niedziela, 27 listopada 2011

Dlaczego jestem (na ogół) pesymistą?

Zamieszczając w poprzednim numerze „Najwyższego Czasu!“ moją „Sumę wszystkich strachów“, Szanowna Redakcja była łaskawa okrasić tekst nader optymistycznymi zdjątkami, opatrzonymi w dodatku podpisami których związku z tekstem – w żaden sposób nie potrafię się domyślić. Widać, jak zwykle, kiepsko u mnie z myśleniem…

Tymczasem wstęp do tego tekstu, w którym przyznałem się do programowego zwalczania optymizmu, był jak najbardziej serio. Właśnie znalazłem kolejny dla pesymizmu w kwestii sytuacji ogólnej powód: doczytałem (do połowy) po raz kolejny, ale po kilku latach od poprzedniej lektury – „Dawny ustrój a rewolucję“ de Tocqueville’a.

Dlaczego lektura klasyka liberalizmu (w dodatku: konserwatywnego!) miałaby mnie tak pesymistycznie nastrajać? Ano dlatego, że między wierszami jego analizy tego, jak monarchia absolutna rozłożyła na czynniki pierwsze (i na łopatki!) dawne społeczeństwo feudalne, torując tym samym drogę rewolucji, a właściwie to – nowoczesności – można wyczytać również i ten sam wniosek, który się w rzeczonej „Sumie…“ pojawił: podległość władzy jest zjawiskiem naturalnym, jest wręcz – naturalną potrzebą człowieka (tak samo, jak każdego innego zwierzęcia stadnego!). De Tocqueville nazywa to „potrzebą“, czy też „namiętnością“ równości – przeciwstawną na ogół „potrzebie wolności“, a tym samym – prowadzącą do despotyzmu, czy to jakobińskiego, czy napoleońskiego który, całkiem dla swoich twórców niespodziewanie, zrodziła rewolucja wolnościowa 1789 roku.

Jeśli Państwo nie nadążacie (sam wcale nie jestem jeszcze pewien tego tak szybko wygłoszonego wniosku), to prześledźmy cały ten proces po kolei, krok po kroku.

Punkem wyjścia analizy de Tocqueville’a jest ów „dawny ustrój“ – „ancient regime“ – niezmiernie podobny, tożsamy wręcz, na obszarze od Atlantyku po Wołgę (no dobrze: na temat Wołgi de Tocqueville raczej mało wiedział, ale „granic Polski“ jego wiedza, jak sam to w początkowych rozdziałach przyznaje, jak najbardziej sięgała – nawet, jeśli wiedza to opierała się głównie na kodeksie praw ogłoszonym w Prusach w roku 1795 dopiero…). Skądinąd „wielkie umysły działają podobnie“ – jeśli czytać „Barbarzyńską Europę“ Karola Modzelewskiego, dzieło które zachwalam i polecam każdemu konsekwentnie od lat – takie samo podobieństwo, tożsamość wręcz, przedpaństowowych, plemiennych struktur „Barbaricum“, od Atlantyku po Wołgę, jasno udowodnione obszernym materiałem źródłowym – musiało dać analogiczne podobieństwo, tożsamość wręcz – pierwotnych struktur państwowych, feudalnych.

W czasach barbarzyńskich władza i prawo jak najbardziej istnieją (to już jest wniosek z lektury „Barbarzyńskiej Europy“ – de Tocqueville nie miał materiałów ani sposobności badania czasów tak odległych…), ale są „słabo widoczne“: 90% relacji w których jeden z ludzi dominuje nad drugim rozgrywa się w szeroko rozumianej rodzinie – rodzinie obejmującej nie tylko głowę rodu, jego żonę i dzieci, ale także: niewolników, wyzwoleńców różnej kategorii, klientów (czyli inaczej: „ludzi zależnych“) i całą masę innych „swojaków“. Pozostałe 10% to relacje pomiędzy głowami rodów: w tamtej epoce – żywo przypominające dzisiejsze stosunki między państwami jako że gdy wszyscy byli zbrojni i wolni, zaś o „sprawach wspólnych“ rozstrzygał wiec zbrojnych i wolnych, było rzeczą nader nierozsądną drażnić głowę rodu nie mając po temu istotnej przyczyny i nadziei na poparcie innych, co najmniej równie dobrze uzbrojonych „głów“!

Skądinąd widząc, jak się ten sam model stosunków międzyludzkich odtwarza po tysiącach lat chociażby w działaniu mafii – nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to właśnie jest stan dla naszego gatunku „naturalny“ – tak byśmy się zachowywali, gdyby nie było państwa, niezależnie od tego, czy jesteśmy niepiśmiennymi czcicielami Odyna lub Swaroga, czy absolwentami Oxofordu lub nawet (ho! ho!), samej SGH…

Pierwsze państwa, państwa feudalne, tym się różniły od wcześniejszego „stanu barbarzyństwa“, że władza wcześniej rozproszona, bezpostaciowa, pozbawiona widocznej formy – zdobyła wreszcie swoją widzialną postać: od razu zresztą dwoistą – monarchii i Kościoła. Jednak owa postać widzialna władzy zasięgiem swoich kompetencji obejmowała tylko te 10% stosunków społecznych, które wcześniej rozgrywały się pomiędzy głowami rodów. Z chwilą pojawienia się monarchii i Kościoła, głowy rodów, pod dawnemu zbrojne i wolne, przestały już traktować się wzajem jak niezależne państwa – poddały się sądowi zbrojnemu monarchy i moralnemu – Kościoła. Nie zawsze było łatwo wyrok takiego sądu wyegzekwować, nie raz też się zdarzało, że to głowa rodu lub jakaś ich koalicja obalała monarchę i wprowadzała na tron innego – monarcha zresztą też był zarazem jedną z owych „głów“, przynajmniej – w stosunku do własnych poddanych, nad którymi panował bezpośrednio. Był to jednak system sprawowania władzy stosunkowo trwały – utrzymał się na większości terytorium Europy przez lat co najmniej 800 – a przy tym: dający stosunkowo najwięcej wolności w dotychczasowych dziejach ludzkości.

Ten wniosek może się wydawać Państwu paradoksalny. Jakże to tak? Ustrój w którym 90% ludności pada na twarz, nurzając się w prochu i pyle przed lada szlachetką, w którym owe 90% ludności obrabia pańszczyznę, płaci czynsze, wypełnia (upokarzające) posługi osobiste, musi prosić o zgodę na małżeństwo czy zmianę zawodu lub miejsca zamieszkania – miałby więcej wolności dawać niż dzisiejsza demokracja i „prawa człowieka“???

Ano tak! Tak właśnie było. Takiej wolności osobistej, takiej wolności słowa i takiej wolności czynu, jaka panowała w średniowieczu europejskim nic w świecie dzisiejszym nie dorówna. Ustała już samowola „głów rodów“ – Gilles de Rais nie mógł dowolnie zaspokajać swoich chorych żądzy kosztem małoletnich synów swoich poddanych, był nad nim sąd ludzki i boski i sąd ten przywiódł go na szafot – nie sądzę przy tym, aby był w tym dziele wolniejszy czy bardziej opieszały od sądów współczesnych. Nie było zaś jeszcze samowoli władzy – gdyby któryś ze średniowiecznych królów napomknął chociaż o tym, że chętnie by sobie tak porządził, jak to dzisiaj byle premier byle „demokratycznego“ państwa rządzi, wydając na ten przykład „wojny“ kibicom piłkarskim, czy podnosząc ten lub ów podatek – koniec jego byłby tak rychły i tak pewny, że zapewne do dziś głowiliby się historycy, co też tak szybko pozbawiło tronu tak zdolnego władcę..? Władza „głów rodów“ – czyli de Tocqueville’a „władza arystokratyczna“ – równoważyła się z władzą monarchy i Kościoła. Nawet najsłabszy i najmniej zaradny mógł liczyć na pomoc i opiekę, o ile tylko sam tej pomocy i opieki przez próżną dumę nie odrzucił – każdy zaś, kto czuł że sprzyja mu szczęście i służy pełnia sił, mógł się starać choćby i o najwyższe dostojeństwa, pełnej zażywając dla tego wolności – jeśli tylko gotów był w tym celu znosić niewygody i trudy.

Oczywiście, że i w tym systemie zdarzały się nadużycia – gdzie ich nie ma? Epoka następna, która nadeszła wraz z pojawieniem się monarchii absolutnych, a potem wraz z rewolucją – wszelkie jednak nadużycia dawnego ustroju prześcignęła tak szybko, jakby o nic innego się nie starała usilniej, jak właśnie o to – bo w ciągu kilku lat zaledwie!

De Tocqueville pisał na prawie sto lat przed wojnami światowymi, komunizmem, nazizmem, Jewrosojuzem, Bankiem Światowym i innymi nieszczęściami XX i XXI wieku. Jednak już w jego pracy pełno jest melancholii i żalu za czasem, który odszedł wraz z owym „dawnym ustrojem“. Oczywiście złośliwiec w rodzaju Eryka Fromma wypomniałby Francuzowi jego pochodzenie – zamek de Tocquevillów do tej pory wznosi się w okręgu Valognes, z którego tyle razy hrabia Aleksy wybierany był deputowanym – jednak wartość takich zarzutów po prostu nie wymaga komentarza: bo i cóż z tego, że Platon pochodził z królewskiego rodu..? To ma niby dyskredytować jego filozofię? A gdyby pochodził z rodu kamieniarzy, jak jego mistrz, Sokrates? To co – bardziej byłby wiarygodny jako filozof..?

Gdzieś w okolicach renesansu królowie Zachodu, posiłkując się prawnikami wykształconymi na imperialnym prawie rzymskim i sojuszem z drobną szlachtą i mieszczaństwem dokonali przewrotu: obalili władzę arystokratycznych „głów rodów“ (we Francji, ostatecznie, dopiero za Ludwika XIII, znanego z „Trzech Muszkieterów“, po pokonaniu „Frondy książąt“), tym samym przejmując już nie tylko władzę nad tymi 10% stosunków społecznych, które kontrolowali wcześniej – a nad ich 100-procentową całością. De Tocqeville posiłkując się dokumentami „rady królewskiej“, „kontrolera generalnego“ i „intendentów“ XVIII-wiecznej Francji pokazuje, jak wielki był zakres tej władzy: żaden z poddanych króla Francji nie mógł założyć przytułku dla sierot, wybudować drogi lub kanału na własnej ziemi, założyć kopalni lub zawiązać z innymi poddanymi spółki handlowej – jeśli nie dostał pierwej pozwolenia z Paryża. Ba! Choć nie istniało jeszcze nawet takie pojęcie jak „konserwacja zabytków“ – to i tak każdy remont dzwonnicy, wymiana dachu na kościele czy odnowienie muru wokół wiejskiego cmentarza – wymagało takiej samej zgody wszechwładnej „królewskiej rady“. Rewolucja niczego tu nie wymyśliła, niczego nowego nie ustanowiła – rewolucja jedynie, likwidując dekorację dawnych stosunków feudalnych, utrzymywaną jako pozór, zasłona dymna i źródło dochodów dla królewskiego skarbu (bo za nadanie szlachectwa czy arystokratycznego tytułu, trzeba było królom z dynastii Burbonów słono płacić…) – ukazała wszechwładzę biurokracji w jasnym świetle dnia i uczyniła z niej widomy znak narodowej jedności. Rewolucja nie miała najmniejszego zamiaru – ani przez chwilę – ograniczać państwowej biurokracji, wyznaczać jej kompetencje czy granice uprawnień. Przeciwnie! Rewolucja zrobiła co mogła, żeby komptencje państwowej biurokracji żadnych granic nie miały…

Teoretycznie współczesna ideologia „praw człowieka“ (znowu poza de Tocqueville’a wykraczamy, wszak tego nie mógł przewidzieć…) ten brak rewolucji 1789 roku uzupełnia. Teoretycznie. Bo cóż to za „prawa człowieka“, które pozwalają dowolnie odbierać rodzicom ich dzieci? Cóż to za „prawa człowieka“, które pozwalają dowolnie odbierać właścicielom ich własność – chociażby w postaci zwierząt, rzekomo „źle traktowanych“..? Ilu rodziców rzeczywiście molestuje czy w inny sposób źle traktuje własne potomstwo? Ilu właścicieli naprawdę szkodzi własnym zwierzętom czy innej własności? Rzekome nadużycia naprawdę małej garstki są doskonałym pretekstem do przyznania urzędnikom władzy, której w dziejach ludzkości nigdy żadna zwierzchność oprócz najbardziej totalnej, do tej pory nie posiadała – bo nikt oprócz właściciela niewolnika (a i to nie zawsze i nie każdego…) nie mógł rozdzielić rodziców i dzieci i nikt, oprócz właściciela niewolnika, nie mógł dowolnie odebrać temu niewolnikowi rzeczy czy zwierząt pozostających w jego posiadaniu – tego nie mógł na ogół nawet „szef rodu“ w czasach barbarzyńskich mimo, że żadna zwierzchnia władza mu tak postępować nie zabraniała!

Czytając de Tocqueville’a po raz kolejny, choć po dłuższej przerwie, tym bardziej mam dojmujące wrażenie, że dokonanie rewolucji nie jest rzeczą łatwą. Sam autor wyraźnie to zaznacza: we wschodniej części Niemiec, gdzie przetrwały do 1789 roku w pełni stosunki feudalne i pańszczyźniane, idee rewolucji szerzyły się o wiele słabiej i mniejsze miały oddziaływanie niż nad Renem, gdzie ani pańszczyzny, ani feudalizmu już dawno nie było. Żadnego zgoła wpływu nie miała rewolucja 1789 roku na Rosję – dodajmy od siebie.

Dlaczego tak się działo? Dlatego – jak słusznie pisze hrabia Aleksy – że tam, gdzie system feudalny był rzeczywisty, funkcjonujący i żywy – gdzie zaspokajał on podstawowe potrzeby 90% mieszkańców: nie było miejsca na konflikt klasowy. Jeśli kodeks Fryderyka II w Prusach stwierdzał, że Pan powinien dbać, by jego ubodzy chłopi mogli się uczyć. Powinien, w miarę możności, dostarczać środków do życia tym swoim wasalom, którzy nie mają ziemi. A jeśli który z nich popadł w nędzę, pan ma obowiązek przyjść mu z pomocą.  – to związek pomiędzy panem a chłopem, jakiego taki dekret (przecież nie tworzący nowej rzeczywistości, a raczej – potwierdzający tylko to, co i tak było zwyczajem…) jest świadectwem, dalece przekracza związek między współczesnym obywatelem a jego państwem: państwo bowiem, jakkolwiek szeroki zakres „pomocy społecznej“ by nie oferowało, nie traktuje tego jako zobowiązania o charakterze bezwzględnym i zwykle wymaga od obywatela szeregu starań, nim mu taką pomoc przyzna. Tymczasem w ustroju feudalnym – sądząc po brzmieniu tego zapisu – stroną aktywną i podejmującą starania wcale nie był chłop, tylko… jego pan?

Zresztą, wracając na chwilę do często się tu pojawiających dyskusji na temat położenia chłopów dawniej: taki fenomen jak „rabacja“ miał miejsce w Galicji po ponad 70 latach, czyli po trzech pokoleniach, ręcznego „majsterkowania“ cesarskich urzędników przy stosunkach między chłopami a dworem. W Królestwie Polskim jakieś poważniejsze wystąpienia chłopskie to właściwie – powstanie styczniowe. Czyli: 70 lat bez mała obowiązywania Kodeksu Napoleona, który wyzuł chłopów z ich średniowiecznego jeszcze prawa do posiadania ziemi i pozwolił ziemianom na swobodne rugowanie całych wsi. W Prusach – Wiosna Ludów, pół wieku po wspomnianym akapit wyżej kodeksie Fryderyka II. Czyż nie widać z tego dowodnie, jak bardzo musi się starać władza państwowa, aby konflikt między chłopem a jego panem spowodować..? O to się też i starała, przez dwa wieki, francuska monarchia absolutna, pozbawiając francuską szlachtę jakiejkolwiek praktycznej władzy – a zachowując jej drażniące ogół, czysto honorowe przywileje, które tym bardziej były nieznośne „stanowi trzeciemu“, im mniej miały uzasadnienia w rzeczywistych obowiązkach stanu uprzywilejowanego…

Ogólnie rzecz biorąc: mała i słaba jest „sprawa wolności“. Jak pisze de Tocqueville, „namiętność równości“ nierównie silniejsza jest niż „namiętność wolności“ – ludzie wolą znosić despotyzm i niewolę, byle tylko nikt się nad nich nie wynosił i nikt nie był od nich w tej biedzie lepszy – niż zdawać się na hazard wolności, gdzie w każdej chwili znienawidzonemu sąsiadowi może się poszczęścić i postawi sobie lepszą chałupę, albo w inny sposób wykaże swoją nieznośną sąsiadom wyższość…

Ta właśnie zazdrość, to pragnienie by nikt nie był lepszy, mądrzejszy, wznioślejszy, szlachetniejszy – najpewniejszą jest podstawą i ubezpieczeniem wszelkich despotyzmów, z ostatnim despotyzmem „praw człowieka“ włącznie. Pesymistyczny wniosek, jaki z tego wynika jest taki, że w obliczu cywilizacyjnego kryzysu jaki wiąże się z nadmiernym zadłużeniem zbyt hojnych w powszechnym przekupstwie rządów i rosnącymi cenami nośników energii – ludzie instynktownie wybiorą bezpieczeństwo niewoli, a nie ryzyko wolności. Protekcjonizm, kontrola, wzrost kompetencji władzy, redystrybucja, racjonowanie i normowanie odgórne – to są hasła dnia dzisiejszego, to są hasła na czasie! Nie żadna tam wolność. Na co komu wolność..? Wolność to hasło politycznie podejrzanych arystokratów, którzy tylko szukają pretekstu, żeby się nad zwykłego zjadacza chleba wynosić…

sobota, 26 listopada 2011

Marketing

Nie powiem że lubię, ale - toleruję NAWET whisky "Golden Loch" z Pierdonki. Wiem też, że w marketingu tak trzeba - ale też: dokładnie takie zadęcie i taka przesada, to jest właśnie to, co mnie w tego rodzaju sytuacjach denerwuje... Sami zobaczcie, czy można coś takiego traktować poważnie:
?
Tymczasem czytam sobie pomalutku, wśród innych zajęć, ponownie po długiej bardzo przerwie de Tocqueville'a. Może jutro coś na ten temat napiszę...

czwartek, 24 listopada 2011

Modlin

Uważacie Państwo, że komedie Barei są przerysowane? Ja tak wcale nie uważam. Na co mam twarde dowody.

Umyśliłem sobie ci ja pojechać dziś rano do Modlina pociągiem. Dlaczego pociągiem? Bo podróż koleją skraca czas! No i taniej jest, zwłaszcza z biletem miesięcznym - przezornie jednak, nim takowy wykupię, chciałem trasę wypróbować...

Zjawiłem się zatem na stacji, jakieś dziesięć minut przed planowanym odjazdem pociągu, wcześniej w sieci wypatrzonego. Połowę z tych dziesięciu minut zużyła pani wybierająca smak landrynek, które chciała sobie kupić na podróż. Spoko! Dalej zostało przecież całe pięć minut, prawda..?

- Proszę Pani, poproszę do Modlina przez Warszawę Zachodnią i Warszawę Wolę.
- Modlin, Modlin... to gdzieś koło Wschodniego..?
- No nie do końca, raczej na północ bardziej - ZOO, Legionowo...
- Ale to są Koleje Mazowieckie..?
- Bezapelacyjnie, bez najmniejszych wątpliwości..!
- No szukam, szukam... ojej, komputer się wiesza...
Po chwili
- Ale jak pan chce tam dojechć?
- Proszę Pani do dworca Warszawa Zachodnia, stamtąd na piechotę do stacji Warszawa Wola i dalej pociągiem.
- Warszawa Wola... o - jest! Ojej, ale tam pociąg jedzie przez Warszawę Wschodnią i Gdańską...
- I właśnie dlatego przechodzę na piechotę z Warszawy Zachodniej...
- Ale pociąg już i tak panu odjechał...

No i nie oszczędziłem: pojechałem do Modlina samochodem. Ponownie spróbuję komunikacji publicznej w przyszłym tygodniu - jutro i tak musiałbym autem, mam spotkanie na mieście.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Jesteśmy, jesteśmy,

tylko doświadczamy trudności technicznych. W drugiej połowie przedpoprzedniego tygodnia nie pisałem, bo kobyła przechodziła kryzys: przestała w ogóle jeść, wydalała głównie sprężony gaz z larwami gzów – makabrycznie to wyglądało. Ogólnie – pomysł Pana Doktora odstawienia jej od pastwiska i pozostawienia pod wiatą na sianie i słomie nie był najlepszy, choć oczywiście – zwykle tak się właśnie robi i robić powinno. W związku z czym cały świąteczny piątek pasłem ją na najzieleńszych kąskach trawy, jakie tylko udało mi się w okolicy znaleźć, a znajdowłem je głównie na naszej w rajski ogród obróconej pustyni. To było jedyne, co jeszcze jeść chciała. I od tego wypasu zaczęła się poprawa. W sobotę przyjechało dobre, nadwiślańskie siano w belkach – została z belką sam na sam pod wiatą, gdy reszta poszła na pastwisko i do wieczora udało się jej wyżreć dziurę, w której chowała cały łeb i pół szyi…

I tak zszedł nam poprzedni weekend, o święto przedłużony. W poniedziałek dotarła do nas przysłana z Litwy płytka instalacyjna Mac OS 10.4… Od pewnego czasu nasz „piecyk“ G5 nie działał najlepiej: częste awarie zasialania, jakie dotykały naszą wieś przez ostatni rok, tudzież dwukrotne „uratowanie“ końputera przez naszego kochanego kociambra, który spuścił wazonik z wodą z parapetu na przedłużacz (a mógł spuścić wprost na komputer, prawda?!) sprawiły, że system często się wieszał i nie zawsze startował tak chętnie, jak powinien. Problemy objawiały się szczególnie często przy próbach uruchomienia – jak to zwykle u Apple’a bywa – „third party applications“. To jest – na ten przykład: blueconnecta!


Od razu wyjaśniam na potrzeby Szanownych P.T. Komentatorów: nie szukam nowego sprzętu komputerowego, nasz „piecyk“, kupiony w lepszych czasach na Allegro za niewielkie pieniądze, najzupełniej nam wystarczy na następne lata – jak sądzę. Przynajmniej do czasu, dopóki działa stary modem usb od Ery (jeszcze wtedy…) – bo nowy, który dostaliśmy kilka miesięcy temu wraz z nową umową już się domaga Intela i z innym procesorem nie chce gadać. A dlaczego Mac? Bo tak! Raz, że przyzwyczaiłem się w mojej pierwszej pracy, czyli w redakcji „Super Expressu“ (tu w tle słychać buczenie Moralnej Większości: błeee, ludowi ciemnotę wciskał! A tak – wciskałem. Nie mam sobie jednak nic do zarzucenia: zrobiłem materiał o potworze z Loch Ness, to prawda – ale Nessi całość tekstu autoryzowała, nie było tam więc ani słowa nieprawdy! Poza tym: była to jedna z dwóch prac w moim życiu, które dostałem bez żadnych znajomości i protekcji – z ogłoszenia. Drugą jest współpraca z „Końskim Targiem“, gdzie po prostu posłałem mailem tekst – i poszedł…).

Dwa, że w czasach, kiedyśmy się komputeryzowali z Lepszą Połową, czyli te… naście lat temu: w zasadzie nie było innego wyboru. Kilkanaście różnych języków do wyboru można było sobie zainstalować bez drapania się w lewe ucho przez prawe ramię tylko na Mac-u. I tak już zostało. A jedną z najpoważniejszych zalet tej sytuacji jest to, że rzadko bardzo cokolwiek trzeba z tym sprzętem czynić innego niż zwyczajnie używać. Niestety – zaleta ta staje się wadą, gdy jednak uczynić coś przyjdzie. Bo po prostu: nikła jest moja „sprawność komputerowa“ i mimo, że przeinstalowanie Mac OS-a naprawdę nie jest trudne – to i tego potrafię zapomnieć, skoro robię to raz na 5 – 6 lat… W tym przypadku – nie miałem nawet z czego, bo „piecyk“ kupiłem na Allegro z gotowym, zainstalowanym systemem i płytki z „Tigerem“ nigdy nie miałem. Przez lata nie było takiej potrzeby. Teraz, poratowała nas rodzina Lepszej Połowy, dosyłając płytki.

Oczywiście, druga płytka, MUSIAŁA być walnięta. W czym zapewne walny był udział Poczty Polskiej: przesyłka, mimo że w dobrze zabezpieczonej kopercie, dotarła do nas w stanie takim, jakby ją ktoś żuł i wypluł.

A skoro druga płytka była walnięta, bo musiała taka być – to natychmiast wpadliśmy w błędne koło: instalator domagał się drugiego dysku, kiedy go dostawał wieszał się, po restarcie proces zaczynał się od nowa. Potwornie irytująca sytuacja! Nie obyło się od dzwonienia po znajomych, żeby nam numer telefonu do przesympatyczne firmy komputerowej na Ateńskiej znaleźli (zapisany go miałem na mailu, do którego w tej sytuacji oczywiście nie było dostępu…). Rady typu „jabłko C“, czy „jabłko – shift – p – r“, niewątpliwie w innych okolicznościach zbawienne, nic nie dały, przeklętego instalatora wyłączyć się nie dało. Czarna rozpacz!

Aż przypomniało mi się, że mam śrubokręt… i po prostu odłączyłem dysk „Behemot“, na którym ów przeklęty instalator zdołał się już zapisać. Potem wystarczyło ponownie go włączyć, po uprzednim starcie z płytki – i rozpocząć instalację od początku, z pominięciem programów z „dysku drugiego“. Z tym, że oczywiście: tu już nie było mowy o żadnej podmiance systemu „na barana“ – trzeba było sczyścić twardziela do końca, na nowo go formatując.

No i pięknie, wszystko działa. Tylko pojawił się jeden drobny problem: Safari 2.0, które się nam tym sposobem zainstalowało w miejsce swojej o oczko nowszej wersji którą mieliśmy poprzednio – okazało się bardzo niestabilne. W szczególności, wieszało się na Googlach, mowy nie było o zalogowaniu się do Bloggera – i tu już Państwo wiecie, dlaczego przez kolejny tydzień milczałem…

Oczywiście, podjąłem natychmiast zakrojone na szeroką skalę próby ściągnięcia update’u, tudzież – znalezienia dla tego poronionego Safari jakiegoś sensowniejszego zamiennika. Tak szeroka była skala tych prób, że się nam limit w T-mobile  wyczerpał i kiedy wreszcie w piątek wygrzebałem gdzieś w zakamarkach końputerowej pamięci (dobrze jest mieć dwa twarde dyski!) stareńkiego Firefoxa, który o dziwo – działa – logowanie się do czegokolwiek poza najmniej wymagającymi pod względem szybkości transferu forami internetowymi, po prostu nie miało sensu. Dziś jest 21, więc nowy limit – melduję się zatem Państwu – nie obiecując wcale, że będę pisał często i obszernie. Po prostu: mam bardzo dużo pracy a mało wolnego czasu i wygląda na to, że w najbliższej przyszłości tego wolnego czasu będę miał coraz mniej. Ale głowę przez ten tydzień z okładem wypełniły mi tysiące słów, więc jakoś trzeba będzie to ciśnienie spuścić, to prawda…

A kobyła ma się już dobrze. Nawet owies żre, lubo na razie bez zwykłego dla niej łakomstwa – konsystencja kału też się bardzo poprawiła. Tyle, że znowu kłopot: siano nadwiślańskie w belkach schodzi nam mniej więcej o 30% szybciej, niźlim się spodziewał – a to burzy zarówno wyliczenia terminów kolejnych dostaw, jak i kalkulację kosztów.

wtorek, 8 listopada 2011

Cygan powieszony

Jak wiadomo dla towarzystwa Cygan dał się powiesić. Nasza Dalia wlkp dla towarzystwa – zjadła trochę meszu.

Kłopotu z tym było co niemiara! Ale zacznę od początku: stanęliśmy na tym, prawda, że Starsza Pani dostała FloryBoost na odtrucie – nic to nie pomogło. Ani na humor (w dłuższej perspektywie), ani na konsystencję kału czy ogólne chudnięcie. W sobotę zatem Pan Doktor odwiedził nas po raz drugi. Pobrał krew do badania i podał kobyle inverminę. Morfologia krwi okazała się być w normie – stanu zapalnego nie ma. Widocznych efektów inverminy też nie było tak od razu.

Za to całe stado od sobotniego popołudnia kiblowało pod wiatą, tj. na padoku piaszczystym – zimowym. Długo kombinowaliśmy jak tu je jednak wypuścić na trawę tak, żeby sama Dalia została na sianie i słomie (którą nam M. dobrotliwie użyczył na tę okoliczność: w okolicy teraz słomy nie ma, a jak jest – to droższa od siana, ścielimy więc sianem normalnie…), a ogrodzenia to przetrwały. W końcu wczoraj zostawiliśmy ją z Szafranką – a reszta się pasła. Szafranka szczęśliwa nie była, ale trudno: życie nie bajka, czasem pocierpieć trzeba. Dzisiaj też się coś wymyśli…
Dalia wlkp

Wczoraj rano po raz pierwszy znalazłem wydalone larwy gzów. Znakiem tego, fizyczną przyczynę depresji naszej matrony jużeśmy właśnie odkryli: na znak protestu przeciw odejściu Glusia, kapciuszka i przyjacielka – daliśmy się zagzić!

Ponieważ konsystencja kału na razie nie uległa zmianie, wypadało podać kobyle mesz, co i Pan Doktor telefonicznie skonsultowany w tej sytuacji radził. Nie jest to takie proste, gdyż:
-       w okolicy można bez problemu nabyć w ilościach hurtowych otręby pszenne – ale otrąb owsianych żadna hurtownia nie prowadzi (w końcu kupiłem po prostu 8 paczek po 200 gram w „Lewiatanie“ – w większą ilość po sensowniejszej cenie wypadnie zaopatrzyć się w Warszawie bo przecież – nie ma się co oszukiwać: jeśli Starsza Pani dała się zagzić, to cała reszta też i po odrobaczeniu, jak spadnie pierwszy śnieg, również im będzie dobrze meszu dać…),
-       nasza turystyczna kuchenka gazowa niezbyt się nadaje do długotrwałego, powolnego gotowania, której to obróki koniecznie wymaga siemię lniane przed połączeniem z otrębami (Lepsza Połowa zmieliła zatem najpierw siemię robotem kuchennym – a do gotowania użyliśmy kozy),
-       nie mamy nie wiadomo ilu wielkich garnków i nie bardzo mamy jak mieć, bo i tak już nasza chatka ze strychem włącznie zagracona jest ponad miarę – a tu by się, po prawdzie, spory żeliwny kocioł przydał (Lepsza Połowa poświęciła swój jedyny garnek do gotowania ziemniaków…).

Mesz wyszedł pyszny i wyszło go… troch dużo jak na jednego konia! Ale cóż: wychodzi na to, że zostało nam składników na jeszcze dwie porcje, a zdobyta dzięki temu doświadczeniu, z takim poświęceniem przeprowadzonemu przez Lepszą Połowę wiedza – jest bezcenna.

Mesz wyszedł pyszny, ale Dalia wlkp… nie chciała go jeść! Ot liznęła raz czy dwa – i wszystko. Nawet posypywanie owsem z wierzchu niewiele dało (do posypywania cukrem nie chcieliśmy się posuwać…).

To skąd wiemy, że pyszny..? A, bo wszystkim innym smakował! Bubie dałem trochę na ręku – prześmieszne było, jak mi to z palców zlizywała (ale Lepszą Połowę potem już trochę ugryzła – smakowało jej coraz bardziej widać…), a generalnie: towarzystwo pchało się do wiaderka z meszem ze wszystkich stron…
Osman Guli, czyli Buba

Wychodzi na to, że Wielki Straszny Zwierz… nigdy meszu wcześniej nie jadł? Po prawdzie – to myśmy jej go nie dawali – ale przecież mamy ją na własność dopiero od 2004 roku, a na swoim osiedliśmy ledwo dwa lata z małym hakiem temu. Nie mogę głowy dać, ale coś mi się kołacze, że przynajmniej w dwóch z kilku stajni w których staliśmy pensjonatem podobno konie miały były dostawać mesz co jakiś czas? No cóż: nie jest to już w tej chwili takie istotne…

Po prawdzie to z wszystkich bardziej skomplikowanych procedur przygotowywania żarła dla koni (moglibyśmy na przykład moczyć owies, a nie podawać suchy, nieprawdaż..?) zrezygnowaliśmy po części z konieczności (bywało i tak, wcale często, że w portfelu zostawało 20 złotych na cały tydzień, a to nie jest okoliczność zachęcająca do kulinarnych eksperymentów…), a po części – na podstawie doświadczeń minionych dwóch lat. Nasze konie, mając 24-godzinny dostęp do pastwiska (o ile tylko tego pastwiska nie pokrywał śnieg), nie tylko nigdy przez te dwa lata na nic nie chorowały, ale też – nie zdarzyło się ani razu, żeby którykolwiek zakolkował, miał nieprawidłową konsystencję kału – czy czymkolwiek w jakikolwiek inny sposób odbiegał od normy.
Pośniadaniowa drzemka

Problem w tym, że już od jakiegoś czasu w tym roku stado nie ma 24-godzinnego dostępu do pastwiska – i wygląda na to, że powinniśmy naszą politykę w tej materii  zweryfikować, bo zaczynają się kłopoty, o których chcieliśmy już nigdy nie słyszeć… Naprawdę nie chciałbym, żeby tu się zrobiło tak, jak w większości podwarszawskich stajni, gdzie już w końcu maja kończy się trawa – i to jest jeden z powodów, dla których ogłoszenie o pensjonacie zniknęło już jakiś czas temu ze strony. Albo uda się nam wypracować takie procedury, żeby zachowany został przynajmniej ten standard życia koni, do jakiego przywykły przez poprzednie dwa lata mimo zwiększonej obsady – albo pensjonatu nie będzie. I tak mielibyśmy teraz przerwę zimową, bo przecież nie przyjmę do chowu bezstajennego konia, który nie zdążył sobie wyhodować odpowiedniego futra. To, czy od wiosny ogłoszenie wróci, czy nie – zależy od tego, co się nam uda wymyślić i zrealizować przed końcem kwietnia.
Poranny bałagan przed wiatą - zanim zdążyliśmy wyrzucić większość stada na pastwisko i posprzątać

Wracając zaś do meszu i powieszonego Cygana. Wieczorem nie udało się nakarmić meszem Wielkiego Strasznego Zwierza. Podziumdział trochę, powykomadlał (jak się na grymaszące dziecko na Kociewiu mówi), nawet wyprowadzona za ogrodzenie i trzymana na uwiązie przy wiaderku – jeść tego świństwa nie chciała! Co było zrobić? Mogliśmy albo skarmić to od razu całej, bardzo takiemu rozwiązaniu przychylnej reszcie – albo zaryzykować i poczekać do rana.

Zaryzykowaliśmy. Miałem po prawdzie nadzieję, że przez noc Zwierzu zgłodnieje i zje bez grymaszenia. To się nie udało – bo dalej wolała nie jeść w ogóle. Ale za to, jakoś tak sam z siebie, znalazł się inny sposób. Musiałem też włączyć odmrażanie kranu – i kiedy byłem pod wiatą, Zwierz dokonał abordażu na wiaderko z owsem Buby. Buba zaś, dobrała się do meszu – dowodnie stwierdzając, że ryzyko o tyle się opłaciło, że paciajka dalej jest smaczna, nie zepsuła się przez noc. Reszt koni, kończąc swój owies, dołączała się do Buby. No i kiedy Dalia zobaczyła, że Buba ze smakiem pałaszuje kaszkę, że wpycha się jej do wiaderka na przemian Maleństwo i Melesugun – uznała, że widać nie jest to takie złe! Wszystkiego dalej nie zjadły, ale tym razem – Wielki Straszny Zwierz liznął w miarę solidną porcję…
Miałem nadzieję, że na nosie Buby będą jeszcze resztki po meszu: ale widać zdążyła się oblizać...

niedziela, 6 listopada 2011

Suma wszystkich strachów


Jak Państwo doskonale wiecie: pesymiści to też optymiści – tyle, że lepiej poinformowani. Optymizm jest w związku z tym na łamach tego bloga zwalczany programowo i – jak sądzę – konsekwentnie? Jest to bowiem prosty wyraz niedoinformowania, czyli co najmniej: braku spostrzegawczości. Jeśli nie wręcz: nieuctwa..? A czy można nie piętnować braku spostrzegawczości i nie wytykać nieuctwa?

Bardzo szczególnym i szczególnie często tu piętnowanym rodzajem niczym nie uzasadnionego optymizmu jest wiara w utopie. Dzisiaj zajmiemy się utopią liberalną.

Przy czym od razu zaznaczam, że nie chodzi mi tu o utopijną – jak się niedawno przekonaliśmy – wiarę środowisk wolnościowych w to, że ich polityczna reprezentacja załapie się przynajmniej na budżetową dotację, bo ustuka te minimum 3% głosów (jakkolwiek takie zdanie nie brzmi absurdalnie, to przecież tak właśnie było, n’est pas?). To by było zbyt trywialne. Przy tym – to w końcu nie jest tak całkiem niemożliwe. Jak nie dziś to za 4 lata, a jak nie za 4 lata, to może za lat 40..?

Tym co jest z całą pewnością niemożliwe, jest cel liberalnych dążeń: „państwo minimum“. Skądinąd zresztą, owo „państwo minimum“ liberałów jest tak samo niemożliwe, jak niemożliwy jest „stan bezpaństwowy“ wszelkiej maści anarchistów, zarówno kapitalistycznych, jak i całkiem przeciwnych, jak niemożliwe jest „państwo neutralne światopoglądowo“ czy też „państwo świeckie“ Naszych Ukochanych Postępowców – i jak niemożliwa jest cała masa innych pięknie brzmiących haseł.

Natomiast historia dowodzi, że możliwe jest istnienie Tyranii Doskonałej. Co prawda: raczej na krótką metę. Korea Północna niczego w tej materii nie dowodzi o tyle, że jej istnienie nie byłoby możliwe bez zewnętrznego wsparcia, które panująca tam dynastia Kimów nader zręcznie potrafi na sąsiadach wymuszać.

Symptomatyczna asymetria. Ten świat nie jest miłym i przyjaznym miejscem do zamieszkania. Niszczyć jest o wiele łatwiej niż tworzyć – skądinąd też: lenić się jest łatwiej niż pracować, a żyć na cudzy koszt – łatwiej, niż samemu zasuwać w pocie czoła. Taka jest po prostu natura otaczającej nas rzeczywistości: stany nieuporządkowane są daleko bardziej prawdopodobne od uporządkowanych – o czym wielokrotnie i o wiele ode mnie kompetentniej pisał Profesor Bobola.

Życie w ogóle, a życie społeczne w szczególności, jest tylko wyjątkiem od ogólnego stanu chaosu cieplnego. Nieustannie też, jest przez ów chaos atakowane: tak samo jak molekuły żywej komórki muszą się opierać anarchii ruchów Browna, atakującej porządek od wewnątrz i z zewnątrz – co robią dzięki srogiej sprawności wielopiętrowych mechanizmów regulacyjnych i samonaprawczych – tak i życie społeczne nieustannie musi się bronić przed lenistwem, agresją, skłonnością do życia na cudzy koszt i całą masą innych przywar, które atakują je od wewnątrz i z zewnątrz.

Dotyczy to wszystkich istot społecznych: nawet wśród mrówek są przecież wojowniczki, które bronią mrowiska przed atakami skłonnych do rabunku (a więc – do życia na cudzy koszt!) konkurentek lub… same rabują dobytek innych! A przecież zachowanie mrówek wydaje się w 100% zdeterminowane wrodzonym instynktem, prawda? Mrówki żadnej wolnej woli nie mają. Widać, że strategia „życia na cudzy koszt“ – jest uniwersalnie skuteczne. Czego zresztą jest w przyrodzie (i to nie tylko w królestwie zwierząt, ale i wśród roślin) o wiele więcej przykładów. Mrówki miały miliony lat na to, aby wykształcić instynkt atakowania konkurencji i rabowania jej dobytku – oraz instynkt obrony przed takimi atakami.

Wśród zwierząt odrobinę bardziej skomplikowanych takich, których zachowanie nie jest aż tak dokładnie zdeterminowane – o ile tylko zwierzęta te tworzą choćby i doraźnie stada: występuje zawsze władza i prawo. Stado bez władzy i prawa, tj. bez akceptowanej przez wszystkich jego członków hierarchii z przywódcą na czele i bez akceptowanych i znanych wszystkim jego członkom reguł – rozpada się i przestaje gwarantować bezpieczeństwo. Jest przy tym naturalnym, że osobniki postawione wyżej w hierachii mogą karać za naruszenie reguł tych, którzy są od nich w hierarchii niżej.

Brak ustalonej hierarchii u zwierząt stadnych wywołuje zresztą silny dyskomfort psychiczny – czego nieprzyjemne skutki mogę teraz na codzień obserwować wśród naszych podopiecznych: mimo, że minęły już bodaj cztery miesiące i mimo, że stado przejawia czasem zdolność do zorganizowanego, wspólnego działania (osobliwie, kiedy trafi mu się dziura w płocie i, co za tym idzie – możliwość wybycia w siną dal!) – jakieś dawne błędy w socjalizacji wałachów pani Beaty sprawiają, że wciąż mamy dwie odrębne hierarchie wśród zaledwie ośmiu czterokopytnych, a co gorsza: wałachy nie akceptują wyższości klaczy nad sobą (poza jedną tylko Szafranką) – co zresztą, gdybym tych koni nie karmił i nie chronił przed drapieżnikami, szybko by się dla nich skończyło zagładą, bo jest zachowaniem z punktu widzenia interesów gatunku absurdalnym i aspołecznym.

U większości roślinożerców przywódcą stada jest osobnik żeński – a generalnie: samice z potomstwem stoją wyżej w hierarchii od samców, trzymając się centrum stada, zjadając najlepszą karmę i najdłużej się pasąc – podczas gdy łatwe do zastąpienia samce, których o wiele mniej potrzeba dla skutecznej reprodukcji, patrolują obrzeża, gdzie częściej zjadane są przez drapieżniki. Sytuacja w której Ramzes z kolegami okupują wiatę i wyrzucają stamtąd kobyły (poza Szafranką, z którą tu przyszły i której przywództwo uznają), nie dając im dojść do siana i wody – to stan kompletnej anarchii. Trudny zresztą do pojęcia: tylko ingerencja człowieka mogła aż tak wypaczyć końską psychikę!

Również człowiek jest zwierzęciem stadnym. Człowiek wprawdzie nie jest roślinożercą – a prawdę pisząc: jak tam wygląda kwestia ważności płci w stadach naszych najbliższych małpich krewnych, to nawet i nie wiem. Nie ma to większego znaczenia. Tak czy inaczej: tak samo jak nigdy nie istniał żaden „pierwotny komunizm“ i „wspólna własność środków produkcji“ (tego nie ma nawet i wśród czterokopytnych: kęs siana, który mam zębach jest mój i tylko mój, a co moje – od tego wara komukolwiek!), tak samo nigdy też nie istniał żaden „stan natury“, bez władzy i prawa. Wyobrażenia XVIII-wiecznych filozofów na ten temat – to czyste banialuki, z którymi i dyskutować nie ma po co.

Owszem: władza i prawo potrafi być trudno dostrzegalne. Tak samo jak własność wśród Tobriandczyków. Jednak ta, trudno czasem dostrzegalna władza i prawo – istnieją i skutecznie ograniczają anarchiczne skłonności członków danej społeczności. Niezależnie od tego, czy karą za nieuprawnione ujawnianie tych skłonności jest czasowe wygnanie, społeczny ostracyzm – czy śmierć. Nie jest możliwe jakiekolwiek zrzeszenie ludzkie bez władzy i bez prawa – a zatem: i bez kary. Dobrowolnie, czy niedobrowolne – to nie ma znaczenia. Nawet wśród hodowców gołębi pocztowych, jeśli ma panować jakikolwiek porządek – organizacja musi posiadać władze i prawo karania. Choćby: odebraniem nagród, jeśli okażą się nieuczciwie uzyskane – czy wykluczeniem z szeregów.

To, czy władza używa swoich przywilejów sprawiedliwie czy niesprawiedliwie – to zupełnie inna historia! Niewątpliwie i wśród koni klacz alfa jest najlepiej odżywiona, bo pierwsza korzysta z pastwiska i wodopoju, a inne konie po niej dopiero dojadają. W każdym razie: tak być teoretycznie powinno. Jest uniwersalnym prawem natury, że kto wyżej stoi w hierarchii społecznej, ten ma lepszy dostęp do zasobów, którymi dana społeczność dysponuje – czy tym zasobem jest pastwisko i wodopój, czy piękne samochody i szybkie kobiety. Czy to jest sprawiedliwe?

Jest to prawdopodobnie nieuchronne. Albowiem w ten sposób chytrość natury zaprzęga w służbę społecznej harmonii te same egoistyczne apetyty, które jej istnieniu zagrażają. Szef ma większą działkę pożywienia, niż sam własną pracą byłby w stanie zdobyć – ale za to pilnuje, żeby inni nie kradli sobie żarcia. Szef ma piękne i młode kobiety – ale za to pilnuje, żeby inni się nawzajem nie pozabijali o pozostałe. Szef mieszka w najlepszym szałasie – ale za to dba, aby inni nie wyrzucali się nawzajem na słotę. Dzięki temu jednostka, lub pewna grupa, zwykle niewielka (elita) – może żyć na cudzy koszt, ale za to nie pozwala, aby to słodkie nieróbstwo ogarnęło szeroki ogół, co skończyłoby się rychłą katastrofą, gdyby już nikt nie pozostał, kto się trudzi w pocie czoła i cały ten bajzel utrzymuje…

To, czy szef nazywa się „starszym rodu“, kacykiem, księciem, królem czy prezydentem – nie ma żadnego znaczenia. Rolę szefa może zresztą z powodzeniem wypełniać kolektywnie koło gospodyń wiejskich zgromadzone w miejscowym maglu – o ile tylko będą Szanowne Panie wystarczająco skuteczne w gonieniu swoich małżonków do roboty, bez czego ci by się kompletnie zapuścili, siedząc pod sklepem i sącząc bełta. Zwykle są!

Nie zawsze szefa (lub szefowe – bo takie „zgromadzenie matron“ to wcale autorytatywna instytucja jest!) otaczały czy otaczają atrybuty, które zwykle skłonni jesteśmy przypisywać państwu. Ale czy z tego wynika, że jego władza jest mniej realna? Jeśli tylko potrafi gonić do roboty i pilnować porządku – jakie znaczenie mają atrybuty?

Wcale przy tym nie musimy mówić o czasach dawnych i słusznie minionych. Czy w slumsach, na blokowiskach wielkich miast, wśród gimnazjalnej młodzieży i w kryminalnym półświatku – tam wszędzie, gdzie nie sięga „oficjalny“ porządek prawny i (zbrojne) ramię legalnej władzy: aby na pewno panuje anarchia, rozumiana jako całkowity brak autorytetu i reguł? Przecież wszyscy dobrze wiemy, że nie: owszem, panuje prawo silniejszego, a różne autorytety konkurują między sobą dość swobodnie (tym swobodniej, im częściej władzy legalnej udaje się autorytet najbardziej się wybijający zniszczyć!) – jest to jednak porządek, który ma i prawo i władze pilnujące, by prawo to było przestrzegane. Anarchia jest niemożliwa. Zawsze będzie istnieć władza i prawo – jeśli jedna zostaje zniszczona, jej miejsce natychmiast zajmuje inna. Ludzie bez władzy i bez prawa żyć nie mogą i nie potrafią – tak samo, jak wszystkie inne zwierzęta stadne.

Nie jest też możliwe żadne idealne „państwo minimum“. Władza miałaby nie zaspokajać swoich apetytów? To jest: nie korzystać z materialnego dobrobytu, nie zapładniać pięknych kobiet i nie dbać o lepszą przyszłość tak spłodzonego potomstwa? To wbrew naturze!

Owszem: jest możliwe, iż rządząca (i jak najbardziej, zgodnie z naturą, dowoli zaspokajająca swoje apetyty!) grupa będzie widziała swój interes w tym, żeby jej poddani nie mogli się nawzajem rabować, wyzyskiwać czy niewolić – weźmie więc towarzystwo za twarz i zaprowadzi liberalizm.

Są tu jednak dwa kłopoty. Jeden mniejszy – drugi większy. Kłopot mniejszy polega na tym, że zaspokajając swoją naturalną potrzebę zapewnienia lepszego bytu potomstwu, rządzącą grupa ulega z czasem multiplikacji. Rychło się okazuje, że trzymając się liberalizmu trudno jest wszystkim potomkom zapewnić równie świetlaną przyszłość i potrzebne są pewne kompromisy. Tj.: tworzenie nowych stanowisk „szefowskich“, rozbicie feudalne czy też pomnożenie biurokracji – jak zwał, tak zwał. A tu jeszcze i wśród rządzonych nie brak nieustannie takich, co też by chętnie na cudzy koszt pożyli – i nie wszystkich da się zawsze z należytym wyprzedzeniem zaciukać w ciemnym kącie. Potrzebne są więc dalsze kompromisy i dalszy, dynamiczny przyrost liczebny klasy pasożytniczej. Który, z braku innych hamulców trwa dopóty, dopóki liczba i wydajność pracy tych, którzy jeszcze rzeczywiście pracują w pocie czoła – na to pozwala. Potem następuje krach, reset systemu i proces może się zacząć od nowa, tj. od nowej, wąskich grupy „trzymającej władzę“, która ewentualnie bierze za twarz i zaprowadza liberalizm.

Jak więc widać, w tym ujęciu „państwo minimum“ może być tylko pewnym momentem – dość efemerycznym zresztą – w dialektycznym rozwoju tkanki tłuszczowej żyjącej na cudzy koszt elity. Wcale przy tym niekoniecznym! Bo przecież dlaczego właściwie nowo powstająca elita miałaby uważać, że lepiej jej się będzie żyło, jeśli weźmie towarzystwo za twarz i zaprowadzi liberalizm – skoro żyje jej się dostatecznie dobrze, jeśli ograniczy się do pierwszego z tych kroków..?

I to jest właśnie kłopot większy. Kłopot większy polega na tym, że po wzięciu za twarz – co jest posunięciem absolutnie oczywistym, niezależnie od tego, czy ogranicza się do obsadzenia „swoimi“ telewizji, czy też wymaga postawienia czołgów i koksowników na każdym rogu ulicy – zaprowadzić liberalizm może tylko elita wyjątkowo dalekowzroczna lub wyjątkowo ascetyczna, skoro ma sama sobie na starcie aż tak bardzo żerowisko ograniczyć. Oczekiwanie, że taka się kiedykolwiek gdziekolwiek pojawi – nie ma sensu. To by było wbrew prawom natury przecież…

To dlaczego jednak zdarzało się w przeszłości, że – na krótko wprawdzie ale jednak – gdzieniegdzie rządząca elita rzeczywiście zaprowadzała liberalizm? A – to inna historia! Tak się zdarzało wtedy, gdy „pojemność żerowiska“ była na tyle nieduża – że rządzący nie mieli innego wyjścia: po prostu nie było czego zawłaszczać. A te czasy już dawno i z całą pewnością słusznie minęły – postęp techniczny i przyrost wydajności pracy sprawił, że nie umieramy z głodu mimo, że na roli (faktycznie, nie wedle statystyk KRUS) pracuje ledwo 4 – 5% populacji, nie jest nam zimno mimo, że wszystkie ubrania jakie nosimy szyje nam kilka wiosek w prowincji Fujien i nie pada nam na głowy mimo, że jeden tylko sołtys z całej Boskiej Woli obskakuje na miejscu cały „przemysł budowlany“ – i to bez pomocnika, bo mu go Urząd Pracy skierował na (dotowane) roboty interwencyjne gdzieś w Warce. Cała reszta – nadaje się do zawłaszczenia. Żerowisko jest olbrzymie!

Po co zatem jakakolwiek elita gdziekolwiek na świecie miałaby się bawić w liberalizm?

Czy może któryś z Czytelników jest tak naiwny iż sądzi, że zażyczą sobie tego „masy wyborców“?

Innymi słowy: dość łatwo wyobrazić sobie warunki wystarczające do zaprowadzenia liberalizmu (światła, skłonna do samoograniczenia elita albo Oświecony Tyran) – ale jest logiczną sprzecznością oczekiwać, iż którykolwiek z tych warunków spełni się inaczej, niż w stanie skrajnego załamania takiego, żeby już po prostu nie było innego wyjścia. A i to nie jest wcale takie pewne, bo co najmniej równie kuszącą dla elity alternatywą jest Tyrania Doskonała.

A tak po prawdzie, to cała ta wolność i cały ten liberalizm są dla przeciętnego pobieracza zasiłku i konsumenta dotacji – straszniejsze niż woda święcona dla Szatana: to suma wszystkich strachów! O wiele lepiej jest bowiem nawet i biedę klepać – ale na cudzy koszt, bez pracy i potu – niż dorabiać się milionów kosztem wyrzeczeń, wysiłku i zszarganych nerwów. A jeśli jeszcze WSZYSCY są w takiej samej sytuacji i wszyscy na tym zasiłku, czy na tej dotacji wiszą i nikt się ponad przeciętną nie wybija..? Żyć, nie umierać..!

piątek, 4 listopada 2011

Prawda wyzwala,


ale też – o czym nie można ani na chwilę zapomnieć – w oczy kole! A prawda jest taka, że mija trzeci tydzień odkąd jeżdżę z TerraQuantem – i ani sztuki nie sprzedałem. Co więcej: jeszcze tydzień temu, sądząc po reakcjach pań i panów doktorów, zarówno w trakcie prezentacji urządzania, jak i na późniejsze telefony, których im przecież nie szczędziłem, miałem wątpliwości, czy sprzedam cztery, czy sześć sztuk – a dziś wygląda na to, że spośród entuzjastów urządzenia nie ostał się ani jeden. What is going on?

Sprzedając ziółka peruwiańskie też oszałamiających wyników nie osiągałem – nie ma co kryć: nie jest dobrym komiwojażerem, milionów się w ten sposób nie dochrapię. Ale trzy tygodnie i nic? To już jest sygnał, że trzeba coś zmienić.

Oprócz tego, że tak samo jak Alicja w Krainie Czarów – trzeba biec jeszcze szybciej, żeby chociaż stać w miejscu (tj. obdzwaniać i odwiedzać jeszcze więcej pań i panów doktorów) – trzeba też wymyślić coś, co pozwoli początkowy entuzjazm jakoś podtrzymać. Na to na razie nie mam żadnego pomysłu.

Ludzie generalnie niechętnie posługują się rozumem. Rozum to straszliwie przereklamowana właściwość człowieka. Niestety, dotyczy to w takim samym stopniu babć chodzących na spotkania sprzedażowe w sprawie garnków, pościeli wełnianej czy ziółek peruwiańskich – co pań i panów doktorów, którym w ich gabinetach prezentuję TerraQuant. Pierwsze niemal pytanie przy takiej okazji brzmi: a kto to ma w sąsiedztwie?

Przy czym nie chodzi wcale o to, że pytający chce wyprzedzić konkurencję – tylko o to, czy któryś z sąsiadów już kupił, a więc: czy ktoś przed nim podjął ryzyko innowacji. Innymi słowy: pytającemu gadżet bardzo się podoba i nawet chętnie by się przyłączył do owczego pędu, gdyby tylko nie musiał iść na czele stada! To jest atawizm, bo takie zachowanie było bardzo racjonalne w czasach, gdy nasi odlegli przodkowie chowali się po jaskiniach i szałasach przed szablozębnymi tygrysami: kto pierwszy polazł na nieznany wcześniej teren, albo zaryzykował nowej metody polowania, czy też włożył sobie do ust nieznany wcześniej owoc lub korzonek – miał wielkie szanse szybko i marnie skończyć. Stąd też oglądał się jeden na drugiego, kroku nie mogąc zrobić do przodu, aż wreszcie znaleźli jakiegoś, który był albo dostatecznie odważny, albo dostatecznie głupi, żeby nowe ścieżki eksplorować. Jak przeżył i miał się dobrze – reszta szła za nim. Jeśli nie przeżył – wiadomo było, że ta innowacja się nie opłaca.

Skądinąd mogłem kliniczny wręcz przykład takiego zachowania zaobserwować dziś rano na naszym czterokopytnym stadzie. Nocna mgła opadła rankiem w postaci białej szadzi, do tej pory pokrywającej wszystko wokół. Dało to dobrą widoczność – i kiedy otworzyłem przepęd, żeby wpuścić stado na Wielki Padok, okazało się, że Wielki Padok jest już zajęty: pasły się na nim cztery byty wielkouche, wielkookie i smukłoszyje (dość przez to podobne do Buby…). Stado dostrzegło je z daleka i stanęło jak wryte. Dopiero gdy Szafranka ugryzła Ramzesa w tyłek, a potem poprawiła mu z dwururki – ten, wypełniając swój samczy (było nie było…) obowiązek, pokłusował do przodu, przyjmując groźną postawę, a sarny uciekły (najrozsądniejszy z całego stada Neptun ruszył się spod wiaty dopiero, gdy dzikie zwierzęta zniknęły w zaroślach!).

Więc jest to atawizm. Jako zachowanie biznesowe: jednak bez sensu! Owszem: owczy pęd powinien pojawić się także wśród klienteli – ale to akurat nie jest aż takie trudne. Laserów używa się w polskiej weterynarii bodaj od 20 lat, niejeden właściciel cierpiącego na stawy wilczura, otłuszczonego jamnika z bolącym kręgosłupem, czy nawet konia, któremu siadły stawy – sam będzie pana doktora o laser pytał, bo słyszał, wcześniej ten lub inny jego zwierzak miał stosowane, albo stosowano laser na zwierzaku kolegi. TerraQuant kosztuje tyle co dobry laser – jak najbardziej laser posiada, a że oprócz tego, jednocześnie ma też i pole magnetyczne i podczerwień i światło widzialne: to jest okazja, żeby klienta przekonać, że właśnie nasz gabinet jest najlepszy, bo wszystkich sąsiadów wyprzedza, oferując usługę na wyższym poziomie. Przecież, jeśli wszyscy już będą to mieli – to jaki sens będzie wtedy kupować..?

Zresztą, przy zachowaniu takich samych cen jak za terapię laserem i przy zakupie na raty, już piąty w miesiącu klient nie tylko opłaciłby cały koszt zakupu TerraQuanta, ale i przyniósł zysk dla lecznicy. Co oczywiście nie ma sensu w przypadku sympatycznej pani doktor z Dobieszyna, która szczepiła nam konie – bo u niej otłuszczony jamnik, czy wilczur z bolącymi stawami trafia się raz na rok. Ale w przypadku dobrze prosperującej lecznicy w centrum Warszawy lub na jej bogatych przedmieściach? Tyle otłuszczonych jamników to się powinno zebrać w ciągu tygodnia – i doktorzy temu nie zaprzeczają, w pełni zgadzając się z powyższym rozumowaniem. Mimo to – nie kupują. What is going on?

Czyżbym powinien kłamać, wymyślając jakieś przykłady posiadających już TerraQuant lecznic? Skądinąd: nie byłoby to trudne. Wczoraj dzwoniąc do jednej z pań, której wcześniej przesyłałem mailem instrukcję i dane techniczne usłyszałem, że jej koleżanka widziała już coś takiego w Żyrardowie. Starczyłoby nie prostować – prawda?

Czyżbym powinien, zamiast dystansu, puszczania oka do klienta i autoironii – wpadać w przesadny, teatralny zachwyt, jak na stronie producenta – jak musiałem (z obrzydzeniem!) robić przy prezentacji ziółek? Na ziółkach wypróbowałem to zresztą bardzo dokładnie. Zachowanie dystansu, umiaru, wskazywanie na jakiekolwiek ograniczenia w skuteczności i sensowności terapii ziółkami – skutkowało całkowitym i bezwzględnym brakiem jakiejkolwiek sprzedaży. Teatralna przesada, emfaza, zachwyt i entuzjazm – dawały sprzedaż. Przy tym dla skutecznej sprzedaży potrzebna jest tylko teatralna przesada, emfaza, zachwyt i entuzjazm – wiedza o faktach (którą to wiedzę początkowo, jako niedoświadczony komiwojażer, usiłowałem zgłębiać…), tylko słuchaczom przeszkadza. Słuchacze chcą, żeby im przekazać emocję, nastrój – a nie fakty, fakty ich brzydzą, nudzą i odstręczają…

Kurcze! Jak by mnie ktoś próbował tak entuzjazmować nachalnie i bez opamiętania – dałbym w mordę. Nic mnie bowiem bardziej nie wkurza. Ale widać – jestem pod tym względem jakimś mutantem. Nawet wśród Szanownych Czytelników panuje dokładnie ta sama mania: starczyło że raz zachowałem dystans, puściłem oko – i już Państwo widzicie w TerraQuancie wyłącznie manipulację i oszustwo.

A tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Byłaby to manipulacja i oszustwo, gdybym powtarzał za producentem pełne zachwytu pienia nad 200% skutecznością urządzenia w zwalczaniu wszelkiego bólu, gdybym twierdził, że to remedium na całe zło tego świata i panaceum na wszelkie możliwe i niemożliwe choroby – i gdybym przemilczał istotny przecież i rzeczywisty fakt, że oprócz tego, iż TerraQuant tak samo jak każda inna terapia, ma pomóc choremu – ma także przynieść zysk lekarzowi. Ludzie! To Wy naprawdę wierzycie – chcecie wierzyć – że Was czy Wasze zwierzęta leczą wyłącznie z dobroci serca, miłości do Was i do całej przyrody i altruizmu wszechogarniającego – a doktorzy nie muszą jeść, pić, spać, jeździć samochodem i odpoczywać nad ciepłym morzem???

Ten świat to dom wariatów – albo ja jestem wariatem.

Z tą konstatacją Państwa pozostawiam. Na początek wywiozę kilka taczek nawozu spod wiaty. A potem się zobaczy. Lepsza Połowa twierdzi, że pisanie takich tekstów jest dowodem na moje ukryte żydowskie korzenie (nie jest to tak całkiem niemożliwe, babcia po wojnie nie mogła mieć dzieci i moja matka jest adoptowana – nie wiadomo więc, skąd się wzięło 50% moich genów oraz zakrzywiony nos i czarniawe włoski…): podobnie jak Woody Allen, raz w tygodniu muszę się wygadać u psychoanalityka…

czwartek, 3 listopada 2011

Przepęd

Tuż przed zmierzchem z otaczających nas pól i łąk nadpłynęła mgła:
a  z mgły wyłoniły się czterokopytne:
i przyszły do bramy
jako ostatnia szła nasza depresyjna matrona, Dalia wlkp:
(ani konsystencja, ani zapach kału nie uległy zmianie - ale wydawała się dzisiaj żwawsza..!)

i tak koniom skończył się dzień na pastwisku:
jak co dzień: przepełznięciem przez przecinający naszą piaszczystą drogę przepęd.

A tymczasem mgła pochłonęła już wszystko wokół naszej chatki:
w tej chwili, kiedy wyciągnie się rękę - nie widać palców. Brak tylko Kuby Rozpruwacza i dorożki, a byłoby - jak w Londynie.

środa, 2 listopada 2011

Depresja matrony


Do naszej Dalii wlkp przyjechał dziś Pan Doktor. Pan Doktor stwierdził lekko przyspieszone tętno i zmiany na błonach śluzowych wskazujące, wraz z obrzękiem na brzuchu, na zaburzenia krążenia. Kobyła dostała porcję FloryBoostu (i dostanie jeszcze trzy porcje przez trzy kolejne dni) na poprawę konsystencji kału – w tej chwili już: całkowicie płynnego i woniejącego intensywnie siarkowodorem, co jest spotykane u koni bardzo rzadko – przy przebiałkowaniu na przykład. A co dalej? Dalej będziemy obserwować.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że kobyła ma po prostu depresję. Objawy somatyczne to tylko skutek, a nie przyczyna. W każdym razie: koincydencja czasowa (chyba, że to przypadek, a ja po prostu nie zaobserwowałem innego ważkiego czynnika?) na to by wskazywała.

Miesiąc temu w ciągu tygodnia padł Gluś i odszedł Melon, obaje wierne Wielkiego Strasznego Zwierza podnóżki, kapciuszki i przyjacielki. W efekcie, została całkiem bez podnóżka, kapciuszka i przyjacielka. Owszem – Buba przejawia czasem skłonność do podążania za Dalią jako jej wierna akolitka, ale ta wierność bywa dość ograniczona, są w końcu takie sprawy końskie, które się tylko między tekińcami dzieją i wierność wiernością, a profanom nic do nich. Owszem – Neptun od czasu do czasu przejawia skłonność do oddania się pod Wysoką Opiekę, ale skłonność ta kończy się w porze posiłku: za dodatkowy gryz owsa, przegoniłby Wysoką Opiekunkę bez mrugnięcia rzęsą! Tak więc: żadnego podnóżka, kapciuszka i przyjacielka nie ma. Po raz pierwszy od… 15 lat? Ma prawo kobyła do depresji? No ma prawo, nie można zaprzeczyć…

Od miesiąc też narastają problemy trawienne. Zrazu to był po prostu miękki kał, z czasem przyjmował coraz to mniej stałą konsystencję i teraz leje się z niej strumieniem jak z krowy. Śmierdząc przy tym zupełnie nie jak od konia: kobyła trawi samą siebie, stąd tyle siarkowodoru, który jest efektem ubocznym trawienia białka. Widoczny stał się w ostatnich dnia wyraźny ubytek masy, zwłaszcza mięśniowej. Pan Doktor ocenił ogólny stan kondycji konia jako „dobry“. Dla mnie, Dalia wygląda w tej chwili tragicznie: odkąd ją znam, a znam ją od lat… 15? – nigdy nie było możliwości zobaczyć jak pod skórą rysują się jej żebra czy kręgosłup! A teraz żebra i kręgosłup widać! Przy czym, nie jest to biegunka w ścisłym tego słowa znaczeniu, bo kobyła wcale nie defekuje częściej czy więcej niż zwykle to robiła i niż robią to inne konie: defekuje po prostu na rzadko. Czemu towarzyszy pomieniona wcześniej woń i nieustanne, rozgłośne bulgotanie w kiszkach – a także obfite wiatry, o równie jak kał zabójczej woni. Objawy te przy tym nasilały się bardzo powoli, niemal niedostrzegalnie – dopiero wczoraj osiągając takie nasilenie, które powyżej opisałem.

Dwa tygodnie temu pojawił się – nagle i bez żadnych wcześniejszych, dostrzegalnych objawów ostrzegawczych – obrzęk zastoinowy na brzuchu. Obrzęk nie zwiększa się, a może nawet kapkę się zmniejszył od tamtego czasu.

Poza tym, kobyła robi wszystko to, co inne konie i co wcześniej robiła: żre, snuje się po pastwisku, nawiewa na Ukochaną Łączkę nad Kanałkiem, przegania lub daje się przeganiać – tyle, że o ćwierć tonu wolniej. Bez przekonania. Bez entuzjazmu. Zdarza się jej nie dojeść owsa. Co wcześniej z całą pewnością się jej nigdy nie przytrafiało!

Owszem, depresja to nie jest jedyna możliwość. Być może zbieramy owoce tego, że nie udało się odrobaczyć stada przed zmianą pastwisk w lipcu. Co Pan Doktor też i sugerował – ale odrobaczanie koni w tej chwili nie ma sensu, chciałbym je na Wielkim Padoku potrzymać do śniegu, czyli pewnie jeszcze jakieś trzy, może cztery tygodnie – i dopiero potem odrobaczyć. Po co miałbym je wcześniej pozbawiać tej zwiędłej trawy i ziół, które sobie skubią?

Tak, czy inaczej – nie bardzo wiem, co mógłbym zrobić z głową naszego Zwierza. Od soboty ganiam ją po okręgu, a wczoraj nawet wsiadłem na stępa – w nadziei, że to ją trochę oderwie od ponurych widać rozmyślań. Wszystkie konie dostają teraz codziennie dodatkowo marchewkę, żeby łyknęły witamin. Już za tydzień zapewne nasze późno zbierane, więc bogatsze we włókna i popiół niż w cukier i białko siano zostanie zastąpione przez kupne, lupszej jakości (skądinąd nasze siano NA PEWNO nie może być powodem biegunki u konia!). Słyszał ktoś o Prozacu dla koni..? A może powinienem jej po prostu wlać solidnego sznapsa – jak się czasem robi przy kolce?

wtorek, 1 listopada 2011

Siła przyzwyczajenia


Jak wiele razy podkreślał Mistrz Lem: nawet konklawe da się doprowadzić do ludożerstwa – byle postępować cierpliwie i metodycznie. Tym razem jednak nie będzie o zmianie czasu, podwyżkach podatków czy innych ćwiczeniach, które cierpliwie i metodycznie prowadzą nas do ludożerstwa. Tym razem będzie po męsku – o życiu i śmierci. Takie rozmowy po świt (akurat mglisty i dżdżysty), najlepiej przy mocniejszym trunku!

Jeszcze 200 lat temu zdrowy, silny mężczyzna, jeśli w miarę o siebie dbał i miał odrobinę szczęścia, mógł spokojnie pochować po kolei trzy żony i dziesięcioro dzieci (w zdecydowanej większości: żony umierały w połogu, a dzieci nie dożywały pierwszych urodzin), nim wreszcie czwarta z kolei połowica nad nim wyprawiła egzekwie.

Oczywiście, bywały też przypadki odwrotne, jak pani Krystyna de domo Jeziorkowska, primo voto Świrska, secundo voto Kondracka, tertio voto Ćwilichowska, quatro voto (ojoj, łacina mi się kończy, nie wiem czy dobrze!) Wołodyjowska – pierwowzór sienkiewiczowskiej Baśki. Przyjmimy jednak, że kolejni mężowie tej pani wykonywali zawód podwyższonego ryzyka, nie dbali o siebie, mieli pecha, a w ogóle – był to jednak raczej wyjątek.

Wyjątek, który w dodatku w niczym nie zaprzecza tezie, którą dopiero zamierzam postawić: ludzie dawniej bardziej byli przyzwyczajeni do śmierci! Bo ją spotykali na każdym kroku. Już choćby dlatego, że 200 lat temu nikt nie ukrywał bezradnych starców w „domach opieki“, a kalek w szpitalach – wręcz przeciwnie: wszystkie te żywe przykłady rozkładu cielesnego i ludzkiego nieszczęścia co niedziela wystawiały się same lub były wystawiane przez bliskich na widok publiczny w kruchcie lokalnego kościoła – każdy, kto tam wchodził (a każdy wchodził…) widział je od maleńkości – miał czas się przyzwyczaić!

200 lat temu wyroków śmierci nie wykonywano wstydliwie, w nocy, gdzieś w podziemiach więzienia – robiono to publicznie, na głównym placu miasta lub na stosownym wzgórzu tuż za miejskimi murami tak, aby każdy miał szansę wziąć udział w widowisku i dobrze mu się przyjżeć. Często zresztą wybierano „porę najwyższej oglądalności“ – dzień targowy lub wigilię ważnego święta, gdy ludzie kończyli już wszystkie niezbędne przygotowania i mieli czas, aby nacieszyć oczy triumfem sprawiedliwości. Zwłoki skazańca pozostawiano zresztą często na dłużej tak, aby swoim widocznym rozkładem o tym triumfie jak najdłużej i jak największej liczbie przechodniów – przypominały.

Wcale nie twierdzę, że 200 lat temu było lepiej niż dzisiaj. Ani mi to w głowie! Powrotu do tego smutnego stanu rzeczy zresztą tak, czy inaczej – sobie nie wyobrażam. Nie dlatego, że nasza cywilizacja nie może upaść: gdyby jednak nawet upadła, to przecież nie zapomnimy chyba, jak się produkuje antybiotyki (a choćby i ze spleśniałego chleba i pajęczyny!), że położnik powinien myć ręce nim zacznie grzebać w brzuchu położnicy, a wodę przed wypiciem dobrze jest przegotować..? Tak się bowiem składa, że znakomita większość odkryć, które pozwoliły drastycznie zmniejszyć śmiertelność i kobiet w połogu i małych dzieci – to usprawienia tak właśnie trywialne, jak owo mycie rąk czy przeważanie wody. Cywilizacja techniczna, która nas otacza, tylko automatyzuje i ułatwia stosowanie tych prostych reguł. Poniekąd być może – ułatwia za bardzo: bo skoro wszędzie są detergenty i dezodoranty, to odruch mycia rąk zanika, a kto całe życie pił butelkowaną coca-colę – nie będzie pamiętał, żeby przegotować stęchłą wodę ze stawu nim wleje ją sobie do ust. W tym istotnie tkwi spore ryzyko: i właśnie dlatego powstał projekt Agepo, żeby o takich prostych, a zapomnianych technikach Państwu – na wszelki wypadek – przypominać!

Tutaj jednak, chciałbym się zająć nie techniką, a życiem i śmiercią – przypominam. I dlatego ten tekst nie trafi na portal Agepo. Pytanie zresztą, jaki właściwie jest związek między techniką, a postrzeganiem śmierci? Nie bezpośredni przecież: technika najpierw posłużyła usprawieniu zadawania śmierci, w dalszym ciągu przy tym wystawianej na widok publiczny – a dopiero dwa pokolenia później, poczęto ukrywać egzekucje za murami więzienia. Czy zresztą wynikło to rzeczywiście z postępu techniki, odzwyczajającego ludzi od widoku śmierci, czy z innych przyczyn?

Niewątpliwie pierwszym krokiem na drodze od „stanu dawnego“ (który z perspektywy dziejowej należy właściwie nazwać „stanem normalnym“) było wyrzucenie z kościelnych krucht żebraków i kalek. Najpierw stało się to w niektórych krajach protestanckich i miało więcej wspólnego z rozgrabieniem kościelnych majątków (skoro zlikwidowano klasztory, przy których koncetrowały się owe „pandemonia ludzkie“ – to czymś trzeba je było zastąpić i tak w Anglii najpierw, a w innych krajach potem, powstały zamknięte „zakłady dobroczynne“, gdzie kaleki i inne wyrzutki pozostawały pod przymusem skoszarowane, nie wchodząc już w oczy szerokiemu ogółowi…). Potem przyszły reformy józefińskie w Austrii i rewolucja francuska – i tak w drugiej połowie i w końcu XVIIII wieku beznodzy, bezręcy, owrzodzeni i cuchnący żebracy zniknęli z ulic większości krajów „cywilizowanych“ – za czym poszła, prostym prawem naśladownictwa, większość krajów „cywilizujących się“ później. Była to jednak przecież decyzja czysto administracyjna, której motywy nic wspólnego z troską o higienę fizyczną, najmniej zaś – o higienę psychiczną publiczności, molestowanej tak nachalnym widokiem ludzkiej biedy – zaiste nie miały! Jednak, dzięki temu odzwyczailiśmy się od takich widoków. Nieprawdaż? Wymaga pewnego wysiłku przezwyciężenie odruchu wstrętu i przerażenia na widok kaleki – do czego, prawem akcji i reakcji dla odmiany, zmuszamy się teraz, kiedy od pokoleń trzymano tych ludzi w zamknięciu, nim całkiem niedawno przypomniano sobie, że może jednak i oni są właśnie: ludźmi – i że w związku z tym, mają pewne „prawa“…

Egzekucje na ogół ukrywają – gdzieś tak od połowy XIX wieku: rządy. Bo rewolucje obnoszą się ze swoimi zabójstwami w dalszym ciągu jawnie i publicznie: cośmy niedawno widzieli przy okazji zamordowania pewnego dyktatora. Prawdopodobnie rację ma autor „Pochwały kata“, Józef de Maistre, widząc w jawnej, publicznej egzekucji akt wiary reżimu we własną prawomocność. Dwa pokolenia po rewolucji dokonał się już pierwszy akt „długiego marszu przez instytucje“ i pod sędziowskimi togami i perukami, w mundurach komendantów policji i żandarmerii, wśród nosicieli ministerialnych tek i deputowanych – nawet do izby wyższej! – przeważali ludzie, którzy w studenckich czasach słuchali wykładów filozofów osądzających monarchie i kościoły z punktu widzenia absolutnego rozumu, a może nawet i sami wznosili barykady w czasie kolejnych zamieszek. Jeśli więc nawet potem, obrastając w bakobrody, piwne brzuszki, tłuste żony i rozwrzeszczane dzieciaki w liczbie nie mniejszej niż tuzin (bo właśnie w tym samym czasie odkryto, że położnik powinien myć ręce, nim zacznie grzebać w brzuchu położnicy!), oddali dusze w pacht reżimowi i przyjęli (z obrzydzeniem oczywiście!), liczone w złotych półimperiałach, suwerenach czy luidorach pensje, na tyle sute że i na bakobrody i na piwne brzuszki i na tłuste żony z tuzinem rozwrzeszczanych dzieci (a od święta też i na wizytę w luksusowym burdelu) było ich stać bez wyrzeczeń – to przecież nie mogli sądzić, skazywać i ścinać po dawnemu: jawnie, publicznie, „w porze najwyższej oglądalności“, w dzień targowy czy w wigilię ważnego święta, nie mogli manifestować wystawieniem okaleczonych zwłok przestępcy na widok publiczny triumfu sprawiedliwości – bo nie wierzyli już, że sprawiedliwość czynią i że warta jest ona publicznych triumfów…

Wyższym stopniem owego zwątpienia, owej niewiary w słuszność sprawy, której słudzy państwa i sprawiedliwości służą – jest owo tajemnicze „cóś“, co zabrania, bynajmniej w Europie, wykonywać karę śmierci w ogóle. Niezależnie od tego, że nie ma chyba kraju na świecie, w którym by ogół wyborców zniesienie kary śmierci popierał – sam aparat państwowy, owi sędziowie, komendanci żandarmerii i policji, nosiciele tek ministerialnych i deputowani – nawet do izby wyższej! – nie wierzą w państwo, któremu służą, a skoro w nie nie wierzą – jakże mogą w jego imieniu uśmiercać? Przynajmniej: uśmiercać tak, żeby to było widać, bo co innego zaciukać gdzieś w ciemnym kącie, czy „zniknąć“ nadmiernie pyskatego czy zbyt dobrze poinformowanego przeciwnika – takie rzeczy robiło się, robi się i będzie się robić tym chętniej, że ani nie oświetla ich blask naszej dziennej gwiazdy, nie mówiąc już o telewizyjnych jupiterach, ani też – na ogół – nie brudzi sobie rąk taką robotą ten, kto ją zleca, tylko raczej obarczeni felernym zestawem chromosomów XYY, płatni zwyrodnialcy.

I tak odzwyczailiśmy się od widoku egzekucji – wstrętnym i budzącym grozę stał się dla nas smród trupi i widok cielesnego rozkładu. Znowu jednak: nie stało się to dzięki postępowi techniki, tylko na skutek pewnej zmiany politycznej. Która to zmiana dopiero wtórnie wywołała ów wstręt i grozę.

Zarazem powolny, ale stały i metodyczny postęp medycyny i rolnictwa sprawił, że przestaliśmy mrzeć jak muchy z głodu, od połogowej gorączki, banalnego zakażenia czy byle bakterii. Odzwyczailiśmy się od widoku śmierci nawet wśród najbliższych – gdzie, na skutek bliskiego obcowania, widok taki najtrudniejszy jest do ukrycia, boż skoro żyje się z człowiekiem pod jednym dachem – trudno nie dostrzec, gdy mu się zemrze!

I tu jednak, cywilizacja współczesna wkracza ze swoim pudrem i różem. Większość ludzi umiera jednak w szpitalach, a więc w instytucjach gdzie tego rodzaju sytuacje ulegają ubezosobowieniu przez swoją stosowną procedurą uregulowaną powtarzalność. Nim zrozpaczona rodzina zbierze się u łoża zmarłego, już czeka na nich przez „zblatowanego“ lekarza powiadomiony przedstawiciel domu pogrzebowego, który chętnie (za stosowną opłatą rzecz jasna), wyręczy bliskich we wszystkich uciążliwych obowiązkach – jak to mycie martwego ciała, odziewanie go w strój trumienny, a za tym też i poprawienie mankamentów trupiej urody, jeśli się takie (na ten przykład na skutek wypadku czy ciężkiej choroby) na martwym licu pojawiły – i tak dalej, i tak dalej… Łatwiej to z całą pewnością przeżyć, mniej nerwy szarpie, mniejszym jest wstrząsem. Tylko okazja do wypitki na stypie pozostaje – a potem długie spory sądowe o spadek. I tyle człowieka było, jeszcze się sztuczne kwiaty albo chryzantemy na nagrobku postawi 1 listopada, da na mszę albo i nie (zależy, ile miejscowy pleban za tę usługę woła!) – i po wszystkim.

Takeśmy się już odzwyczaili od widoku śmierci, że nawet śmierć zwierzęca, jeśli przypadkiem ktoś na jej widok trafi: wprawia nieprzyzwyczajonego widza we wstrząs, który 200 lat temu tylko widok mąk przez nader wprawnego kata zadawanych, może w co wrażliwszych widzach wywoływał! Stąd i „ratowanie“ rzeźnych zwierząt z transportu, stąd ideologiczny wegetarianizm (skądinąd, postulujący de facto uśmiercenie całej gospodarskiej fauny – no bo skoro nie wolno będzie zwierząt na mięso hodować, to po co ktoś miałby je karmić i rozmnażać..?) i całe to, naszym przesyconym dobrobytem czasom właściwe wariactwo.

Jedną z konsekwencji naszego nieprzyzwyczajenia do widoku śmierci i kalectwa, jest też i wielka dbałość o kondycję i całość naszych powłok cielesnych. Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie twierdzę że to źle. Nie twierdzę że nie należy ćwiczyć na siłowni, zakładać odblaskowych kamizelek wsiadając na rower i uważnie prowadzić samochodu. Twierdzę tylko – i aż tylko – że takie zachowania byłby naszym przodkom 200 lat temu całkowicie obce i dla nich niezrozumiałe. Kiedy bowiem na co dzień obcowali ze śmiercią i byli do jej widoku (a także do widoku kalectwa i rozkładu) przyzwyczajeni – oczywiście, że ryzykowali zdrowiem i życiem nie tylko z istotnej potrzeby, ale i dla zabawy. W zasadzie chyba – częściej dla zabawy, niż z istotnej potrzeby!

Jak ułan Legionów Polskich we Włoszech, Trendowski. Ówże Trendowski stacjonując ze swoim oddziałem nad rzeką Salzach założył się z kolegą o bukłak wina, że porwie dowódcę stojącej przed ich frontem austriackiej brygady. Wsiadł na konia i ruszył galopem w stronę nieprzyjaciela. Na widok samotnego jeźdźca Austriacy nie zareagowali – Trendowski podjechał wprost do punktu dowodzenia, porwał na kulbakę księcia Lichtenstein i galopem wrócił do swoich nim Austriakom zdążyły szczęki opaść na ziemię z wrażenia, nie mówiąc o strzelaniu.

Księcia wymieniono potem za wziętego przez Austriaków do niewoli Stanisława Fiszera. Ale powiedzmy sobie szczerze: czy w tej akcji była chociaż krzytna sensu? No nie było! Udało się tylko przypadkiem, tak naprawdę Trendowski miał 99% szans że zginie lub dozna ciężkich obrażeń zakończonych niewolą i dożywtonim kalectwem.

Jak mawiał mój znajomy z dawnych czasów, Andrzej Wojewódzki, sam pilot śmigłowca i zapalony jeździec (po latach w kokpicie śmigłowców z serii „Mi“ miał tak zniszczony kręgosłup, że po dwóch godzinach jazdy zsuwał się z konia sparaliżowany bólem – ale nie poddał się, wsiadał z powrotem – i ekspresowo nauczył się jeździć tak dobrze technicznie, że mu już to na kręgosłup nie szkodziło – co nie jest takie proste!): pilotowi szabla jest potrzebna tak, jak ułanowi rozum. Mawiał to a propos zwyczaju obdarowywania odchodzących do rezerwy oficerów (sam odszedł z wojska w stopniu kapitana twierdząc z kolei, że majora dają za zaświadeczeniem lekarskim o niepoczytalności!) szablami – ale tenże sam aforyzm można przecież czytać i w drugą stronę, nieprawdaż? Ułanowi rozum z całą pewnością nie jest do niczego potrzebny. O czym skądinąd ostatniośmy się z paniami przekomażali a propos odmóżdżonego kotka. Dobry ułan – w ogólności: człowiek z fantazją ułańską, jak ów Boskowolanin, który po pijanemu przewoził rowerem świeżo wyklepaną kosę i łeb sobie uciął – będzie ryzykował życiem własnym i cudzym bez zastanowienia i bez szczególnego powodu, także dla zabawy, z głupoty, dla zgrywu, żeby się popisać lub w ogóle bez jakichkolwiek dających się zidentyfikować lub wyobrazić przyczyn. Na trzeźwo i po pijanemu – wszystko jedno!

Rozumiem, że wielu ludziom może to przeszkadzać. Mają przecież swoje wypielęgnowane ciała, z którymi nie chcieliby się przedwcześnie rozstawać tylko dlatego, że jakiś bezmózg wpadnie na nich swoją rozpędzoną bryką. Mają żony i dzieci – mają po co żyć i chcieliby żyć jak najdłużej, w jak najlepszej kondycji.

OK. Pozostaje tylko pytanie: za jaką cenę? Oczywiście, że jak ktoś chce być racjonalny, oszczędny, rozsądny i rozumny – to mu wolno. Godne to jest pochwały i cnotliwe, z całą pewnością. Sprawy to jednak nie załatwia, bo cóż z tego, że sami jesteśmy ostrożni, dbamy o nasze doczesne powłoki, powstrzymujemy się od pobudzających fantazję używek – gdy po drogach i bezdrożach dalej mkną pijane bezmózgi prawda..? Trzeba więc narzucić ten sam styl życia, tę samą trzeźwość, ostrożność, dbałość o powłokę cielesną, racjonalność i oszczędność – także i owej bezmózgiej reszcie, która dalej zachowuje się tak, jak się normalnie zachowywali ludzie bardziej od nas przyzwyczajeni do widoku śmierci i kalectwa 200 lat temu.

Póki słowem i przykładem – proszę bardzo: można narzucać. Ale są przecież ludzie na słowo i przykład odporni, prawda? No i tych pozostaje: karać…

A że jest tu cała masa praktycznych trudności? Że nie sposób zdefiniować pojęcia „pijanego“ inaczej, niż bezdusznym limitem promili, który wcale nie uwzględnia indywidualnej tolerancji na alkohol? Że przy okazji powstaje, bo powstać musi, bez tego się nie obędzie – aparat przemocy, który w pierwszej kolejności zaspokaja własne interesy, o bezpieczeństwo i całość wypielęgnowanych ciał oraz drogich małżonek i dziatek dbając w sumie tylko przy okazji! Że to wszystko kosztuje – i że w pierwszej kolejności kosztuje: wolność? Ależ komu jest ta wolność i do czego w ogóle potrzebna..?

Nie twierdzę że to źle. Nie twierdzę że to dobrze. Twierdzę tylko, że przyjęcie „życia i zdrowia ludzkiego“ za wartość najwyższą nieuchronnie prowadzi do sprzeczności. W imię bowiem ochrony owego życia i zdrowia – koniecznie trzeba (nie ma innej możliwości, bez tego się nie obejdzie!) pozbawić ludzi wolności. Tertium non datur. Kto chce – ten wybiera. Jego w tym dobre prawo…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...