyzy paliwowej, VAT i paru innych podatków. Z kolei kazać staruszkom słono płacić za obowiązkowe badania np. co trzy miesiące..? E, tylko lekarze na tym zarobią, a nie budżet! Uczciwi badań i tak nie przejdą (pokażcie mi człowieka który badany co trzy miesiące nie okaże się za którymś razem ciężko chory?), reszta da w łapę – a sama trudność techniczna tego przedsięwzięcia, za które ktoś przecież musiałby zapłacić jasno wskazuje na nieopłacalność takich pomysłów. Podobnie jak pomysłów ograniczania kobietom prawa do prowadzenia pojazdu przez jeden tydzień w miesiącu. Kto niby miałby wystawiać stosowny papierek..?

A pijany? Stan upojenia stwierdzić jest bardzo łatwo, bardzo tanio i może to zrobić każdy patrol drogówki przy pomocy prostego w obsłudze urządzenia. Koszt – pomijalny. Zarobek – i dla budżetu i dla policjantów (co też trzeba brać pod uwagę: dzięki temu budżet może zaoszczędzić, nie podnosząc im pensji!): oczywisty.

Głupi by z tego nie skorzystał! Że więc niemiłościwie nam panujące gosudarstwo (aż tak) głupie nie jest – to korzysta. I stąd merdia zgodnym chórem wmawiają ludziom, że „pijani kierowcy wiozą śmierć“. A wyniki badań naukowych? Kto by się tam jakimś jajogłowym ględzeniem przejmował…

Tym bardziej, że powstała na skutek takich manipulacji (czy też owczego pędu…) „wiedza potoczna“ jest niezmiernie trwała i odporna na próby rewizji! O ile ludzie bywają niezadowoleni ze swojego wyglądu, statusu materialnego czy nawet – prowadzenia się własnej połowicy – to na ogół nikt nie jest niezadowolony ze sprawności własnego umysłu. A skoro tak, to wszelkie próby udowadniania że interlokutor był w błędzie i że głośno ten błąd rozgłaszał, powodują odruchowe zaperzanie się i agresję. Zmiana poglądów to zjawisko tak rzadkie, że prawie niespotykane.

„Wszyscy wiedzą, że“, „każdy zgodzi się z tym“, „mówi się powszechnie“ – i temu podobne nic właściwie nie mówiące stwierdzenia – to takie magiczne wytrychy, które z każdego komunału, byle był często i z wielką pewnością siebie powtarzany, czynią przekonania o solidności gibraltarskiej Skały. Z takimi sobie nie podyskutujesz, bo tylko guzy można sobie nabić! I wiecie co? Po prostu żal mi ludzi, którzy takich słów – wytrychów muszą używać, bo inaczej swoich poglądów uzasadnić nie potrafią. Czegoś im braknie widać – i całe ich szczęście w tym tylko, że zwykle nie zdają sobie z tego sprawy. Tak czy inaczej – żal mi ich prawie tak bardzo jak tych biednych durni, którzy muszą czytać tego bloga bo takie dostali służbowe polecenie – i jak tych biednych idiotów, którzy od Lema wolą jakąś tam fantasy, jak twierdzi Dukaj!

Owszem, okładki to mają te książki fajne – wszystkie te lalunie w skąpych strojach lub zgoła bez – hm, hm, czemu nie? Raz na jakiś czas, w pociągu na przykład – pewnie to lepsze niż przaśna dosłowność pornosa, no i nie trzeba się przed ludźmi kryć… Ale tak na zawsze, bez wyjątku, tylko i wyłącznie? Biedni idioci…


A „Głos Lema“? Z opowiadania na opowiadanie czyta się coraz lepiej. Wirtualny świat Wojciecha Orlińskiego ze „Stanlemiana“ chętnie bym odwiedził po raz kolejny, pomysł i bohater aż proszą się o cykl (albo i serial telewizyjny..?). Następujący zaraz po nim „Telefon“ Rafała Kosika zostawia czytelnika z poczuciem nie rozwiązanej do końca zagadki i też ma w sobie potencjał na coś większego. Bardzo jestem ciekaw co będzie dalej? Czytam sobie tedy – a Państwo, Szanowni Czytelnicy, męczcie się z powyższym tekstem, a proszę bardzo…

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Limes inferior

Przeinstalowując dziś rano system (co, wygląda na to, stało się już zajęciem rutynowym: blueconnect konsekwetnie powoduje rozpad dysku startowego, coś na nim nadpisując – dziś kolorytu zabawie nadał fakt, że zapomniałem, jak się mechanicznie otwiera kieszeń napędu DVD, a system z dysku w ogóle już się nie ładował – i, nim sobie przypomniałem, jak włożyć płytkę, trochę czasu minęło… żeby na przyszłość sobie takich dylematów oszczędzić, wgrałem najuboższę wersję „Tigera“ na drugą partycję – można będzie naprawiać dysk startowy nie odpalając koniecznie tej nieszczęsnej płytki, która też przecież – wieczna nie jest!), sięgnąłem sobie dla zabicia czasu do półki z książkami. Padło na Limes inferior. Nie ukrywam, że czytać zacząłem dla otwierającej powieść sceny, w której Sneer leży sobie na łódce w towarzystwie biuściastej dziewczyny topless. Łódka, słońce, lato – to naturalna reakcja na dość podłą aurę jest (choć w sumie, nie ma co narzekać: przynajmniej kran pod wiatą nie zamarza!). A z tym topless, to już konsekwencja przeczytanego wczoraj wpisu blogerki Riannon: nie mogłem się oprzeć…

Jak już jednak czytać zacząłem, to przeczytałem do końca. W konsekwencji zaś – natchnęło mnie do polemiki z posłowiem pana Macieja Parowskiego, egzegezującym to znakomite dzieło. Oczywiście że (skądinąd dość enigmatyczni…) Obcy byli Zajdlowi potrzebni jako alegoria Sowietów – siłą narzucających i utrzymujących absurdalny system społeczny w krajach satelickich. Poza tym, taka kosmiczna ingerencja doskonale tłumaczy globalny charakter Wielkiej Reformy – bez czego, wynikły z owej Reformy dysfunkcjonalny system pewnie by padł w wyścigu z racjonalniejszą konkurencją. Choć… tego właśnie – nie jestem taki pewny!

Jak wiemy już po wspólnej lekturze de Tocqueville’a – nie jest łatwo wywołać rewolucję (czy tam Reformę…). Właściwie: jest to niemożliwe. O ile władza sama najpierw takowej starannie nie przygotuje – zmieniając zastane stosunki i burząc porządek, z którego sama ongiś wyrosła. Monarchia absolutna biurokratyzując się, centralizując i regulując zburzyła feudalny porządek społeczny: ludzie stali się sobie równi de facto (jeśli nawet nie byli jeszcze równi de iure), bo wszyscy w równym stopniu byli pokornymi petentami na przedpokojach władzy – i takie ich zrównanie przywiodło w końcu znaczną ich część (nie w sensie liczby, lecz w sensie – woli działania rzecz jasna!) do jedynego logicznego wniosku, że piramida prestiżu której zwieńczeniem był za ancient regime monarcha, to bajki dla dzieci i zwykła ściema. Władza leży bowiem gdzie indziej. Konkretnie zaś: leży na ulicy. Nie można rządzić ludźmi używając tylko i wyłącznie nagiej przemocy – a skoro zawodzi najpewniejsza podpora wszelkiej władzy, jaką jest możliwość dystrybucji prestiżu (bo ludzie splendorów rozdawanych przez władzę nie traktują już poważnie…) – to władza w praktyce znika. Leży na ulicy – i ten ją weźmie, komu nie zabraknie bezczelności i odwagi, żeby się po nią schylić…

W ten sposób miejsce porządku feudalnego, który był w pewnym sensie porządkiem totalnym (drabina zależności feudalnych była zarazem piramidą prestiżu, bogactwa – i władzy politycznej!), zajął na pewien czas porządek liberalny. Taki, w którym hierarchie bogactwa, prestiżu i władzy przenikały się, ale nie były już ze sobą tożsame. Pochodzenie ze znakomitego, zasłużonego rodu dalej mogło być (choć wcale nie musiało!) źródłem prestiżu, a w pewnych granicach – nawet bogactwa – nie dawało jednak automatycznie udziału we władzy. Największy nawet majątek nie wiązał się automatycznie z posiadaniem równie wielkiego prestiżu (w tamtych, odległych od nas o półtora stulecia czasach, ludzie zadawali sobie trud pytania o pochodzenie takiego majątku…) – i niekoniecznie musiał oznaczać jakikolwiek udział w sprawowaniu władzy. Teoretycznie władzę sprawować mieli ci, którzy cieszyli się największym zaufaniem swoich współobywateli. Wyrażanym albo poprzez wybory – albo, jak w monarchii obu Bonapartych – poprzez plebiscyty.

Od początku były z tym teoretycznym założeniem problemy. Rosnące w miarę, jak poszerzał się krąg wyborców – obywateli. Nie jest przypadkiem, że w chwili, gdy zaczęto w większej liczbie liczących się krajów wprowadzać wybory powszechne – porządek liberalny załamał się. Doszło do kolejnej rewolucji, choć nie wszędzie była ona tak widowiskowa i krwawa jak ta w Piotrogrodzie.

Już monarchia absolutna ancient regime wykształciła sobie liczne zastępy wiernych sług gosudarstwa – owych Tocqueville’owych intendentów, subintendentów i kontrolerów. Za pierwszego Bonapartego słudzy ci, umundurowani, zaszeregowani wedle tabel uposażenia i hierarchii rang – stali się siłą napędową wszystkich reżimów Europy: za jedno – stworzonych przez Bonapartego, czy walczących z nim. Albowiem posiadanie zastępu sprawnych i zdyscyplinowanych sług stało się dla gosudarstwa koniecznym warunkiem przetrwania – te, które się takiego zastępu w porę nie dochowały zniknęły z map. Skądinąd: wynalazku tego po raz pierwszy dokonali, zdaje się (jak wszystkiego, jak wszystkiego prawie…) Chińczycy w Epoce Królestw Walczących. I tak, jak walczące ze sobą państwa starożytnych Chin rywalizowały „w sztuce uprawy roli i wojny“ – tak nowożytne państwa Europy ścigały się „w sztuce wytopu stali i wojny“. Unowocześniając przy tej okazji swoich poddanych i przeorywując krajobraz minionego świata do imentu – o czym pisałem na innym miejscu obszernie.

Kłopot w tym, że gdzieś po drodze wierni słudzy gosudarstwa, stali się tegoż gosudarstwa władcami. Było to naturalne i nieuniknione. U podstaw XIX-wiecznego liberalizmu leżał pewien zasadniczy, systemowy optmizm: wierzono w postęp, zakładano że ludzie mogą ludzkie sprawy urządzić racjonalnie, humanitarnie i planowo. Ponieważ jedną z immanentnych cech postępu jest też i racjonalny podział pracy – któż inny miał nad tym panować niż posiadający odpowiednie przygotowanie fachowe specjaliści od racjonalnego, humanitarnego i planowego urządzania ludzkich spraw. Czyli kto..? Tak jest, zgadujecie Państwo bez pudła: oczywiście – wierni słudzy gosudarstwa! Czyli podreferendarze, referenci, inspektorzy, kierownicy, dyrektorzy i podsekretarze stanu… wiem, że nie wymieniłem wszystkich, ale czy jest ktoś taki, kto wszystkich – z gajowymi, leśniczymi, nadleśniczymi, a tudzież i naczelnikami poczt i stacji kolejowych, dróżnikami, policmajstrami, celnikami etc., etc. – wymienić zdoła..?

Kwestia zaufania współobywateli jawi się tu jako wtórna, jeśli nie – wątpliwa. Po pierwsze – sami to Państwo chętnie przyznacie – czyż rację można ustalać w głosowaniu? Jeśli jakieś rozwiązanie jest racjonalne i merytorycznie słuszne – to jaki jest sens nad nim głosować? Takie głosowanie dopuszcza przecież możliwość wyboru rozwiązania nieracjonalnego i merytorycznie niesłusznego!

Po drugie – pojawili się przecież także i specjaliści od zdobywania zaufania współobywateli, od wygrywania wyborów. A skoro tak – to czyż sam ów akt głosowania ma jeszcze jakieś znaczenie? Skoro jest to tylko WYNIK pewnych z góry zaplanowanych działań..?

Oczywiście, proszę Państwa, że przejaskrawiam, wyolbrzymiam, hiperbolizuję! Ale idzie mi tylko o to, żeby przekazać Państwu w możliwie niewielu słowach moją intuicję tego, czym była ta druga rewolucja – rewolucja która wszędzie na świecie zburzyła porządek liberalny i zastąpiła go porządkiem biurokratycznym. Skądinąd – wszędzie na świecie nader podobnym do Zajdlowego!

Historia zatoczyła koło. Wróciliśmy – czy może: wracamy, bo losy jeszcze się ważą, nie wszystko jeszcze się zdecydowało – do porządku totalnego. Takiego, w którym wszystkie hierarchie społeczne mają jedno źródło, w którym istnieje tylko jedna piramida społeczna, monopolizująca zarówno prestiż, jak i bogactwo i władzę. Owszem – najśmielsze eksperymenty jakie słudzy gosudarstwa podjęli w tej materii zakończyły się po niedługim czasie porażkami. Przecież jednak wierni słudzy gosudarstwa nie mogą na tym poprzestać! Oni muszą próbować znów i znów – i właśnie dlatego mam wątpliwość, czy dla zaprowadzenia na całym świecie takiego reżimu jaki opisuje Zajdel, rzeczywiście jest nam potrzebna jakaś inwazja z Kosmosu..? Merytokratyczna biurokracja powstaje w każdym państwie świata – nie ma jej w Somalii, ale Somalia przestała istnieć jako państwo i to jest jedyny powód tego stanu – a zarazem dowód, że państwo współczesne bez takiej biurokracji istnieć nie może.

Biurokracje rządzące poszczególnymi państwami oczywiście rywalizują ze sobą. Jednak identyczność ich położenia, tożsamość złudzeń, ambicji i lęków jakie wprawiają je w ruch – wszędzie na świecie daje plus minus podobny efekt: systematycznie rosnący stopień regulacji życia, atomizację społeczeństwa (tj. erozję więzi naturalnych, więzi krwi i ziemi…) i zarazem rosnącą kastowość i korporacyjność życia (coraz większe znaczenie więzi formalnych, opartych na nadawanym przez władzę statusie – tj. np. – na posiadaniu stosownego dyplomu bądź licencji…). Coraz stąd bliżej do podziału na utrzymywanych w ryzach odpowiednio zaprogramowanym „wyścigiem szczurów“ podzerowców i nadzerowców, dźwigających (oczywiście dziedzicznie i wyłącznie…) nieznośne brzemię władzy…

Zaiste, nie są nam potrzebni Obcy, abyśmy się do globalnego kancłagru wspólnym wysiłkiem wpędzili! I bardzo, ale to bardzo chciałbym być w tej materii złym prorokiem… Obawiam się jednak, że ratunek przed którymś z ponurych światów klasyków dystopii może być niewiele dla Państwa lepszy od choroby! Jak Państwo doskonale wiecie od dawna uparcie twierdzę, że nie sposób ludzkich spraw urządzić racjonalnie – że co byśmy nie robili, oczywiście racjonalnie, humanitarnie i planowo – i tak wyjdzie dokładnie na to samo. Moja pewność opiera się na – skrajnie przeciwnym niż marzenia XIX-wiecznych liberałów – założeniu niezmienności natury ludzkiej, tożsamej i takiej samej od górnego paleolitu po dziś dzień. Która to natura po prostu NIE JEST racjonalna, humanitarna i podatna na planowanie.

Istnieje jednak jeszcze jeden powód dla takiego pesymizmu (czy może akurat optymizmu właśnie..?). O którym nie wypada zapominać. Otóż w zasadzie nie ulega wątpliwości, że złożoność naszego świata znacznie przekracza możliwości regulacyjne myślących po staremu liniowo, na XIX-wieczny sposób racjonalnych (tj. nie uwzględniających złożoności i chaosu…) biurokratów. Wielokrotnie wyśmiewałem zresztą różne naiwne pomysły na regulacje prawne, z zasady – nie uwzględniające skutków ubocznych i niezamierzonych. Jak można zresztą w nieprzystawalność biurokratycznego myślenia do rzeczywistości wątpić, skoro myślenie to zawodziło już w prostym w porównaniu z naszym światem, świecie epoki napoleońskiej..? Jak u (importowanego z Holandii) napoleońskiego gubernatora Litwy, który zapomniał (bo mu do głowy coś takiego nie przyszło…) posypać piaskiem stromego podjazdu między Wilnem i Trokami – przez co jego szef zostawił tam ostatnie, z takim trudem przyciągnięte z Moskwy armaty!?

Oczywiście istnieją sposoby radzenia sobie z chaosem i nieliniowością. Tutaj jednak – idąc za świetnym, Zajdlowskim opisem idiocenia biurokracji – pozwolę sobie na nutkę optymizmu: ci kretyni, którzy nami rządzą – nie są mentalnie zdolni do tak dużego wysiłku! Czego i sobie i Państwu na Nowy Rok – w dalszym ciągu życzę…

wtorek, 13 grudnia 2011

Dla Dalii (5.III.1992 - 9.XII.2011)

Nie każ więcej patrzeć długo w ciemne oczy
I we śnie wstępować boso w rzekę suchą
Tysiąc granitowych marzeń noże toczy
Żeby wnet w ciemności potknąć się o muchę

Naga wyszłam rano z łona matki
Naga tam powrócę bez nadziei
Że rozkwitną w grudniu cierpkie bratki
Że mistrale śniegiem lasów nie zawieją


wtorek, 6 grudnia 2011

Złe oko

Jedno zdarzenie - trzy możliwe interpretacje.

Zajechałem ci ja wczoraj pod gabinet weterynaryjny do którego miałem dostarczyć aparat. Dostarczyłem, próbuję wyjechać a tu d..pa! Lewy przedni kapeć sflaczał... Wymieniłem na dojazdówkę i ruszam, modląc się duchu, żeby mi bodaj tej dojazdówki do najbliższej wulkanizacji starczyło, bo już słaba była. Modlitwa nie została wysłuchana: doczołgałem się tylko do salonu Jaguara na Waszyngtona i tam stanąłem definitywnie. Na szczęście, pomogła mi nasza przyjaciółka, dr Batog, która ma lecznicę i mieszka stosunkowo niedaleko: wymieniłem lewy przedni kapeć w ostatnim jeszcze czynnym serwisie i późną już nocą dotarłem do domu.

Takie są fakty. A interpretacje?

No cóż: interpretacja najprostsza - statystyczna. Lewy przedni kapeć od dawna się marnie prezentował, a że dużo ostatnio jeżdżę - miał prawo w końcu sflaczeć. Dojazdówka, jako się rzekło, słaba już była, więc też miała prawo wyzionąć ducha. Po prostu, całkowicie przypadkowo, oba te zdarzenia nastąpiły jeden po drugim - z efektem jak opisany powyżej.

Interpretacja kryminalna - też prosta, choć tylko częściowo tłumacząca zdarzenie. Otóż zajeżdżając pod ten gabinet weterynaryjny, napotkałem na wąskiej, prowadzącej doń dróżce z miejscami parkingowymi po obu stronach (przy tym, dobrze ciemno już było!) stojące auto, mrygające lewym kierunkowskazem. Ponieważ akurat pomiędzy mną a nim było sobie (po lewej stronie, a owszem...) wolne miejsce, a do lecznicy było już niedaleko, to niewiele myśląc - tamże wjechałem. Dopiero kiedym wysiadał, obarczony aparatem i papierami, zauważyłem, że po moim manewrze tamten się cofnął i odkręcił szybę:
- Co to ma znaczyć..?
- Ale co?
- Ja tu chciałem wjechać!
- Najmocniej przepraszam, nie zauważyłem, ja tylko na chwilkę, zaraz stąd spadam...
- Życzę powodzenia...
Mógł pomóc mojemu lewemu przedniemu kapciowi sflaczeć? Ano mógł! W takim ujęciu przypadkowa pozostaje już tylko śmierć dojazdówki. A że przypadek, jak dobrze wiemy, burzy bezpieczeństwo naszego oglądu rzeczywistości, przez to właśnie, że nie poddaje się nie tylko naszej, ale w ogóle niczyjej woli - z taką interpretacją, jakkolwiek by nie była karkołomna (dlaczego akurat lewy przedni, który i tak najsłabszy był..?), niejeden z nas poczułby się lepiej...

Jest jednak i trzecia możliwość - całkowity już zapewniająca komfort, bo ową statystykę, ów niepodległy niczyjej woli i przez to tak drażniący przypadek usuwająca bez reszty. Interpretacja magiczna. Ot: spojrzał facet złym okiem - i co się dziwić, że z tego zaraz cała seria nieszczęść wynikła..?

niedziela, 4 grudnia 2011

Dzień Zagłady

Uwaga! Tekst zamierzałem opublikować na Agepo, ale nie mogę wejść na portal. Kiedy mi się to uda - zostanie tam przeniesiony...

Upływa prawie rok od chwili, gdy zaczęliśmy z Kolegami: Wojtkiem Majdą, a potem Maczetą Ockhama dyskutować na temat możliwości przetrwania – w perspektywie tych 20 – 40 najbliższych lat, co do których możemy w ogóle snuć jakieś domniemania i nie popadać przy tym w oczywistą śmieszność. Projekt Agepo zrodził się z tych dyskusji – i od samego początku cieszył się Państwa zainteresowaniem.

Od dłuższego czasu żaden z nas nie ma czasu na tworzenie nowych wpisów. Moi młodsi Koledzy zajęli się praktyczną realizacją peakoilowego survivalu: Maczeta prostą drogą zmierza do celu, przeniósłszy się w cieplejsze strony, gdzie już dobija targu o spłacheć ziemi – a Wojtek gromadzi kapitał, pracując w centrum naszej industrialnej cywilizacji. Ja, jako teoretyk z krwi i kości, przy tym niemłody już i bezdzietny – pozostałem wprawdzie na własnych, boskowolańskich zagonach i całe moje praktyczne ćwiczenia z survivalu to zakończony sukcesem eksperyment w uprawie kartofli na końskim nawozie, który wiosną powtórzę na większą skalę – ale również mam teraz o wiele więcej innej pracy. Przy tym, moją specjalnością jest perspektywa historyczna – a to nie wystarczy do samodzielnego „ciągnięcia“ tak złożonego problemu. Tak więc, Drodzy Czytelnicy: jeśli chcecie więcej tekstów o przetrwaniu w trudnych czasach – trudno i darmo: musicie je sami napisać! Już dawno ogłosiliśmy, że czekamy na propozycje – kilka takich propozycji, bardzo ciekawych, dostaliśmy i opublikowaliśmy. Prosimy o następne! Przypominam chociażby o apelu, aby dzielić się treścią dobrych rad zawartych w starych (sprzed półwiecza mniej – więcej) poradnikach rolniczych czy gospodarstwa domowego: wbranie takich porad nie wymaga przecież wielkich talentów literackich – a bardzo może się szerokiej publiczności przydać..!

Do zabrania głosu zainspirował mnie tekst JKM w ostatnim „Najwyższym Czasie!“, pt. „Czy Bóg jest partaczem?“. Tekst ten zajmuje się poniekąd podobnym co my na tym portalu problemem – problemem równowagi homeostatycznej.

Od samego początku twierdzimy tutaj zgodnie, że Peak Oil sam w sobie – to w ogóle nie jest żaden problem dla przetrwania cywilizacji! Nasza cywilizacja istniała i potrafiła wyżywić potencjalnie tyle samo lub nawet więcej ludzi przed upowszechnieniem się ropy naftowej jako paliwa (fakt, w Roku Pańskim 1913 nie żyło na Ziemi 7 miliardów ludzi – ale ile wtedy było nieuprawnych pustek..???) – i spokojnie da sobie radę w sytuacji, gdy ten rodzaj paliwa trzeba będzie w coraz to większym stopniu zastępować innymi. Tym bardziej, że przecież ropy nie zabraknie z dnia na dzień – traktory nie staną w połowie nie zaoranego pola, statki nie zatrzymają się na środku morza, a samoloty nie spadną… Po prostu to, co mamy teraz: rosnące ceny na stacjach benzynowych (nie bez możliwości krótkoterminowego odwrócenia tego trendu – w końcu: ile w tej cenie faktycznie ropy – a ile podatku..?) – wydaje się zjawiskiem, do którego warto się już przyzwyczaić, bo raczej będzie nam towarzyszyło do końca naszych dni – ile byśmy na tym łez padole nie żyli…

Z drugiej strony, od samego początku twierdzimy też zgodnie, że Peak Oil nie jest zjawiskiem, nad którym można przejść do porządku dziennego – tak, jak można było przejść do porządku dziennego nad spadkiem połowów wielorybów (tłuszcz wielorybi przez wieki był podstawą „energetyki“ przynajmniej w krajach północnej Europy…), czy spadkiem plonów oliwek w starożytnym świecie śródziemnomorskim (takie spekulacje to już domena kol. Maczety, który w ogóle – lubi oliwki – ja się przyznaję do niewiedzy na temat aż tak odległej przeszłości…). Nie tylko dlatego, że jak na razie nie widać technologii, która mogłaby za naszego życia zastąpić silnik spalinowy. Ostatecznie: taka technologia się przecież wcześniej czy później na pewno pojawi, żadne prawa fizyki nie wydają się tego zabraniać – a jeśli przy okazji nastąpi złamanie dotychczasowego trendu, wedle którego każdy kolejny nośnik energii był nie tylko wydajniejszy, ale i bardziej uniwersalny od poprzedniego (co nie jest takie pewne – bo być może jednak silnik spalinowy zostanie zastąpiony przez elektryczny?) – to cóż z tego? Nie musimy się znać na wszystkich potencjalnie zbawczych dla naszej industrialnej cywilizacji technologiach. Mało tego! Byłoby nader dziwnym, gdybyśmy się znali i gdybyśmy umieli trafnie przewidzieć, która to z potencjalnie wchodzących w grę technologii rzeczywiście silnik spalinowy zastąpi. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że „nikt na świecie nie wie, jak powstaje ołówek“ – technologie którymi się posługuje nasza industrialna cywilizacja są tak skomplikowane i wymagają tak złożonej kooperacji, że na ogół nie sposób ich ogarnąć pojedynczym umysłem. Co, swoją drogą – jak się Państwo domyślacie – rodzi też pewne ryzyko. Czytałem ongiś opowieść o królowej Madagaskaru, na dwór której w XVIII wieku (ale już po Beniowskim, który tak naprawdę żadnym tam „królem Madagaskaru“ nie był, tylko zwykłym blagierem i oszustem… A może zresztą wcale to nie była królowa Madagaskaru tylko cesarz Etiopii? Naprawdę: nie pamiętam. Nie ma to zresztą większego znaczenia…) dotarł pewien francuski podróżnik – bodaj czy nie rozbitek zresztą. Miał w każdym razie przy sobie podręczne wydanie „Encyklopedii“ – i korzystając z tej jednej książki umiał zachwycić królową budując jej cały szereg zabawek: zegar, armatę, krosna, młyn wodny, organy… Problem pojawił się, gdy królowa (czy tam cesarz – wszystko jedno…) zażyczyła sobie… butów! Biedak męczył się niewymownie – ale nie znalazł w „Encyklopedii“ wystarczająco poglądowego przepisu na uszycie butów, by dało się cokolwiek zdziałać wychodząc od kawałka nie garbowanej skóry, bo takim surowcem wstępnym dysponował. W końcu rozberał na czynniki pierwsze własne obuwie (był bowiem nie tylko zręcznym czytelnikiem „Encyklopedii“, ale i – jak to Francuz – człowiekiem błyskotliwym i inteligentnym) i na tej podstawie – sklecił jakieś mokasyny. Nie zachwyciły wymagającej klientki, ale podróżnik przynajmniej głowę ocalił – na tyle długo, że go w końcu ktoś znalazł i do cywilizacji przywrócił.

Otóż współcześnie nawet dysponując pełnym wydaniem „Encyclopedia Britannica“ na nośniku usb (nikt przecież nie będzie ze sobą taszczył tylu tomów…) nikt nie zbuduje od podstaw komputera, rakiety, a nawet – prostego silnika diesla. Już prędzej: buty. Przy odrobinie zręczności. Bo wyprodukowanie komputera wymaga współdziałania tylu wysoko (i wąsko!) wykwalifikowanych fachowców i tak skomplikowanych procesów technologicznych, że ich odtworzenie naprawdę od podstaw, bez użycia gotowych elementów – jest dla pojedynczego człowieka całkowitą fantsmagorią. Życia na to nie wystarczy. Chyba, że znacie Państwo jakiś udany eksperyment tego rodzaju..? A już problem się zacznie, gdy tego nośnika usb nie będzie gdzie wetknąć…

Innymi słowy: rosnąca komplikacja i współzależność charakteryzująca naszą industrialną cywilizację ZMNIEJSZA jej zdolność do homeostazy. A to już jest pewna przesłanka do tego – żeby się jednak tego Peak Oil trochę bać. Nie bardzo – ale jednak: troszeczkę. W końcu, jeśliby Wikingom nagle zabrakło wielorybiego tranu, to by co najwyżej kolejny łupieżczy napad na Irlandię zaplanowali po ciemku. A jeśli nam nagle zabraknie procesorów..? A procesory wytwarza się raptem w kilku miejscach na świecie – 90% bodajże: na Tajwanie – i wcale nie będzie łatwo ich produkcję uruchomić gdzie indziej…

Tak więc, sama komplikacja naszej industrialnej cywilizacji poważnie utrudnia rozeznanie, któraż to z raczkujących, dopiero rozwijanych czy ledwo perspektywicznych technologii zastąpi za 20 czy 40 lat silnik spalinowy. Tego nikt na świecie nie wie – i właściwie: wiedzieć nie może. Nie ma takiej szansy! W praniu wyjdzie – a próby przewidywania niczym się nie różnią od obstawiania wyników totolotka.

Po drugie: przecież gdybym wiedział (jakimś cudem…), albo chociaż, gdybym miał silne przekonanie że wiem, co za 20 lat zastąpi silnik spalinowy, to bym o tym nie strzępił klawiatury, tylko, idąc za biblijną radą, sprzedał wszystko co mam i uzyskane środki zainwestował w tę właśnie technologię… Jeśli więc strzępię na ten temat klawiaturę, to już samo w sobie dowodzi, że nie wiem, a nawet – że nie mam żadnych silnych przekonań co do tego, czym będzie napędzany świat za 20 lat!

Poza tym, rzecz jasna, że za 20, a nawet za 40 lat ludźmi będą rządziły te same namiętności, te same pragnienia i potrzeby, które rządzą nami – i które rządziły naszymi przodkami tak w górnym, jak i w dolnym paleolicie. Chyba, że ktoś się weźmie na serio za inżynierę genetyczną, ale to jest raczej w tak krótkiej perspektywie mało prawdopodobne – a poza tym, wątpliwym jest, by właśnie od namiętności i potrzeb zaczynał: w końcu, o ile mnóstwo ludzi jest niezadowolonych ze swojego wyglądu czy zdrowia – to pokażcie mi choć jednego, który by narzekał na konstrukcję swojej mózgownicy..?

Właśnie dlatego, że ludzkie namiętności i potrzeby pozostają przez tysiąclecia niezmienne – Peak Oil nie jest zagadnieniem, nad którym można by przejść do porządku tak łatwo, jak nad spadkiem połowów wielorybów w drugiej połowie XIX wieku czy nad (hipotetycznym) spadkiem produkcji oliwy w starożytnym świecie śródziemnomorskim. O tych ludzkich namiętnościach i potrzebach popełniłem ostatnio dwa duże teksty u siebie na blogu: oba też ukazały się w „Najwyższym Czasie!“ na przestrzeni minionego miesiąca.

Tak się bowiem składa, że głównym powodem, dla którego Peak Oil jednak trzeba się obawiać jest fakt, iż bezprecedensowy w dotychczasowych dziejach ludzkości dobrobyt wynikły z powszechnego stosowania ropy naftowej i silnika spalinowego dał też bezprecedensowe w dotychczasowych dziejach ludzkości możliwości zaspokajania namiętności i potrzeb bezprecedensowo wielkiej liczby ludzi – bez pracy.

W starożytności zaspokajać głód, pragnienie i potrzebę rozrywki za darmo mogli tylko mieszkańcy Rzymu – a i to nie wszyscy, trzeba się było zaliczać do jego obywateli (co dopiero od czasów Commodusa przestało być przywilejem, a stało się normą dla wolnych mieskańców Imperium). Potem przyszedł regres dobrobytu, co poznajemy również i po gwałtownym spadku liczebności klasy próżniaczej, która w średniowieczu była nader symboliczna – nie każdy ksiądz mógł sobie pozwolić na unikanie pracy fizycznej, wielu wiejskich wikarych, a nawet i niektórzy proboszczowie zmuszeni byli sami zwozić wybrane w ramach dziesięciny snopy zboża z pól do stodół, a czasem pewnie też i – młócić i mleć. O próżniactwie wśród rycerzy, przynajmniej w kontekście owych planujących co roku, w świetle zasilanych wielorybim tłuszczem kaganków, łupieżcze napady na Irlandię czy Francję Wikingów – w zasadzie mówić nie należy, bo jest to dla tych dzielnych, zapracowanych po uszy ludzi wybitnie krzywdzące. Próżnictwo w średniowieczu zatem, to wesołe życie żaków na tych kilkudziesięciu w całej Europie uniwersytetach – no i „dzielnice cudów“ w większych miastach, gdzie żyli z łaski swoich bliźnich (a czasem za przyczyną ich nieroztropności…) żebracy i złodzieje.

Z tej też klasy, potocznie zwanej „klerkami“ wywodzi się „nowa arystokracja“ – czyli podstawowa klasa próżniacza Ery Nowożytnej: biurokracja. Aż do roku 1913 jednak, który nie bez przyczyny tak często tutaj wspominam – owa biurokracja była jedyną i jednak dość nieliczną „klasą próżniaczą“. Wraz z upowszechnieniem się silnika spalinowego i niebywałym wzrostem dobrobytu, jaki temu towarzyszył – liczebność klasy próżniaczej, przynajmniej w tej części świata, do której mamy przywilej się zaliczać – wzrosła wielokrotnie. W tej chwili WIĘKSZOŚĆ mieszkańców Polski pracować nie musi – i w związku z tym: nie pracuje.

Że tak pojmowana „klasa próżniacza“ wcale nie opływa w wielkie dostatki, bo składają się nań w głównej mierze konsumenci zasiłków, stypendiów i innej „pomocy socjalnej“…? Rzymski proletariat też w wielkie dostatki nie opływał – a np. taki Feliks Koneczny w swojej publicystyce historycznej głośno i wyraźnie protestował przeciw zaliczaniu do „klasy próżniaczej“ wielkich właścicieli ziemskich, jak najbardziej opływających w dostatki i luksusy – wskazując, jak pracowite musieli pędzić życie, by owe dostatki i luksusy bodaj utrzymać… To jest oczywiście nieco kontrowersyjna teza i ci z Państwa, którzy poddali się marksistowskiej propagandzie sączącej się obecnie z każdego kąta, pewnie się z nią nie zgodzą – ale z własnego doświadczenia potwierdzam, że własność to w pierwszej kolejności: odpowiedzialność i praca, niczym zresztą nie normowana – a dopiero na drugim miejscu i wcale nie zawsze – jakieś tam profity…

Ogromna liczebność klasy próżniaczej, której sama egzystencja (wcale, a wcale nie opływająca w dostatki i luksusy, tu pełna zgoda..!) zależy od utrzymania obecnego modelu cywilizacji – to jest właśnie ten powód, dla którego Peak Oil jednak należy się obawiać. Ta klasa próżniacza jest mimo wszystko dość biedna i nie ma wielkich rezerw. Nie trzeba wiele, aby emeryci czy bezrobotni zaczęli umierać z głodu i chorób. W gruncie rzeczy, trzeba do tego tak niewiele, że aż dziw bierze: starczy nieco przedefiniować „koszyk usług“ NFZ – i starczy dalej podnosić VAT i akcyzę na paliwo. Nie wierzycie Państwo? Ale to przecież właśnie teraz się dzieje. Ponieważ nie ma politycznej woli redukcji liczebności klasy próżniaczej wprost i otwarcie – robi się to metodą fizycznej likwidacji dookólnie i pośrednio. Zresztą, nie trzeba żadnej futurologii żeby sobie wyobrazić, jak ten proces będzie przebiegał w przyszłości – na terenie dawnego Związku Sowieckiego, gdzie załamanie słusznie minionego systemu było najsilniejsze, dzieje się to na naszych oczach. U nas też tak może być – i pewnie będzie, bo trudno sobie wyobrazić, żeby mogło być inaczej.

Ogromna liczebność klasy próżniaczej i ogromna liczebność biurokracji, która jest prawdziwym właścicielem niemiłościwie nam panującego gosudarstwa to główny, a właściwie – jedyny poważny – powód, aby Peak Oil się bać. Przede wszystkim dlatego, że tak jest właściwie na całym świecie. Wszędzie też, zagrożoną w swojej egzystencji klasą próżniaczą kierować będą te same instynkty, z tych samych namiętności i potrzeb się wywodzące.

Podstawową potrzebą klasy próżniaczej jest utrzymanie status quo. Niezależnie od kosztów. A to już samo w sobie jest wielkim zagrożeniem dla homeostazy naszej industrialnej cywilizacji w chwili, gdy powinna ona zacząć się rozglądać za nowym nośnikiem energii!

Owo status quo bowiem, koniecznie wymaga aby – tak, jak łatwo jest kontrolować podaż i przepływ ropy naftowej, na czym wszędzie na świecie tuczy się klasa próżniacza – tak samo łatwo było kontrolować podaż i przepływ owego nowego, hipotetycznego nośnika energii, który ma ropę zastąpić. Promowane zatem będą tylko rozwiązania spełniające ten warunek. A skąd mamy wiedzieć, czy wśród nich właśnie jest owo – jedyne słuszne i właściwe, które rzeczywiście pozwoli nam wziąć ten zakręt dziejów bez szwanku..?

Poza tym, biurokracja jest ze swej natury niezdolna do innowacji. A jednocześnie – tak samo z natury nie potrafi przyznać, że są zdarzenia na tym łez padole, których przewidzieć i kontrolować się nie da. Nie tylko więc, pewne – wcale niekoniecznie najefektywniejsze i najbardziej perspektywicznie opłacalne – rozwiązania będą promowane i wspierane, ale też – nieuchronnie zwalczane będą inne, jeśli tylko nie spełniają fundamentalnego warunku, istnienie klasy próżniaczej warunkującego: nie dają się łatwo kontrolować fiskalnie.

Zdolność naszej industrialnej cywilizacji do homeostazy warunkowana jest utrzymaniem niezwykle subtelnej i złożonej równowagi ogromnej liczby składających się na nią elementów – bez tego zginiemy. A jednocześnie element pretendujący do roli kontrolnej, nadrzędnej – zachowuje mentalność napoleońskiego podprefekta, który tak samo zarządzał powierzonym sobie powiatem w Normandii, jak na Litwie (i – na Litwie – pamiętnej zimy 1812 roku zapomniał wysypać piaskiem stromy podjazd pod górkę w pobliżu Trok, co kosztowało Bonapartego resztę uratowanych z Moskwy dział i wszystkie wozy…). Nie wróży to dobrze na przyszłość.

Jeśli chwaliłem i chwalę w dalszym ciągu korupcję – to dlatego, że uważam sprawność i pewność działania aparatu państwowego za dużo większe zagrożenie naszej przyszłości, niż oczywistą niesprawiedliwość, jaka wynika z istnienia przekupstwa. Wiem, że dla wielu z Państwa jest to kamień obrazy, obelga i pogląd absolutnie nie do przyjęcia. Cóż. Uważam w takim razie Państwa za niepoprawnych optymistów: nie tylko wierzycie w to, że przestrzeń publiczna w ogóle może być urządzona sprawiedliwie i transparentnie i że takie jej urządzenie przyczynia się do ogólnego dobrobytu i szczęśliwości (OK, OK – są na to przykłady, to prawda, zgadzam się – i cóż z tego..? Czy istnienie takich przypadków dowodzi, że jest to możliwe u nas..?) – ale i w to, że ludzkimi sprawami w ogóle da się rządzić rozumnie i sprawiedliwie. Niezależnie od stopnia komplikacji tych spraw. To drugie zwłaszcza przekonanie mam za absurdalne. Nie tylko żaden ludzki umysł, ale i żaden ośrodek obliczeniowy na świecie nie podoła zadaniu kontrolowania całej naszej industrialnej cywilizacji – a cała jest potrzebna do zachowania homeostazy – tak samo, jak „Encylopedia Britannica“ nie wystarczy do zbudowania komputera wychodząc od garści piasku. Próba takiej kontroli – podjęta w imię najszlachetniejszych ideałów i z jak najlepszymi intencjami – MUSI zakończyć się katastrofą. Prawdziwym Dniem Zagłady – takim właśnie, na jaki skądinąd wcale nie jesteśmy skazani tylko dlatego, że akurat spada wydobycie ropy naftowej…

Brak kontroli oznacza przede wszystkim tyle, że wypróbowanych zostanie więcej technik i technologii niż zostałoby wypróbowanych przy istnieniu takiej centralnej kontroli. Zwiększy się różnorodność. Różnorodność dla homeostatu jest o wiele ważniejszą cechą niż sprawiedliwość, równość czy poczucie bezpieczeństwa jego elementów.

Tymczasem instynkt zagrożonej klasy próżniaczej skłania ją wszędzie na świecie do zmniejszania różnorodności – do integracji, monopolizacji, reglamentacji, regulacji i całej masy różnych, równie bezsensownych „-acji“. Im sprawniejsze państwo, im mniejsza korupcja i lepsze morale aparatu biurokratycznego – tym łatwiej mu wprowadzać najsłuszniejsze i najsprawiedliwsze choćby prawa, których niechcianym i nieoczekiwanym skutkiem jest wszędzie i zawsze to samo: zmniejszenie różnorodności, pogorszenie homeostazy.

Oczywiście, możemy skrachować jako cywilizacja także i przy braku centralnej kontroli. To już kwestia przypadku. Jednak przy istnieniu centralnej kontroli planującej jak z kryzysu wywołanego spadkiem wydobycia ropy naftowej wyjść i potrafiącej skutecznie swoje plany implementować – skrachujemy NA PEWNO, niezależnie od tego, czy plany te będą słuszne, czy nie! Stąd, KAŻDE sypanie piachu w szprychy aparatu państwowego, każde zmniejszanie jego skuteczności i obniżanie morale – na pewnym etapie rozwoju kryzysu staje się już grą o przetrwanie.

Z czego oczywiście nie wynika, żebym namawiał Państwa np. do terroryzmu, czy do korumpowania urzędników państwowych. Namawiam Państwa, byście myśleli o sobie i o swoich rodzinach. Myśląc o sobie i o swoich rodzinach LEPIEJ służycie ogółowi, niźli próbując stosować się do cudacznego hasła eko-terrorystów think globaly, act localy. Właśnie dlatego, że Wasza i Waszej rodziny strategia przetrwania będzie choć odrobinę inna – niż strategia Waszego sąsiada…

I tu właśnie wracamy do artykułu JKM, na który się wstępnie powołałem i który był powodem całego tego wywodu. Otóż JKM twierdzi, że Pan Bóg może wszystko. A skoro może wszystko – to nie ma potrzeby nieustannie wtrącać się w dokonane stworzenie, bo mogąc wszystko, tak je zaplanował, aby było idiotoodporne. Innymi słowy: jak byśmy nie majstrowali przy naszej cywilizacji i czego nie spieprzyli – nie zginiemy. Chyba, że powinniśmy zginąć, bo tym właśnie aktem, damy miejsce nowej, lepszej rasie rozumnej… No więc: jest to rozumowanie niewątpliwie słuszne. W gruncie rzeczy: niezależnie od tego, czy hipotezę istnienia Wszechmocnego przyjmujemy, czy też jest nam ona akurat zbędna.

Problem polega na tym, że ja osobiście jestem cholernie przywiązany do mojej Boskiej Woli, moich zagonów i koników i do wszystkich zalet i wad tej konkretnej cywilizacji – do status quo. I wcale mi się nie marzy zobaczyć na północnym niebie (od strony Warszawy…) atomowy grzybek, czy też kopać wzdłuż linii kolejowej, przebiegającej na południe od nas (od strony, skąd potencjalnie mogą przyleźć jakieś, jak to się w pewnych kręgach mawia – „bambusy“) okopy. Jednak, żeby wszystko zostało po staremu tak, jak wszyscy chyba chcemy – wiele się, niestety, koniecznie musi zmienić. I to jest problem. Ludzie bowiem, a zwłaszcza ludzie przy władzy – będą się tym koniecznym dla zachowania status quo zmianom aktywnie sprzeciwiać. I jeśli coś naszą industrialną cywilizację w końcu wykończy – to nie będzie to wcale brak ropy naftowej, tylko upasiona wcześniej na obfitości tego surowca: klasa próżniacza…

sobota, 3 grudnia 2011

Grudniowe pastwisko

Aura łaskawa w tym roku. Toteż wybraliśmy się z Lepszą Połową na mały spacer po Wielkim Padoku - kiedyśmy już wszystkie niezbędne w sobotę zajęcia, jak to: wizyta na targu i w Pierdonce, sprzątanie pod wiatą, naprawienie szkód wyrządzonych wichurą, ocieplenie hydroforni i temu podobne - wykonali. Towarzyszyła nam Krystyna:
Krystyna chodzi ze mną co rano włączyć prąd lub, jeśli akurat to robię - obejść ogrodzenia po wypuszczeniu czterokopytnych po śniadaniu. Nie, żeby robiła to bezinteresownie - kociambry dostają swoje śniadanie zaraz po koniach - a, że ostatnio się to zepsuło, bo zacząłem wywozić choć po kilka taczek zaraz po wyrzuceniu koniowatych na padok, ignorując głośno burczące brzuchy kotowatych - to woli mnie pilnować. Na ogół zresztą, oba koćkodany zgodnie dzielą walizkę "Conina":
Trochę przymała - ale cóż: większych na pokład samolotów nie zabierają..!

Pastwisko tymczasem może i nieźle się prezentowało w promieniach zachodzącego słońca:
ale prawda jest taka, że zostało przystrzyżone niemal do gruntu - i regularnie zafajdane, z czego się zresztą, skądinąd, nawet i cieszę - fajna trawa będzie w przyszłym roku!
Najbardziej ufajdane pastwisko jest w ulubionym miejscu czterokopytnych, czyli w tzw. "lewej kieszeni":
Ale i tu - po sąsiedzku - Lepsza Połowa wypatrzyła na Dzikim Zachodzie zakątek romantyczny:
Po sąsiedzku zaś... robi się siano!
To Radek, druh mój serdeczny, skosił wreszcie swój tzw. "perz" - na który cały wrzesień nawiewało mi stado, bo zielony był i pełen koniczyny!

A rok temu już od tygodnia leżało pół metra śniegu...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...