sobota, 29 października 2011

Upadek

Oczywiście: nawiały. Akurat w momencie gdy wróciliśmy z targu, a kilka minut potem przyjechał kowal - zdążyłem akurat zmienić garderobę i wiązałem sznurówki, gdy nadjechał. A tu towarzystwo nad kanałkiem, na gruszkach... W sumie: i tak były miłe, mogły tak się zaszyć, że bym ich dwie godziny szukał, a tak tylko z godzinnym opóźnieniem wszystko szczęśliwie się odbyło jako należy!

Ale nie dlatego zamieszczam - ze specjalną dedykacją dla Kolegi R-O - "Kuszenie Ewy":
jakkolwiek, bardziej kanoniczna jest chyba jednak ta wersja:
(Lepsza Połowa ma wątpliwości, czy aby na pewno trzeba tu było kogokolwiek do upadku kusić...).

Zanim bowiem jeszcze nasi milusińscy sprawili nam szabasowy prezent - jużeśmy zaliczyli prawdziwy upadek. Umarła nasza piła motorowa Stihl. Sympatyczny pan z serwisu w Warce po rozłożeniu jej na czynniki pierwsze stwierdził, że nie tylko cały silnik miał poluzowane śrubki (od czego przestał ssać paliwo) - ale i tłok się zatarł, co zresztą na nim wyraźnie widać. Nowy tłok z niezbędnymi dodatkami: 700 złotych. Nowa piła Stihl tej samej klasy (no, bez niektórych i tak niezbyt potrzebnych bajerów): 970 złotych. Nie ma sensu naprawiać zatem...

Co możemy zrobić? Po pierwsze - popytam jeszcze w innym serwisie, czy aby na pewno takich tłoków się nie szlifuje. Bo może jednak..? Po drugie - opcję zakupu na targu piły "bezmarkowej" za niespełna 200 złotych, po naradzie z Lepszą Połową jednak odrzucamy. Mieliśmy już do czynienia z taką piłą: matka Radka, druha mego serdecznego, dała się ongiś nabrać Cyganom i kupiła od nich taką (przepłacając zresztą dwukrotnie...) - wypróbowałem. I więcej nie chcę: nasz umierający Stihl miał więcej ikry niż to coś!

Po trzecie - jeśli nie uda się oszlifować tłoka, to w zasadzie wybór jest między Stihlem (lub innym produktem mimo wszystko "markowym") o tej samej mocy co nasza dotychczasowa zabawka - a produktem nieco chociaż silniejszym (byle prowadnica miała 35 cm, bo akurat mamy nową i szkoda, żeby się zmarnowała).

Z czego jednakowoż wychodzi, że kolejny miesiąc nie oddam żadnego długu - a może nawet przyjdzie zaciągnąć jakiś nowy bo wcale nie jestem pewien, czy uzbieramy na taki zakup... I to jest właśnie: upadek!

piątek, 28 października 2011

Dzień szósty

I tak minął wieczór i poranek, dzień szósty - szósty dzień w którym żaden z naszych koni nie oddalił się z wyznaczonej strefy zamkniętej.
Nie wiem, jak skomplikowane plany kryją się pod ściółką lub w innych zakamarkach wiaty - ale zaczyna mnie ogarniać wręcz panika - to będzie coś potwornego, co one tym razem zrobią..!

A jutro przyjeżdża do naszych "rodzonych" czterokopytnych kowal. No i "długi weekend" zapowiada się bardzo pracowicie :-)

czwartek, 27 października 2011

Znaczenie mózgu

Zawsze to podejrzewałem! Znaczenie mózgu dla funkcjonowania organizmu jest przeceniane. Od dziś mam dowód. W Kampinosie trafiłem do przesympatycznych państwa doktorostwa (mam nadzieję, że nas kiedyś odwiedzą...) akurat, gdy zajmowali się m.in. rudym kotkiem, na którego dzieci zrzuciły deskę, skutecznie go odmóżdżając. Mimo tego, pacjent żył i miał się zasadniczo - nie gorzej niż przedtem.

To pewnie dlatego - zauważyła pani doktor - że chłopak. Może sobie brak mózgu kompensować innym organem...
A co Czytelniczki o tym sądzą..?

środa, 26 października 2011

Obrzęk zastoinowy

Przy okazji szczepienia (wszystkie konie były bardzo grzeczne nawet te, co to podobno bez dutki ani przystąp ze strzykawką! One coś knują! Coś potwornego..!), pani doktor zidentyfikowała opuchliznę w dolnej części brzucha naszej Dalii wlkp, o tę:
jako "obrzęk zastoinowy". To by się zgadzało. Podobnie mówili inni weterynarze, których konsultowałem. Znaczy się: staruszce siadło krążenie prawda..? A co ma do tego rzadki stolec? Czyżby w dodatku jakieś problemy z gospodarką wodną w organizmie?

Element humorystyczny: pani doktor (nigdy wcześniej u nas nie była, przyjechała szczepić, bo dr Wnuk na urlopie) popatrzyła i mówi: może teń koń wcześniej więcej chodził i teraz przestał?

Skądinąd podobnie było z Frontiera płuckami - też podobno wyglądały jak u konia przez wiele lat stojącego w zapylonej stajni - a przecież ani u nas takowej nie ma, ani w domu też w zapylonym boksie nie stoi.

Coś tu jest nie w porządku. Jak mawia Lepsza Połowa: no tak, koń uznał, że całe te 10 ha po których normalnie chodzi to boks. A że na zewnątrz nie puszczają - to i obrzęki się robią od tego stania w boksie..!

Jak nie jutro to w sobotę (zależy jak się sytuacja finansowa wyklaruje) przyjedzie kowal, zrobi staruszce kopyta - i bierzemy się z powrotem do roboty. Bo faktem jest: dwa lata temu o wiele więcej na niej jeździłem.

wtorek, 25 października 2011

TerraQuant

No dobra - wygadałem się wczoraj czym handluję, to nie będę dłużej tego ukrywał. Chodzi o TerraQuant. Oryginalnie jest to urządzenie do leczenia ludzi. Myśmy jednak doszli do wniosku, że ludzkim lekarzom w Polsce sprzedać go będzie bardzo trudno.

W efekcie drugi tydzień jeżdżę po weterynarzach - oczywiście tam, gdzie tylko jest to możliwe, próbując się umawiać także z fizjoterapeutami na przykład. Jeżdżąc po weterynarzach jako ten "przedstawiciel medyczny" - utwierdziłem się w przekonaniu, że postępujemy słusznie. Z rozmów z moimi potencjalnymi klientami wynika bowiem dość jednoznacznie, że żeby coś sprzedać sługom Eskulapa, niemało trzeba w to zainwestować. To oczywiste - lekarze zwykle pracują w dość dużych strukturach organizacyjnych i kontraktując dla nich sprzęt - nie swoje pieniądze wydają. A na co chętniej wydadzą nie swoje pieniądze? Oczywiście na taki sprzęt, z zakupem którego wiążą się jakieś korzyści...

Wyjaśnia to doskonale, dlaczego najbliższy polski odpowiednik TerraQuant (acz nie posiadający wszystkich jego funkcji), jest około dwukrotnie droższy - w ten sposób, jest się czym dzielić, nieprawdaż..?

W ostatecznym rachunku za wszystko i tak płaci NFZ, więc kto by się tam przejmował cenami sprzętu?
W takim systemie koszty leczenia mogą tylko rosnąć! A ja ponownie zazdroszczę zwierzakom: kiedyśmy do naszej przyjaciółki, dr Moniki Batog przywieźli zabraną z ulicy Sylwestrę, w ciągu doby kot miał zrobione usg, wyrwane trzy zmurszałe kły, wyleczone zaropiałe oko i oba zajęte przez pasożyty uszy, był odrobaczony, odpchlony, wykąpany i miał obcięte pazury. To jest standard obsługi - przy tym, a nie tylko dla przyjaciół... Nie ma jak wolna konkurencja!

Nie, żeby zły przykład nie zarażał. Jedna z pań doktor chciała się ze mną umówić w restauracji sushi... Ale cóż: to akurat była młoda gwiazda fizjoterapii, miała słuszne prawo do odrobiny wody sodowej - a że mój "fundusz reprezentacyjny" na takie ekstrawagancje nie pozwala..? Tym gorzej dla mnie...

A konie drugi dzień uprzedzająco grzeczne. Coś knują - ja je znam! Jutro rano przyjeżdża pani doktor ze szczepionkami. Czy powinienem się już bać..?

poniedziałek, 24 października 2011

"Ogół" i inne nieszczęścia

Odwiedzili nas wczoraj (nareszcie!) nasi najbliżsi "konni" sąsiedzi. Narzekali bardzo na "ogół". Co to takiego? Zwyczaj, wedle którego po żniwach na rżyska wypuszczane są wszystkie krowy z całej wsi, które chodzą sobie swobodnie od rana do wieczora, bez żadnych ogrodzeń ograniczających ich ruchy.

Ten zwyczaj z całą pewnością wywodzi się z czasów trójpolówki. Raz, że wówczas granice między działkami mogły być płynne (w okresie ugorowania i tak wszystko jednakim "perzem" - jak tu ogólnie wszelką dziką roślinność nazywają - porastało, więc gdzie miedza była, to tylko mniej - więcej dało się wyznaczyć), a dwa - że w ten sposób nawet najbiedniejszy gospodarz, który np. stracił swoją krowinkę - mógł liczyć na odrobinę choć nawozu na swoim polu przed jesienną podorywką. Taki rodzaj "urawniłowki" - ale długofalowo: we wspólnym interesie, bo jak sąsiadowi wyjałowieje jego paseczek ziemi, to i na moim gorzej będzie się rodzić...

W tej chwili to jest żywa skamielina - ile w końcu na wsi krów nie jest jeszcze trzymanych non stop w chowie alkierzowym?

Sąsiadom w każdym razie "ogół" dał się we znaki, bo krowy wlazły im na pastwisko, a nienawykłe do takiego widoku konie spłoszyły się, zdemolowały ogrodzenie (oni mają solidne ogrodzenie z desek, nie to co my...) - i poooszły w siną dal... Na szczęście: nikomu nic się nie stało koniec końców.

Tak, czy inaczej, wizytę sąsiadów wspominamy bardzo miło i już się zbieramy z siłami na rewizytę - ambitnie planujemy pojechać do nich wierzchem...

Za to dzisiaj - seria nieszczęść. Zaspałem całe pół godziny. Skoro zaś zaspałem i przy śniadaniu już świtało, to wyrzuciłem Szacowne Stado na trawę i posprzątałem pod wiatą chcąc mieć potem więcej czasu - planowałem wyjechać około 9.00 do Warszawy i poakwizytować po weterynarzach (pierwszy raz akwizuję z towarem, w którego skuteczność i sensowność sam wierzę - ale to inna sprawa...). Przedtem pokusił mnie Dyabeł pomajsterkować przy naszym ogrzewaczu: wprawdzie już grzeje i nawet całkiem przyjemną daje ciepłą wodę - ale tylko pod prysznicem, w kuchni leci wyłącznie zimna. Ponieważ wydawało mi się, że może to być wina sposobu, w jaki był podłączony (za pośrednictwem dodatkowego zaworka, który zmniejszał strumień ciepłej wody) - wziąłem się za podłączanie nyplami i wężykami. Tragedia! Lało się z każdego gwintu jak z cebra. Aż korki nam wysadziło, a po wężykach iskry biegały. Co więcej - raz zdemontowane podłączenie istniejące poprzednio nie dało się skutecznie, tj. bez przecieku, zamontować z powrotem.

Popadłem w czarną rozpacz. Pojechałem w końcu do Radomia - gdzie nabyłem nowe podłączenie i parę dodatkowych uszczelek. W końcu, po pięciu godzinach homeryckich bojów - udało mi się to jakoś tak zaklajstrować, że nie cieknie, w każdym razie - nie w sposób rażący i widoczny. Ale ciepłej wody w kuchni dalej nie ma...
Tak to wyglądało przedtem. Teraz wygląda... inaczej? Ale w kuchni i tak tylko zimna woda...

No i oczywiście jechać do Warszawy nie było już sensu. Chciałem chociaż drew porżnąć, bo przez czabanienie we wrześniu mamy zapas na może dwa miesiące w tej chwili - ale nim dałem czterokopytnym obiad, zrobiła się 15.00 - i też już nie było sensu, zaraz będzie ciemno. A czterokopytne, jak na złość, pasły się grzecznie, to nawet nie miałem pretekstu, żeby je pod wiatą zamykać - trzeba je zatem będzie przed nastaniem ciemności jeszcze zebrać. Z Wielkiego Padoku, albo z miejsca, do którego w międzyczasie zawędrują (przez okno ich w tej chwili nie widać, więc wszystko być może...).

niedziela, 23 października 2011

Zmalałem


Dosłownie: jestem dziś o kilka centymetrów krótszy niż 24 godziny temu. A to dlatego, że w międzyczasie, idąc za radą M., który stwierdził, że nikogo to nie obejdzie – przytyrałem na tyły Wielkiego Padoku kilka „kolejowych“ osik z chaszczy nad torami. U nas już takich nie ma: młodych (więc nie za grubych), a już wysokich (były po 8 – 12 metrów: na dwa lub trzy przęsła ogrodzenia jedna starczała). Przytyrałem je oczywiście samochodem, ale już samo przewożenie czegoś takiego było zabawne, bo ciągle mi spadały z przyczepy – a jak tym trochę pomanipulowałem najpierw na przyczepę wkładając, a potem na ogrodzenie przywieszając, to i zmalałem. Świat też jakby od razu zmalał, bo horyzont mi się skrócił wraz ze wzrostem…

Po co przywieszałem te dodatkowe belki? Ano po to, że w piątek popołudniu, nasi kochani milusińscy wyszli sobie na spacer. Właśnie tyłem – tam, gdzie poprzednio zbudowałem „Wał Iwara“, który jednak całej ściany nie obejomował, a tylko jej najczęściej atakowany fragment. W tej chwili zabezpieczenie w postaci osikowych belek ma już prawie cała ściana. Prawie, bo jedną osikę musiałem przywiesić gdzie indziej – i przez to trzy przęsła pozostały niezabezpieczone.

Dlaczego musiałem zostawić taką luką? Ano bo nasi kochani milusińscy w czasie, gdy ja przywieszałem belki na tyłach – wyszli sobie boczną ścianą. Zabezpieczyłem więc miejsce, którym wyszli…

Prawdę pisząc, to w tej chwili zdecydowana większość ścian Wielkiego Padoku jest już chroniona albo belkami – albo prądem (a bywa że jednym i drugim). Zostały stosunkowo niewielkie luki. Które chyba trzeba będzie wypełnić – milusińscy są bowiem bezwzględni (zero litości!) – traktują Wielki Padok wyłącznie jako stację przesiadkową przez którą przechodzą w siną dal. Najchętniej na swoją ulubioną łączkę nad kanałkiem, gdzie mogą się paść razem z krowami, co jest przecież marzeniem każdego rasowego konia – nieprawdaż?

W ogóle na temat zachowań naszych koni siła by pisać. Zdziwiła mnie tydzień temu pani Beata, gdy pogoniłem – przepędzając stado pod wiatę, żebyśmy mogli wsiąść – koniów uwiązem, a te nawet uszami nie zastrzygły. Nie mówiąc oczywicie o skierowaniu się we właściwą stronę żywym stępem – w tym celu trzeba je było popchnąć. Stwierdziła, że w normalnych warunkach stado już byłoby po drugiej stronie po czymś takim. Hmmm…. Przez lata trzymaliśmy konie „w normalnych warunkach“, stojąc w różnych pensjonatach – ale żeby aż tak? Może już nie pamiętam… Faktem jest, że Szacowne Stado jest wyluzowane do przesady. Jeśli pominąć wycieczki w siną dal, gdzie zdarza im się nawet podgalopowywać (zwłaszcza, gdy uchylają się przed schwytaniem i doprowadzeniem do wyznaczonej strefy zamkniętej…) – to w zasadzie powinniśmy sobie sprawić wózek widłowy. Tak byłoby najszybciej je przenosić między padokami. Na własnych nogach to raczej pełzną niż chodzą.

Umysł koński jest przy tym na ogół schematyczny. To dobre słowo: schematyczny! Albowiem nic tak nie cieszy koni jak powtarzalność. Stąd staramy się, aby posiłki były zawsze o tej samej porze (no, wczoraj akurat ominął je obiad – bo dopiero je sprowadzałem z ich ukochanej łączki nad kanałkiem, więc pora minęła – a potem kolacja, bo się pobiły i zaczęły przewracać wiaderka, więc zabrałem wszystkim – widać nie były głodne?) – stały rytm dnia bardziej chyba konie uspokaja niż nawet otwarta przestrzeń (mam wątpliwości czy Wielki Padok jest dostatecznie przestrzenny na to, aby konie rzeczywiście uznały go za „otwartą przestrzeń“! Ich zachowanie wyraźnie się zmienia gdy są po niewłaściwej stronie ogrodzenia – a więc mają świadomość, że póki się pasą po właściwej stronie, wcale nie są wolne – a to, że nie widać przeciwległego płotu, a cóż to za różnica?). I nawet uciekają – raz się zapoznawszy z terenem, co oczywiście wymaga pewnego czasu – na ogół w te same miejsca. Zależnie zatem od tego, gdzie zlokalizuję dziurę – prawie na pewno mogę już dalej się nie zastanawiając, iść w jedno z kilku miejsc, które są celem ich wycieczek i raczej je tam zastanę.

Najchętniej atakują ogrodzenie w miejscu, gdzie już raz udało się je przerwać. Stąd czasem działa prostacka wręcz sztuczka: zabezpieczenie kilku przęseł wokół miejsca poprzedniej ucieczki sprawia, że Stado traci zainteresowanie całym odcinkiem płotu i przenosi swoją destrukcyjną działalność gdzie indziej. Oczywiście, jak każde kłamstwo, także i ta sztuczka ma krótkie nogi – bo w końcu zainteresują się pozostałymi lukami. No i właśnie chyba doszliśmy do takiego momentu, w którym żadna luka nie jest bezpieczna.

Wczoraj zresztą postąpiły właśnie nieschematycznie, twórczo. Przerwały bowiem boczną ścianę od strony torów kolejowych (bez obaw, Proszę Państwa Czytelników! Piszę „od strony torów“, bo tak mówimy dla orientacji – ale te tory są prawie kilometr dalej, oddzielone od nas chaszczami…) zdecydowanie bliżej frontu niż tyłu. Zwykle wychodząc w takim miejscu, kierowały się na północny wschód i tam też poszedłem je w pierwszej kolejności szuać, spodziewając się je znaleźć na którymś z rżysk lub na oziminie w pobliżu wsi. Zawróciłem jednak, nie dostrzegając żadnych śladów kopyt na naszej piaszczystej drodze, którą musiałyby w tym celu przeciąć. Przy bliższych oględzinach okazało się, że konie, choć nigdy w taki sposób ani same nie chodziły, ani tym bardziej, nie były przez nas tak prowadzone, skierowały się w stronę całkiem przeciwną i długo dość klucząc chaszczami – wyszły w końcu na swoją ukochaną łączkę nad kanałkiem. Albo był to czysty przypadek, albo nie tylko zapamiętują raz oglądany teren – ale też potrafią się orientować w stronach świata. A to już wymaga pewnej zdolność do uogólnień, by nie rzec wręcz: abstrakcji! Obrały bowiem ogólnie słuszny i prawidłowy kierunek w nieznanym wcześniej terenie, w którym zawsze chodziły (jeśli w ogóle chodziły) zgoła odwrotnie… Sądząc po znalezionych kupkach, miały dylemat w którą stronę się kierować dopiero pod linią wysokiego napięcia, dobre 200 metrów od miejsca przerwania płotu.

Skądinąd Frontier, gdyśmy ze Zbyszkiem błądzili po lasach, taką właśnie zdolność do odnajdywania właściwego kierunku w nieznanym lub prawie nieznanym terenie przejawiał. A i moja Dalia wlkp zwykła – póki jej nie skołowałem wielokrotnie skręcając – o wiele żwawiej iść w stronę gdzie, jak sądziła, jest dom – niż w stronę przeciwną.

Cóż: idę je wypuścić na trawę. Pójdę zresztą chyba z nimi zobaczyć, co też poczną. Bo jeśli znowu spróbują postępować nieschematycznie – nie pozostanie nic innego, niż zebrać je z powrotem pod wiatę. Wielkiej szkody już teraz nie ma, w końcu trawa przywiędła i chyba wszystko jedno, czy jedzą siano, czy to, co jeszcze rośnie na Dzikim Zachodzie – tyle, że oszczędzamy sobie wywożenia gówna, jeśli defekują poza zimowym padokiem…

A wczoraj, w pierwszej parze sprowadziłem z ukochanej łączki naszych milusińskich Szalonego Konia Lepszej Połowy i Ramzesa. Lepsza Połowa, która właśnie skończyła sprzątać nawóz – zrobiła im zdjęcia. Może niezbyt ładnie Melesugun wyszła (jak się powinno fotografować tekińca, to właśnie koleżanka Pursat na Re-Volcie pokazała, to zdjęcie bardzo się nam podoba!) – ale przynajmniej: zabawnie:
a Ramzesowi łapki się poprawiły. Tu akurat kłusuje:
ale w piątek, jak nie chciał mi się dać złapać - uciekał galopkiem.

czwartek, 20 października 2011

Zemsta

Choć jest to całkowicie irracjonalne i najprawdopodobniej niczemu nie służy, dałem się wciągnąć Przyjaciołom ze stolicy w próbę pokarania sprawców naszych nieszczęść sprzed lat, skoro wygląda na to, że jest ku temu sposobność:
Nie do wiary, jak takie destrukcyjne działanie ożywia ciało i umysł! Skrzydła rosną u ramion, nogi same niosą przed siebie, dusza śpiewa... No - satanizm po prostu - ale nic na to nie poradzę, mam za słabą wolę, żeby się oprzeć pokusie...

Tymczasem w domu różnie. W środę kupiłem na targu izolatorki i Lepsza Połowa dorobiła kolejne 200 metrów elektrycznego pastucha na ścianie, którą prujki ostatnio najczęściej pruły. Dzięki czemu już drugi dzień spokojnie wyjadały dziś chaszcze na Dzikim Zachodzie.

Tyle, że na obiad Buba wróciła z wielkim sznytem przez czoło, cała zalana własną krwią - a popołudniu Dalia wlkp objawiła się nam w nader osobliwej postaci: pośrodku brzucha zrobiło się jej jakby zapadlisko wielkości jakichś 30 na 20 cm, idealnie na osi symetrii konia, zwisające o 5 - 10 cm poniżej reszty (opływowej dość...) linii ciała. Przepuklina? Obrzęk z powodu niewydolności krążenia? Konsultowałem weterynarza telefonicznie. Kobyła je z apetytem i normalnie defekuje (choć od trzech tygodni - ciągle na rzadko...) - nie wygląda na to, żeby jej życie było zagrożone. Na razie zatem odłożyliśmy wizytę lekarską do niedzieli, kiedy to wet i tak miał był przyjechać. Skądinąd: takie rzeczy zawsze się dzieją, gdy tylko wyjadę do pracy! Zawsze!

niedziela, 16 października 2011

Pierwszy mróz

Tej nocy przyszedł pierwszy mróz:
Kran pod wiatą dał się odmrozić łatwo. Zaraz się zbiorę i pójdę naprawić boczną ścianę ogrodzenia, którą prujki wczoraj na koniec dnia rozpruły (było to w sumie bardziej śmieszne niż straszne, ale znowu się trochę nabiegałem...) - to pójdą na przeważoną mrozem trawę. Mam nadzieję, że dzięki temu znajdą sobie więcej zajęcia na Wielkim Padoku - bo ostatnio miałem wrażenie, że chodzą tam tylko z musu, szukając miejsca do ucieczki, a prawdziwe jedzenie - jest tylko za płotem!

sobota, 15 października 2011

Stowarzyszenie Przyjaciół Królików

ogłosiło mnie swoim wrogiem publicznym numer jeden (por. dół tej strony i następna...). Prawdę pisząc: przeprosiłbym - ale po wstępie, w którym padło coś w stylu: Walczymy o prawa zwierząt dlatego nie chcemy reklamować stajni w której konie traktowane są przedmiotowo, jak maszynki do zarabiania pieniędzy - jakoś nie mogę...)

Tymczasem jednak, nasze domowe miłośniczki królików (a także drobiu, ryb - w tym akwariowych - i w ogóle wszelkiej drobnej zwierzyny...), zażywają wspólnej sjesty:

Nie, żeby Sylwestra była z takiego zagęszczenia metrażu przesadnie zadowolona. Ale cóż zrobić? To czarne "coś" ani myśli się wynieść...

czwartek, 13 października 2011

Wolność jest kobietą upadłą

O wiele lepiej pasuje jej plusz i aksamit lupanaru niż twarde deski więziennej celi (choć nie da się zaprzeczyć, że i z nimi jest dobrze obznajomiona – koszt nieodłączny stylu życia… czy charakteru..?). Jeśli bywa wzniosła – to raczej w towarzystwie arystokratów ducha, pieniędzy lub krwi, niż pospolitych maluczkich. W towarzystwie maluczkich staje się zwykłą, siermiężną, pospolitą, bezzębną i brzuchatą – swawolą!

Lepsza Połowa twierdzi, że znany obraz Delacroix nie rozmija się w tym punkcie z powyższą tezą: widać przecież naocznie, że na tej barykadzie bynajmniej, wszyscy już tą panią o nieco – jak na dzisiejsze gusta – topornej urodzie – mieli. Niektórych nawet reakcyjna kula musiała dopaść in actu – skoro bez gaci leżą..?

Nawet jeśli tak jest istotnie, to dalej intencja malarza pozostaje dla mnie nie do końca jasna. Jaka właściwie jest ta wolność, która przyprowadziła lud na barykadę? I kim jest ów „lud“? Wolność kopulowania zbiorowo w miejscach publicznych? Rabowania burżuazyjnych sklepów i domów? Mordowania i gwałcenia? Tak – taka wolność z pewnością niejeden „lud“ mogłaby na barykady poprowadzić! Sądząc po dziurawym obuwiu i znoszonym przyodziewku – lud na tej barykadzie miał się finansowo nie lepiej ode mnie ostatnimi czasy. Trochę mi to co prawda patrzy na sprzeczność, bo jakoś siły do gwałtów, a nawet i do nie-gwałtów, w takiej materialnej opresji będąc – nie czuję. I to od lat niezmiennie. Przyjmijmy jednak, że rzecz dzieje się w Paryżu, a tam jest bliżej Atlantyku, więc cieplej, przy czym „lud“ pierwej już się napił i zakąsił, krzepiąc tym sposobem wątłe ciała, to i do zabawy nabrał ochoty. Jak bowiem zauważyli już starożytni Chińczycy: chcąc zachować córki w cnocie, trzymaj je w zimnie i mało karm. Nie wiem, czy to się w przypadku córek sprawdza – może się ojcowie córek, albo same córki wypowiedzą – jednak rozumując a contrario stwierdzam, że np. nasze kobyły, w odróżnieniu od nas, niedostatku raczej nie cierpią, bo choć błotniście się właśnie zrobiło, dżdżyście, wietrznie, a przy tym chłodno, liściopadnie i ciemno – znów mają ruję, wbrew lepszej wiedzy autorów zootechnicznych podręczników…

Reasumując – można by obraz Delacroix czytać w ten sposób, że jak się da biedocie paryskiej porabować, a przy tej okazji napić do woli i zakąsić jak należy (przy czym te wszystkie wstępne etapy jej działalności pozostają domyślne, bo na obrazie ich zgoła nie ma) – to owa biedota wnet nabierze ochoty na seks i wznoszenie barykad (co jest akurat o tyle zrozumiałe, że barykady przydają się ludowi, gdy chce świeżo zdobytą wolność rabowania obronić przed reakcją rabowanych – jeśli tylko ci są choć trochę uzbrojeni, a wówczas – chyba jednak byli, choć i tego na obrazie nie ma: żaden bowiem reakcjonista, żywy ani martwy, w malarskim kadrze się nie zmieścił: panu w dziurawych butach oficerska kurtka ewidentnie nie pasuje, musiał ją wcześniej na kimś zrabować, jakiś kask jeszcze leży i postać być może w mundurze, ale czy w całym, czy tylko w jego górnej części..?).

Oczywiście, zdaję sobie sprawę z faktu, że taka interpretacja Delacroix idzie trochę pod prąd uznanym wykładniom – proszę więc w żadnym razie nie cytować mnie w szkole czy na uczelni, bo za takie herezje dostanie się – i słusznie, szkoła nie jest od myślenia, tylko od indoktrynacji! – pałę. Uznane wykładnie zwracają uwagę na alegoryczność i całej sceny i (zwłaszcza), jej centralnej figury w postaci nie do końca ubranej pani z tricolore, frygijską czapką i karabinem (skądinąd – ów karabin w lewej ręce doskonale tłumaczy niejaką toporność dzierżącej go pani – jeśli to Charleville, wzór 1777, to miał długość ok. 150 cm – z bagnetem prawie dwa metry – i ważył 4,5 kg, byle chucherko by go tak lekko w jednym ręku nie uniosło!). Owa postać, ze wszystkimi, wyżej opisanymi atrybutami – to ni mniej, ni więcej, tylko właśnie owa „metafizyczna wolność“, owa „idea tak wzniosła“, że jej byle kobuzy nie dościgną swymi niskimi loty (jak się wyraził jakiś czas temu mój polemista na łamach „NCz!“), a marnie odziana tłuszcza wokół, to personifikacja wszystkich uciskanych, eksploatowanych, poniżanych, niewolonych itd., itp.

Mnie to jakoś nie przekonuje… Jeśli spojrzeć na piramidę Maslove’a – to gdzie znajdziemy potrzebę poprawy marnego przyodziewku i obuwia – a gdzie potrzebę kreatywności, spontaniczności i inne takie, które się w głowach domorosłych filozofów łączą z ową „wzniosłą“, „metafizyczną“ wolnością?

Czyż nie na przeciwległych krańcach piramidy – i czy przypadkiem jedzenie i przyodziewek to nie są jej podstawy, a owa niestandardowa ekspresja osobowości – sam czub, do którego zapewne znakomita większość populacji nigdy w życiu nie dochodzi, bo zbyt wiele czasu traci na zaspokajanie pilniejszych potrzeb z niższych półek, najpewniej zresztą tych z samego czuba wcale a wcale nie odczuwając..?

Że Maslov, wbrew słowiańskiemu nazwisku, to amerykański psycholog, tak na marginesie, o tyle łatwo zauważyć, że mu się ten seks plącze przez prawie wszystkie szczebelki. To jest trauma po purytaniźmie, jak nic! Tak głęboko protestanccy Ojcowie Założyciele wyparli sprawy „niżej brzucha“, że teraz późni następcy kultury, którą tamci założyli, sami zresztą z definicji syci, ubrani i w cieple wychuchani – widzą seks wszędzie i we wszystkim… Jak już powyżej pisałem – zdanie starożytnych Chińczyków bardziej do mnie trafia, bo też i zgodne jest z doświadczeniem. Chyba? Bo nie wiem jak u Państwa – naturalnie…

Żadna „metafizyczna wolność“ nie istnieje. To tylko słowa, słowa, słowa… A ludzie są ludźmi, nie aniołami i nie papierowymi tworami z książek filozofów. Potrzebują się najeść, ubrać, ogrzać – jak to już mają, to mogą pomyśleć o jakiejś zabawie – i bardzo, ale to bardzo chętnie robią to na cudzy koszt. Bez pracy. No bo powiedzmy sobie uczciwie: gdyby dało się nie pracować, a pozostać sytym, obutym, ubranym i ogrzanym, a jeszcze mieć czas, siły i ochotę na zabawę – to kto by powiedział: nie stary, mnie to nie interesuje, ja wolę zapieprzać jak osioł gdy ty się bawisz? No kto? Kilku pasjonatów – w zdecydowanej większości niebezpiecznych dla otoczenia monomaniaków, którzy świata nie widzą poza jakimś jednym hobby, jednym celem, czy jedną ideą. Może kilku takich, których energia twórcza rozpiera tak, że im mało czerepu nie rozsadzi i nie dadzą ludzkości wytchnąć ani podrzemać, póki na nią swych płodów twórczych nie wyleją. Wielu takich jest..?

Tylko tym pasjonatom, monomaniakom, twórcom – rzeczywiście wolność potrzebna jest jak powietrze. Jeśli ją mają – cała reszta też z tego korzysta, bo to właśnie owi nieliczni pchają do przodu oporną bryłę tego świata, wymyślają różne wynalazki, pchają się, gdzie nikt ich nie czeka i drapią gdzie nie swędzi – od czego mamy postęp, transkontynentalną wymianę zarazków i konserwanty w żywności, która dzięki temu nareszcie, po raz pierwszy w dziejach świata, jest dostępna praktycznie bez ograniczeń – dla każdego. Jeśli maniacy nie mają wolności – następuje stagnacja, która oczywiście odbija się negatywnie także na życiu maluczkich – jest jednak absolutnie niepodobnym, aby owi maluczcy dostrzegli związek pomiędzy jednym, a drugim faktem. Dla nich w każdym razie – wolność jest albo zbędna (i tak są „tacy jak wszyscy“ – niczym szczególnym się nie wyróżniają, nie sposób ich w ogóle dostrzec w tłumie – co im może grozić, gdy nie będzie wolności? Że nie porabują i nie pogwałcą..? To chyba niewielka strata…), albo wręcz straszna: bo trzeba podejmować decyzje – a to boli!

Zawsze w dziejach, ilekroć tylko „lud“ mógł przehandlować wolność za chleb i igrzyska (na cudzy koszt ma się rozumieć!) – wchodził w ten interes bez chwili wahania. Nie znam przeciwnego przykładu. Może ktoś z Państwa zna?

Acha! Waśni plemiennych w rodzaju „biją naszych, idziemy ich bronić“ – nie sposób do tej kategorii zaliczać. To chyba jasne? Czy muszę tłumaczyć dlaczego? Jeśli tak, to mogę oczywiście – ale myślę, że Państwo tego nie potrzebujecie.

Skoro zatem udowodniliśmy już, że żadna „wolność metafizyczna“ nie istnieje i że tak naprawdę wolność jest niezbędnie potrzebna tylko niewielkiej części ludzkości, ogromna zaś większość chętnie się jej pozbędzie – to chyba wyjściowa teza wydaje się już Państwu nieco mniej oburzająca? A interpretacja Delacroix – choć, przypominam, w szkole za taką dostanie się jedynkę i może jeszcze wezwą rodziców na pogawędkę, na co szczególnie uczulam – nie aż tak szalona?

Po prostu uważam, że większe szanse na zachowanie swobody – przy czym z perspektywy dziejów okresy rzeczywistego panowania wolności są jak mgnienie oka, tak rzadko coś takiego się przytrafiało i zwykle nie bez licznych ograniczeń (bo albo wolność była nie dla wszystkich – albo tylko w pewnym zakresie) – dają rządy skorumpowanych nepotów, niż rządy prawa i porządku (powstrzymałem się przed napisaniem „prawa i sprawiedliwości“ – doceńcie to!). Relatywnie często na wiele pozwala sobie rządząca elita – zwykle przy tym krótko trzymając niesforny lud. To nie jest złe rozwiązanie. Elity co prawda mają naturalną tendencję do zamykania się i samopowielania w obrębie tej samej puli genetycznej – a to, po dość krótkim czasie sprawia, że losowy dobór genów kreuje wśród trzymanego za twarz ludu „kontr-elitę“, także żądną jak nie wolności, to przynajmniej zaszczytów, dobrobytu i władzy – istnieją jednak wypróbowane w dziejach mechanizmy rozładowywania tego rodzaju konfliktów bez większej szkody dla otoczenia. Swoboda elity daje jej możliwość popychania do przodu opornej bryły ludzkości, zaś trzymany za twarz lud nie jest w stanie przehandlować wolności (bo jej nie ma) – za chleb i igrzyska – co by niechybnie zrobił, gubiąc wolność wszystkich, nie tylko własną – gdyby tylko mu na to pozwolić.

Oczywiście – jeśli rządzącą elita na wiele sobie pozwala – to pozwala sobie także i na korupcję i nepotyzm. To naturalne. Taka już jest natura świata, że o wiele łatwiej jest psuć niż naprawiać i niszczyć niż tworzyć, a danie ludziom wolności oznacza, że większość z nich użyje jej do grzechu, występku i poruty. Jeśli więc wśród rządzącej elity ma panować cnota, obyczajność, honor i bojaźń Boża – to mowy nie ma o jakiejkolwiek wolności! Wtedy potrzebny jest Katon, Cyncynat czy inny Robespierre, który będzie ostrzem gilotyny przypominał, jakie poglądy są jedynie słuszne i dlaczego nie warto gromadzić bogactw i przywilejów.

Wiem, że to co piszę, wywołuje u niektórych z Państwa reakcję wręcz alergiczną. W szczególności taką reakcję wywołuje u niektórych z Państwa mój posunięty do granic abnegacji sceptyzm odnośnie owych „republikańskich cnót“, które tworzą „rzecz pospolitą“, jako „dobro wspólne“, itd., itp. Wyjaśnijmy sobie zatem przy tej okazji: owo „dobro wspólne“ nic nie ma wspólnego z wolnością – a „republikańskie cnoty“, tworzą tak naprawdę sztywny system kontroli zachowań, wykluczający nie tylko różne brzydkie rzeczy, takie jak formalne czy nieformalne popieranie własnego potomstwa, gromadzenie bogactw czy utrudnianie robienia karier obcym – ale też i poważnie ograniczający zdolność do jakiejkolwiek innowacji. „Republikańskie cnoty“ i „dbałość o dobro wspólne“ to jest zamordyzm i stagnacja. Czy Lacedemon był państwem cnotliwych władców? Przez większość swojej tysiącletniej bez mała historii – tak. Ale czy cokolwiek godnego pamiętania tam napisano, skomponowano, wyryto czy wykuto? Trochę marszów wojskowych… Czy Rzym republikański nim się skorumpował, był ważnym ośrodkiem miejskim, przyciągał artystów i myślicieli? A gdzież tam! Miasto wielkie, a nawet stałego teatru nie miało – póki mu go Pompejusz nie wybudował.

Nie jest też w żadnym razie uprawnione zbyt pochopne przekładanie historycznej refleksji, której się tu oddaje (mój Przyjaciel ze stolicy nazwał to zresztą niedawno wprost „pierdoleniem bez sensu“ i „opowieściami dziwnej treści“ – bo przecież w tym co piszę nie ma ani grosza, tego się nie da sprzedać…), na sytuację aktualną. Nasza elita bowiem – nie tylko sama sobie pozwala na wiele – ale też – i to jest prawdziwe nieszczęście, a nie jej skorumpowanie, które w innych okolicznościach, mogłoby być prawdziwym błogosławieństwem dla ludu – ciągle jeszcze czuje się zobowiązana pozwalać na wiele ludowi, którego nie potrafi skutecznie wziąć za twarz.

Jest to zresztą, jak się zdaje, w ramach obecnego systemu wartości, czyli „religii praw człowieka“ – niemożność strukturalna. Bo skoro teoretycznie władza przepływa „z dołu do góry“ – a elita rządzi tylko dzięki temu, że dostała od ludu „mandat“: no to jakże ów lud otwarcie brać za twarz i wprost odmówić mu fruktów, do których przywykł? Stan ten, z perspektywy historycznej wysoce nienormalny, rodzi też same tylko zatrute owoce. Przede wszystkim tak powszechna, ustrojowa wręcz korupcja mas, karmionych emeryturami, rentami, „darmowymi“ lekami, szkołami, szpitalami, itd., kładzie się ogromnym ciężarem na gospodarce i na zdolności do innowacji – bo chcąc zaspokoić nienasycone apetyty ludu, elita ciśnienie przede wszystkim te nieliczne, wysoce produktywne jednostki, które w najmniejszym stopniu korzystają z okazji do życia na cudzy koszt, coś swojego, własnego, nowego tworząc. W efekcie korumpując „wolny“ lud – elita pozbawia wolności przede wszystkim tych, którzy tej wolności najbardziej potrzebują – i robi to w interesie tych, którym owa wolność jest do niczego niepotrzebna. Czyż to nie absurd? Oczywiście w efekcie ostatecznym lud sam się niewoli – jak zawsze to robił, ilekroć miał po temu okazję – przy okazji jednak, niszcząc wszystko wokół.

Powrót do „republikańskich cnót“ jawi się oczywiście jako pewna dość oczywista alternatywa wobec istniejącego stanu rzeczy który, przyznaję to chętnie – trudny jest do zniesienia. Ideologia tego „powrotu“ łatwo może też znaleźć posłuch wśród ludu, jako że żywi się jego odruchową zawiścią i resentymentem wobec lepiej sytuowanych. Ideologia ta nie ma jednak najmniejszych szans zburzyć istniejącego systemu – gdyby nawet zatriumfowała i odniosła sukces czyszcząc skutecznie „przestrzeń publiczną“ z korupcji, nepotyzmu i innych patologii – to jedynym skutkiem tego triumfu mogłoby być tylko gwałtowne pogorszenie i tak ciężkiego życia jednostek twórczych, bo przy tej okazji to już koniecznie trzeba by skasować wszelkie resztki wolności, jakie jeszcze tu i ówdzie pozostały – a demokratycznej zasady legitymizacji władzy „mandatem“ ludu, która to zasada jest prawdziwym powodem obecnej degrengolady, ideologia ta przecież nie kwestionuje…

Na szczęście, na razie nie wygląda na to, aby „cnoty republikańskie“ i „nieskazitelność życia publicznego“, były u naszego ludu w szczególnie wielkim poważaniu. Za to, dla mnie samego zaskakująco szybko – zaczęło się ziszczać proroctwo, które tu Państwu jakiś czas temu wygłosiłem – wygląda bowiem na to, że mamy naszego Heliogobala. Co prawda, jest to Heliogobal biłgorajski – siermiężny do bólu, obciachowy, tandetny jak dekoracja szkolnego teatrzyku. I nawet transwestytę, czy tam innego transseksualistę (jak zwał, tak zwał…) znalazł sobie podobnie powiatowej urody:

Choć znane są w świecie „lepsze“ egzemplarze (o ile ktoś gustuje):

I zaiste, chyba na tyle nas jeszcze stać, żeby telewidzów aż tak nie straszyć – bo jeśli ktoś telewizję ogląda, to niech się teraz przygotuje na regularne oglądanie tej/tego pierwszej/pierwszego pani/pana (no… jak zwał tak zwał…)? Czy też jest już z nami tak źle, że nawet na ładnego transwestytę nas nie stać..?

Lud chce się bawić bardziej znakiem tego. I pewnie będzie się bardziej bawił. Szczególnie, że o igrzyska dużo łatwiej i taniej, niż o chleb. Co powiedziawszy – idę doglądnąć dobrobytu czterokopytnych pornogrubasów…

poniedziałek, 10 października 2011

Zachód słońca

Nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca. Właśnie zaszło, to chwalę: dzisiaj, po raz pierwszy od... czterech tygodni? - nasi podopieczni ani razu nie opuścili wyznaczonej strefy zamkniętej mimo, że nikt ich nie pilnował. Bogobojnie skubali sobie trawę pełne 12 godzin, od 6 rano do 6 wieczór - z przerwą na obiad - i ani im w głowie były wycieczki na gruszki, kukurydzę czy świeże kiełki zboża.

Wszystko dzięki pani Beacie, która użyczyła nam elektryzatora z oprzyrządowaniem. Najczęściej atakowana ściana została wzmocniona prądem - i na razie jest spokój. Na pewno nie na długo, już one coś tam wymyślą - ale i to się liczy. Będziemy zresztą owo elektryczne ogrodzenie rozszerzać w miarę wolnych środków i czasu.

W każdym razie: miałem dziś czas zawieźć M. do Kozienic, przesadzić kasztanowce i porzeczkę, skończyć rąbanie drewna, rozsiać na Pierwszym Padoku lucernę (w nocy ma padać!) i złożyć reklamację w sprawie ogrzewacza wody...

No i właśnie - przez ten ogrzewacz wody, mimo tak pomyślnego wyniku dnia, mamy tu oboje z Lepszą Połową
Ogrzewacz odmówił definitywnie współpracy wywalając korki w sobotę wieczór. W niedzielę nabyłem w Praktikerze całkiem podobny, tej samej firmy, tylko o 2 kW mocniejszy - a, jak to natychmiast obliczył mój Ojciec - elektryk: pobierający o 1 A prądu więcej, niż to producent oficjalnie przyznaje, przez co nasze korki oczywiście - wyleciały natychmiast tak samo, jak przy ogrzewaczu zepsutym.

Co było robić? Zmostkowałem inkryminowane zabezpieczenie - przecież w niedzielę wieczorem nigdzie nie kupię większego! Przy czym, żeby to zrobić, musiałem sforsować kompletnie zardzewiałe (jak się okazało...) zamknięcie naszej "kozienickiej" skrzynki licznikowej, żeby odłączyć prąd. To się łatwo pisze, ale ile się nabiegałem od chatki do słupa, gdzie owa skrzynka wisi (circa about 500 metrów)? Gdzie się nie nadzwoniłem, żeby kluczyk do skrzynki pożyczyć, bo gdy nasz uparcie skrzynki nie otwierał, choć do zamka pasował, zwątpiłem, czy to prawidłowy, a innego znaleźć się nie dało? Jak w końcu wpadłem na genialny pomysł, że jedynymi nowymi osiedleńcami, a więc posiadaczami identycznej skrzynki z takim samym zamkiem, których można się spodziewać w domu, są nasi najbliżsi "konni" sąsiedzi, dwie wioski dalej? Z tego w sumie największa wyszła korzyść, bo się wreszcie zgodzili wpaść do nas na kawę i oglądanie koni - w przyszłą niedzielę...

Więc zmostkowałem - korków nie wywala, woda leci, diody się świecą... i tylko temperatura owej lecącej w świetle diod wody - nic a nic się nie różni od wyjściowej! G...o nie grzeje...

Wydałem przy tym wszystkie pieniądze własne i Lepszej Połowy - i nie mogę znaleźć paragonu, który na pewno miałem pod ręką w samochodzie, gdy wiozłem sprzęt ze sklepu - wcisnąłem go do (rozerwanego i nieszczelnego, bo to była ostatnia sztuka!) tekturowego opakowania i od tamtej pory - nie widziałem. A nie biegałem z tym sprzętem po polu, tylko najpierw zaniosłem z samochodu na "warsztatowy" stół za chatką, a potem - już bezpośrednio na miejsce montażu, we wnęce kuchenno - łazienkowej naszej chatki...

Rano domailowałem się do producenta, producent oddzwonił, ma przysłać montera, podobno jeszcze w tym tygodniu. Ale do tego czasu, o ile niczego genialnego nie wymyślę - myjemy się w zimnej! To chyba mamy prawo do odrobiny depresji - prawda? No i - jak zwykle - kasy brak, w dodatku zimno, w kozie trzeba palić, a tu czad... się sączy ze szpar.

No to wyżaliłem się. Ze specjalną dedykacją dla kolegi "Racjonalnego Oszczędzania" - i na zgodę, mam nadzieję? - jeszcze nasza ulubiona piosenka zespołu "Kury", z tej samej płyty:

sobota, 8 października 2011

Proroctwa mnie wspierały...

gdy pisałem jeśli chcesz zrobić dobrze swoim dzieciom i wnukom – dawaj im pieniądze, cukierki i ziemię póki żyjesz. Gdy umrzesz – zaiste owe przyszłe lucra, marną będą pociechą wobec doraźnej biedy! Otóż wśród spadkobierców pana W. nastał czas na działy spadkowe - skutkiem czego M., którego żona dziś nad odwiedziła z dziećmi, może stracić gospodarstwo, na którym pracował przez całe 26 lat swojego życia (no... odkąd był w stanie pracować - ma się rozumieć!).

A wszystko dlatego, że póki jego ojciec żył - M. nie chciał przystać na jego propozycje przepisania mu ziemi, traktując to jako zapowiedź rychłej swojego Ojca śmierci, której przecież nie pragnął... No i teraz - ma za swoją dobroć..!
Co u nas? U nas pierwsze tej jesieni rozpalenie kozy. Stąd trochę jestem... zaczadzony?

A prujki? Prujki prują. Wał Iwara pomógł na jedno popołudnie. Dodatkowe belki, które powiesiłem, wielkim nakładem sił (bo pogoda paskudna była) wczoraj - na jedno przedpołudnie. Jutro już trzeba albo kombinować kolejne wzmocnienie ogrodzeń w miejscu gdzie nauczyły się przerywać - albo czabanić. Ech, życie...

środa, 5 października 2011

Wał Iwara

Naprzeciw "Wału Melona" na frontowej ścianie Wielkiego Padoku, powstał "Wał Iwara" - na jego tylnej ścianie. No, może nie taki (choć bardzo bym chciał...):
ale po południu prujki nie wylazły - zobaczymy jutro, czy im się to nie uda, gdy będą miały więcej czasu?

Przy okazji: ciekawostka! Po budowie "Wału Iwara" zostało mnóstwo osikowych gałęzi. Przyciągnąłem więc kilka z nich pod wiatę, żeby prujki miały co pruć nocą - bardzo to lubią. Osik rośnie na Wielkim Padoku od groma - tarzać się można w osikach! Mimo to, na te rosnące sobie spokojnie, konie nie zwracają najmniejszej uwagi - a za ściętymi gałęziami które ciągnąłem, całe stado przywędrowało za mną z Dzikiego Zachodu aż do wyjścia...

Dziwne rzeczy dzieją się w stadzie. Dalia wlkp jakaś skapcniała, osamotniona (dotarł do niej brak Glusia? Melona też nie ma w pobliżu - a Neptun woli młodsze...), trzyma się z daleka od stada - i daje się przeganiać Szafrance. Szafrankę za to goni... Melesugun! Ojoj - niedobrze. Pomijając kondycję psychiczną naszej seniorki, jużeśmy tu raz mieli rządy "Śpiącej Królewny", jak czasem nazywamy Szalonego Konia Lepszej Połowy - i ani konie, ani my nie wspominamy tego dobrze: spać się nie dało, bo co i raz wybuchała jakaś awantura, stado zamiast trzymać się bezpiecznych, otwartych przestrzeni biegało po jakichś krzakach i ogólnie - bezhołowie było. Melesugun jest za młoda, żeby rządzić - ale, że bardzo tego chce - możemy mieć kłopoty.

Lepsza Połowa sugeruje, żebym trochę ze Starszą Panią popracował - to może jej wróci chęć do życia i pewność siebie? Tylko kiedy..?

W czasie, gdy ja konstruowałem Wał Iwara, Lepsza Połowa obeszła nasze włości. Okazało się, że pigwy posadzone w zeszłym roku obrodziły łącznie czterema owocami - a na pustyni, za dróżką oddzielającą teren już jakoś przez nas zagospodarowany od dziewiczej głuszy, obok dzikich grusz rośnie też kilka krzaków owocującej tarniny. Z tego wszystkiego: z pigw, owoców tarniny i dzikich gruszek - Lepsza Połowa zrobiła miseczkę pysznego dżemu, który właśnie pochłonąłem z herbatką. Nic nie zostało. Bu...

poniedziałek, 3 października 2011

Szkólny


Kim jest szkólny? Szkólny to przede wszystkim jedna z kanonicznych postaci kociewskich „Opowiadań Kaźmnirza“, czyli pana Antoniego Górskiego, którego miałem zaszczyt poznać wiele lat temu, pracując dla „Gazety Kociewskiej“. Będę go pamiętał do końca życia choćby dlatego, że przez niego straciłem alkoholowe dziewictwo: na swój jubileusz przyniósł do redakcji piersiówkę aromatycznej ziołowej nalewki i każdemu dał po naparstku, mnie, podówczas bodaj 17-letniego (tak, tak! Późno jak na dzisiejsze standardy, nieprawdaż..?) nie wyłączając. Bardzo mi to posmakowało – i gustu pod tym względem nie zmieniłem do dziś!

Szkólny to po prostu nauczyciel. Ale to tłumaczenie z kociewskiego na polski nie wyczerpuje bynajmniej całej złożoności funkcji, jakie szkólny, nie tylko w opowiadaniach Kaźmnirza pełni – bo i moi dziadkowie całkiem w ten sam deseń mi o tej instytucji opowiadali.

Oczywiście, szkólny był przede wszystkim przedmiotem bisurmańskich zgoła dowcipów, jakie mu dzieciarnia wyrządzała – zaczynając od spuszczania powietrza z koła (czyli z roweru – bo takim właśnie, służbowym pojazdem dysponował szkólny) – a kończąc na klasycznym natłuszczaniu gąbki czy podkładaniu pinezek na zydlu. Co nader często kończyło się bliskim spotkaniem z zawsze trzymaną na podorędziu tęgą lagą (czyli pałką), do używania której szkólny – w przeciwieństwie do słabowitych i afektownych pań pedagożek z dzisiejszych czasów – był nie tylko w pełni uprawniony, ale też i systematycznym ćwiczeniem doskonale wprawiony.

Szkólny to nauczyciel wiejski. Zarazem w jednej osobie dyrektor szkoły (a czasem nawet i kilku szkół…), całkowity owej szkoły (czy nawet szkół…) personel, tak pedagogiczny jak pomocniczy – i pierwszy przedstawiciel władzy, z którym młode pokolenie Kociewiaków miało do czynienia już – ho, ho! – co najmniej od połowy XIX wieku. Miało prawo nazbierać się trochę resentymentów, prawda? Toż to przecież podstawowe narzędzie najpierw germanizacji, a potem sanacji, a z oboma tymi dopustami Bożymi musiał sobie jakoś kociewski ludek radzić, jak nie zbrojnie – bo na to był za mały – to chociaż podkładaniem pinezek... W dodatku – funkcjonariusz patriarchalnego, represyjnego, maskulinistycznego i jakie tam jeszcze epitety da się tylko wymyślić – reżimu. Nauczyciel spod Sadowy – biorąc pod uwagę, że jednak 95% rekrutów kończyło swoją edukację właśnie na wiejskiej szkółce (coś w stylu obecnej 6-letniej bodaj podstawówki?) – to właśnie szkólny! Razm z sołtysem, plebanem i rządcą miejscowego majątku – z którymi zresztą nader często spotykał się przy karcianym stoliku i sznapsie – tworzył też szkólny prawdziwe podwaliny ówczesnego społeczeństwa. Czasem można mieć wrażenie, że tylko przez wzgląd na odległość w czasie i fakt, że zawsze przyjemnie wspomina się dzieciństwo i młodość – postać ta w niektórych opowieściach nabiera jednak odrobiny cech pozytywnych…

Szkólny bywał sam w sobie dość zabawny. Państwo płaciło mu niewiele. Za to budynek wiejskiej szkółki był zarazem jego służbowym mieszkaniem – miał też zwykle przy szkole zagon kartofli, jakiś warzywniak, trzymał w komórce kilka kur, kozę, czasem nawet krówkę – wszystko to obrabiając i wypasając rękoma swoich uczniów. Mieszkańcy wsi dostarczali mu drewna na opał. Czasem też miewał okazję dorobić „na boku“ pisząc im urzędowe pisma czy doradzając w „światowych“ sprawach – w zamian za flaszkę bimbru czy pół świni. Zwyczajowo rodzic nazbyt już rozbisurmanionego urwisa, albo też lenia, któremu groziła repeta – opłacał się szkólnemu w tych naturaliach, jakimi akurat dysponował: czy to gąskę przyniósł na koniec roku szkolnego lub na święta, czy to coś pomógł szkólnemu w gospodarstwie.
Wiejska szkoła. Skądinąd podobny budynek rozsypuje się właśnie i w Boskiej Woli - powinienem zapytać świadomych miejscowych dziejów, czy aby i w nim nie było przypadkiem szkoły i mieszkania szkólnego zarazem w dawnych czasach?

Dawało się przeżyć – ale nie była to w żadnym razie posada marzeń. Stąd nie trafiali do wiejskich szkół prymusi najlepszych uniwersytetów, a tak prawdę powiedziawszy – to zdecydowana większość szkólnych mogła się legitymować co najwyżej jakimiś kursami dla nauczycieli po gimnazjum. Połączenie materialnej – no, nie nędzy może, ale: przeciętności – z umysłową miałkością dawało łatwy do przewidzenia efekt. Przede wszystkim – trudno było szkólnemu znaleźć kandydatkę na żonę, a i o obłapiankach za stodołą mógł raczej zapomnieć – żaden był z niego gach w porównaniu do gospodarskich synów. Był zatem zwykle szkólny sfrustrowanym seksualnie starym kawalerem, co oczywiście prowadziło do całej masy zabawnych sytuacji. Większość szkólnych, co tu kryć – rozpijała się dość szybko i kończyła żywot przedwcześnie jako otłuszczeni, chorzy na wątrobę astmatycy (jazda na kole po kociewskich pagórkach wymagała jednak pary w płucach…). Oszczędzając tym samym sobie kolejnego upokorzenia w postaci głodowej emerytury i mieszkania kątem, ciągle w tej samej wiejskiej szkółce, ale już tylko jako przystawka do głównego lokatora – nowego, młodszego szkólnego, który nieraz starszym kolegą pomiatał, bo jego widok aż nazbyt dobrze uświadamiał mu własną przyszłość…

Oczywiście – bywały wyjątki. Przede wszystkim, mógł szkólny zrobić karierę. Jeśli uczył się pilnie i zdał wymagane egzaminy – a przy tym: uczęszczał regularnie do kościoła i przykładnie się prowadził (było to sprawdzane!) – mógł awansować na inszpektora. Inszpektor to już persona! Miał służbowe mieszkanie w miasteczku, deputat węglowy i prawo do ulgowych przejazdów koleją. Sprawował nadzór nad wszystkimi wiejskimi szkołami na terenie powiatu – i egzaminował ich uczniów, w ten, najprostszy z możliwych sposobów, kontrolując efekty pracy podległych sobie szkólnych.

Byli też tacy – nieliczni, ale za to najlepiej pamiętani, mają teraz ulice i szkoły swojego imienia – którzy podchodzili do życia i pracy z pasją – czy to zasługując się, wbrew zaleceniom władzy, dla polskiej i kociewskiej mowy i życia, czy to udzielając się na polu społecznym. O tych chlubnych wyjątkach jednak, każdy może sobie sam przeczytać gdzie indziej, my tu trzymamy się raczej zapomnianej szarości życia, a nie jego barwnych fajerwerków…

Po co ja o tym wszystkim Państwu opowiadam? W zeszłym tygodniu, akurat w czasie południowej przerwy w czabanieniu (ze względu na duże różnice temperatury pomiędzy dniem a nocą, najpóźniej około 13.00 stado samo schodzi pod wiatę – robi się w porównaniu do chłodnego poranka gorąco, koniom chce się pić i podrzemać w cieniu – wychodzą na pastwisko ponownie po obiedzie, który wydaję im o 15.00), zadzwoniła do nas M., której małżonek od tygodnia przebywał w pracy i wrócić miał dopiero w niedzielę – żebyśmy do niej na kawę wpadli, bo poza dziećmi żadnych ludzi nie widziała już od kilku dni i dłużej tego nie wytrzyma. Cożeśmy uczynili. Przy tej okazji zeszło na szkołę. Otóż gmina likwiduje najbliższą M. szkołę, wszystkie dzieci przenosząc do szkoły zbiorczej – jednej na całą gminę.

Jest to logiczne. Gmina dostaje subwencję oświatową w kwocie zależnej od liczby dzieci, a nie od liczby szkół – im mniej ma zatem na utrzymaniu budynków i nauczycieli, tym efektywniej wydaje pieniądze, którymi dysponuje. Jedna szkoła w gminie, to dla gminy – czysta oszczędność. A że niektóre dzieci mają daleko? Że zupełnie inaczej wygląda kwestia dyscypliny i porządku w szkółce, która liczy kilkudziesięcioro dzieci – niż w takiej do której chodzi ich kilka setek? Rodzice mogą sobie protestować – nic to nie da.

Zauważmy jednak, że w owych dawnych, słusznie potępianych, patriarchalno – opresyjnych czasach – jakoś sobie z tym dylematem radzono. Właśnie przy pomocy instytucji szkólnego – jeden taki nauczyciel i jedna mała, niczym się nie różniąca od pozostałych chałup we wsi szkółka: a system działał i nie tylko wszyscy potrafili pisać, czytać i tabliczkę mnożenia – i to po niemiecku (moi dziadkowie liczyć potrafili tylko po niemiecku…), a jeszcze Austriaków czy Francuzów gonili po polach za cesarza…

Oczywiście: nie ma i nie może być powrotu do czasów szkólnego. Przede wszystkim dlatego, że w epoce bezprecedensowego dobrobytu, jaki panuje obecnie – nikt nie zgodzi się uczyć dzieci (co więcej: uczyć ich wszystkich przedmiotów – w zakresie klas 1 – 6) za kilkaset złotych miesięcznie, mieszkanie, zagon kartofli, służbowe koło i nieograniczone prawo do używania lagi. No way, to se ne vrati!

Wydawałoby się jednak, że technika nieco poszła do przodu od czasów szkólnego i jego lagi wraz z kołem – i być może jednak istnieje tania i efektywna alternatywa wobec zbiorczych szkół gminnych, których powstawanie wymusza obecna konstrukcja subwencji oświatowej? W szczegóły nie chcę się wdawać. Dzieci nie mam, problem mnie nie dotyczy, wspominam o nim jedynie przy tej okazji, że naszych przyjaciół dotknął. Z całą pewnością można sobie wyobrazić taką kombinację nauczania domowego, wykorzystania internetu (który, wbrew pozorom, jest już jednak dość na polskiej wsi rozpowszechniony…) i chyłkiem wprowadzonego przez gminę bonu oświatowego (otwarcie, zdaje się – nie wolno, prawda?), choćby w postaci dofinansowania sołectw, co gminom przecież wolno robić – by wyszło taniej niż wozić dzieci ze wszystkich wsi do jednej, monstrualnie w tych warunkach rozrosłej szkoły… Być może, los Nieszawy może tu być ostrzeżeniem, gminy będą zmuszone takich rozwiązań poszukiwać?

Ja bym tam, co prawda, najchętniej zostawił rodzicom i tylko rodzicom troskę o wychowanie ich potomstwa – i samo by w praniu wyszło, jaki model szkolnictwa cieszy się największą popularnością. Tego jednak, nawet i proponować nie ma co, bo zaraz zastępy przerażonych widmem bezrobocia ćwierćinteligentów (jak wiadomo, nie ma bardziej komunistycznej organizacji w Polsce niż Związek Nauczycielstwa Polskiego…) taki klangor podniosą, że nawet przelatujące nad Boską Wolą gęsi zdołają zagłuszyć…

A teraz idę zobaczyć, dokąd w międzyczasie nasze konie zawędrowały? Wczoraj popołudniu były grzeczne, to je wypuściłem na pastwisko zaraz po śniadaniu i nie poszedłem tam za nimi – Lepsza Połowa twierdzi, że powinny się z czasem uspokajać i trzeba im zaufać, uf, uf! Mam nadzieję, że ma rację – podczas wczorajszego porannego incydentu najaktywniejszy był jej własny Szalony Koń, a tego znać chyba powinna..?

niedziela, 2 października 2011

Z pamiętnika czabana 3 - Katastrofa

Frontier i Melon odeszli rano zgodnie z planem. Reszta stada nie mogła jednak się powstrzymać przed udowodnieniem mi, że nie miałem racji, oskarżając głównie Frontiera o przerywanie ogrodzeń (a w konsekwencji - odrzucając hojną ofertę Zbyszka, który chciał sam ogrodzić prądem Wielki Padok...). Nie ulega też najmniejszej wątpliwości, że Stado nie mogło, ale to absolutnie nie mogło - poczekać z tym udowadnianiem choćby do tego, żeby Frontier z Melonem zniknęli za zakrętem drogi. Nie! Nawiać trzeba było od razu, jak tylko oddaliłem się ze Zbyszkiem, jego żoną i oboma przerażonymi zresztą nie na żarty panami.

Nie ulega także wątpliwości, że kolby kukurydzy pozostałe po skombajnowaniu dwóch ostatnich w okolicy pól tego zboża są o wiele ciekawsze od kolegów czy koleżanek oddalających się w stronę wydzielonej strefy zamkniętej (przeciwnie natomiast: trawa na Wielkim Padoku - której ciągle jest pod dostatkiem - ani się umywa atrakcyjnością do koleżeństwa, jeśli tylko koleżeństwo to pozostaje za płotem...). Dlatego nikt ani myślał podążać za końmi prowadzonymi w stronę padoku - a konie wypuszczone na padok natychmiast próbowały na powrót przerwać ogrodzenie, by dołączyć do buszujących na kukurydzianym rżysku kolegów i koleżanek. Skutkiem czego niektóre konie doprowadzałem na ścieżkę cnoty trzy razy - a większość: dwukrotnie...

I co tu się dziwić że koczujący pasterze okazjonalnie okazywali się agresywni w stosunku do sąsiadów? 

Jak dziesięć razy pod rząd stado nawieje Bóg wie gdzie - to chce się je w całości przerobić na tatara:
ale przecież wiadomo, że konie niewinne - a frustrację jakoś trzeba rozładować! Cóż zatem innego pozostaje, niż wyprawić się na tych wrednych, osiadłych sąsiadów, którzy takich problemów nie mają, bo im krowiszony tak szybko nogami przebierać nie potrafią..?

Ja wyładowałem frustrację wywożąc nawóz spod wiaty (9 taczek wyszło). Ale prawdę pisząc - jak bym mógł dziś przed południem sprzedać to wszystko w Dyabły - i nawet nie do żadnej tam Argentyny wyjechać, za stary jestem na zaczynanie wszystkiego od początku po raz niewiadomo który, a poza tym, od czasu niesławnej pamięci budowy Terminala 2 na Okęciu, mam tiki nerwowe gdy tylko usłyszę hiszpańskie seplenienie - przepić po prostu i umrzeć szczęśliwy, bo znieczulony - to bym sprzedał.

Inna sprawa, że ze sprzedażą naszych leniwych, rozwydrzonych i nic nie wartych koni tudzież jałowej i zapuszczonej ziemi jest dokładnie tak samo, jak ze sprzedażą Ojcowego Passata - jak bym dopłacił słuszną kwotę, to by się może, ewentualnie, Łaskawy Nabywca (ale i to - z pretensjami od razu!) znalazł. Skoro nie dopłacam - mowy nie ma o takiej transakcji, trzeba swój krzyż czabański dalej dźwigać...

sobota, 1 października 2011

Z pamiętnika czabana 2 - Babie Lato

Nie pisałem tak długo nie tyle przez pamięć Glusia (życie toczy się dalej, a Staruszkowi można co najwyżej pozazdrościć końca...) - co przez kładące plackiem na mordę zmęczenie. Oraz ponownie narastającą niepewność jutra - ale o tym na razie nie ma co krakać, zobaczymy co przyszły tydzień przyniesie...

Ogólnie rzecz biorąc: w naturze panuje babie lato
za dnia ciągle dość ciepło - na słońcu nawet upalnie, czabaniąc trzeba szukać schronienia w cieniu, inaczej gorąc uderza do głowy - noce już zimne, a ranki i wieczory: zimne i bardzo wilgotne. Nad Wielkim Padokiem dosłownie co kilka minut przelatują zwarte formacje gęsi - w sile od 7 sztuk (najmniejszy klucz jaki widziałem), do ponad setki (więcej jak do 80 nie zdążałem policzyć, a była to góra połowa klucza...).

Dzisiaj chciałem być dobry, osobliwie dla Frontiera i Melona, co by się najadły chłopaki trawy przed drogą i nie narzekały potem, że ich w Boskiej Woli głodzili - też pasłem stado od świtu aż do zmroku. Wygonił mnie z Dzikiego Zachodu chłód nadchodzącej nocy, od którego dostałem takiego kaszlu, że dopiero solidny łyk wódki podanej przez Lepszą Połowę go przerwał. W domu oczywiście - brak fazy. To było do przewidzenia. Przez cały tydzień trwały jakieś prace na zasilającej Boską Wolę linii średniego napięcia, prądu częściej nie było niż był - jak nic, coś zepsuli i dobrze będzie, jak przywrócą tę fazę w poniedziałek... Znakiem tego: kolację trzeba będzie przy latarce wydawać, bo zewnętrzne oświetlenie bez fazy - nie działa!

A konie i tak spier...ły przy powrocie do domu - szczęściem, pić im się już chciało i schronić w ciepełku pod wiatą, to niedaleko i łatwo wszyscy bez prowadzania na uwiązie wrócili na drogę cnoty.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...